lipca 23, 2017

Aktualna pielęgnacja - zmiana na naturalne kosmetyki

Aktualna pielęgnacja - zmiana na naturalne kosmetyki
Już od dawna planowałam całkowicie przejść na naturalne kosmetyki, ale po prostu byłam z byt leniwa, żeby się nauczyć czytać składy i rozpoznawać składniki, które nie powinny się w nich znajdować. W te wakacje nareszcie ruszyłam tyłek, przeszukałam internet, przeczytałam dziesiątki artykułów, blogów i opakowań i mogę nareszcie powiedzieć, że moja pielęgnacja stała się bardziej świadoma. Kończą się czasy, kiedy wchodzę do Roska i kupuję kosmetyki, których rysunek na opakowaniu wpadnie mi w oko.

W tym poście przedstawię kosmetyki i półprodukty, których używam aktualnie (oraz jak ich używam). Nie będę przy tym wydawać wyroku poszczególnym kosmetykom, bo taką opinie wydam dopiero co najmniej po dwóch miesiącach.


Ale najpierw - dlaczego warto wywalić do kosza większość drogeryjnych kosmetyków, pomimo, że je lubimy i mamy wrażenie, że dobrze na nas działają?

Drogeryjne, mocno chemiczne kosmetyki zawierają zwykle składniki, które nadają im przyjemną konsystencję, ładny zapach, poprawiają wchłanialność (albo tak nam się wydaje). Zwykle myślimy, że drogie drogeryjne kosmetyki będą działały lepiej niż tańsze, naturalne zamienniki. Że są mocniej skoncentrowane, że działają silniej, a te naturalne mają lekkie działanie, które nie jest w stanie na dłuższą metę poprawić kondycji skóry/włosów.

I to jest chyba jedyna pułapka, która może nas od samego początku zniechęcać do ich wypróbowania. A jest to, ogólnie mówiąc, gówno prawda. Naturalne kosmetyki mają w sobie mniej niepotrzebnych zapychaczy, a przy tym więcej substancji aktywnych - olejów, ekstraktów itp. 


TWARZ

A więc moja pielęgnacja twarzy opiera się na kilku krokach - mycie, tonizowanie, nawilżanie.

Myje twarz na 3 sposoby, w zależności od tego ile mam czasu i ochoty - pierwszy wariant to demakijaż, żel, hydrolat w tej kolejności, drugi to metoda ocm, a trzeci to mycie białą glinką lub pudrem myjącym domowej roboty, a potem hydrolat. Twarz myję tymi sposobami bez względu na to czy mam na niej makijaż czy nie, 2 razy dziennie. Dziwne co?

Dotychczas myłam twarz jedynie samą wodą, bo ogólnie moja cera nie jest problematyczna. W dodatku na codzień nie nosze makijażu. Dlaczego zatem przeprowadzam ocm, skoro przyjęło się to jako metoda do zmywania makijażu? Ocm jest super nie tylko do zmywania tapety, ale także do oczyszczania twarzy z brudu i resztek kosmetyków. W rzeczywistości ocm to nie demakijaż, a METODA mycia twarzy, przy czym w jej skład może wchodzić właśnie demakijaż. Tłuszcze rozpuszczają się w tłuszczach, a większość kosmetyków jest na bazie tłuszczów, tak samo jak inne zanieczyszczenia. Dodatkowo przez używanie ciepłej szmaty do zmycia oleju dogłębnie czyścimy pory. Przede wszystkim jednak, po ocmie nie musimy już nakładać toniku lub hydrolatu, bo oleje nie działają jak detergenty i nie zaburzają ph skóry.

Jedyny minus, to czasochłonność - bo zajmuje to często co najmniej 10 minut, a kto ma czas smarować gębę olejem o 6 rano przez wyjściem do roboty?
Dlatego zwykle ocm to mój wieczorny rytuał, a rano wykorzystuje jakiś delikatny żel bez dodatku mocnych detergentów.


Obecnie ocm robię z mieszanki oleju ryżowego i rycynowego w proporcji 9:1. Olej rycynowy jest właśnie tą naszą substancją myjącą, jednak nie przesadzajcie z jego ilością, bo może przesuszać.
Wylewam na talerzyk około 2-3 łyżki takiej mieszanki olejów, którą już wcześniej sobie przyrządziłam. Rozsmarowuje pierwszą porcję na twarzy i masuję twarz około 2 minuty, następnie przykładam namoczoną w ciepłej wodzie szmatkę, chwilę trzymam na twarzy i szyi, a potem jeszcze dwa razy nacieram twarz olejem i znowu szmatka. 3 razy powinno wystarczyć do dokładnego zmycia makijażu, ale nawet jeśli nie mam tapety to robię to dokładnie 3 razy, by mieć pewność, że dobrze wyczyściłam pory.

Po myciu przychodzi czas na tonik (chyba że ocm, wtedy pomijam) lub hydrolat, by wyrównać ph skóry. Jest to ważne nie tylko dlatego, żeby zabezpieczyć skórę przez wariowaniem i wydzielaniem nadmiernej ilości sebum, ale też by ułatwić wchłanialność kremu lub serum, które nałożę następnie.

Dwa razy w tygodniu używam zamiast toniku bardzo mocno rozcieńczony ocet jabłkowy.


Potem kolej na krem. Krem na noc czasami mieszam z kropelką olejowego serum z Biolavenu, czasami nakładam serum bez kremu, a czasem serum pod krem. Staram się jednak serum dodawać nie częściej niż trzy razy w tygodniu. Jeśli natomiast chodzi o nawilżanie w ciągu dnia, to aktualnie używam kremu z odżywczej serii Vianka. Olej na dzień byłby zbyt widoczny, bo nie wchłania się w całości. Zarówno wieczorem jak i rano używam jeszcze lekkiego kremu pod oczy.


CIAŁO

Pielęgnacja ciała zwykle jest ciężkim tematem, bo czasem po prostu mi się nie chcę. Zmuszam się jednak by raz w tygodniu zrobić peeling, a przynajmniej 2 razy w tygodniu nałożyć olejek lub balsam. W gorące dni jest to turbo uciążliwe, bo mam dziwne poczucie, że brudzę kosmetykiem całą pościel, ale walczę dalej.



WŁOSY

Aktualnie nie używam żadnej wcierki, bo osiągnęłam już długość na jakiej mi zależało. Kilka razy w tygodniu w dzień mycia olejuje włosy masłem shea lub olejem Khadi. Raz w tygodniu robię płukankę ziołową własnej roboty - z rumianku, bylicy bożego drzewka, tataraku, kory brzozy i wierzby.
Po myciu odżywka lub malutka ilość masła shea na same końcówki.


Wszystkie kosmetyki jakich aktualnie używam, nie zawierają SLSÓW, etanolu, silikonów, PEGów, parafiny i wazeliny. Są to substancje, które nie tylko mogą podrażniać - ja podrażnień się z resztą nie boję, bo moja skóra jest na nie odporna, i to nie jest powód ich unikania. Składniki te mogą zapychać i utrudniać wchłanianie i docieranie tych ważnych elementów kosmetyku wgłąb skóry. Dlatego używanie drogeryjnych kosmetyków, które w większości są wypełnione takim syfem, mija się z celem. Nawet drogie kremy będą na dłuższą metę przynosić niewielkie korzyści, jeśli zawierają więcej chemii, niż wartościowych ekstraktów czy olejów.

Niedługo pojawią się jeszcze bardziej szczegółowe wpisy na temat substancji, których unikam. Będę tez pisać w jaki sposób czytać składy - co jest niestety skomplikowane, bo musimy nauczyć się angielskich lub łacińskich nazw składników niepożądanych na pamięć.




lipca 13, 2017

Najlepsza fantastyka #1 - "Trylogia skrytobójcy"

Najlepsza fantastyka #1 - "Trylogia skrytobójcy"
Plan na rozpoczęcie tej serii był inny - najpierw miał się tutaj znaleźć mój ukochany Brandon Sanderson, ale akurat w łapy wpadło mi to cudo, więc na Brandona sobie poczekacie. I z założenia będą się w tej serii pojawiały tylko warte polecenia książki fantasy.

Jeśli chodzi o "Trylogię skrytobójcy", te książki są kolejnym dowodem na to, że najlepsze perełki znajduję w ciemno. Nie byłam do końca przekonana do kupna pierwszej części i długo się wahałam.



Pierwsza część z początku do mnie nie przemawiała, pomimo, że czytało się bardzo lekko. Irytowała mnie kreacja zasad jakie panują w tym uniwersum - w szczególności sposób nadawania bohaterom imion. Zwracam dużą uwagę na takie szczegóły, więc czułam wbijające mi się w mózg małe szpileczki za każdym razem, gdy pojawiało się nowe imię - autorka nazywała postacie głównie przymiotnikami lub rzeczownikami. Cały ród królewski nosi imiona w postaci przymiotników (na przykład: król Roztropny, książę Rycerski, księżna Cierpliwa). Sam główny bohater nie ma normalnego imienia, a jest z racji pochodzenia nazwany Bastardem Rycerskim, co już w ogóle brzmi dla mnie głupio.

W skrócie mamy tu niechcianego bękarta, potajemnie szkolonego w skrytobójstwie, wojnę, wargów, ludzi pozbawionych człowieczeństwa, którzy panoszą się po królestwie niczym lekka wersja zombie i sporo magii. No i naczelnego wroga w postaci wuja głównego bohatera, który przysparza mu więcej kłopotów niż barbarzyńcy atakujący kraj.

Swoją drogą, przez opinie George'a Martina na okładce nie mogłam się oprzeć pokusie, by głównego bohatera na każdym kroku porównywać do Jona Snowa i w zasadzie podobieństwo, zarówno pod względem charakteru tej postaci jak i jego przeżyć, jest bardzo duże. ;v

Kolejnym moim wnioskiem jest to, że po pierwszej części odniosłam niesłuszne wrażenie, że są to raczej książki przeznaczone dla młodszych czytelników. Pierwsza część podobała mi się i mnie nie zanudziła, była jednak mimo wszystko mało "krwiożercza" przez większą część. Być może przyczyną jest fakt, że główny bohater był jeszcze chłopcem. No wiecie, jako zaprawiona w bojach czytelniczka tego gatunku, oczekuje dużo krwi, oryginalności, gwałtów, czarnego humoru i jednej wielkiej rozpierduchy. I, na szczęście, dostałam to! To co otrzymujemy w drugiej i trzeciej części, bardzo mnie zaskoczyło, pomimo kilku oklepanych elementów. Mało brakowało, a zawaliłabym egzamin, bo nie potrafiłam się odessać od tych książek - jednego dnia przeczytałam na przykład około 500 stron niemal bez odchodzenia od książki.

Ostatecznie imiona także przestały mi przeszkadzać - pojawia się coraz więcej postaci z imionami w postaci rzeczowników, które w przeciwieństwie do przymiotników brzmią o wiele lepiej (np. Brus, Krzewiciel, Konsyliarz, Wilga).

Z drugiej strony przeklinam te książki, bo zakończenie trochę mnie załamało. Teoretycznie historia zakończyła się szczęśliwie dla wszystkich oprócz głównego bohatera :<



Trylogia ma swoją kontynuację - Robin Hobb stworzyła jeszcze dwie trylogie, które dalej opowiadają historię Bastarda. Jest to jednak duży skok w czasie, ponieważ w drugiej trylogii koleś ma już od 35 do 40 lat, a w kolejnej około 60. Jestem już w trakcie ostatnich części i zapewne jeszcze o nich napiszę.

Ocena 9/10

Ps. Proponuję przygotować sobie dużo chusteczek i pudełkowych lodów na ostatnią część ;>

lipca 04, 2017

Worek kości vs. gruba świnia

Worek kości vs. gruba świnia
Dzisiaj poruszę temat wagi - nastały takie czasy, gdzie size + jest coraz bardziej na topie i niedługo świat chyba zacznie promować otyłość jako coś dobrego. Z jednej strony to dobrze, bo dzięki temu puszyste kobiety przestają się wstydzić własnego ciała. Z drugiej strony, czy nie lepiej promować normalność? Taką zupełnie normalną, ani przesadne chudnięcie, ani nadprogramowe ciało? Świat chce się zesrać z tą akceptacją wszystkiego, dlatego chyba najwyższy czas zacząć akceptować osoby naturalnie szczupłe.

Od mniej więcej dwóch lat moja masa graniczyła z lekką niedowagą. Było to dla mnie niezrozumiałe, bo odżywiałam się fastfoodami i innym tłustym syfem, potrafiłam też dość sporo pochłonąć na raz. A waga się nie podnosiła. Wynikało to przede wszystkim z anemii i braku żelaza. Myślę, że mogłam się do tego stanu doprowadzić poprzez nałogowe picie zielonej herbaty przez wiele miesięcy (co najmniej 5 kubków dziennie), która w nadmiarze wypłukuje żelazo, a także dość monotonną dietę. Teraz udało mi się przytyć te 2 ukochane kilogramy, ale nie było łatwo.

Świat już przyjął taką zasadę, że jakiekolwiek wytknięcie osobie otyłej właśnie otyłości jest nie na miejscu. Jeśli nazwiesz kogoś grubasem, zostaniesz zjechany za chamstwo i obrzucony kamieniami, i w gruncie rzeczy należy ci się. Ale jakim prawem osoba otyła rzuca komentarzami pod tytułem "przynajmniej mam trochę ciałka, nie co te patyki", "facet nie pies, na kości nie poleci"? Mnie takie teksty w okresach najbardziej dramatycznych strasznie irytowały i były równie obraźliwe, w szczególności, że rodzina wypowiadała je dość często i wydaje mi się, że nie zdawali sobie w ogóle sprawy, że mogą one mieć na mnie negatywny wpływ. Tłumaczyli to sobie, że to przecież dla mojego dobra i tak dalej, a ja z każdym kolejnym komentarzem gotowałam się w środku.

Na temat wagi ciężko jest spokojnie rozmawiać, ponieważ nawet jeśli chcemy pomóc, nasza dociekliwość może kogoś obrazić. Nie mówię, że najlepiej te tematy omijać szerokim łukiem, ale przecież można sobie darować takie mądrości. Niektóre osoby z nadprogramowymi kilogramami szczególnie oczekują specjalnego traktowania, a swoją otyłość zasłaniają tym, że nie urodziły się naturalnymi patykami.

Nadwaga nie jest normalna, prowadzi do wielu chorób. Trzeba ją akceptować, bo najczęściej jest powodowana przez jakiś czynnik, często ktoś ma genetycznie wrodzone predyspozycje do otyłości, ale powinno się ją zwalczać. Tak samo ja starałam się wrócić do normalnej wagi, bo anemia także jest chorobą. Obecnie ważę 53 kilogramy, więc przy moim wzroście to już całkowicie normalna waga.

Podsumowując - chudzielce, szczególnie takie, które próbują przytyć, też nie tolerują krytyki, bo jest ona równie obraźliwa co dla innych "gruba świnia". Pomyślcie o tym następnym razem kiedy będziecie chcieli (nawet bez złych intencji) nazwać kogoś patykiem albo workiem kości.



(A tu fotka od fadera, Pieniny ;3)
Copyright © 2016 gnome household , Blogger