maja 27, 2020

"Polecam dobrego psychiatrę", czyli niezawodny sposób na wieczną stygmatyzację osób z zaburzeniami psychicznymi

"Polecam dobrego psychiatrę", czyli niezawodny sposób na wieczną stygmatyzację osób z zaburzeniami psychicznymi
Średnio raz w tygodniu jestem obserwatorem dyskusji albo publicznej egzekucji losowej osoby w czeluściach internetu, kiedy to padają słowa "takiemu to się przyda psychiatra", "znajdź sobie terapeutę psycholu", "powinni cię zamknąć na oddziale", "lecz się", "polecam wybrać się do psychiatry" i tym podobne. I ja mam z tego powodu ogromny ból tyłka, i już wyjaśniam dlaczego.


kiedy iść do psychologa


Polska nadal jest trochę w tyle jeśli chodzi o aspekty związane ze zdrowiem psychicznym. Ludzie wstydzą się chodzić na terapię, spora część bagatelizuje lub nie wierzy w istnienie zaburzeń, pacjencji leczący się psychiatrycznie są stygmatyzowani i określani jako "nienormalni".

Czasami internetowi "psychiatrzy" śledzący dramy w eterze lubią bawić się w diagnozy i odsyłać ludzi na leczenie. Pierwszy problem jaki z tym mam jest taki, że są to już z góry stygmatyzujące "porady", bo pokazują uczestnika dyskusji w złym świetle - jako kogoś gorszego (niezależnie od tego czy rzeczywiście ma jakieś problemy psychiczne czy nie). Są podane z przekąsem, sarkazmem, no i wiecie, Z DYSTANSEM. "Lecz się" rzucone w dyskusji, która nie jest akceptowanym przez wszystkie strony żartem, ma taki strasznie negatywny wydźwięk. Niebywale bardzo pomocne w decyzji kiedy iść do psychiatry.

Dziś rano przeczytałam taki komentarz pod postem o Kai Godek i opadły mi ręce:

wstydzę się iść psychologa


I jaka pokaźna liczba lajków! Ja naprawdę jestem na zupełnie przeciwnym biegunie co Kaja Godek, ale szkoda, że wyrażanie dezaprobaty względem jej zachowania odbywa się tak, że przy okazji obrywa cała grupa ludzi chorych. Nie kojarzę w DSM-V takiej jednostki chorobowej jak głupota. Głupota to nie choroba, choroba to nie głupota, żadne nie jest związane z drugim. Ja wiem, że osoba która to pisała nie miała złych intencji, a komentarz jest bardzo emocjonalny, ale wyszło jak wyszło - i to jest wina nas wszystkich, bo tak właśnie kreujemy choroby psychiczne. Jako złe, świadczące o czyjej głupocie, złej woli, niższości.

To była pierwsza kwestia. Drugą są diagnozy stawiane na podstawie obserwacji często jednorazowego zachowania i to jeszcze drogą klawiaturową. No wiecie, czasem nawet psychiatra nie potrafi postawić jednoznacznej diagnozy, ale wiadomo, że internauci dysponują mocą diagnozowania zaburzeń i wystarczy im do tego jedynie kilka komentarzy na fejsie! Niesamowita umiejętność.

Wszyscy jesteśmy narażeni na zaburzenia psychiczne, to nie tak, że chorują tylko "nienormalni", albo że choroba to "nienormalność".

I bardzo często kiedy ktoś odwali w internecie jakiś przypał albo po prostu zachowuje się dziwnie, podejrzanie, chaotycznie, albo inaczej niż tego oczekujemy - pojawia się komentarz o psychiatryku. Nie wnikam nawet w to, czy rzeczywiście tacy ludzie potrzebują pomocy, czy po prostu to ich naturalne, albo w pełni wyrachowane i świadome działanie, ale jeśli to pierwsze, to wzbudza to we mnie raczej współczucie, a nie potrzebę sarkastycznego etykietkowania i diagnozowania zaburzeń.


Starsze wpisy:

- Dobre książki psychologiczne jakie czytać 

- Jak nie pocieszać ludzi?

maja 20, 2020

Moje ulubione książki psychologiczne

Moje ulubione książki psychologiczne
Dziś chciałabym się podzielić kilkoma tytułami książek, które miały duży wpływ na mój rozwój i zmieniłam dzięki nim podejście w wielu kwestiach. Miałam też okazję zaobserwować pozytywne skutki wykorzystywania wiedzy z tych książek w życiu. Bardzo lubię je sobie co jakiś czas odświeżać. To pozycje naukowe - poparte badaniami i z bibliografią, ale pisane są w miarę przystępnym językiem. Czasem mam wrażenie, że to tego typu książki psychologiczne powinny być szkolnymi lekturami - niektórzy ludzie nie będą mieli szansy nabyć takiej wiedzy w życiu, a powinni (nie tylko dla swojego dobra).


książki psychologiczne top



"Inteligencja emocjonalna" Daniel Goleman (tutaj)



Książki o emocjach mają specjalne miejsce na moim regale. Ale do tej chyba wracam najczęściej. Chyba właśnie od niej zaczęłam zgłębiać temat emocji. Wyjaśnia rolę układu limbicznego, a więc tłumaczy jak powstają emocje "od środka", opisuje różne niewłaściwe sposoby wychowawcze, które kształtują w nas od dziecka poprawne lub niepoprawne sposoby reagowania i radzenia sobie z emocjami. Opisuje też jak sobie radzić z negatywnymi stanami emocjonalnymi i obala mity na temat niektórych polecanych sposobów np. pozbywania się złości. Sama w sobie raczej nie będzie wystarczająca jeśli ktoś szuka bezpośredniego poradnika w celu zwiększenia własnej inteligencji emocjonalnej, ale myślę że jest podstawą - samo zrozumienie tematu, opisanie procesu i podane wskazówki są punktem wyjścia do pracy nad sobą. Będzie też bardzo pomocna chociażby dla rodziców - ponieważ dowiedzą się z niej jakie zachowania w procesie wychowawczym mogą sprawić, że dziecko zostanie wyposażone w niski bądź wysoki poziom inteligencji emocjonalnej i co mogą z tym zrobić. Jest napisana zrozumiałym językiem i pojawia się w niej coś, co zawsze umila mi czytanie - bezpośrednie przykłady, czyli kawałki wyciętych dyskusji i prawdziwe historyjki, które mają ułatwić zrozumienie tego jak działają emocje i jak braki w inteligencji emocjonalnej mogą doprowadzić do różnych przykrych sytuacji. Polecam wszystkim :D




"Nowa psychologia sukcesu" Carol Dweck (tutaj)





Nawet sobie nie zdajecie sprawy jak bardzo nie trawię internetowego coachingu. Mam do niego taką awersję, że nawet ćwiczenia na studiach nie zdołały mnie przekonać, że ma on jakąś wartość. Prawdę mówiąc zamówiłam tą książkę z polecenia i od samego początku tytuł budził moje podejrzenia. Obiecano mi co prawda, że w środku nie będzie bullshitu pod tytułem "Możesz wszystko, wyjdź ze strefy komfortu", ale zaczynałam ją mimo wszystko z pozycji obronnej. I skoro znalazła się w tym wpisie, to domyślacie się zapewne, że na szczęście moje obawy były niepotrzebne. Nie ma w niej ani grama coachingu, za to jest solidny motyw przewodni, który obalił moje dotychczasowe sposoby postrzegania tematu "osiągania rzeczy". Książka porusza głównie temat nieprawidłowego komplementowania (tu się można mocno zdziwić, bo komplement podany w zły sposób może bardziej zaszkodzić niż pomóc) - a więc nie jest jedynie poradnikiem "Jak być mądrym i bogatym szybko", ale podchodzi do tematu także od strony wychowania. Nie wciska kitu, że każdy może wszystko. Opiera się na założeniu, że istnieją 2 rodzaje nastawień - na rozwój i na trwałość. Myślę, że jest to bardzo wartościowa pozycja, która uczy i popiera badaniami to, że zmiana nastawienia na trwałość jest korzystna nie tylko dla osiągania sukcesów, ale także większego zadowolenia ze swojej pracy. Jest nastawiona na oddzielanie ludzi od procesu - tłumaczy dlaczego powinniśmy skupiać się na działaniu i jakości pracy, a nie na postrzeganiu sukcesu lub porażki przez pryzmat naszych wrodzonych cech. Czyta się bardzo szybko, a na końcu każdego rozdziału jest kilka ćwiczeń pomagających wprowadzić wiedzę w życie.




"W co grają ludzie" Eric Berne (tutaj)




To chyba najtrudniejsza pozycja z całej reszty, niektóre fragmenty były dość toporne do czytania, ale sam temat analizy transakcyjnej jest dla mnie strasznie ciekawy i ta książka wydaje mi się bardzo wartościowa pod tym względem. Wyjaśnia jakie pozy i role przybieramy w komunikacji z ludźmi oraz w co nieświadomie gramy. Zgłębienie tematu analizy transakcyjnej było dla mnie punktem wyjścia do pracy nad własną komunikacją. W ogóle uświadomiło mi to jak potężnym narzędziem zagłady (albo naprawy) jest sposób w jaki się porozumiewamy w relacjach i w jakie role wchodzimy. Temat na początku wydaje się skomplikowany, ale uważam, że warto mieć taką wiedzę.



"Siła nawyku" Charles Duhigg (tutaj)




To jest jedna z tych książek, której nie powinno się jedynie czytać, ale wykorzystywać podane w niej wskazówki w życiu. Tłumaczy, także z punktu funkcjonowania mózgu, jak to się dzieje, że wytwarzamy nawyki i dlaczego tak trudno je zmienić. Pokazuje, że same chęci nie wystarczą i wyjaśnia jak zaplanować wprowadzenie nawyku, który ma szansę pozostać z nami na dłużej. Każdy rozdział pisany jest w oparciu o przykłady oparte na faktach - pokazuje np. jak silny jest nawyk, który działa nawet w sposób nieuświadamiany (np. po uszkodzeniu obszarów w mózgu związanych z pamięcią). Planuję przeczytać ją jeszcze raz, pomimo lekkiego języka najtrudniej było mi wprowadzić w życie wskazówki własnie z tej książki, ponieważ ten temat naprawdę wymaga czegoś więcej niż dobrej chęci. 



"Kłamstwo i jego wykrywanie" Paul Ekman (tutaj)



Pamiętam, że profesorek od logiki polecał nam ją na pierwszym roku. Zanim ją przeczytałam jedyna moja wiedza na temat kłamstwa dotyczyła tego, że przecież skrywane emocje przeciekają i to widać. Ale co jeśli kłamca nie przeżywa takich emocji jak wydaje nam się, że powinien? Książka trochę to zweryfikowała, bo to bardziej rozległy temat niż mi się wydawało. Oprócz kłamstwa jest tu też trochę wiedzy o emocjach i ekspresjach mimicznych. Polecanko :D



Planuję wkrótce jeszcze kilka wpisów, w których wyróżnię inne wartościowe książki o psychologii - miedzy innymi takie terapeutyczne z ćwiczeniami! Tymczasem odsyłam do starszych wpisów:

- Jak nie pocieszać ludzi?

- Sposoby na pozbycie się złości


W wpisie wykorzystałam linki afiliacyjne.

maja 11, 2020

Nie płacz, uśmiechnij się, wszystko będzie dobrze, czyli jak nie pocieszać

Nie płacz, uśmiechnij się, wszystko będzie dobrze, czyli jak nie pocieszać
W dzisiejszym wpisie opisałam bardzo ważny dla mnie problem - jak nie pocieszać ludzi, i dlaczego to takie ważne. Chyba spora część z nas była wychowana w kulturze aktywnego banowania wszelkich niepożądanych emocji. Od małego nieświadomie wpaja nam się to przy każdej możliwej okazji. Kiedy dziecko zalicza glebę słyszy "nie rycz, bądź facetem". Kiedy stresuje się przed sprawdzianem z pszyrki, nadchodzą słowa "nie bój się". Dlaczego ma się nie bać? Przecież dzieje się coś co wydaje mu się rzeczywistym zagrożeniem!

jak pocieszyć koleżankę


Ja jestem na to wszystko bardzo wrażliwa. Ponieważ sama nie cierpię jak się nie szanuje tego co czuję. Nie chcę, żeby to co przeżywam było przez ludzi bagatelizowane i spłycane.

Nie chciałabym żeby ten wpis został odbierany personalnie - to nie ludzie, którzy tak reagują są źli, a sposoby na pocieszanie, których nas nauczono. Ja sama także często łapię się na tym, że nieświadomie palnę coś, z czym tak mocno walczę. Bo to jest tak mocno zakorzenione w nawykach, że nie uda się z dnia na dzień zmienić tych reakcji.

Zacznijmy po kolei.


Banowanie uczuć, czyli które emocje wolno przeżywać



Bardzo często pocieszanie przybiera formę nieświadomego akcentowania niektórych nastrojów jako niepożądanych, złych, niepotrzebnych i szkodliwych. "Nie złość się", "Nie płacz", "Nie bój się", "Nie stresuj się", "Nie martw się", "Nie gniewaj się", "Uspokój się". Rozumiem z czego to się bierze - z potrzeby mówienia czegokolwiek "właściwego", co mogłoby choć trochę poprawić nastrój osoby, do której kierowane są te słowa. Pytanie tylko, dlaczego staramy się ten nastrój poprawiać i dlaczego poprzez zaprzeczanie istnieniu przykrych emocji?

Nastroje i emocje pojawiają się w umyśle po pojawieniu się bodźca, który je wywołał - a więc różnych problemów, niejasności, wypadków, dyskusji, kłótni, myśli, i innych wydarzeń (nawet niekoniecznie takich realnie zagrażających/przykrych ale wynikających z nieadekwatnej interpretacji). Oczywiście dotyczy to także emocji "dobrych", ale skupiam się dziś na tych "złych" - pomijając fakt, że nie ma czegoś takiego jak złe i dobre emocje.

Emocje są zależne od tego jak ten bodziec zostanie zinterpretowany przez układ limbiczny, jakie neuroprzekaźniki zostaną wypuszczone do organizmu - a więc opiera się na pobudzeniu fizjologicznym ciała. Założenie, że jesteśmy w stanie nagle poprawić czyjś nastrój lub pozbyć się jakiejś przykrej emocji jest błędne, ponieważ nie możemy fizycznie ingerować w fizjologię zupełnie obcego organizmu (za pomocą takich metod jak polecenia i rozkazy w szczególności). Zmierzam do tego, że słowa "nie bój się", nie są w stanie zahamować pracy wytwarzających się wówczas hormonów, które wprawiają ciało w stan gotowości i pobudzenia. Zaprzeczanie tym emocjom (a więc sugestie, że nie ma się czym martwić, czego bać, czym stresować itp.) to za mało, żeby organizm zrozumiał, że rzeczywiście nie ma żadnego zagrożenia i przestał produkować hormony potrzebne do skutecznego reagowania na to zagrożenie.

Skoro ktoś się martwi, złości, boi - oznacza to, że ma realny ku temu powód, choć niekoniecznie adekwatny do zagrożenia (ale to nie znaczy, że powinno się ten powód kwestionować). Akceptacja i pozwolenie na przeżywanie także przykrych emocji są bardzo ważne i sprawiają, że człowiek czuje się lepiej zrozumiany. Nie trzeba się też bać, że nasze wsparcie bez klasyków w stylu "nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem", "nie ma się czego bać" jest wybrakowane - wręcz przeciwnie, pozwólmy ludziom przeżywać wszystkie emocje. To pozwolenie nie oznacza jednocześnie zostawiania ludzi z ich problemami na lodzie - ale jest różnica między akceptacją i pomocą w przeżywaniu/rozwiązywaniu problemów, a bagatelizowaniem ich stwierdzeniem, że to nie jest powód do strachu, płaczu i stresu.

Jeśli chodzi o emocje, odsyłam jeszcze do wpisu jak radzić sobie ze złością.



Uśmiech lekiem na całe zło



Społeczeństwo wychowuje nas w przekonaniu, że trzeba się uśmiechać, być wesołym, mieć dobry humor. Że nie wypada pokazywać negatywnych emocji, a uśmiech sprawi, że wszystkie problemy znikają. Bardzo tego nie lubię - nie lubię dostawać tego typu poleceń, choć wiem, że są one kierowane w dobrej intencji.

Uśmiech nie sprawia, że burzliwe emocje znikają, a problemy, które je wywołują magicznie się rozwiązują. Takie zakrywanie ich uśmiechem i pozornie dobrym humorem, może co najmniej zamieść je pod dywan, ale one prędzej czy później wyjdą, albo nadal będą tkwić w naszym umyśle - tyle że odbierze się nam potrzebę ich wyrażania wprost.

Choć jest to nieświadome bagatelizowanie tego, że negatywne stany emocjonalne TEŻ SĄ POTRZEBNE i mają swoją funkcję, istnieje kilka doniesień o tym, że uśmiech może wpływać na stan fizjologiczny ciała i działa to na zasadzie 'oszukiwania" mózgu emocjonalnego. Chodzi o to, że układ limbiczny rozpoznaje uśmiech jako bodziec towarzyszący dobremu humorowi i dzięki temu ma szansę zmienić stan fizjologiczny ciała - zahamować wytwarzanie kortyzolu, adrenaliny itp. Czy to rzeczywiście ma taką moc, że działa? Być może, ale nadal nie uważam, że powinno się tą wiedzę wykorzystywać do ucieczki od mówienia o przykrych odczuciach i rozwiązywania problemów. Wywołanie uśmiechu (ale nie za pomocą słów "uśmiechnij się", a raczej obejrzenie czegoś śmiesznego albo zarzucanie sucharem) można raczej wykorzystać w celu lekkiego rozładowania napięcia/zmniejszenia mocnego pobudzenia silnymi negatywnymi emocjami. Nie po to, żeby uniknąć przykrego tematu, ale by móc spokojniej, mniej agresywnie/panicznie i konstruktywnie porozmawiać.


Bagatelizowanie problemów - przecież nie ma się czym przejmować



Pomijając kwestię akceptacji dla cudzych stanów emocjonalnych, pojawia się jeszcze kwestia porównywania i tworzenia rankingu problemów (bo są problemy ważne i głupie, pamiętajcie). Gargamel kilka lat temu w jakimś filmie użył przykładu, który zawsze dobrze tu pasuje - "Zgwałcili Cię? Ale innych gwałcą więcej.". Pomijając już celowe i cyniczne komentarze, które otwarcie uderzają w czyjeś powody do smutku czy złości, czasami i w dobrych intencjach możemy komuś sprzedać taką radę. 

Przecież mogło być gorzej, prawda? Przecież trzeba się cieszyć, że nie skończyło się czymś gorszym. Nie. Nie trzeba. 

Żaden problem nie jest głupi i mało ważny jeśli powoduje w nas negatywne emocje - to już kwestia tego co możemy z tym zrobić i czy emocje jakie odczuwamy są adekwatne do skali problemu.

I pewnie - wdzięczność jest "terapeutyczna". Ale wskazywanie, że inni mają gorzej to nie jest dobra rada nastawiona na akceptację i zrozumienie.



Rozumiem co czujesz, też tak mam 



Nie, nie rozumiesz i nie masz. Nawet jeśli twój problem jest lub był podobny, nasze umysły inaczej go interpretują, pojawiają się inne emocje lub inne ich natężenie, inne konsekwencje tego problemu.

Ale nie to jest tu istotne. Istotne jest to, że osoba zwracająca się o pomoc, potrzebująca wygadania się, oczekuje prawdopodobnie wsparcia w JEJ problemie, a nie twojej historii radzenia sobie z podobnym problemem (chyba że otwarcie cię o to poprosi, żeby np. odnieść to do własnego i lepiej sobie z nim poradzić). Osoba, która zwraca się do nas z problemem i słyszy w odpowiedzi "a u mnie to było tak..", " ja też tak mam", może poczuć, że jej problem nie jest w rzeczywistości istotny. Bo przecież opowiada o problemie, a w odpowiedzi musi słuchać opowieści o problemach innych.

To często taka pułapka, bo wydaje nam się, że nasze osobiste przeżycia mogą być dla kogoś sygnałem, że nie jest samotny w tym co właśnie przeżywa lub że nasze doświadczenia mogą być pomocne. Prawda jest taka, że zwykle nie możemy przez to dowiedzieć się co dokładnie się stało, jakie emocje i myśli wywołało, bo już bez zastanowienia próbujemy dzielić się własnymi rozwiązaniami. Nie sugeruję, że to świadczy o tym, że takie osoby mają gdzieś cudze problemy, ale raczej, że wychodzą z założenia, że taki sposób pocieszania jest dobry.

To założenie, że człowiek poczuje się lepiej jeśli będzie wiedział, że nie jest jedynym, który coś takiego przeżywa, też jest zgubne. Bo dlaczego zakładamy, że cudze problemy będą dla kogoś pocieszające?

Jeśli chcesz pokazać komuś, że akceptujesz i rozumiesz co przeżywa (choć to drugie nigdy nie jest do końca możliwe), to to nie jest dobry sposób. Lepszym byłoby skupienie się w pełni na problemie głównym i ewentualnie dzielenie się własnymi jeśli zajdzie taka potrzeba/wyjdzie prośba.




Przewidywanie przeszłości - wszyscy wiemy że zawsze wygrywa dobro



"Wszystko się ułoży" - bardzo często chcemy w ten sposób zwrócić uwagę, że nieprzyjemne doświadczenia miną i trzeba je przetrwać. To także niby niepozorne słowa otuchy, a ja uważam, że ludzie trochę nie zdają sobie sprawy, że to duża odpowiedzialność. Być może nie wszyscy są tak wyczuleni na takie obiecanki, bo przyjęło się, że tak się mówi i już. Ale co jeśli nie mamy racji? Jeśli nic się nie ułoży i nie będzie dobrze?

Nie znamy przyszłości i być może okaże się, że będzie tylko gorzej albo nic się nie poprawi. Tego typu słowa są przez nas używane, żeby wzbudzić nadzieję i bardziej optymistyczne podejście. Nadzieja i optymizm są bardzo ważne, nie będę temu zaprzeczać. Ale czy rzeczywiście się pojawiają, gdy słyszymy "będzie dobrze?". Bo w mojej głowie pojawia się jedynie odpowiedź "Skąd wiesz? Dasz mi to na piśmie?"



Na dziś tyle psioczenia wystarczy. Dodam jeszcze tylko, że jeśli zauważyliście u siebie takie zachowania, to da się nad tym pracować. Tak się nauczyliśmy, można się tego nauczyć od nowa - i ćwiczyć tak długo, aż stanie się to normalną reakcją. Czyli niewykluczone, że nawet kilka lat! Nie chodzi też o to, żeby w 100% się przed tym hamować, ale raczej żeby ograniczyć ilość takich reakcji.
I dobrze jest to ćwiczyć właśnie na problemach, które odbieramy jako "nie aż tak poważne", bo są mniej obciążające - niekiedy potrzebny jest sposób na to jak pocieszać po stracie bliskiej osoby, kogoś w obliczu jakiejś poważnej tragedii czy choroby. Wtedy może być ciężko.

Wkrótce pojawi się druga część tego tematu, a w niej opiszę:

  • Jak pocieszać ludzi bez bagatelizowania uczuć
  • Jak poprawić komuś humor inaczej niż klasycznym "rozchmurz się"
  • Dlaczego wartościowanie problemów jest szkodliwe

Starszy wpis:

maja 04, 2020

Czy dziurawiec leczy depresję?

Czy dziurawiec leczy depresję?
Jeśli należycie do grup zielarskich, albo interesujecie się "naturalnymi" sposobami leczenia, prawdopodobnie zetknęliście się kiedyś z informacjami, że ziele dziurawca leczy depresję i jest bezpieczniejsze niż leki przepisywane przez psychiatrów. Ponieważ wciąż dostrzegam wiele nieprawdziwych informacji na ten temat, postanowiłam że w końcu powstanie ten wpis, który - mam nadzieję, rozwieje wątpliwości związane z tym "jak wyleczyć depresję domowymi sposobami" (albo raczej dlaczego tego nie robić).


dziurawiec w leczeniu depresji



Dziurawiec - właściwości 


Dziurawiec zwyczajny ma w sobie składniki takie jak hyperycyna, pseudohyperycyna, hyperforyna, związki fenolowe, kwasy organicznę, pektyny, ksantony, melatoninę. Ma właściwości przeciwutleniające, antybakteryjne, pomaga w leczeniu oparzeń i ran, poprawia trawienie, działa uspokajająco. Często mówi się o nim jak o "naturalnym antydepresancie".



Czy dziurawiec pomaga w leczeniu depresji? 


Bardzo często spotykam się z polecaniem go do wspomagania terapii, albo po prostu jako jej lepszą i zdrowszą alternatywę. Często odbywa się to poza wiedzą lekarza, no bo przecież po co brać leki, skoro można bezpiecznie i naturalnie, prawda? Dziurawiec na depresję, dziurawiec na sen, dziurawiec na nerwice - polecany bez zastanowienia, bo przecież jest naturalny i bezpieczny.


Jak miałoby to działać? W źródłach, które czytałam podano:


- Hamowanie wchłaniania zwrotnego neuroprzekaźników - adrenaliny, noradrenaliny, serotoniny, L-glutaminianiu, GABA (i powinowactwo z receptorami GABA)

- Inne źródło podaje, że hyperycyna hamuje wydzielanie interleukin IL-6 i IL-1b - następnie podwzgórze wydziela mniejszą ilość kortykoliberyny, a potem lecimy do przysadki mózgowej, gdzie wytwarza się mniej kortykotropiny i do nadnerczy wydzielających mniej kortyzolu

- Zdolność do hamowania aktywności monoaminooksydazy MAO, enzymu który prowadzi do deaminacji serotoniny, noradrenaliny, dopaminy, adrenaliny (jest inhibitorem MAO)

- Inna teoria mówi o tym, że zawartość melatoniny może regulować rytm dobowy przy okazji.


Na postawie przeprowadzonych badań nie stwierdzono w pełni, że dziurawiec może zastąpić leki w leczeniu depresji, pomimo że w opisanych badaniach wykazywał lepsze działanie niż placebo, trójcykliczne leki depresyjne oraz miał mniej skutków ubocznych. Dlaczego? Ponieważ badane grupy przyjmowały różne preparaty z dziurawca - a więc różne jego dawki, dodatkowo nie zawsze byli prawidłowo zdiagnozowani psychiatrycznie pod kątem rzeczywistej depresji, a okres takiej terapii trwał nie dłużej niż 6 tygodni. W badaniach nad leczeniem ciężkiej depresji, nie wykazywał on lepszego działania niż przy stosowaniu leków przeciwdepresyjnych. W innych badaniach wyciągi z dziurawca wykazywały podobne działanie co selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI) i miały mniej skutków ubocznych. W przypadku ciężkiej depresji nie było efektów działania dziurawca.

Źródła wskazują, że wykorzystywanie wyciągów z dziurawca w terapii jest możliwe pod warunkiem występowania łagodnych objawów depresji lub dużych przeciwwskazań do przyjmowania leków przeciwdepresyjnych.

Dodatkowo wychodzi na to, że "herbatka" z dziurawca nie wystarczy, bo nie ma w niej hyperycyny i hyperforyny (nie rozpuszczają się w wodzie), więc jeśli już to stosuje się wyciągi alkoholowe/gotowe preparaty.

Zioła zwykle zawierają bardzo różne ilości substancji czynnych - w takiej samej ilości suszonego dziurawca prawdopodobnie znajdują się inne dawki substancji (ilość substancji czynnych jest inna ze względu na fazę wzrostu rośliny, prawdopodobnie zależy to też od miejsca w jakim rośnie), nie jesteśmy w stanie tego zmierzyć w domowych warunkach. Taka jest różnica między rośliną w jej naturalnej postaci a lekiem zawierającym wyekstrahowaną substancję (której ilość można kontrolować laboratoryjnie). Więc znowu - bezpieczniejszym wyborem wydaje się dziurawiec w formie gotowego preparatu niż herbatki albo domowe maceraty.

Dodatkowo dziurawiec działa fotouczulająco, więc można się łatwiej poparzyć na słońcu.

Sama traktuję go raczej jako "domowy poprawiacz humoru"/uspokajacz a nie jako naturalny sposób leczenia depresji. Biorąc pod uwagę to jakie właściwości wykazywał w badaniach, myślę że przy zachowaniu bezpieczeństwa to ciekawa roślina, która może pomóc, ALE czytajcie dalej.


Dziurawiec a leki


Dziurawiec zwyczajny wchodzi w interakcję z lekami - albo pogarsza ich działanie, albo wręcz tworzy zagrożenie dla zdrowia i życia - swoją drogą często na ulotkach niektórych leków znajdują się ostrzeżenia przed dziurawcem. Dlatego nie brałabym go z jakimikolwiek lekami bez pozwolenia lekarza. Nie można go też przyjmować będąc w ciąży.

Nie wolno stosować go jako "uzupełnienia" standardowej farmakoterapii bez wiedzy psychiatry, bo to już zwyczajnie niebezpieczne (zespół serotoninowy/mania itp.). Kwestia możliwej interakcji z innymi lekami sprawia, że bez wiedzy medycznej nie jesteśmy w stanie ocenić czy przyjmowane preparaty na różne dolegliwości, nie będą na siebie wzajemnie oddziaływały. Swoją drogą dokopałam się do informacji, że takie łączenie leków z dziurawcem na chama (np. przeciwdepresyjnych) może zakończyć się tragicznie, ze śmiercią włącznie.


Naturalne metody leczenia depresji - co działa, a co nie?


W ogóle strasznie prowokuje mnie to hasło, bo sugeruje, że naturalne = lepsze, a wcale nie musi tak być. Jestem wyczulona na foliarstwo. Istnieją rośliny, których działanie na OUN jest potwierdzone naukowo - najczęściej kojarzone są chyba zioła uspokajające czy nasenne. Czy mamy coś co działa na depresję? Dokopałam się do informacji o Brahmi, szafranie, żeń-szeniu - ale już niektóre analizy nie potwierdzają jednoznacznie ich działania. I o tym może kiedy indziej, ale jeśli jesteście bardzo ciekawi to niżej są źródła. 



Jeśli czyta to ktoś, kto zmaga z depresją albo jakimiś problemami natury psychicznej, podchodźcie ostrożnie do takich rad i nie wierzcie w to, że nie ma potrzeby iść do specjalisty, bo wszystko można załatwić ziołami. Pewne sposoby rzeczywiście mogą wpłynąć na pracę układu nerwowego i wspierać proces leczenia zaburzeń psychicznych (albo go utrudniać), ale pamiętajcie, że nie jesteście w stanie sami się prawidłowo zdiagnozować - czasami objawy nie wskazują jednoznacznie co możne wam dolegać. Leki są różne dla różnych zaburzeń - co jeśli "zdiagnozujecie" sobie chorobę, której nie macie, i będziecie "leczyć się" nie tym co trzeba? Czasami nawet psychiatra ma trudność z diagnozą, a co dopiero osoba, która się na tym nie zna. Nie wierzcie też w te wszystkie bzdury, że leki są szkodliwe, rakotwórcze i skracają życie - mają swoje skutki uboczne, ale czasami po prostu są konieczne i nie da się prawidłowo bez nich funkcjonować. Rozwój medycyny naprawdę nie jest naszym wrogiem, a leków nie tworzy się po to żeby na nich zarabiać i powodować kolejne choroby. Czasami można zastąpić lek czymś "bardziej naturalnym" albo wspomóc proces terapii, ale to nie powinno się odbywać poza wiedzą psychiatry i na podstawie danych z tyłka. Ja wiem, że domowe sposoby leczenia depresji to kuszący temat, ale jest tu mnóstwo bzdur, które ciężko samemu przefiltrować.

Byłabym też ostrożna z polecaniem dziurawca wszędzie jako bezpieczny i alternatywny dla leków sposób leczenia zaburzeń psychicznych. To nie jest nieszkodliwa bzdura, która "ewentualnie nie zadziała" - tylko spora odpowiedzialność.



Starsze wpisy:

- Jaki szampon w kostce wybrać?

- Jak nie zazdrościć innym?



Źródła:

http://psychiatriapolska.pl/uploads/images/PP_3_2015/435Muszynska_PsychiatrPol2015v49i3.pdf?fbclid=IwAR3kW90NDucxL8qXmefV0Y4JZzR9c2S_n37nJqaAl9fESTrPhBxkFaCxSUc

http://www.strona.ppol.nazwa.pl/uploads/images/PP_1_2014/59Szafra%C5%84ski_PsychiatrPol_1_2014.pdf?fbclid=IwAR0oi9mRNoISNtA7FrQXD1fR9FGiNUTmYYF648jE0nNlpcwf_d9LRIRrhTo

https://journals.viamedica.pl/psychiatria/article/view/29219/23980

https://ptfarm.pl/pub/File/Bromatologia/2012/4/BR%204-2012%20s.%201227-1232.pdf
Copyright © 2016 gnome household , Blogger