maja 27, 2020

"Polecam dobrego psychiatrę", czyli niezawodny sposób na wieczną stygmatyzację osób z zaburzeniami psychicznymi

"Polecam dobrego psychiatrę", czyli niezawodny sposób na wieczną stygmatyzację osób z zaburzeniami psychicznymi
Średnio raz w tygodniu jestem obserwatorem dyskusji albo publicznej egzekucji losowej osoby w czeluściach internetu, kiedy to padają słowa "takiemu to się przyda psychiatra", "znajdź sobie terapeutę psycholu", "powinni cię zamknąć na oddziale", "lecz się", "polecam wybrać się do psychiatry" i tym podobne. I ja mam z tego powodu ogromny ból tyłka, i już wyjaśniam dlaczego.


kiedy iść do psychologa


Polska nadal jest trochę w tyle jeśli chodzi o aspekty związane ze zdrowiem psychicznym. Ludzie wstydzą się chodzić na terapię, spora część bagatelizuje lub nie wierzy w istnienie zaburzeń, pacjencji leczący się psychiatrycznie są stygmatyzowani i określani jako "nienormalni".

Czasami internetowi "psychiatrzy" śledzący dramy w eterze lubią bawić się w diagnozy i odsyłać ludzi na leczenie. Pierwszy problem jaki z tym mam jest taki, że są to już z góry stygmatyzujące "porady", bo pokazują uczestnika dyskusji w złym świetle - jako kogoś gorszego (niezależnie od tego czy rzeczywiście ma jakieś problemy psychiczne czy nie). Są podane z przekąsem, sarkazmem, no i wiecie, Z DYSTANSEM. "Lecz się" rzucone w dyskusji, która nie jest akceptowanym przez wszystkie strony żartem, ma taki strasznie negatywny wydźwięk. Niebywale bardzo pomocne w decyzji kiedy iść do psychiatry.

Dziś rano przeczytałam taki komentarz pod postem o Kai Godek i opadły mi ręce:

wstydzę się iść psychologa


I jaka pokaźna liczba lajków! Ja naprawdę jestem na zupełnie przeciwnym biegunie co Kaja Godek, ale szkoda, że wyrażanie dezaprobaty względem jej zachowania odbywa się tak, że przy okazji obrywa cała grupa ludzi chorych. Nie kojarzę w DSM-V takiej jednostki chorobowej jak głupota. Głupota to nie choroba, choroba to nie głupota, żadne nie jest związane z drugim. Ja wiem, że osoba która to pisała nie miała złych intencji, a komentarz jest bardzo emocjonalny, ale wyszło jak wyszło - i to jest wina nas wszystkich, bo tak właśnie kreujemy choroby psychiczne. Jako złe, świadczące o czyjej głupocie, złej woli, niższości.

To była pierwsza kwestia. Drugą są diagnozy stawiane na podstawie obserwacji często jednorazowego zachowania i to jeszcze drogą klawiaturową. No wiecie, czasem nawet psychiatra nie potrafi postawić jednoznacznej diagnozy, ale wiadomo, że internauci dysponują mocą diagnozowania zaburzeń i wystarczy im do tego jedynie kilka komentarzy na fejsie! Niesamowita umiejętność.

Wszyscy jesteśmy narażeni na zaburzenia psychiczne, to nie tak, że chorują tylko "nienormalni", albo że choroba to "nienormalność".

I bardzo często kiedy ktoś odwali w internecie jakiś przypał albo po prostu zachowuje się dziwnie, podejrzanie, chaotycznie, albo inaczej niż tego oczekujemy - pojawia się komentarz o psychiatryku. Nie wnikam nawet w to, czy rzeczywiście tacy ludzie potrzebują pomocy, czy po prostu to ich naturalne, albo w pełni wyrachowane i świadome działanie, ale jeśli to pierwsze, to wzbudza to we mnie raczej współczucie, a nie potrzebę sarkastycznego etykietkowania i diagnozowania zaburzeń.


Starsze wpisy:

- Dobre książki psychologiczne jakie czytać 

- Jak nie pocieszać ludzi?

maja 20, 2020

Moje ulubione książki psychologiczne

Moje ulubione książki psychologiczne
Dziś chciałabym się podzielić kilkoma tytułami książek, które miały duży wpływ na mój rozwój i zmieniłam dzięki nim podejście w wielu kwestiach. Miałam też okazję zaobserwować pozytywne skutki wykorzystywania wiedzy z tych książek w życiu. Bardzo lubię je sobie co jakiś czas odświeżać. To pozycje naukowe - poparte badaniami i z bibliografią, ale pisane są w miarę przystępnym językiem. Czasem mam wrażenie, że to tego typu książki psychologiczne powinny być szkolnymi lekturami - niektórzy ludzie nie będą mieli szansy nabyć takiej wiedzy w życiu, a powinni (nie tylko dla swojego dobra).


książki psychologiczne top



"Inteligencja emocjonalna" Daniel Goleman (tutaj)



Książki o emocjach mają specjalne miejsce na moim regale. Ale do tej chyba wracam najczęściej. Chyba właśnie od niej zaczęłam zgłębiać temat emocji. Wyjaśnia rolę układu limbicznego, a więc tłumaczy jak powstają emocje "od środka", opisuje różne niewłaściwe sposoby wychowawcze, które kształtują w nas od dziecka poprawne lub niepoprawne sposoby reagowania i radzenia sobie z emocjami. Opisuje też jak sobie radzić z negatywnymi stanami emocjonalnymi i obala mity na temat niektórych polecanych sposobów np. pozbywania się złości. Sama w sobie raczej nie będzie wystarczająca jeśli ktoś szuka bezpośredniego poradnika w celu zwiększenia własnej inteligencji emocjonalnej, ale myślę że jest podstawą - samo zrozumienie tematu, opisanie procesu i podane wskazówki są punktem wyjścia do pracy nad sobą. Będzie też bardzo pomocna chociażby dla rodziców - ponieważ dowiedzą się z niej jakie zachowania w procesie wychowawczym mogą sprawić, że dziecko zostanie wyposażone w niski bądź wysoki poziom inteligencji emocjonalnej i co mogą z tym zrobić. Jest napisana zrozumiałym językiem i pojawia się w niej coś, co zawsze umila mi czytanie - bezpośrednie przykłady, czyli kawałki wyciętych dyskusji i prawdziwe historyjki, które mają ułatwić zrozumienie tego jak działają emocje i jak braki w inteligencji emocjonalnej mogą doprowadzić do różnych przykrych sytuacji. Polecam wszystkim :D




"Nowa psychologia sukcesu" Carol Dweck (tutaj)





Nawet sobie nie zdajecie sprawy jak bardzo nie trawię internetowego coachingu. Mam do niego taką awersję, że nawet ćwiczenia na studiach nie zdołały mnie przekonać, że ma on jakąś wartość. Prawdę mówiąc zamówiłam tą książkę z polecenia i od samego początku tytuł budził moje podejrzenia. Obiecano mi co prawda, że w środku nie będzie bullshitu pod tytułem "Możesz wszystko, wyjdź ze strefy komfortu", ale zaczynałam ją mimo wszystko z pozycji obronnej. I skoro znalazła się w tym wpisie, to domyślacie się zapewne, że na szczęście moje obawy były niepotrzebne. Nie ma w niej ani grama coachingu, za to jest solidny motyw przewodni, który obalił moje dotychczasowe sposoby postrzegania tematu "osiągania rzeczy". Książka porusza głównie temat nieprawidłowego komplementowania (tu się można mocno zdziwić, bo komplement podany w zły sposób może bardziej zaszkodzić niż pomóc) - a więc nie jest jedynie poradnikiem "Jak być mądrym i bogatym szybko", ale podchodzi do tematu także od strony wychowania. Nie wciska kitu, że każdy może wszystko. Opiera się na założeniu, że istnieją 2 rodzaje nastawień - na rozwój i na trwałość. Myślę, że jest to bardzo wartościowa pozycja, która uczy i popiera badaniami to, że zmiana nastawienia na trwałość jest korzystna nie tylko dla osiągania sukcesów, ale także większego zadowolenia ze swojej pracy. Jest nastawiona na oddzielanie ludzi od procesu - tłumaczy dlaczego powinniśmy skupiać się na działaniu i jakości pracy, a nie na postrzeganiu sukcesu lub porażki przez pryzmat naszych wrodzonych cech. Czyta się bardzo szybko, a na końcu każdego rozdziału jest kilka ćwiczeń pomagających wprowadzić wiedzę w życie.




"W co grają ludzie" Eric Berne (tutaj)




To chyba najtrudniejsza pozycja z całej reszty, niektóre fragmenty były dość toporne do czytania, ale sam temat analizy transakcyjnej jest dla mnie strasznie ciekawy i ta książka wydaje mi się bardzo wartościowa pod tym względem. Wyjaśnia jakie pozy i role przybieramy w komunikacji z ludźmi oraz w co nieświadomie gramy. Zgłębienie tematu analizy transakcyjnej było dla mnie punktem wyjścia do pracy nad własną komunikacją. W ogóle uświadomiło mi to jak potężnym narzędziem zagłady (albo naprawy) jest sposób w jaki się porozumiewamy w relacjach i w jakie role wchodzimy. Temat na początku wydaje się skomplikowany, ale uważam, że warto mieć taką wiedzę.



"Siła nawyku" Charles Duhigg (tutaj)




To jest jedna z tych książek, której nie powinno się jedynie czytać, ale wykorzystywać podane w niej wskazówki w życiu. Tłumaczy, także z punktu funkcjonowania mózgu, jak to się dzieje, że wytwarzamy nawyki i dlaczego tak trudno je zmienić. Pokazuje, że same chęci nie wystarczą i wyjaśnia jak zaplanować wprowadzenie nawyku, który ma szansę pozostać z nami na dłużej. Każdy rozdział pisany jest w oparciu o przykłady oparte na faktach - pokazuje np. jak silny jest nawyk, który działa nawet w sposób nieuświadamiany (np. po uszkodzeniu obszarów w mózgu związanych z pamięcią). Planuję przeczytać ją jeszcze raz, pomimo lekkiego języka najtrudniej było mi wprowadzić w życie wskazówki własnie z tej książki, ponieważ ten temat naprawdę wymaga czegoś więcej niż dobrej chęci. 



"Kłamstwo i jego wykrywanie" Paul Ekman (tutaj)



Pamiętam, że profesorek od logiki polecał nam ją na pierwszym roku. Zanim ją przeczytałam jedyna moja wiedza na temat kłamstwa dotyczyła tego, że przecież skrywane emocje przeciekają i to widać. Ale co jeśli kłamca nie przeżywa takich emocji jak wydaje nam się, że powinien? Książka trochę to zweryfikowała, bo to bardziej rozległy temat niż mi się wydawało. Oprócz kłamstwa jest tu też trochę wiedzy o emocjach i ekspresjach mimicznych. Polecanko :D



Planuję wkrótce jeszcze kilka wpisów, w których wyróżnię inne wartościowe książki o psychologii - miedzy innymi takie terapeutyczne z ćwiczeniami! Tymczasem odsyłam do starszych wpisów:

- Jak nie pocieszać ludzi?

- Sposoby na pozbycie się złości


W wpisie wykorzystałam linki afiliacyjne.

maja 11, 2020

Nie płacz, uśmiechnij się, wszystko będzie dobrze, czyli jak nie pocieszać

Nie płacz, uśmiechnij się, wszystko będzie dobrze, czyli jak nie pocieszać
W dzisiejszym wpisie opisałam bardzo ważny dla mnie problem - jak nie pocieszać ludzi, i dlaczego to takie ważne. Chyba spora część z nas była wychowana w kulturze aktywnego banowania wszelkich niepożądanych emocji. Od małego nieświadomie wpaja nam się to przy każdej możliwej okazji. Kiedy dziecko zalicza glebę słyszy "nie rycz, bądź facetem". Kiedy stresuje się przed sprawdzianem z pszyrki, nadchodzą słowa "nie bój się". Dlaczego ma się nie bać? Przecież dzieje się coś co wydaje mu się rzeczywistym zagrożeniem!

jak pocieszyć koleżankę


Ja jestem na to wszystko bardzo wrażliwa. Ponieważ sama nie cierpię jak się nie szanuje tego co czuję. Nie chcę, żeby to co przeżywam było przez ludzi bagatelizowane i spłycane.

Nie chciałabym żeby ten wpis został odbierany personalnie - to nie ludzie, którzy tak reagują są źli, a sposoby na pocieszanie, których nas nauczono. Ja sama także często łapię się na tym, że nieświadomie palnę coś, z czym tak mocno walczę. Bo to jest tak mocno zakorzenione w nawykach, że nie uda się z dnia na dzień zmienić tych reakcji.

Zacznijmy po kolei.


Banowanie uczuć, czyli które emocje wolno przeżywać



Bardzo często pocieszanie przybiera formę nieświadomego akcentowania niektórych nastrojów jako niepożądanych, złych, niepotrzebnych i szkodliwych. "Nie złość się", "Nie płacz", "Nie bój się", "Nie stresuj się", "Nie martw się", "Nie gniewaj się", "Uspokój się". Rozumiem z czego to się bierze - z potrzeby mówienia czegokolwiek "właściwego", co mogłoby choć trochę poprawić nastrój osoby, do której kierowane są te słowa. Pytanie tylko, dlaczego staramy się ten nastrój poprawiać i dlaczego poprzez zaprzeczanie istnieniu przykrych emocji?

Nastroje i emocje pojawiają się w umyśle po pojawieniu się bodźca, który je wywołał - a więc różnych problemów, niejasności, wypadków, dyskusji, kłótni, myśli, i innych wydarzeń (nawet niekoniecznie takich realnie zagrażających/przykrych ale wynikających z nieadekwatnej interpretacji). Oczywiście dotyczy to także emocji "dobrych", ale skupiam się dziś na tych "złych" - pomijając fakt, że nie ma czegoś takiego jak złe i dobre emocje.

Emocje są zależne od tego jak ten bodziec zostanie zinterpretowany przez układ limbiczny, jakie neuroprzekaźniki zostaną wypuszczone do organizmu - a więc opiera się na pobudzeniu fizjologicznym ciała. Założenie, że jesteśmy w stanie nagle poprawić czyjś nastrój lub pozbyć się jakiejś przykrej emocji jest błędne, ponieważ nie możemy fizycznie ingerować w fizjologię zupełnie obcego organizmu (za pomocą takich metod jak polecenia i rozkazy w szczególności). Zmierzam do tego, że słowa "nie bój się", nie są w stanie zahamować pracy wytwarzających się wówczas hormonów, które wprawiają ciało w stan gotowości i pobudzenia. Zaprzeczanie tym emocjom (a więc sugestie, że nie ma się czym martwić, czego bać, czym stresować itp.) to za mało, żeby organizm zrozumiał, że rzeczywiście nie ma żadnego zagrożenia i przestał produkować hormony potrzebne do skutecznego reagowania na to zagrożenie.

Skoro ktoś się martwi, złości, boi - oznacza to, że ma realny ku temu powód, choć niekoniecznie adekwatny do zagrożenia (ale to nie znaczy, że powinno się ten powód kwestionować). Akceptacja i pozwolenie na przeżywanie także przykrych emocji są bardzo ważne i sprawiają, że człowiek czuje się lepiej zrozumiany. Nie trzeba się też bać, że nasze wsparcie bez klasyków w stylu "nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem", "nie ma się czego bać" jest wybrakowane - wręcz przeciwnie, pozwólmy ludziom przeżywać wszystkie emocje. To pozwolenie nie oznacza jednocześnie zostawiania ludzi z ich problemami na lodzie - ale jest różnica między akceptacją i pomocą w przeżywaniu/rozwiązywaniu problemów, a bagatelizowaniem ich stwierdzeniem, że to nie jest powód do strachu, płaczu i stresu.

Jeśli chodzi o emocje, odsyłam jeszcze do wpisu jak radzić sobie ze złością.



Uśmiech lekiem na całe zło



Społeczeństwo wychowuje nas w przekonaniu, że trzeba się uśmiechać, być wesołym, mieć dobry humor. Że nie wypada pokazywać negatywnych emocji, a uśmiech sprawi, że wszystkie problemy znikają. Bardzo tego nie lubię - nie lubię dostawać tego typu poleceń, choć wiem, że są one kierowane w dobrej intencji.

Uśmiech nie sprawia, że burzliwe emocje znikają, a problemy, które je wywołują magicznie się rozwiązują. Takie zakrywanie ich uśmiechem i pozornie dobrym humorem, może co najmniej zamieść je pod dywan, ale one prędzej czy później wyjdą, albo nadal będą tkwić w naszym umyśle - tyle że odbierze się nam potrzebę ich wyrażania wprost.

Choć jest to nieświadome bagatelizowanie tego, że negatywne stany emocjonalne TEŻ SĄ POTRZEBNE i mają swoją funkcję, istnieje kilka doniesień o tym, że uśmiech może wpływać na stan fizjologiczny ciała i działa to na zasadzie 'oszukiwania" mózgu emocjonalnego. Chodzi o to, że układ limbiczny rozpoznaje uśmiech jako bodziec towarzyszący dobremu humorowi i dzięki temu ma szansę zmienić stan fizjologiczny ciała - zahamować wytwarzanie kortyzolu, adrenaliny itp. Czy to rzeczywiście ma taką moc, że działa? Być może, ale nadal nie uważam, że powinno się tą wiedzę wykorzystywać do ucieczki od mówienia o przykrych odczuciach i rozwiązywania problemów. Wywołanie uśmiechu (ale nie za pomocą słów "uśmiechnij się", a raczej obejrzenie czegoś śmiesznego albo zarzucanie sucharem) można raczej wykorzystać w celu lekkiego rozładowania napięcia/zmniejszenia mocnego pobudzenia silnymi negatywnymi emocjami. Nie po to, żeby uniknąć przykrego tematu, ale by móc spokojniej, mniej agresywnie/panicznie i konstruktywnie porozmawiać.


Bagatelizowanie problemów - przecież nie ma się czym przejmować



Pomijając kwestię akceptacji dla cudzych stanów emocjonalnych, pojawia się jeszcze kwestia porównywania i tworzenia rankingu problemów (bo są problemy ważne i głupie, pamiętajcie). Gargamel kilka lat temu w jakimś filmie użył przykładu, który zawsze dobrze tu pasuje - "Zgwałcili Cię? Ale innych gwałcą więcej.". Pomijając już celowe i cyniczne komentarze, które otwarcie uderzają w czyjeś powody do smutku czy złości, czasami i w dobrych intencjach możemy komuś sprzedać taką radę. 

Przecież mogło być gorzej, prawda? Przecież trzeba się cieszyć, że nie skończyło się czymś gorszym. Nie. Nie trzeba. 

Żaden problem nie jest głupi i mało ważny jeśli powoduje w nas negatywne emocje - to już kwestia tego co możemy z tym zrobić i czy emocje jakie odczuwamy są adekwatne do skali problemu.

I pewnie - wdzięczność jest "terapeutyczna". Ale wskazywanie, że inni mają gorzej to nie jest dobra rada nastawiona na akceptację i zrozumienie.



Rozumiem co czujesz, też tak mam 



Nie, nie rozumiesz i nie masz. Nawet jeśli twój problem jest lub był podobny, nasze umysły inaczej go interpretują, pojawiają się inne emocje lub inne ich natężenie, inne konsekwencje tego problemu.

Ale nie to jest tu istotne. Istotne jest to, że osoba zwracająca się o pomoc, potrzebująca wygadania się, oczekuje prawdopodobnie wsparcia w JEJ problemie, a nie twojej historii radzenia sobie z podobnym problemem (chyba że otwarcie cię o to poprosi, żeby np. odnieść to do własnego i lepiej sobie z nim poradzić). Osoba, która zwraca się do nas z problemem i słyszy w odpowiedzi "a u mnie to było tak..", " ja też tak mam", może poczuć, że jej problem nie jest w rzeczywistości istotny. Bo przecież opowiada o problemie, a w odpowiedzi musi słuchać opowieści o problemach innych.

To często taka pułapka, bo wydaje nam się, że nasze osobiste przeżycia mogą być dla kogoś sygnałem, że nie jest samotny w tym co właśnie przeżywa lub że nasze doświadczenia mogą być pomocne. Prawda jest taka, że zwykle nie możemy przez to dowiedzieć się co dokładnie się stało, jakie emocje i myśli wywołało, bo już bez zastanowienia próbujemy dzielić się własnymi rozwiązaniami. Nie sugeruję, że to świadczy o tym, że takie osoby mają gdzieś cudze problemy, ale raczej, że wychodzą z założenia, że taki sposób pocieszania jest dobry.

To założenie, że człowiek poczuje się lepiej jeśli będzie wiedział, że nie jest jedynym, który coś takiego przeżywa, też jest zgubne. Bo dlaczego zakładamy, że cudze problemy będą dla kogoś pocieszające?

Jeśli chcesz pokazać komuś, że akceptujesz i rozumiesz co przeżywa (choć to drugie nigdy nie jest do końca możliwe), to to nie jest dobry sposób. Lepszym byłoby skupienie się w pełni na problemie głównym i ewentualnie dzielenie się własnymi jeśli zajdzie taka potrzeba/wyjdzie prośba.




Przewidywanie przeszłości - wszyscy wiemy że zawsze wygrywa dobro



"Wszystko się ułoży" - bardzo często chcemy w ten sposób zwrócić uwagę, że nieprzyjemne doświadczenia miną i trzeba je przetrwać. To także niby niepozorne słowa otuchy, a ja uważam, że ludzie trochę nie zdają sobie sprawy, że to duża odpowiedzialność. Być może nie wszyscy są tak wyczuleni na takie obiecanki, bo przyjęło się, że tak się mówi i już. Ale co jeśli nie mamy racji? Jeśli nic się nie ułoży i nie będzie dobrze?

Nie znamy przyszłości i być może okaże się, że będzie tylko gorzej albo nic się nie poprawi. Tego typu słowa są przez nas używane, żeby wzbudzić nadzieję i bardziej optymistyczne podejście. Nadzieja i optymizm są bardzo ważne, nie będę temu zaprzeczać. Ale czy rzeczywiście się pojawiają, gdy słyszymy "będzie dobrze?". Bo w mojej głowie pojawia się jedynie odpowiedź "Skąd wiesz? Dasz mi to na piśmie?"



Na dziś tyle psioczenia wystarczy. Dodam jeszcze tylko, że jeśli zauważyliście u siebie takie zachowania, to da się nad tym pracować. Tak się nauczyliśmy, można się tego nauczyć od nowa - i ćwiczyć tak długo, aż stanie się to normalną reakcją. Czyli niewykluczone, że nawet kilka lat! Nie chodzi też o to, żeby w 100% się przed tym hamować, ale raczej żeby ograniczyć ilość takich reakcji.
I dobrze jest to ćwiczyć właśnie na problemach, które odbieramy jako "nie aż tak poważne", bo są mniej obciążające - niekiedy potrzebny jest sposób na to jak pocieszać po stracie bliskiej osoby, kogoś w obliczu jakiejś poważnej tragedii czy choroby. Wtedy może być ciężko.

Wkrótce pojawi się druga część tego tematu, a w niej opiszę:

  • Jak pocieszać ludzi bez bagatelizowania uczuć
  • Jak poprawić komuś humor inaczej niż klasycznym "rozchmurz się"
  • Dlaczego wartościowanie problemów jest szkodliwe

Starszy wpis:

maja 04, 2020

Czy dziurawiec leczy depresję?

Czy dziurawiec leczy depresję?
Jeśli należycie do grup zielarskich, albo interesujecie się "naturalnymi" sposobami leczenia, prawdopodobnie zetknęliście się kiedyś z informacjami, że ziele dziurawca leczy depresję i jest bezpieczniejsze niż leki przepisywane przez psychiatrów. Ponieważ wciąż dostrzegam wiele nieprawdziwych informacji na ten temat, postanowiłam że w końcu powstanie ten wpis, który - mam nadzieję, rozwieje wątpliwości związane z tym "jak wyleczyć depresję domowymi sposobami" (albo raczej dlaczego tego nie robić).


dziurawiec w leczeniu depresji



Dziurawiec - właściwości 


Dziurawiec zwyczajny ma w sobie składniki takie jak hyperycyna, pseudohyperycyna, hyperforyna, związki fenolowe, kwasy organicznę, pektyny, ksantony, melatoninę. Ma właściwości przeciwutleniające, antybakteryjne, pomaga w leczeniu oparzeń i ran, poprawia trawienie, działa uspokajająco. Często mówi się o nim jak o "naturalnym antydepresancie".



Czy dziurawiec pomaga w leczeniu depresji? 


Bardzo często spotykam się z polecaniem go do wspomagania terapii, albo po prostu jako jej lepszą i zdrowszą alternatywę. Często odbywa się to poza wiedzą lekarza, no bo przecież po co brać leki, skoro można bezpiecznie i naturalnie, prawda? Dziurawiec na depresję, dziurawiec na sen, dziurawiec na nerwice - polecany bez zastanowienia, bo przecież jest naturalny i bezpieczny.


Jak miałoby to działać? W źródłach, które czytałam podano:


- Hamowanie wchłaniania zwrotnego neuroprzekaźników - adrenaliny, noradrenaliny, serotoniny, L-glutaminianiu, GABA (i powinowactwo z receptorami GABA)

- Inne źródło podaje, że hyperycyna hamuje wydzielanie interleukin IL-6 i IL-1b - następnie podwzgórze wydziela mniejszą ilość kortykoliberyny, a potem lecimy do przysadki mózgowej, gdzie wytwarza się mniej kortykotropiny i do nadnerczy wydzielających mniej kortyzolu

- Zdolność do hamowania aktywności monoaminooksydazy MAO, enzymu który prowadzi do deaminacji serotoniny, noradrenaliny, dopaminy, adrenaliny (jest inhibitorem MAO)

- Inna teoria mówi o tym, że zawartość melatoniny może regulować rytm dobowy przy okazji.


Na postawie przeprowadzonych badań nie stwierdzono w pełni, że dziurawiec może zastąpić leki w leczeniu depresji, pomimo że w opisanych badaniach wykazywał lepsze działanie niż placebo, trójcykliczne leki depresyjne oraz miał mniej skutków ubocznych. Dlaczego? Ponieważ badane grupy przyjmowały różne preparaty z dziurawca - a więc różne jego dawki, dodatkowo nie zawsze byli prawidłowo zdiagnozowani psychiatrycznie pod kątem rzeczywistej depresji, a okres takiej terapii trwał nie dłużej niż 6 tygodni. W badaniach nad leczeniem ciężkiej depresji, nie wykazywał on lepszego działania niż przy stosowaniu leków przeciwdepresyjnych. W innych badaniach wyciągi z dziurawca wykazywały podobne działanie co selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI) i miały mniej skutków ubocznych. W przypadku ciężkiej depresji nie było efektów działania dziurawca.

Źródła wskazują, że wykorzystywanie wyciągów z dziurawca w terapii jest możliwe pod warunkiem występowania łagodnych objawów depresji lub dużych przeciwwskazań do przyjmowania leków przeciwdepresyjnych.

Dodatkowo wychodzi na to, że "herbatka" z dziurawca nie wystarczy, bo nie ma w niej hyperycyny i hyperforyny (nie rozpuszczają się w wodzie), więc jeśli już to stosuje się wyciągi alkoholowe/gotowe preparaty.

Zioła zwykle zawierają bardzo różne ilości substancji czynnych - w takiej samej ilości suszonego dziurawca prawdopodobnie znajdują się inne dawki substancji (ilość substancji czynnych jest inna ze względu na fazę wzrostu rośliny, prawdopodobnie zależy to też od miejsca w jakim rośnie), nie jesteśmy w stanie tego zmierzyć w domowych warunkach. Taka jest różnica między rośliną w jej naturalnej postaci a lekiem zawierającym wyekstrahowaną substancję (której ilość można kontrolować laboratoryjnie). Więc znowu - bezpieczniejszym wyborem wydaje się dziurawiec w formie gotowego preparatu niż herbatki albo domowe maceraty.

Dodatkowo dziurawiec działa fotouczulająco, więc można się łatwiej poparzyć na słońcu.

Sama traktuję go raczej jako "domowy poprawiacz humoru"/uspokajacz a nie jako naturalny sposób leczenia depresji. Biorąc pod uwagę to jakie właściwości wykazywał w badaniach, myślę że przy zachowaniu bezpieczeństwa to ciekawa roślina, która może pomóc, ALE czytajcie dalej.


Dziurawiec a leki


Dziurawiec zwyczajny wchodzi w interakcję z lekami - albo pogarsza ich działanie, albo wręcz tworzy zagrożenie dla zdrowia i życia - swoją drogą często na ulotkach niektórych leków znajdują się ostrzeżenia przed dziurawcem. Dlatego nie brałabym go z jakimikolwiek lekami bez pozwolenia lekarza. Nie można go też przyjmować będąc w ciąży.

Nie wolno stosować go jako "uzupełnienia" standardowej farmakoterapii bez wiedzy psychiatry, bo to już zwyczajnie niebezpieczne (zespół serotoninowy/mania itp.). Kwestia możliwej interakcji z innymi lekami sprawia, że bez wiedzy medycznej nie jesteśmy w stanie ocenić czy przyjmowane preparaty na różne dolegliwości, nie będą na siebie wzajemnie oddziaływały. Swoją drogą dokopałam się do informacji, że takie łączenie leków z dziurawcem na chama (np. przeciwdepresyjnych) może zakończyć się tragicznie, ze śmiercią włącznie.


Naturalne metody leczenia depresji - co działa, a co nie?


W ogóle strasznie prowokuje mnie to hasło, bo sugeruje, że naturalne = lepsze, a wcale nie musi tak być. Jestem wyczulona na foliarstwo. Istnieją rośliny, których działanie na OUN jest potwierdzone naukowo - najczęściej kojarzone są chyba zioła uspokajające czy nasenne. Czy mamy coś co działa na depresję? Dokopałam się do informacji o Brahmi, szafranie, żeń-szeniu - ale już niektóre analizy nie potwierdzają jednoznacznie ich działania. I o tym może kiedy indziej, ale jeśli jesteście bardzo ciekawi to niżej są źródła. 



Jeśli czyta to ktoś, kto zmaga z depresją albo jakimiś problemami natury psychicznej, podchodźcie ostrożnie do takich rad i nie wierzcie w to, że nie ma potrzeby iść do specjalisty, bo wszystko można załatwić ziołami. Pewne sposoby rzeczywiście mogą wpłynąć na pracę układu nerwowego i wspierać proces leczenia zaburzeń psychicznych (albo go utrudniać), ale pamiętajcie, że nie jesteście w stanie sami się prawidłowo zdiagnozować - czasami objawy nie wskazują jednoznacznie co możne wam dolegać. Leki są różne dla różnych zaburzeń - co jeśli "zdiagnozujecie" sobie chorobę, której nie macie, i będziecie "leczyć się" nie tym co trzeba? Czasami nawet psychiatra ma trudność z diagnozą, a co dopiero osoba, która się na tym nie zna. Nie wierzcie też w te wszystkie bzdury, że leki są szkodliwe, rakotwórcze i skracają życie - mają swoje skutki uboczne, ale czasami po prostu są konieczne i nie da się prawidłowo bez nich funkcjonować. Rozwój medycyny naprawdę nie jest naszym wrogiem, a leków nie tworzy się po to żeby na nich zarabiać i powodować kolejne choroby. Czasami można zastąpić lek czymś "bardziej naturalnym" albo wspomóc proces terapii, ale to nie powinno się odbywać poza wiedzą psychiatry i na podstawie danych z tyłka. Ja wiem, że domowe sposoby leczenia depresji to kuszący temat, ale jest tu mnóstwo bzdur, które ciężko samemu przefiltrować.

Byłabym też ostrożna z polecaniem dziurawca wszędzie jako bezpieczny i alternatywny dla leków sposób leczenia zaburzeń psychicznych. To nie jest nieszkodliwa bzdura, która "ewentualnie nie zadziała" - tylko spora odpowiedzialność.



Starsze wpisy:

- Jaki szampon w kostce wybrać?

- Jak nie zazdrościć innym?



Źródła:

http://psychiatriapolska.pl/uploads/images/PP_3_2015/435Muszynska_PsychiatrPol2015v49i3.pdf?fbclid=IwAR3kW90NDucxL8qXmefV0Y4JZzR9c2S_n37nJqaAl9fESTrPhBxkFaCxSUc

http://www.strona.ppol.nazwa.pl/uploads/images/PP_1_2014/59Szafra%C5%84ski_PsychiatrPol_1_2014.pdf?fbclid=IwAR0oi9mRNoISNtA7FrQXD1fR9FGiNUTmYYF648jE0nNlpcwf_d9LRIRrhTo

https://journals.viamedica.pl/psychiatria/article/view/29219/23980

https://ptfarm.pl/pub/File/Bromatologia/2012/4/BR%204-2012%20s.%201227-1232.pdf

kwietnia 27, 2020

Szybki sposób na pozbycie się złości

Szybki sposób na pozbycie się złości
Mam wrażenie, że ludzie szukają pomocy w tym temacie głównie w aktywnościach takich jak sport, wysiłek, wyżycie się, rozładowanie energii, a także upust złości - krzyki, przekleństwa nierzadko kierowane w inną osobę, a usprawiedliwiane potrzebami bycia szczerym i rozwiązywania konfliktów. I być może słusznie. A być może nie - jest tu pewien szkopuł, który może powodować, że to wszystko odniesie odwrotny skutek.

Chodzi tu o formę takiego działania. Samo wyładowanie energii, wysiłek być może działają pozytywnie i rzeczywiście pomagają pozbyć się z ciała np. kortyzolu, albo wypełniają mózg "pozytywnymi" hormonami, ale kiedy podczas tego wysiłku nadal skupiamy się na temacie wywołującym złość, to możemy doprowadzić do tego, że będzie jeszcze większa.


sposoby na szybkie pozbycie się negatywnych uczuć



Jak radzić sobie ze złością?


Tylko o co właściwie chodzi w tym pytaniu? Jak radzić sobie ze złością w sensie akceptowania jej, czy pozbywania się jej? Czasami możemy czuć, że to złość bez powodu - ale jakiś powód musi być, choć niekoniecznie racjonalny. Złość pojawia się naturalnie, ale mamy możliwość kontrolowania jej albo hamowania. Na mnie zdecydowanie lepiej działa sposób, o którym dziś opowiem, ponieważ ma szansę zatrzymać burzę rozgrywającą się aktualnie w układzie limbicznym. Bo wiecie, emocje pojawiają się pod wypływem tego jak nasz układ nerwowy zinterpretuje bodźce i jakie neuroprzekaźniki postanowi w odpowiedzi wyprodukować. To można kontrolować i bardzo mnie jarają takie cwane triki na wykiwanie mózgu dzięki znajomości jego działania. Dlatego nie powiem wam jakie są sposoby na pozbycie się złości w 50 punktach, a skupię się na jednym.





Krok pierwszy - wykrycie emocji

Dobrze jest mieć świadomość co się właśnie rozgrywa w naszym umyśle, ale myślę że ten krok jest dość łatwy i to jeszcze za mało, żeby coś tu zaradzić. Beż uświadomienia sobie, że jesteśmy źli, nie pójdziemy dalej.



Krok drugi - odwracanie uwagi

Wiecie jaki jest problem z tym, że często sport, seriale, znajomi, nie pomagają pozbyć się nie tylko złości, ale i innych "negatywnych" emocji? Taki, że podczas ich wykonywania nie skupiamy się na tych aktywnościach, myślami wciąż analizujemy sytuacje wywołującą złość. Spotkanie ze znajomymi będzie miało raczej znikome działanie, jeśli będziemy z nimi tylko ciałem. Sport przez samą swoją naturę - pozbywania się z ciała choćby kortyzolu dzięki pracy mięśni, może dawać ulgę - ale lepszą ulgę da jeśli będziemy w pełni skupiać się na nim także umysłowo. Swoją drogą, ja nie jestem w ogóle przekonana czy wysiłek fizyczny - a więc jeszcze większe pobudzanie ciała, nie jest tu gorszą metodą niż relaksacja. Złość to pobudzająca, "agresywna" emocja, którą lepiej według mnie wyciszać. Ale do rzeczy.

Odwracanie uwagi - i to najszybciej jak się tylko da po wykryciu złości, sprawia że mózg hamuje tą masową produkcję katecholamin, które później w różnych procesach wprowadzają nas w stan gotowości. Chodzi o takie odwracanie uwagi - kiedy wręcz siłą staram się skupić uwagę na czymś innym. To może być np. poszukiwanie przedmiotów w pokoju, które zaczynają się na konkretną literę, zajęcie się zadaniem matematycznym, na grze która wymaga dużego skupienia, choćby i na liczeniu ziarenek ryżu jeśli jesteśmy bardzo zdesperowani. To musi być stuprocentowa zmiana i skupienie na czymś innym, bez dopuszczania do umysłu tego co nas złości. Kilka minut takiego odwracania uwagi u mnie zwykle wystarcza, żebym się uspokoiła. Ale - jeśli nie zaczniemy tego robić wystarczająco szybko po wykryciu emocji, to potem może być za późno - jeśli złość jest zbyt duża to ciężko wprowadzić się w taki stan odwracania uwagi i znaleźć wystarczająco dużo siły do wytężenia jej. U mnie to jest już ten stan pod tytułem "pierdole to uspokajanie, chce być zła!" i nie potrafię już zmusić się do takiego umysłowego wysiłku.



Krok trzeci - szukanie stanowiska przeciwnego

Na mnie najlepiej działa samo odwracanie uwagi. Ale można to połączyć albo wykorzystywać zamiennie z szukaniem przeciwstawnego stanowiska do tego co się wydarzyło.

Jeśli ktoś mnie wkurzył, mój umysł zwykle podsyła mi myśli w stylu "nie dba o mnie", "wszyscy mnie oszukują", "nie zależy jej", "celowo mnie upokorzył". Można więc poszukać przeciwnego stanowiska - sytuacji, które zaprzeczają tym osądom.

Przykładowo, do myśli "nie dba o mnie", np. w odniesieniu do partnera, można szukać wszystkich sytuacji, jakie przychodzą nam do głowy, które temu przeczą - w których wyglądało na to, że jednak dba.

Tu znów pojawia się problem - im szybciej zaczynamy to robić tym lepiej, bo gdy złość rozwali system, umysł jest niemal niezdolny do dostrzegania przeciwstawnych aspektów - wszystko jest złe, nie ma dobrych stron. Dlatego traktuję to jako krok trzeci - najpierw próbuję się uspokoić dzięki odwracaniu uwagi, żeby móc w ogóle wywołać w sobie zdolność patrzenia na sytuacje mniej egocentrycznie.


Aha - pamiętajcie tylko, że ważna jest także dyskusja. Nie chodzi o to, żeby unikać konfrontacji z ludźmi, którzy wywołują w nas złość, bo skoro tak się dzieje, to coś jest na rzeczy i prawdopodobnie wymaga wyjaśnienia. Chodzi o to jak pozbyć się złości, albo obniżyć jej poziom tak, żeby była mniej uciążliwa. Sposób o którym pisałam wykorzystuję kiedy nie mam pewności, że sytuacja/osoba, która mnie złości robi rzeczywiście coś złego, czy to może kwestia niezrozumienia albo wyolbrzymienia lub w sytuacji kiedy nie mam wpływu na wydarzenia i nie mogę tego wyjaśnić. Wydaję mi się też, że warto ją wykorzystywać przed konfrontacją i wyjaśnianiem sytuacji - bo pozwala nam na większy spokój, bardziej konstruktywne zachowanie, mniej agresji, mniejszy egocentryzm. Odwracanie uwagi lub szukanie przeciwstawnych stanowisk sprawia, że mózg emocjonalny się uspokaja, przestaje wydzielać pobudzające do ataku substancje, a my stajemy się bardziej otarci na możliwości, których wcześniej nie dało się zauważyć. To jest pomocne także w kwestii tego jak radzić sobie ze złymi emocjami ogólnie - tylko, że niektóre emocje są pobudzające, inne hamujące, jeszcze inne utrzymują się długo (no zaburzeń nastroju nie wyleczycie sobie takim ćwiczeniem), więc nie zawsze będzie działało.

Jakie są wasze sposoby na złość?

Starsze wpis:

- Jak się pozbyć zazdrości? 

- Jak rozwijać kreatywność? - Ćwiczenia

kwietnia 21, 2020

Jaki szampon w kostce wybrać? - Mój subiektywny ranking

Jaki szampon w kostce wybrać? - Mój subiektywny ranking
Szampon w kostce to najlepszy wynalazek ludzkości zaraz po kole, algebrze, robotach odkurzających i pierogach. Jest wygodny w użyciu, łatwy do przechowywania i zabierania w podróż, nie wymaga plastikowego opakowania. Brzmi świetnie, prawda? Jako, że jestem trochę w temacie i oprócz zajmowania się włosami lubię też rozwiązania przyjazne naturze, postanowiłam zrobić taką właśnie listę różnych znanych szamponów, ale pod względem składów. Być może ten spis pomoże wam zdecydować jaki szampon w kostce wybrać.

szampon w kostce a mydło do włosów


Szampon w kostce a mydło do włosów


Niestety czasami można się złapać w pułapkę - i kupić zamiast niego mydło. Zauważyłam, że jeszcze nie wszyscy ogarniają różnicę między szamponem w kostce a zwykłym mydłem. Niektórym wydaje się, że to to samo, tylko inaczej się nazywa, ale nic bardziej mylnego. Nawet niektóre marki (świadomie lub nie) produkują mydło, a później sprzedają je pod nazwą szamponu w kostce. Napisałam kiedyś wpis czy mycie włosów mydłem jest bezpieczne więc zajrzyjcie tam jeśli nie bardzo wiecie w czym rzecz.

Wpadłam na pomysł, że wygodnie byłoby mieć spis - szampony w kostce wraz z porównaniem składów, żeby było wiadomo, które produkty są bezpieczne. 

Nie testowałam wszystkich opisanych w tym wpisie produktów, dlatego nie powiem Wam czy dobrze się pienią, czy nie puszą włosów i czy dobrze mi domywają. Skupię się natomiast na analizie składów, bo to jest najważniejsze kiedy chcemy odróżnić szampon w kostce od zwykłego mydła. Większość marek ma kilka szamponów w asortymencie, przy większości ja będę analizować składy po jednym szamponie z każdej marki - zwykle jeśli skład jednego jest dobry, to reszty też, choć nie zawsze. Wyjątkiem będą najbardziej znane mi marki. Co jakiś czas będę aktualizować ten wpis i dodawać do niego produkty, których nie znałam, albo które pojawią się w sprzedaży.


Jak myć włosy szamponem w kostce?


Dokładnie tak samo jak zwykłym - moczymy włosy, moczymy kostkę i próbujemy ją rozetrzeć, by trochę się spieniło. Następnie przenosiły to na włosy, możemy także delikatnie pocierać je samą kostką. Niektóre szampony pienią się lepiej, inne gorzej - pamiętajcie jednak, że to nie piana sama w sobie myje, a detergent, którego skutkiem ubocznym jest piana. Dlatego jeśli wasz szampon za słabo się pieni, nie martwcie się, że nie domyje włosów.

Nie sugerowałabym się też tym, który szampon w kostce najlepiej się pieni. To nie piana myje włosy, piana jest tylko skutkiem ubocznym użycia detergentów, to one myją. Piana chyba tylko daje komfort, ale ja bym się nie przejmowała jeśli jest jej za mało.


Szampony w kostce - ranking


Moja ocena opiera się na analizie składów - nie testowałam wszystkich produktów, więc ciężko mi powiedzieć, który sprawdzi się najlepiej. Jednak w przypadku szamponów w kostce ważne jest w ogóle upewnienie się, że ten produkt nie jest mydłem. Dlatego mój ranking został ułożony subiektywnie od najgorszych grup produktów do najlepszych. Niektóre z nich mają jednak bardzo podobne składy więc przy wyborze sugerujcie się też waszymi preferencjami.



Grupa 1 - szampony w kostce o kiepskich składach


Do tej dodałam produkty, których raczej powinno się unikać.


Mydło do włosów 4 Szpaki (dostępne tutaj)


Skład to po prostu sole - sól sodowa oleju kokosowego i innych olejów. Czyli klasyczny i prosty skład mydła. Nie ma tu zbędnych i szkodliwych dodatków. Podoba mi się, że producent zaznacza, że mamy do czynienia z mydłem i nie wprowadza w błąd (choć ten dopisek "mydło do włosów" niezbyt mi pasuje i to dlatego w ogóle wspominam o tym produkcie). Niestety uważam, że taki produkt - choć nie wątpię, że jest bardzo dobrej jakości, nie nadaje się do mycia włosów. Ph mydła jest po prostu zbyt zasadowe i zdecydowanie polecam wybierać pozycję wyżej.

Sodium cocoate, sodium olivate, sodium shea butterate, sodium ricinoleate




E-FIORE Szampon Arganowy (dostępny tutaj)


Tu zaczyna się dość nietypowo, nie od detergentów, a od wody, gliceryny i sorbitolu. A później niestety - stearynian sody, a więc ponownie mamy do czynienia z mydłem i to do tego takim, które ukrywa się pod nazwą szamponu :D  następnie oleate i myristate. Jak widzę te składniki to odpuszczam sobie dalsze w kolejności, nic tego nie uratuje :D skład ciekawszy niż mydło do włosów 4 szpaki, bo ma oleje i substancje pielęgnacyjne, ale mimo wszystko, wg mnie nie warto.


Aqua, Glycerin, Sorbitol, Sodium Stearate, Sodium Laurate, Propylene Glycol, Sodium Oleate, Sodium Myristate, Sodium Chloride, Glyceryl Mono Laurate, Argania spinosa Kernel Oil, Linum Usitalissimum (Linum) seed oil, Cocos Nucifera, Cocamidopropyl Betain, Sodium Citrate, Citric Acid, Sodium Thiosulphate, Trisodium Sulfoccinate, Aloe Barbadensis, Helianthus Annuus Seed Oil, Daucus Carota, Cucumis Sativus, Pentasodium Pentatate, Parfum




Grupa 2 - szampony o składzie dyskusyjnym


W tej grupie znajdują się produkty, które są bezpieczniejsze - bo nie są mydłami, ale ich składy nie są dla mnie idealne - wybór zależy od tego czy unikacie substancji filmotwórczych lub silnych detergentów. Ja raczej nie używam szamponów z tej grupy.


Bomb Cosmetics "Szczęściarz" (dostępny tutaj)


Silny detergent, na 3 miejscu w składzie już zapach, następnie polyquat - substancja filmotwórcza rozpuszczalna w wodzie, stabilizator, następnie olejek z szałwii i oliwa, kumaryna, eugenol i inne potencjalnie drażniące substancje zapachowe. Plus barwniki. Według mnie skład nieciekawy - niezbyt delikatny, dużo zapachów, a niewiele olejów czy ekstraktów.


Sodium Lauryl Sulfate, Aqua (Water), Parfum (Fragrance), Polyquaternium 10, Cocamide DEA, Cocamidopropyl Betaine, Salvia Sclarea (Clary) Oil, Olea Europeae (Olive) Seed Oil, Coumarin, Eugenol, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, CI 19140 (Yellow 5), CI 42090 (Blue 1).



Lush New Shampoo Bar


Mocny detergent, pokrzywa i mięta, glicerina, macerat alkoholowy z pokrzywy, rozmarynu, nie jestem pewna czy dobrze rozumiem, że bay oil to olej z drzewa laurowego, olejek goździkowy, olejek cynamonowy i zapachy. Jak dla mnie kiepsko.


Sodium laurylsulfate, Nettle and Peppermint Infusion (Urtica Dioica and Mentha Piperita), Glycerin, Nettle Absolute (Urtica Urens), Rosemary Absolute (Rosmarinus officinalis), Bay Oil (Pimenta Acris), Clove Bud Oil (Eugenia caryophyllus), Cinnamon Leaf Oil (Cinnamomum Cassia), Cinnamal, Eugenol, Benzyl Benzoate, Limonene, Linalool, CI 73360,Cinnamomum Cassia


Szampon w kostce L'biotica Biovax Baicapil Malina Róża


Średni i silny detergent w składzie. Na trzecim miejscu skrobia. Oprócz tego parafina - a więc substancja filmotwórcza, obklejająca. Nie ma w sobie żadnych wartościowych właściwości, jednak używanie kosmetyków z jej zawartością zwykle wizualnie poprawia stan włosów (nie naprawia ich, nie odżywia - jedynie po użyciu wyglądają lepiej i są bardziej chronione przed środowiskiem). Jeśli ten składnik wam nie przeszkadza to ok. Tylko pamiętajcie, że parafinę trzeba zmywać rypaczem, a skoro będziecie myć skalp i włosy tylko tym to nie widzę sensu robić olejowania i innych zabiegów w tym okresie. W składzie są różne ekstrakty i gliceryna. Jeśli miałabym go używać, to jedynie przed jakimiś ważnymi okazjami, wtedy nie specjalnie zależy mi na pielęgnacji, a właśnie na wizualnym efekcie. W innym wypadku wolę szampony bez takich silnych oblepiaczy.

Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Sodium Coco-Sulfate, Triticum Vulgare (Wheat) Starch, Cetearyl Alcohol, Paraffin, Aqua, Glycerin, Parfum, Rubus Chamaemorus Fruit Extract, Rosa Gallica Flower Extract, Rosa Damascena Flower Oil, Glycine Soja Germ Extract, Triticum Vulgare Germ Extract, Scutellaria Baicalensis Root Extract, Lactic Acid, Arginine, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Sorbic Acid, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Propanediol, Titanium Dioxide.




Szampon w kostce L'biotica Biovax Botanic Skrzyp polny Aloes


Sytuacja wygląda tu podobnie jak przy innych szamponach Biovax - silny i średni detergent skrobia plus parafina. Z tą różnicą, że skład jest trochę uboższy w ekstrakty ogólnie - tylko aloes i skrzyp. 


Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Sodium Coco-Sulfate, Triticum Vulgare (Wheat) Starch, Cetearyl Alcohol, Paraffin, Aqua, Parfum, Glycerin, Equisetum Arvense Leaf Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Paraffinum Liqidum, Propylene Glycol, Titanium Dioxide.


Szampon w kostce L'biotica Biovax Botanic Czystek Czarnuszka


To samo jak w reszcie Biovaxów, ale w składzie inne ekstrakty - czystek i czarnuszka.


Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Sodium Coco-Sulfate, Triticum Vulgare (Wheat) Starch, Cetearyl Alcohol, Paraffin, Aqua, Glycerin, Parfum, Nigella Sativa Seed Extract, Cistus Ladaniferus Leaf/Stem Extract, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Linalool, Titanium Dioxide



Le Cafe De Beaute Szampon Przeciwłupieżowy (dostępny tutaj)


Silny detergent + dalej dodatkowo delikatniejszy, olej z pestek winogron, shea, emulgator, pirytionian cynku, olejek lawendowy i drzewa herbacianego, panthenol, kwas askorbinowy, witamina e i barwnik. Not bad, ale ja wole delikatniejsze detergenty.


Sodium cocosulfate, vitis vinifera (grape seed) oil, cocamidopropyl betaine, butyrospermum parkii (shea) butter, glyceryl stearate, cetearyl alcohol, behentrimonium chloride, zinc pyrithione, lavandula (lavander) essential oil, melaleuca (tea tree) essential oil,, d-panthenol,, perfume, ascorbic acid, tocoferyl acetate, ci 77400


Szampon w kostce 4 Szpaki (dostępny tutaj)


4 Szpaki to chyba najbardziej kojarzony szampon tego typu. Na pierwszym miejscu mamy 2 detergenty, z czego ten drugi nie jest delikatny, jak to dotychczas uchodzi. Jego moc jest taka sama jak Sls. Dlatego jeśli ktoś szuka szamponu jedynie z delikatnymi detergentami, informuję. Jeśli wam to nie przeszkadza - to śmiało. W składzie mamy jeszcze olej rycynowy, masło shea, masło kakaowe, olej jojobę, glinkę czerwoną i olejek geraniowy. Brak jakichś podejrzanych dodatków.

Sodium Cocoyl Isethionate, Sodium Coco Sulfate, Cetyl Alcohol, Inulin, Butyrospermum, Parkii (Shea) Butter, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Ricinus Communis (Castor) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Oil, Montmorillonite (Red Clay), Panthenol, Oleum Citrus Limonum, Pelargoneum Graveolens Oil, Geraniol*, Citronellol*, Linalool*




Grupa 3 - najlepsze szampony 


Tutaj umieściłam te, które wydają mi się najlepsze - delikatne detergenty i w miarę ciekawe dodatki, niektóre mają substancje zapachowe, ale ja nie jestem alergikiem więc mi nie przeszkadzają.




Miodowa Mydlarnia Trawa Cytrynowa (dostępny tutaj)


Na pierwszym miejscu 2 łagodne detergenty. Następnie masło kakaowe, pochodna miodu i naturalny konserwant. Oprócz tego w składzie olej macadamia, ekstrakty z pokrzywy, szałwii, glinka montmorylinitowa, olejek z palczatki pogiętej (trawa cytrynowa), spirulina, panthenol, miód, olejek z drzewa herbacianego. Z reszty dodatków nie widać nić niepokojącego poza zapachami, które mogą być alergenami.


Sodium Cocoyl Isethionate, Coco Glucoside, Theobroma Cacao Seed Butter, Hydroxypropyltrimonium Honey & Leuconostoc / Radish Root Ferment Filtrate, Cetyl Alcohol, Behentrimonium Methosulfate & Cetearyl Alcohol, Sodium Lactate, Macadamia Ternifolia Seed Oil & Urtica Dioica Extract & Salvia Officinalis Extract, Montmorilllonite, Panthenol, Honey, Cymbopogon Flexuosus Oil, Spirulina Platensis, Lactic Acid, Dehydroacetic Acid & Benzyl Alcohol, Melaleuca Alternifolia Leaf Oil, Citral*, Citronellol*, Eugenol*, Geraniol*, Limonene*, Linalool*




Szampon Ajeden Amla (dostępny tutaj)


W składzie - delikatny detergent, emolient, glinka, ocet, substancja nadająca poślizg, masło kakaowe, olej z pszenicy, wyciąg z nasion rzodkiewki, cukier inulina, puder z amli, witamina e, olej słonecznikowy. Ładny skład.


Sodium Cocoyl Isethionate, Cetyl Alcohol, Kaolin, Vinegar, Behentrimonium Methosulfate, Theobroma Cacao Seed Butter, Triticum Aestivum Germ Oil, Raphanus Sativus Seed Oil, Inulin, Emblica Officinalis Fruit Powder, Butylene Glycol, Panthenol, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Aqua.



Soap Szop Krasnoludzki szampon w kostce (dostępny tutaj)


Łagodny detergent, glinka montmorylinitowa, olej kokosowy, woda z szałwii lekarskiej, oleje awokado, arganowy, rozmarynowy, ekstrakt z pokrzywy, olejek limonkowy, spirulina. Ładny skład. 


Sodium Cocoyl Isethionate, Montmorillonite, Cocos Nucifera Oil, Salvia Officinalis Water, Persea Gratissima Oil (and) Argania Spinosa Kernel Oil (and) Urtica Dioica Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Citrus Aurantifolia Peel Oil, Spirulina Platensis Powder, Citral*, Geraniol*, Limonene*, Linalool*


Herbs&Hydro Dzięgieć (dostępny tutaj)


Łagodny detergent, biała glinka, emulgatory, dzięgieć brzozowy, masło kakaowe, proszek shikakai (o fajnie, shikakai też myje włosy), niacymid, woda z kwiatów pomarańczy, olej rycynowy, panthenol, witamina e. Ładny skład, jako jeden z niewielu nie ma na końcu substancji zapachowych.


Sodium Cocoyl Isethionate (SCI), White Clay, BTMS50 – Behentrimonium Methosulfate (and) Cetyl Alcohol (and) Butylene Glycol, Betual Alba Oil, Cetyl Alcohol, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Shikakai Powder, Niacinamide, Citrus Aurantium Amara Flower Water, Ricinus Communis (Castor) Oil, Panthenol, Tocopherol


Naturologia Oczyszczający skrzyp (dostępny tutaj)


Łagodny detergent, masło shea, masło kakaowe, glinka, olej z pestek winogron, ekstrakt ze skrzypu, spirulina, cukier, olej jojoba, olejek szałwiowy, olejek z mięty pieprzowej, olejek lawendowy. Całkiem ładnie.


Sodium Cocoyl Isethionate, Shea Butter, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Rassal (Montmorillonite) Clay, Vitis Vinifera Seed Oil, Equisetum Arvense Extract, Spirulina Platensis Powder, Inulin, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Salvia Sclarea Oil, Mentha Piperita Leaf Oli, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Linalool*, Limonene*, Geraniol*.





Dolina Czeremchy szampon Owsiany (dostępny tutaj)


Łagodny detergent, glinka, masło shea, gliceryna, olej z maku, olejek z gorczycy, ocet, mleko kokosowe, olej z nasion owsa, środek powierzchniowo czynny, miód, mąka owsiana, olejek z trawy cytrynowej, olejek lawendowy, olejek bergamotkowy, ekstrakt z aloesu. Brak dodatkowych substancji zapachowych. Bardzo ciekawie.


Sodium Cocoyl Isethionate, Kaolin, Aqua, Butyrospermum Parkii Butter, Glycerin, Papaver Somniferum Seed Oil, Brassica Alba Seed Oil, Pyrus Malus Vinegar, Cocos Nucifera Milk, Avena Sativa Kernel Oil, Cocamidopropyl Betaine, Honey, Avena Sativa Kernel Flour, Cymbopogon Winterianus Oil, Lavandula Angustifolia Oil, Citrus Bergamia Oil, Avena Sativa Straw Powder, Aloe Barbadensis Leaf Extract





Szampon w kostce Bydgoska Wytwórnia Mydła (dostępny tutaj)


Łagodny detergent, olej z kiełków pszenicy, napar z hibiskusa, gliceryna, olej jojoba, zielona glinka i zapach. Ładnie.

Sodium Cocoyl Isethionate, Triticum Vulgare Germ Oil, Herbal Infusion (Hibiscus Rosa-Sinensis), Glicerin, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Illite, Aroma


Produkty less waste Lamazuna - Czekolada (dostępny tutaj)


Łagodny detergent, kakao, masło kakaowe, kwasy z oleju kokosowego (domyślam się, że to coś w stylu kwasu laurynowego). Bardzo prosty skład bez szału. Nie ma tu żadnych ekstraktów ani innych pielęgnacyjnych dodatków.

Sodium cocoyl isethionate, theobroma cocoa (cocoa) seed powder *, stearic acid, theobroma cocoa (cocoa) seed butter *, aqua / water / ear, coconut fatty acid, decyl glucoside, lauryl glucoside, sodium isethionate, glycerin *


Niektóre produkty zawierają linki afiliacyjne, co oznacza, że jeśli dokonacie z nich zakupu, otrzymam za to prowizję. Mam nadzieje, że ten fakt nie wpłynie na wiarygodność analizy. Nie wypróbowałam osobiście wszystkich wymienionych produktów, jeśli to zrobię, to wzbogacę wpis o moją własną opinie odnośnie stosowania i tego jak działają na moje włosy, nie jedynie analizę wkładów. Planuję jednak wrzucić także oddzielny wpis z moim własnym przepisem na taki szampon.


Starsze wpisy:

- Jak się pozbyć zazdrości?

- Jak ćwiczyć wyobraźnie - ćwiczenia na kreatywność 

kwietnia 18, 2020

Dlaczego sukcesy twoich znajomych są sukcesem także dla ciebie i jak się pozbyć zazdrości

Dlaczego sukcesy twoich znajomych są sukcesem także dla ciebie i jak się pozbyć zazdrości
Kiedy przygotowywałam się do tego wpisu, sprawdziłam co na ten temat najczęściej ludzie wyszukują w google. Jak nie zazdrościć przyjaciółce? Kiedy zazdrość staje się niebezpieczna? Dlaczego jestem zazdrosna o sukcesy innych? W dzisiejszym wpisie opowiem jak radzić sobie z zazdrością związaną właśnie z osiągnięciami innych oraz - w przypadku gdy uważacie, że to nie jest żaden problem - powiem dlaczego według mnie jednak jest.

zazdrość a poczucie własnej wartości i jak nie zazdrościć przyjaciółce


Czy zastanawialiście się kiedyś skąd się wzięły takie dziwne emocje jak zazdrość i zawiść w odniesieniu do cudzych osiągnięć? Znacie to uczucie, gdy poprawia się humor na wieść o czyjejś porażce?

Zapewne każdy z nas w jakimś stopniu odczuwał kiedyś coś podobnego. Nie mówię dziś o zazdrości w związku, a raczej takim "ukłuciu", gdy widzimy jak średnio lubiana znajoma (a nawet przyjaciel czy członek rodziny) wydaje książkę, dostaje się na studia na Harvardzie, bierze ślub, rodzi dziecko albo wymyśla szczepionkę na koronawirusa. Albo odwrotnie - to dziwne ciepełko w serduszku, kiedy okazuje się, że znajoma zawaliła egzamin, dostała naganę od szefa, albo ośmieszyła się publicznie. Nie sugeruję oczywiście, że każdy jest nadal na takim etapie postrzegania cudzych sukcesów i porażek, ale być może kojarzycie uczucia, o których mówię.

Dzisiaj opowiem Wam, jak pozbyłam się tych uczuć poprzez odmienne postrzeganie cudzych przeżyć, a tym samym poczułam się lepiej i bezpieczniej wśród ludzi osiągających sukcesy - a w dodatku, sama zaczęłam na tym korzystać. Ale zanim do tego dojdzie - trochę prywaty.

Odkąd pamiętam miałam niewielkie predyspozycje do odczuwania zazdrości - w szkole, na studiach, wśród znajomych, przyjaciół albo ludzi, których niespecjalnie darzyłam sympatią. Nigdy otwarcie tego nie zakomunikowałam, ale gdzieś tam w środku czułam się lepiej, kiedy komuś podwijała się noga. Takie odczucia pojawiały się u mnie mimowolnie - po prostu były i nie miałam na nie wpływu. Przybierałam pozycję prześmiewczą lub obronną kiedy jakieś wydarzenie było przez mój mózg interpretowane jako zagrożenie albo powód do radości. No właśnie, dlaczego cudzy sukces był przeze mnie interpretowany jako zagrożenie i konkurencja? Kiedy teraz o tym myślę, ciężko mi w to uwierzyć, jednak tak po prostu się działo - nie dochodziła do mnie informacja, że na świecie (jeszcze przez jakiś czas) wszyscy się pomieścimy.

Pojawianie się tego typu uczuć na początku prowadziło u mnie do wykorzystywania takich informacji w jakichś niecnych celach - choćby i do obgadywania mniej lubianych ludzi. Później, kiedy stawałam się trochę bardziej świadoma, zaczęły się pojawiać wyrzuty sumienia - frustrowało mnie, że pojawia się u mnie zazdrość np. o osiągnięcia czy życie najlepszej przyjaciółki, której nigdy bym przecież źle nie życzyła, z resztą na logikę, nie było to w moim interesie bym jej źle życzyła. A jednak zazdrość się czasami pojawiała - o lepszą ocenę, o chłopaka, o urodę, o mniej dotkliwe (w mojej ocenie) problemy życiowe.

To oczywiście miało swoje granice - nie czułam żadnej satysfakcji kiedy na przykład ktoś tracił pracę i wiedziałam, że ma teraz problem z utrzymaniem się, albo na przykład umierał komuś członek rodziny - musiałabym być zwyczajnie psychopatką, żeby w takich chwilach odczuwać radość. To tylko pokazuje, że wcale nie jesteśmy złymi zawistnymi ludźmi, a zazdrość nie jest uczuciem, które odczuwamy z premedytacją i którego jakoś specjalnie potrzebujemy. Czasem pojawia się samoistnie i nie jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić.


Być może było to wywołane przez jakieś "wyuczone wzorce"

"Dostałaś tylko 3? A co dostała Martynka, pewnie 5?"

"Twój syn jest taki grzeczny i mądry, a zobacz tylko na tego naszego gamonia..."

Kojarzycie to?

Nie bez powodu chyba wzięły się te memy o zawiści i potrzebie "psucia innym" u typowego Polaka. Polemizowałabym czy to jest konkretnie cecha Polaków, a nie ogólnie ludzi, ale może coś w tym jest.


Powodów do odczuwania zazdrości może być naprawdę wiele, możemy też wmawiać sobie, że "nic nas to nie obchodzi", ale takie nieprzyjemne uczucia mimo wszystko lubią nadal się pojawiać i uprzykrzać nam życie, a my nieświadomie zaczynamy odczuwać jakąś niechęć do osoby x.



Zazdrość a poczucie własnej wartości, czyli twoja wygrana nie musi oznaczać czyjejś przegranej



To nie powinno działać tak, że będziemy czuć się dobrze jedynie w sytuacji, gdy sami jesteśmy na górze, a ktoś inny traci. Budowanie pozytywnej samooceny na takim rusztowaniu to złudzenie. Rozsypie się przy kolejnej okazji, gdzie to ktoś inny "wygra", powie coś bardziej elokwentnego, czy będzie miał lepszą stylówkę na domówce. Porównywanie się z innymi to temat na zupełnie inny wpis (i temat "zazdrość a samocena" wymaga małego rozszerzenia), ale to bardzo ważne bym o tym przypomniała.

Nie sprawdzałam czy istnieją badania potwierdzające, że zazdroszczą tylko osoby z niską samooceną, dlatego nie będę stawiać takich wniosków. Być może jest to dużo bardziej złożony problem. Napiszę jedynie, że odbieranie osiągnięć w kategorii niezdrowego wyścigu i konkursu nie jest właściwe i korzystne dla nikogo. I zrozumienie tego być może będzie wyjściem do zbudowania pozytywnej samooceny w bardziej skuteczny sposób.

Jej się udało, a mi nie, i co teraz? Czy jestem już teraz dożywotnio zdyskwalifikowana z robienia rzeczy?



Zazdrość a poczucie winy


To nie tak, że osoba, która zazdrości, jest tą złą, zawistną koleżanką, która na końcu filmu zawsze obrywa. Odczuwanie zazdrości o czyjeś sukcesy może potem prowadzić do takich właśnie refleksji - "czy ja jestem złym człowiekiem skoro źle im życzę?", "co ona mi takiego zrobiła, że wkurza mnie jej nowa praca?", "przecież całkiem ją lubię, jak to teraz o mnie świadczy?".

To jest dobry znak, że takie refleksje się pojawiają. Bo świadczy to o jakimś poziomie świadomości o pojawiających się w nas procesach. I pozwala coś z tym zrobić.



Czy zazdrość można wyleczyć?


Zazdrość to nie choroba, więc jak to leczyć? U mnie zazdrość pojawia się już coraz rzadziej i jest mniej dotkliwa - bo automatycznie analizuję już cudze osiągnięcia i porażki w taki sposób, by wyciągać z nich korzyści. Czasami jednak musimy nauczyć się funkcjonować z jakąś upierdliwą emocją. U mnie zazdrość nadal czasem naturalnie występuje - ale teraz postrzegam ją już w zupełnie inny sposób i staram się wynosić z niej naukę. Coraz częściej łapię się na tym, że po przeanalizowaniu takiej wywołującej zazdrość sytuacji, mój humor mocno się poprawia, bo widzę kolejną osobę, która coś osiąga i łamie schematy, że w naszym kraju to się nie da, że w takim wieku się nie da, że w ogóle się nie da. Każdy cudzy sukces to dla mnie tylko kolejne potwierdzenie, że wszystko można. Dawniej kiedy jakieś wydarzenie z czyjegoś życia wywołało u mnie zazdrość, nabierałam do takiej osoby rezerwy, miałam z tyłu głowy taką niewypowiedzianą informację "tej pani unikamy, ok?" - czy to nie jest absurdalne? Zamiast czerpać inspirację i uczyć się od ludzi, którym już się udało, zabieramy sobie ta możliwość i karmimy się jakimiś uspokajającymi formułkami, że "na pewno komuś obciągnęła" albo "ma bogatych rodziców". Nie odpowiem wam na pytanie, czy zazdrość można wyleczyć, za to pokaże kilka sposobów na to jak stopniowo się jej pozbywałam.



Jak się pozbyć zazdrości?


Żeby coś mogło się zmienić, trzeba uświadomić sobie kilka rzeczy- dlaczego nie warto zazdrościć innym i jak to wygląda od strony technicznej. Jeśli wam to ułatwi sprawę, można sobie to rozpisać. Zerknijcie do wpisu o tym jak pisać pamiętnik tak, żeby działało


1) Każdy cudzy sukces staram się postrzegać w kategorii "da się". Jeśli mi ciężko, zadaję sobie kilka pytań.

Ktoś założył firmę, urodził dziecko, wygrał konkurs, kupił dom? Co to dla mnie znaczy? Że da się zakładać firmy, rodzić dzieci, wygrywać konkursy i kupować domy. 


Dlaczego powinnam cieszyć się z tą osobą i nie odsuwać jej od siebie? Bo może przekazać mi wiedzę, której nie mam. Bo to jakimi ludźmi się otaczam, wpływa na mój rozwój. Bo mogę wybrać, czy chcę mieć wokół siebie ludzi, którzy się nie rozwijają albo ciągną mnie w dół, czy może ludzi ambitnych, przedsiębiorczych, dobrych i kreatywnych, których obecność będzie wpływać na mnie pozytywnie.

Analogicznie - cudze porażki mogą również być lekcją dla nas.


2) Empatia. Wzbudzanie w sobie empatii i współczucia może ułatwić złagodzenie satysfakcji, kiedy komuś podwinie się noga. Jak ta osoba musi się teraz czuć? Jak ja czułabym się będąc teraz w jej skórze? Czego potrzebowałabym w tej chwili od ludzi? Czasami można sobie pomóc i wyobrazić sobie, że ta porażka doprowadziła do jakichś bardzo przykrych, nawet nierealnych skutków - np. czyjś zawalony egzamin przypuszczalnie doprowadził do przemocy domowej. Czy wiedząc, że nielubiana koleżanka została skatowana przez ojca, nadal cieszymy się z jej niepowodzenia? Empatia to jest naprawdę skuteczna broń przeciwko złości i zawiści.


3) Uświadomienie sobie, że to wszystko jest procesem związanym z tym jak nasz mózg odbiera wydarzenia i że można go nieco oszukać i z czasem zmienić nawykowe reakcje. Stopniowo nauczy to nas jak radzić sobie z zazdrością. To że tak często pojawia się ta emocja chociaż wcale jej nie chcemy, świadczy o tym, że wyznawane przez nas "prawdy" przyzwyczaiły nasz układ nerwowy do reagowania na różne sytuacje w taki a nie inny sposób. Zmiana tych ograniczających przekonań i wykorzystywanie wyżej wymienionych sposobów będzie wyrabiać inne nawykowe reakcje, co w efekcie powinno sprawić, że takie uczucia będą już automatycznie inaczej interpretowane.


4) Świadomość, że powiedzenie "z kim przystajesz, takim się stajesz" to najprawdziwsza prawda. W punkcie 1 już do tego nawiązałam. Może brzmi to okrutnie, ale tak to już jest że przebywanie w konkretnym środowisku sprawia, że mimowolnie i naturalnie pobieramy od niego jakieś wzorce i cechy. Dlatego w naszym interesie jest otaczać się ludźmi, którzy są ambitni, zaradni, pracowici i nastawieni na rozwój. Zazdrość po prostu się nie opłaca. Co jest dla nas lepsze? Odcinanie się od ludzi, którym zazdrościmy, czy trzymanie ich przy sobie, czerpanie od nich wiedzy i wykorzystywanie jej? Być może to nieco egoistycznie, ale z praktycznego punktu widzenia zazdrość po prostu odcina nam niektóre możliwości rozwoju.


Czasami wydaje się jednak, że ludzie są także ofensywnie nastawieni do nas - i że to nie my "zaczęliśmy" grę. Tyle że najczęściej to zwyczajne złudzenie i ograniczające przekonania. Jeśli nie mamy realnego dowodu na jakieś celowe działanie przeciwko nam, jeszcze nie musimy takiej osoby odsuwać. Oczywiście to ma swoje granice, nie chcę żeby ktoś zinterpretował to tak, że trzeba trzymać przy sobie ludzi, którzy są dla nas toksyczni w imię uczenia się od nich życia na siłę. 



Czy zazdrość może być dobra?


Ponownie - pomijam kwestię zazdrości w związkach. Zastanawiałam się czy zazdrość o czyjeś osiągnięcia mogłaby być w jakimś sensie pozytywna i adaptacyjna. I chyba nie potrafię wskazać pozytywu innego poza tym, że dzięki uświadomieniu sobie jej i tego jak każe nam myśleć i interpretować pojawiające się wydarzenia, mamy możliwość te interpretacje zmienić i odbierać rzeczywistość bardziej rozwojowo. Nie jako zagrożenie. Być może ma ona też sens jeśli rozumiemy ją w kategoriach wzbudzania motywacji do działania poprzez obserwowanie jak dobrze idzie "konkurencji". Tyle że czym innym jednak jest zdrowe inspirowanie się czyimś działaniem, a czym innym obniżony z tego powodu nastrój. Według mnie można się motywować do działania bez konieczności wzbudzania i przeżuwania negatywnych emocji.


To był długi wpis, ale czuję, że udało mi się wyczerpać temat. Jakie macie doświadczenia z zazdrością?


kwietnia 14, 2020

Ćwiczenia rozwijające wyobraźnie - 10 dziwnych zadań z których najczęściej korzystam

Ćwiczenia rozwijające wyobraźnie - 10 dziwnych zadań z których najczęściej korzystam
Niedawno pojawić się wpis o tym jak poprawić pamięć i koncentrację. Dzisiaj post przydatny szczególnie dla ludzi, którzy chcą pracować twórczo - pisać teksty, opowiadania, tworzyć sztukę czy zakładać biznes, ponieważ łapiemy się za ćwiczenia rozwijające wyobraźnię. Mam kilka mniej i bardziej przetestowanych propozycji na ćwiczenia, które rozwijają kreatywność i pozwalają wychodzić poza schematy myślenia.

Sama bardzo często korzystam z nich przede wszystkim kiedy planuję wpisy na bloga albo nowe zdjęcia. Czasami możemy nieświadomie wymyślić coś oryginalnego poprzez tego typu eksperymenty myślowe, więc te ćwiczenia nie służą jedynie "profilaktycznie", ale mogą być wykorzystywane w sytuacji kiedy akurat próbujecie coś "urodzić", ale z kiepskim skutkiem.

Jeśli macie dzieci i chcecie się od nich na chwilę uwolnić, ale tak, żeby na tym korzystały, możecie zorganizować im te ćwiczenia w formie rozwijającej zabawy.

To zlepek ćwiczeń, które sobie wymyśliłam na podstawie poznanych wcześniej z różnych źródeł, takie ćwiczenia na kreatywność mają to do siebie, że można je po prostu zmodyfikować pod indywidualne potrzeby - jeśli mamy ćwiczyć wyobraźnię, to można wymyślić też inną formę ćwiczenia, ja podaje po prostu możliwe propozycje.


jak rozwijać wyobraźnię


Ćwiczenia na wyobraźnie 


Ćwiczenie 1 . Znajdź w internecie 10 najdziwniejszych dzieł sztuki i wyobraź sobie co widzi przedstawiony na nich obiekt.

Przykład - co może widzieć ten znerwicowany typ na obrazie Muncha "Krzyk"? Na co on patrzy w swoim namalowanym uniwersum? Jak mógłby wyglądać ten obraz, gdybyśmy "obrócili kamerę" na to co krzyczący ziomek ma przed sobą? Możemy to narysować.
Następnie możemy to rozwinąć - wyobrazić sobie co w tej chwili myśli, co się stało zanim został uchwycony w takiej scenie, co zrobi za chwile, itp.
Chyba nie muszę mówić, czemu zwykle ćwiczyłam to na obrazach Beksińskiego :D


Ćwiczenie 2. Znajdź w internecie kilka rysunków przedstawiających nieistniejące zwierzęta namalowane przez dzieci (chyba, że masz własne dzieci - wtedy zleć im wykonanie takich rysunków :D) i zastanów się jak może wyglądać pożywienie każdego z nich. Wyobrażaj sobie szczegóły, smak, zapach, fakturę. Nie musisz bazować na znanych ci już rodzajach pożywienia ziemskich zwierząt, to może być coś kompletnie nieoczywistego. 

To przykład, ale możecie to dowolnie zmodyfikować. Jak takie zwierze się rozmnaża? Jak wygląda jego naturalne środowisko?


Ćwiczenie 3. Wybierz 2 kompletnie nie związane ze sobą przedmioty, które znajdują się w twoim domu (każde z innego pomieszczenia). Następnie wypisz listę 20 podobieństw, które je łączą. Jeśli dasz radę, wypisz 50, czy nawet 100 podobieństw. 

Podobieństwa mogą być kompletnie absurdalne jak np. "oba przedmioty nie nadają się do kopania rowu", "są niejadalne" albo "mogą służyć za rozpałkę". To ćwiczenie poznałam kiedyś na warsztatach kreatywności na studiach i bardzo często wykorzystuję je na przykład w rozluźniających przerwach podczas lekcji z dzieciorami.


Ćwiczenie 4. Plamy, chmury, bazgroły, rozlany andrzejkowy wosk - wybierz, które z nich będzie bazą do ćwiczenia i znajdź 20 elementów, które w nich widzisz. 

Część z was pewnie kojarzy szukanie obiektów z chmur - ale chmury szybko się rozlewają i zmieniają kształt, więc łatwiej znaleźć w nich nowe rzeczy. Dlatego warto utrudnić sobie zadanie i bazować na przykład na plamach czy kleksach farby, które wcześniej sobie przygotujemy. Trudniej jest wyobrazić sobie zupełnie inny przedmiot z niezmieniającej się kompozycji, bo wymaga to od nas zmieniania perspektywy.


Ćwiczenie 5. Wymyśl dalsze losy bohatera swojej ulubionej książki/filmu. 

Może zakończenie ci się nie podoba i trzeba naprawić ten autorski burdel? To może być krótki opis, ale możesz iść krok dalej i stworzyć fanfic.


Ćwiczenie 6. Wybierz 1 zupełnie przypadkowy przedmiot, który widzisz w zasięgu swojego wzroku. Wyobraź sobie, że nim jesteś. Wczuj się w ten przedmiot i zastanów się co sądzisz o tym wszystkim wokół ciebie. 

Przykład: Postanawiasz, że będziesz widelcem. Czy lubisz jak ludzie wkładają cie sobie do ust? Wolisz jak je się tobą zimne czy ciepłe potrawy? Wolisz kąpać się w zlewie czy w zmywarce? Wolisz leżeć obok łyżek czy noży? Co cię irytuje? Co kochasz? Co chcesz osiągnąć w swoim widelcowym życiu? Wyobrażaj sobie przez kilka minut życie z perspektywy widelca czy innego martwego przedmiotu.


Ćwiczenia na wyobraźnie - kiedy potrzebuję wygenerować jakieś twory "na już"


Te ćwiczenia można oczywiście traktować też jak te z grupy wyżej, ale chciałam wam pokazać jak można jednocześnie ćwiczyć i wystawiać się na możliwość "stworzenia czegoś przypadkiem". W zależności od tego co potrzebujecie urodzić - można je zmodyfikować pod swój rodzaj działalności. Kiedyś pisałam fantastykę - oczywiście z moją sumiennością i "manią wielkości" (albo będzie milion wątków i bohaterów, albo wcale) nigdy nie doszło do jej wydania, ale mam teraz sporo ciekawych fragmentów i historię bazową, którą bardzo lubię i czasami sobie czytam. Ale do czego zmierzam - w momentach krytycznych robiłam sobie różne losowanki, czy wymyślanie fabuły za pomocą łączenia przypadkowych słów. Podobnie było w przypadku wymyślania nazw - zwykle ratowałam się tworzeniem neologizmów z połączeń przypadkowych słów, z racji że miały to być nazwy fantasy, bazowałam na językach skandynawskich, celtyckich, czy innego suahili. Czasami wychodziło z tego coś, co dawało mi świeży pogląd albo inspirację do pociągnięcia tematu. 


Ćwiczenie 7. Wypisz 5 kompletnie przypadkowych, niezwiązanych ze sobą słów na tą samą literę. Następnie napisz krótkie opowiadanie z ich udziałem. 

Najważniejsze, żeby te słowa były kompletnie różne - nie same rzeczowniki, niezbyt oczywiste.


Ćwiczenie 8. Wybierz kilka przypadkowych słów z pierwszej książki jaką masz pod ręką. Następnie wybierz 1 i wygeneruj najwięcej pomysłów na (tu w zależności od tego czym się zajmujesz) - tytułów na wpis, tytułów na opowiadanie czy dzieło sztuki, anegdotek, śmiesznych prawd objawionych, sucharów itp. z użyciem tego słowa. 

Mogą być zupełnie absurdalne, czasami w tym tkwi cała magia. Im więcej pomysłów tym lepiej. Następnie to samo zrób z pozostałymi wybranymi słowami.


Ćwiczenie 9. Tworzenie nazw z połączeń 2 wyrazów. 

Na pewno wiecie jak to działa, bo czasami takie twory powstają naturalnie. Np. słowa "kartofel" i "wieżowiec" mogą stworzyć "wieżofel" i "kartowiec". Jeśli tworzycie nazwy fantasy, nie tylko imiona, czy miejsca, ale także jakieś nieistniejące w naszym świecie pojęcia czy przedmioty, możecie bazować nie tylko na języku polskim. Jeśli potrzebujecie wymyślić sobie np. nazwę działalności, strony internetowej, produktu,  możecie wypisywać sobie kilka słów, które same w sobie opisują was i waszą działalność, i próbować łączyć je w taki sposób. To jest do zmodyfikowania pod własne potrzeby.


I ostatnie - najtrudniejsze :D


Ćwiczenie 10. Wymyśl własne ćwiczenie na wyobraźnię na podstawie tych, które widzisz wyżej. 

Jeśli takie ćwiczenia mają przynosić także skutek uboczny w postaci realnych tworów, to po prostu trzeba je trochę zmodyfikować pod siebie - to czym się zajmujemy, co chcemy tworzyć.

Jak rozwijać wyobraźnie? 


Możecie wybierać sobie ćwiczenia polegające na generowaniu treści z kilku wybranych elementów, albo wybierać 1 element i generować do niego jak największej ilości przykładowej treści. Jest mnóstwo sposobów na to jak rozwijać kreatywność i wyobraźnie, a przy okazji stwarzać możliwości tworzenia czegoś przypadkowo w tym procesie. A dodatkowo to bardzo często po prostu fajna zabawa, którą można wykorzystać w różnych sytuacjach.


kwietnia 06, 2020

Wyzwania czytelnicze - dlaczego uważam, że to bez sensu?

Wyzwania czytelnicze - dlaczego uważam, że to bez sensu?
Dzisiaj chciałam się podzielić moimi refleksjami w temacie sensu zabawy w wyzwania czytelnicze. Czasami youtube poleca mi treści o takiej tematyce, ale wydaje mi się, że nie zawsze warto czytać "na ilość" - choć bywało, że i ja próbowałam stawiać sobie takie cele. Dla osób, które nie są w temacie - wyzwanie czytelnicze to taki challenge - zakładamy sobie, że w ciągu danego miesiąca czy roku przeczytamy określoną ilość książek (zwykle kilkanaście-kilkadziesiąt). Czy to rzeczywiście jest efektywne i pożyteczne?

wyzwania książkowe - czy to ma sens? Czy warto czytać 10 x książka pdf kiedy można przeczytać jedną?


Sama mam niezdrową tendencję do czytania kilku książek naraz, ale postanowiłam w końcu zastopować. Takie czytanie powoduje tylko, że każdą z nich miele przez znacznie dłuższy okres, niż by to miało miejsce podczas czytania tylko jednej czy dwóch. W dalszej części wpisu także do tego nawiąże, ale po kolei.


Wyzwanie czytelnicze - kiedy to nie ma sensu?


Jeśli tak jak ja czytacie dużo książek tego typu, pewnie także w swoim idealnym scenariuszu widzicie możliwość przeczytania jak największej ilości w krótkim czasie - w końcu tyle książek jeszcze czeka aż czegoś się z nich nauczycie, a czas ucieka ;v Zauważyłam, że w moim przypadku takie podejście kompletnie rozprasza proces przyswajanie aktualnej wiedzy. Zamiast skupiać się na obecnej lekturze, zastanawiałam się ile jeszcze tego gunwa muszę przeczytać, żeby posiąść akceptowalny poziom mądrości. Nie skupiałam się na tym co właśnie czytam, tylko odczuwałam stres, że już koniec miesiąca, a z 5 książek, które planowałam przeczytać, nie skończyłam jeszcze pierwszej. Myślałam sobie, że im więcej tym lepiej, czytasz za mało - trzeba przyspieszyć.

Nie uważam samej idei za coś głupiego - to samo w sobie jest pewnie ciekawym doświadczeniem, jednak pojawienie się tego trendu może nam narzucać pewnego rodzaju presję i czytanie staje się koniecznością i wyścigiem, a nie przyjemnością i rozwojem. W szczególności kiedy zabieramy się właśnie za książki "rozwojowe" - poradniki czy książki naukowe. Zastanówmy się po co właściwie czytamy książki psychologiczne, naukowe, rozwojowe, poradnikowe? Cześć z nich zapewne jest pisana w taki sposób, albo porusza taką tematykę, że czytanie ich to czysta przyjemność. Wydaje mi się jednak, że ich głównym celem jest coś innego niż sama rozrywka.

Wprowadzanie w życie nowych nawyków czy zasad to długotrwały proces. Sama wiedza nabyta w ciągu kilku, czy nawet kilkunastu dni czytania nie wystarczy, żebyśmy umieli sprawnie wprowadzić ją w życie. W szczególności, kiedy zakres materiału jest obszerny.

Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego niektóre poradniki "nie działają"? Są napisane przez nieodpowiednią osobę? Nie wykluczam istnienia kiepskich książek - ale podejrzewam, że ma tu też miejsce zjawisko czytania bez brania pod uwagę czasu potrzebnego, żeby przyswoić i wprowadzić w życie zawartą w nich wiedzę.



Szybkie czytanie czy zdrowe czytanie?


Nie mam zbyt dużej wiedzy na temat technik szybkiego czytania, ale z tego co wiem polega ono na stosowaniu różnych technik, które nie tylko przyspieszają sam proces, ale także sprawiają, że więcej zostaje w głowie, żeby zminimalizować ryzyko pomijania dużej części informacji (np. wskazywanie paluchem tekstu, naprzemienność - lewy palec kiedy jesteśmy praworęczni, żeby zaangażować drugą półkulę mózgu itp.). Być może jest to potrzebne, kiedy musicie czytać nudne teksty albo się wam śpieszy.

Myślę jednak, że szybkie czytanie nie wyklucza czytania "zdrowego", czyli takiego, które nie jest wyścigiem i sprawi, że poznana wiedza zostanie jakoś wykorzystana. Z tego co wiem szybkie czytanie zwiększa koncentrację w momencie czytania - ale z drugiej strony może też zachodzić zjawisko wybiórczości uwagi. Myślę, że można to pogodzić pod warunkiem, że nie odbywa się to za zasadzie czytania kilku książek jedna po drugiej w jak najszybszym czasie, a rozpracowania jednej lektury, z uwzględnieniem np. wracania do fragmentów, które wydawały się niezrozumiałe, albo wymagają powtórki. Niektórzy tłumaczą, że szybkie czytanie to oszczędzanie czasu - jednak o ile nie czytamy w sposób rozkojarzony, tak że na jedną stronę tracimy 20 minut, to nie warto się aż tak śpieszyć. Wychodzę z założenia, że jeśli książka zawiera wartościową wiedzę, to powinniśmy jej poświęcić tyle czasu ile indywidualnie potrzebujemy, żeby wszystko zrozumieć i mieć szansę przetestować.

Jeśli chodzi natomiast o czytanie kilku książek naraz, co zwykle dość często praktykowałam, też uważam, że to kiepski pomysł. Miałam w zwyczaju zaczynać kilka książek jednoczeście, zwykle z troszkę innych dziedzin. Jedna dobra książka poradnikowa/naukowa to już spoko nowości do przyswojenia i trzeba poświęcić na to określoną ilość czasu, a co dopiero kiedy mnożymy to wszystko razy 5 książek. Męczył mnie już stosik pozaczynanych pozycji - nie było tyle czasu, żeby każdej poświęcić tyle czasu i uwagi ile trzeba. Teraz mam zasadę, że mogę czytać maksymalnie 3 naraz - 2 naukowo-rozwojowe (ale najlepiej jedną) i jedną fabularną, która ma być tylko rozrywką.




Lepiej czytać więcej książek niż nie czytać wcale


Rzeczywiście, z tym się zgodzę. Choćby przez samą ekspozycję i kontakt ze słowem pisanym i z mądrymi rzeczami, mózg dostaje jakąś stymulacje, istnieje szansa że część informacji zostanie nam w głowie, poza tym przyswajamy ortografię, interpunkcję, poznajemy być może nowe słownictwo.

Według mnie wyzwania czytelnicze mają sens w przypadku czytania książek fabularnych. Wówczas nie musicie się niczego uczyć ani wprowadzać w życie, a jedynie dobrze się bawić. Myślę też, że większość osób organizuje sobie książkowy challenge własnie na takiej literaturze. Jeśli natomiast chodzi o poradniki - być może są osoby, które lepiej sobie radzą z czytaniem na czas i umiejętnym wykorzystaniem tego w praktyce, choć ciężko mi w to uwierzyć, bo wprowadzenie w życie JEDNEGO nowego nawyku, to czasem tygodnie czy miesiące pracy i prób oszukania swojego układu limbicznego.

Jeśli czytacie na ilość, bo to dla Was jakaś wartość i wybieracie książki mniej wymagające i angażujące, to takie wyzwanie książkowe nie powinno robić krzywdy. Chociaż uważam też, że stwarzanie sobie dużej presji niesie jakieś niebezpieczeństwo późniejszego niezadowolenia jeśli np. przeczytacie mniej niż planowaliście. Ale książki naukowe, poradnikowe, rozwojowe czy jakiekolwiek inne, które mają na celu nauczyć czegoś więcej niż ortografii i interpunkcji, wymagają odpowiedniej ilości czasu i uwagi - myślę, że zdecydowanie lepiej jest mielić jedną taką książkę kilka miesięcy i czuć, że rzeczywiście miała wpływ na nasze życie, niż zaliczyć ich w tym samym czasie 20, i z każdej wynieść jakieś śmieszne ochłapy wiedzy i zmian.


A więc mam dla was wyzwanie czytelnicze 2020 - przestajemy czytać na czas i przerabiamy każdą książkę dopóki nie będzie w pełni zrozumiana :D


Starsze wpisy:

- Jak zacząć pisanie pamiętnika i czemu to pożyteczne?

- Jak poprawić pamięć i koncentrację, a także pracę mózgu innym sposobem niż tigerami, kofeiną i żeńszeńkiem

marca 24, 2020

Jak poprawić pamięć i koncentrację? - 6 rzeczy, które zaczęłam robić dla mózgu

Jak poprawić pamięć i koncentrację? - 6 rzeczy, które zaczęłam robić dla mózgu
Życie pracującego studenta uświadomiło mi w pewnym momencie, że wszyscy robimy to źle. Wiem, że mam dużą wytrzymałość, kiedy trzeba zarwać nockę, bo do zdania są 3 egzaminy i projekt. Ufam, że mój organizm jeszcze jest w stanie pociągnąć kilka dni z deficytem snu, z jedzeniem jednego posiłku dziennie przepitym w biegu Redbullem. Zauważyłam wręcz, że studenci odczuwają jakąś dziwną dumę opowiadając o swoich destrukcyjnych dokonaniach podczas sesji, a każdy chce być tym, który Nie Spał Dłużej. Kończę studia i chyba w końcu dobrze byłoby wyjść z takich schematów myślenia (5 lat za późno xD).

jakpoprawicpamiec


Tak na serio, nigdy nie byłam na podium jeśli chodzi o energetyki, brak snu i wkuwanie na egzamin dzień przed. Interesowało mnie jak poprawić pamięć trochę mniej inwazyjnie. Zwykle też udawało mi się wykrzesać jakąś motywację w okolicach tygodnia przed egzaminem, co dawało więcej miejsca na regenerację. Ale wciąż widziałam u siebie masę niezdrowych nawyków nauki. Z reguły wychodziłam z założenia, że teraz jest czas na zapierdalanie - a wyśpię się po sesji (albo po śmierci ;v). To dość nierozsądne, bo w trakcie tych najbardziej niestabilnych okresów po prostu wyniszczałam sobie organizm. Zwykle po kilku dniach takiej walki bez snu, próbując zmieścić do głowy nienaturalną ilość nowej wiedzy naraz, z nadmiarem kofeiny kończyłam przeziębiona, wychodziło mi zimno na ustach albo robiłam całemu światu awanturę. 

Nie będę Wam pisać, że potrzebny jest sport i zdrowa dieta, takie sposoby na poprawę pamięci dobrze znamy. Staram się into ćwiczenia, gotuję coraz zdrowiej. Ale zależało mi na konkretnych rzeczach, które są łatwiejsze do wprowadzenia i poprawią pracę mózgu, dzięki czemu będę bardziej produktywna, zrównoważona i bardziej wytrzymała.

Do wprowadzenia tych zmian zainspirowała mnie między innymi książka Daniela G. Amena "Wspieraj swój mózg - odmładzaj się", którą kupicie TU (link afiliacyjny, a więc jeśli coś przez niego zamówicie, to mój kot nie będzie musiał pandować na dworcu ;v). Polecam przeczytać i wciskać siłą rodzinie i znajomym, bo porusza kwestie, które wszyscy zaniedbujemy, a naprawianie ich wcale nie wymaga wiele wysiłku. Podoba mi się jaki kładzie nacisk na robienie badań SPECT, których zwykle psychiatrzy raczej chyba nie zlecają, a pomaga to między innymi w diagnozie zaburzeń psychicznych. Zastanawiam się, czy gdyby SPECT było normą w trakcie diagnozy, jak bardzo można byłoby zminimalizować opcję nietrafionego doboru leków w farmakoterapii i konieczności "poszukiwania" tego właściwego. Ale dziś jednak chciałabym się skupić na wspomaganiu pamięci i pielęgnacji mózgu, do rzeczy!


Jak poprawić pamięć? 

Ludzie często oczekują rozwiązania tego problemu szybko, najlepiej za pomocą jakiegoś specyfiku. Istnieją co prawda suplementy i substancje, które rzeczywiście mają potencjał - krótko i długotrwały - poprawiania pamięci. Ja jednak wierzę, że zdecydowanie lepsze działanie ma poprawa ogólnych nawyków i bardziej świadome podejście do tego czym jest mózg. Nie maszyną, która ma szybko pomieścić natłok informacji, a później przez długi okres cierpieć na deficyt stymulacji, a jako organ, o który zwyczajnie trzeba stale dbać, tak samo jak dbamy na przykład o ciało. Nie da się wiecznie zaniedbywać mózgu i wciąż osiągać pozytywne efekty w zapamiętywaniu, koncentracji, nie mówiąc już o tym, że mózg jest przecież producentem neuroprzekaźników, które decydują o naszym nastroju i zdrowiu psychicznym.

Dlatego dziś skupię się właśnie na tych ważnych aspektach "pielęgnacji mózgu" i opowiem o rzeczach, które od kilku tygodni staram się na stałe wprowadzić do swoich nawyków, żeby w dłuższym wymiarze poprawić pamięć, koncentrację i nastrój.


Czym odżywiać mózg? Rola kwasów omega 3 


Nie będę się rozpisywać o konieczności jedzenia witaminek i tak dalej. Kiedyś namiętnie interesowałam się też tym jakie istnieją zioła na poprawę pamięci i czytałam sporo o adaptogenach, ale teraz skupię się w szczególności na kwasach omega 3, bo to one, w szczególności DHA są takie istotne i wchodzą w skład istoty szarej i synaps mózgu. Według źródeł, do których się dokopałam (między innymi do wyżej wspomnianej książki) zbyt niski poziom kwasów DHA i EPA ma związek z otyłością, depresją i zaburzeniami lękowymi oraz większym prawdopodobieństwem występowania chorób otępiennych (np. Alzheimera). Wprowadzanie do diety tych kwasów może więc sprzyjać przywracaniu równowagi emocjonalnej i wpływać na poprawę nastrojów.

Nie chciałabym żeby ktoś wysunął z tego wniosek, że dieta bogata w omega 3 wyleczy z depresji czy innych zaburzeń psychicznych, ale warto się tym wspierać w procesie terapii, bo może to mieć wpływ na ogólną poprawę.  W krajach, w których dieta opiera się na pokarmach zawierających dużo tych kwasów, diagnozuje się mniej przypadków depresji. Oczekiwanie, że 1 zmiana w diecie zadziała leczniczo to błąd, jednak warto z takimi problemami walczyć na kilku płaszczyznach.

Wychodzę z założenia, że im mniej zaburzeń, problemów z nastrojem i emocjami, tym lepsze ogólne funkcjonowanie mózgu, koncentracja i produktywność - kiedy mam depresyjny nastrój, praca i nauka są ostatnimi rzeczami jakimi mam ochotę się zajmować. Mój umysł ma wtedy inne priorytety - jak na przykład użalanie się nad sobą albo próby przywrócenia lepszego nastroju. Poza tym kwasy omega 3 wpływają także na ogólne funkcjonowanie poznawcze.

Dlatego postanowiłam, że coś z tym zrobię. Moja dieta niestety, pomimo gotowania w domu, nie należy chyba do najbardziej odżywczych. Dlatego postanowiłam, że wrócę do picia tranu. Jego smak wywołuje we mnie odruch wymiotny, więc gdy uda mi się skończyć butelkę, kupię chyba wersję dla dzieciaczków z aromatem cytrynowym. U Pana Tabletki było fajne porównanie jaki tran wygląda legitnie. Ważne jest też żeby wybierać tran, a więc olej z wątroby dorsza, a nie po prostu olej rybny, na który składają się różne odpadki produkcyjne.



Witamina D3


Jest kolejnym składnikiem, który ma wpływ nie tylko na poprawę odporności, ale i lepsze funkcjonowanie poznawcze. Wiąże się z poprawą nastroju, pamięci i bardziej efektywne uczenie się. Bardzo ciekawi mnie podane w książce badanie dotyczące usuwania z mózgu przez układ odpornościowy beta-amyloidu, związanego z pojawianiem się choroby Alzheimera. Oprócz tego ma właściwości przeciwutleniające i podobnie jak kwasów omega 3, jej niedobory to większe ryzyko depresji. Nie da się ukryć, że nigdy nie będę spędzać tyle czasu na słońcu, żeby mój poziom tej witaminy był w normie. Dlatego poszłam w tabletki.

Z mojego małego researchu wynika, że lepiej wybierać leki a nie suplementy zawierające witaminę D3, bo wtedy mamy pewność, że jest jej tam tyle, ile powinno być. Legitnie wygląda np Vigantoletten  2000 albo Vigantol.



Odpowiednia ilość snu

 Od kilku tygodni to dla mnie świętość. Nie chcę się narażać na spadek odporności i łapanie infekcji, a z reguły dostaje to, gdy za mało śpię. Mózg i inne organy muszą się zregenerować. Według D. G. Amena brak odpowiedniej ilości snu obniża zdolności poznawcze, a przewlekła bezsenność może trzykrotnie zwiększyć ryzyko śmierci ze wszystkich powodów - to dość szokująca dla mnie informacja - choć w książce nie ma dokładnego źródła. Dotychczas myślałam, że trzeba spać 8 godzin - nie mniej, nie więcej. Aktualnie są już badania, które to obalają, dlatego staram się spać tak, żeby się wyspać, ale żeby też nie przesadzić w drugą stronę. Zwykle to jest 6-8 godzin, ale muszę się pilnować, bo mam tendencję do spania dłużej.

Dlatego nawet jeśli nie mogę zasnąć późno w nocy, śpię dłużej bez poczucia winy, że już cały dzień mam stracony. Staram się też wyregulować godziny spania - zasypiać i wstawać wcześniej, co aktualnie w czasie kwarantanny spędzanej u rodziców jest dla mnie wyjątkowo trudne.


Nieustanna nauka poprawia aktywność mózgu


Zwykle kiedy człowiek osiąga już pewien status materialny i stabilną pracę, przestaje się uczyć. Kończy swój rozwój. A tym samym - nie stymuluje mózgu, który przestaje tworzyć kolejne połączenia nerwowe. Mózg staje się organem obsługi podstawowych, automatycznych czynności, które nie wymagają dużego wysiłku. To źle.

Wiecie, że ludzie z niskim wykształceniem wcześniej chorują na Alzheimera i inne formy otępienia? Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle - nie chodzi tu o segregację ludzi na tych wykształconych i nie, uważam jednak że nie posiadanie matury czy studiów nie jest usprawiedliwieniem na brak poszukiwania możliwości nauki i rozwoju. Chodzi o sam fakt braku stymulacji i podejmowania przez mózg wysiłku nauki.

Nie ma znaczenia, czy chcesz uczyć się nowego języka, fizyki kwantowej czy szydełkowania. Każda czynność albo informacja, którą poznajesz, a która wymaga odrobiny poznawczego wysiłku, jest dla mózgu stymulacją, która sprawi, że dłużej pozostanie sprawny.



Praca nad inteligencją emocjonalną


Jak pisałam wyżej, to jaki mam nastrój, wpływa na moją pamięć, koncentrację i chęć działania. Staram się rozwijać zdolności lepszej samoregulacji emocji - pozbywania się złości, lęku czy smutku. W kwestii złości i smutku opieram się na metodach przeciwstawiania - wykrywania myśli, emocji, a następnie szukania odwrotnych, przeciwstawnego do nich odbioru. Jeśli zirytuje mnie czyjeś zachowanie, rozgraniczam to zachowanie, od moich myśli i emocji (np za pomocą wypisania każdego z tych elementów), a następnie szukam motywów działania, które bronią obiekt wywołujący we mnie złość. Wbrew temu co często się doradza, "przeżuwanie" negatywnych emocji nie jest dobre, bo często prowadzi do zaognienia i eskalacji konfliktu. Staram się w miarę szybko wyczuć moment pojawiania się złego nastroju i jak najszybciej "przeciwstawiać". Jest to skuteczniejsze niż np. wysiłek fizyczny, który ma niby pełnić rolę pozbycia się napięcia. Również przywoływanie uczucia empatii pozwala zmniejszyć poziom złości. W sytuacji odczuwania stresu, lęku albo niepokoju natomiast lepsze są wszelkie techniki relaksacyjne (ale już w przypadku nastrojów depresyjnych nie pomogą).

Oprócz tego polecam też praktykować ćwiczenie modnej ostatnio uważności, bo to często pozwala odwracać uwagę od negatywnych emocji. Pamiętajcie, że za pojawiające się emocje odpowiadają neuroprzekaźniki, które wyprodukuje lub nie wyprodukuje Wasz mózg oraz przez to jak mózg zinterpretuje pojawiające się sygnały z otoczenia. Świadomość tego jak działa ciało migdałowate i chemia mózgu, pozwala mi czasami "oszukiwać go" i zmieniać nastrój.

Niestety nie zawsze mi się to udaje, czasami wpadam w pułapkę analizowania i podsycania negatywnych emocji, które sprawiają, że trudniej jest się z tego wyplątać np. bez zrobienia awantury i wyżycia się w ten sposób - swoją drogą wyładowywanie złości na kimś, bez żadnych konstruktywnych sposobów komunikowania jej, wcale nie zmniejsza tego uczucia i nie poprawia nastroju. Podobnie nieskuteczne jest wyładowywanie złości za pomocą agresji np. przeklinania, walenia pięścią w ścianę itp. (w sytuacji poza kłótnią, tzn. gdy jesteśmy sami i próbujemy się"wyżyć").

Kontrolowanie nastroju poprawia moją produktywność i koncentrację, dlatego że w sytuacji odczuwania silnych negatywnych emocji, nie jestem w stanie skupić się na pracy i nie mam ochoty wykonywać zadań, które sobie zaplanowałam. Możecie wyszukiwać rozmaite sposoby na poprawę koncentracji, ale nic Wam nie pomogą, jeśli nie potraficie trzymać emocji na wodzy, podczas dużego napięcia praktycznie nie da się w pełni skupić. Dlatego w zależności od tego w jaki nastrój wpadam, szukam ratunku w przeciwstawianiu, przywoływaniu empatii, odwracaniu uwagi czy w relaksacji. Ten tematy wymaga rozwinięcia - szczególnie, że jest dużo więcej różnych strategii, więc kiedyś pojawi się oddzielny wpis. 



Dodatkowa stymulacja mózgu - gry i zabawy


Oprócz stymulacji neuronów za pomocą nauki, warto także wprowadzić w wolnym czasie zabawy takie jak sudoku, puzzle, gry planszowe, szachy, krzyżówki, gry logiczne, strategiczne, matematyczne, kalambury. Oprócz elementu uczenia się czegoś nowego - np. poprzez naukę zasad nieznanej wcześniej gry jest jeszcze element wysiłku poznawczego w czasie grania, który wymaga od nas planowania, wykonywania obliczeń, stosowania dedukcji/indukcji, skupienia uwagi, skoncentrowania, przywoływania z pamięci. Wszystkie te czynności stymulują aktywność mózgu, poprawiają pamięć, zwiększają iloraz inteligencji, ich skutkiem jest też poprawa pamięci i lepsza koncentracja. Zmuszanie mózgu do wysiłku to nie eksploatowanie go, a poprawianie jego ogólnego stanu. Ja lubię grać w gry typu Escape (trzeba wykombinować jak wydostać się z pokoju), mahjonga, scrabble i różnego rodzaju zagadki, gry wymagające dojścia do jakiegoś rozwiązania. Wybierajcie takie gry, jakie sprawiają Wam przyjemność, bo wtedy nie będziecie musieli się do nich zmuszać. 


Jest jednak wiele rzeczy, które można do tej listy dodać i planuję jeszcze wrócić do tego tematu. Na chwile obecną staram się robić chociaż to. Zmiana zbyt wielu nawyków naraz jest w zasadzie niemożliwa do przeprowadzenia. Mózg musi się przyzwyczaić do zmian, jeśli jest ich za dużo - silna wola tego nie udźwignie. W kolejnym wpisie chciałabym trochę opisać jak poszczególne aktywności wpływają na rozwój poszczególnych części mózgu. Sposoby na lepszą pamięć mogą się ograniczać do ładowania w siebie żeń szenia, tigerów i kofeiny, ale według mnie lepiej zadziałać holistycznie. Być może kiedyś opiszę także zioła na poprawę pamięci i funkcjonowania mózgu, ale też będę skupiać się na rzeczach, które działają trwale, a nie szybko i nagle.



A tymczasem odsyłam do starszych wpisów:



Copyright © 2016 gnome household , Blogger