maja 30, 2017

Rutyna poranna, czyli co skrzaty robią o świcie

Rutyna poranna, czyli co skrzaty robią o świcie
Kiedyś - kiedy byłam nastolatką, moja poranna rutyna przed szkołą, nie istniała. Nie byłam w stanie zrobić nic pożytecznego przed wyjściem. Ciężko mi zdefiniować udany poranek. Czasami jest to poranek kiedy mogę przeciągnąć to do południa i się wyleżeć. W innym razem jest to wstanie o świcie i zrobienie czegoś pożytecznego. Staram się skłaniać ku tej drugiej opcji, bo to znacznie ułatwia mi dzień po powrocie z uczelni. Wierzę, że istnieje coś takiego jak poranna rutyna ludzi sukcesu xD

Od jakiegoś roku przestałam się malować przed wyjściem z domu. Nie mówię tu o specjalnych okazjach, ale o codziennym wyjściu na uczelnie. Oszczędzam na tym niewiele czasu - kiedyś nałożenie podkładu i rzęsy na szybko zajmowały mi i tak krótką chwilę. Po prostu mi się nie chce. Wolę wykorzystać ten czas na każdą inna czynność, bo - no cóż, już dawno się przekonałam, że nawet tapeta nie jest w stanie naprawić mojej twarzy :D, i nie warto się malować dla tych kilku osób, które spotkam tego dnia. Nie sugeruje, że makijaż jest zły, ale jeśli wstydzisz się wyjść do ludzi bez niego, to źle.

Tak czy inaczej zwykle staram się wstać znacznie wcześniej (co czasem jest trudne, bo od dawna mam problem ze wstawaniem). Teraz w trakcie sesji, wstaje bardzo wcześnie, o czym pisałam we wpisie o tym jak przetrwać sesję  Nienawidzę budzić się za późno - gdy muszę się ubrać i bez chwili wytchnienia wychodzić. Warto mieć około godziny na ogarnięcie kilku rzeczy w mieszkaniu i chwilę dla siebie przed ciężkim dniem. Szczególnie jeśli oszczędzi nam to pracy po powrocie.



Moja poranna rutyna - czynności, które staram się robić



1. Nawet jeśli nigdzie nie wychodzisz, weź się ubierz. Ja nie mogę zacząć sensownego dnia i ociągam się jeśli jestem wciąż w piżamie. Kiedy się nie ogarnę, czuję się nieświeżo i nie potrafię wykrzesać z siebie grama motywacji. Im szybciej po wstaniu się umyję i przebiorę, tym szybciej zacznę działać. 

2. Jeśli nie zrobiłam tego poprzedniego wieczora, teraz jest czas na zaplanowanie dnia - szybki spis kilku rzeczy, które dzisiaj muszę zrobić, o których muszę pamiętać.

3. Staram się ogarnąć bałagan - ściele łóżko, myje przypadkowy talerz (dla zasady ;v). Jedną z rzeczy, które wkurzają mnie tak niesamowicie to niepościelone łóżko, gdy wracam z uczelni, albo talerze na biurku.

4. Już dawno się przekonałam, że kiedy opierdzielam się cały dzień, bo mam wolne, to bardzo się nudzę, snuje, dostaje myśli egzystencjalnych i ogólnie nie sprawia mi to przyjemności. Staram się zawsze zrobić coś pożytecznego nawet jeśli jest to tylko wstawienie prania, zrobienia zakupów na tydzień czy umycie garów. Po dniu, w którym pracowałam w domu, ale też na uczelni lub w pracy czuje się o wiele lepiej, gdy mogę już walnąć się przed kompem. Dlatego zwykle zaczynam już od rana by "odhaczyć " część zadań.

5. Czytam książki lub media. Ostatnie 20 minut to dla mnie chwila psychicznego przygotowania się do tego, że zaraz muszę opuścić ciepłą jaskinie. :<

6. Jem śniadanie. Nawet jeśli ma to być suchy chleb to staram się coś przed wyjściem wepchnąć. Wiele osób nie je śniadań, ale walczę z kupowaniem hotdogów między zajęciami. 

Czuje się lepiej kiedy uda mi się wstać wcześnie i mieć jeszcze chwilę dla siebie. Nienawidzę budzić się na ostatni budzik i w pośpiechu zakładać skarpetki nie do pary. I tak założę nie do pary, ale wole mieć więcej czasu :D


poranna rutyna

maja 19, 2017

3 przepisy na pasty kanapkowe, które zmienią twoje życie na lepsze

3 przepisy na pasty kanapkowe, które zmienią twoje życie na lepsze
Dzisiaj opiszę jak zrobić pastę z makreli, jajeczną i domowy twarożek ze szczypiorkiem. Wielokrotnie próbowałam stworzyć pasty z suszonych pomidorów albo kaszy jaglanej. Za każdym razem, bez względu na przepis z jakiego korzystałam, wychodziła mi jedna wielka kupa i jak się domyślacie, nie dało się tego jeść. Dlatego pozostaje wierna 3 przepisom na pasty kanapkowe, z czego 2 od dawna robiła mi mamke. Za te pasty wybaczam jej, że nie chciała mi kupić plastikowych garnków na odpuście w 2006 roku.


Pasta z makreli i twarogu


Składniki:

1. Cała wędzona makrela
2. Opakowanie twarożku (około 250g)
3. Śmietana 18%
4. Sól
5. Pieprz
6. Szczypiorek z cebulki dymki

Pasta ma być dość zbita i gęsta tak by nie spływała z kanapki (w przeciwieństwie do kolejnego przepisu). Twarożek wrzucam do miski i ugniatam widelcem dość długo, tak by nie był tak grudkowaty. Potem makrela - wydziabuje całe mięsko ze środka i wrzucam, rozgniatając kawałki palcami. Dodaje śmietanę - około 2 duże łyżki. Dodaje pokrojony szczypiorek (cały pęczek), sól i pieprz, zwykle muszę jeszcze doprawiać kilka razy zanim mi będzie pasowało. Mieszam dokładnie i na kanapkę. Mniamci, nie znam lepszego przepisu na to jak zrobić pastę rybną. 

ALE JEŚLI WAM ŻYCIE MIŁE NIE ZABIERAJCIE TEGO JAKO ŚNIADANIE DO SZKOŁY ALBO PRACY.



Twarożek ze szczypiorkiem



Ta pasta kanapkowa musi być rzadsza - tak by nadawała się nie tylko na kanapki, ale na przykład jako dip do maczania w nim warzyw. (Dzięki temu sposobowi nauczyłam mojego chłopaka jeść paprykę). Moja, nałożona na kanapkę w ogromnej ilości aż z niej spływa. Zaufajcie, taka jest najlepsza.

Składniki:

1. Twarożek, najlepiej tłusty
2. Śmietana 18%
3. Gruby szczypiorek z cebulek dymek
4. Sól
5. Pieprz


Cały twarożek wrzucam do miski. Nie ważne jaka ilość, ja zawsze robię na oko. Najpierw trzeba go trochę podziabać widelcem. Śmietany dodaje tyle, by uzyskać dość płynną konsystencję, czyli dość sporo. Wrzucam duży pęczek pokrojonego szczypiorku, sól i pieprz. Mieszam i dodaje śmietany jeśli uznam, że jest za mało.

Taki twarożek jest dość pikantny i w przeciwieństwie do gotowych twarożków z bezpłciowym szczypiorkiem - jadalny. Ja nie lubię używać śmietany 12% - wtedy pasta ma taką dziwną konsystencje, jakby nie do końca się połączyła, jest rzadka, ale w ten zły sposób, nawet jeśli dacie mniej śmietany.



Pasta jajeczna curry



Pasta kanapkowa bez szczypiorku to nie pasta tylko dziadostwo, więc tu też będzie szczypiorek. Jedyna pasta, której nie robiła moja mama, dlatego nie przebije dwóch poprzednich, ale czasami mam na nią ochotę. Lubie posypywać ją kiełkami już na kanapce.

Składniki:

- 4 jajka
- 2 łyżki majonezu
- szczypiorek
- sól
- pieprz
- przyprawa curry

Jajka gotuje na twardo i rozgniatam widelcem. Kiedyś zrobiłam to blenderem i konsystencja mi nie pasowała, byłą trochę jak taki rzadki hummus, fuj. Lepiej smakuje kiedy nie jest zmielona na krem. Dodaje sporo curry, około pół łyżeczki, ale dodajcie ile tam chcecie. Potem szczypiorek, majonez i reszta przypraw, mieszam wszystko i na kanapkę. Pasta jajeczna o smaku curry smakuje mi trochę bardziej niż taka bez.


Obecność tych przepisów w waszym życiu gwarantuje wam niezliczone sukcesy, nieśmiertelność, brak chorób i dużo pieniędzy. Na serio, potwierdzone info! To bardzo proste przepisy do pracy, szkoły i na wyjazdy. W przyszłości pojawią się jeszcze inne przepisy na pasty kanapkowe, bo planuję przetestować inne opcje. 

A fanów Władcy Pierścieni odsyłam do wpisu jak zrobić lembasy.


przepisy na pasty kanapkowe

maja 16, 2017

"Świat schodzi na psy" - czy kiedyś żyło się lepiej?

"Świat schodzi na psy" - czy kiedyś żyło się lepiej?
Kiedyś było lepiej? No tak, w końcu kiedyś nie było przemocy, gwałtów, wojen, a nastolatkowie nie przechodzili buntu. No i tych, internetów nie było. Bo wszystko to przecież wina internetu, co nie? Tak Ci się źle żyje? Ah, te cholerne czasy kiedy mamy te wszystkie chore rzeczy - kanalizacje, ciepłą wodę i prąd. Kiedyś to było lepiej, sikanie do wiadra i grzanie wody ze studni w piecu.

Nie wiem w jakim świecie żyjecie, ale jesteście w błędzie jeśli wydaje wam się, że kiedyś żyło się lepiej. Dzisiejszy świat, szczególnie w naszym kraju to sielanka. Żyjemy sobie spokojnie, nikt w biały dzień nie zabije cię na ulicy (to nie Norwegia co nie), mamy dostęp do edukacji, a poziom życia jest po prostu wyższy.

maja 13, 2017

Kilka porad jak przetrwać sesję

Kilka porad jak przetrwać sesję
Jeśli tu trafiłeś, prawdopodobnie szukasz pomocy w przetrwaniu sesji. Nie ma niestety prostego lekarstwa, który wyleczy sesję. Trzeba ją przeżyć i wrócić do żywych. Nie ma rady - materiał trzeba wkuć, projekty pooddawać, a egzaminy zaliczyć. W związku z tym, że powoli zaczyna się moja czwarta sesja, chciałam się podzielić własnymi sposobami, które bardzo mi pomagają - nie tylko we wkuwaniu, ale w nie zwariowaniu od nadmiaru obowiązków. Jeśli jednak zależy Ci na bardziej długoterminowym działaniu, zerknij do wpisu o tym jak poprawić pamięć i koncentrację.




Wstawanie o 5 rano




Bardzo bym chciała nauczyć się wstawać o 5 rano przez cały rok, niestety działa to tylko podczas sesji. Każda sesja wygląda w ten sam sposób - wstaje o 5, maksymalnie o 5.30 i siadam do pracy. Gdy kończy się rok, oprócz egzaminów jest też masa projektów i prac do oddania, a na wszystko jest niewiele czasu. Kończy się leniuchowanie, o którym pisałam tutaj.

Jest spora różnica między wstaniem o 5 rano, a na przykład o 10 - to aż 5 godzin, które mogę przeznaczyć na naukę.

Dawniej po prostu zarywałam nocki, ale nie potrafię się uczyć w nocy. Nawet nie chce mi się spać, ale po prostu mam dość pracy. Większość studentów czasami w ogóle nie śpi w nocy, ale nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania - na egzamin wole iść wypoczęta. Wypróbujcie ten sposób, być może okaże się bardziej korzystny niż nocne kucie.



Yerba mate


Yerba mate pobudza mnie do działania. Przed sesją świeży zapas obowiązkowy. Jakby się zastanowić, to dziennie wypijam wówczas około 2546281635 szklanek (no ok, co najmniej 8). Wole nie truć się energolami. Yerba zamiast kawy też jest dla mnie lepsza, bo tej drugiej zwyczajnie nie lubię.




Czy planowanie ma sens?


To niesamowite, że tylko podczas sesji lub innych sytuacji, które wymagają ode mnie działania, potrafię sobie pisać plany, które działają. Tylko wtedy jestem na tyle zmotywowana, żeby się tych planów trzymać. A plany jakie robię na sesji potrafią być cholernie szczegółowe - co do minuty mam wypisane co w tym czasie robię (to trochę zabawne, bo moje ulubione zawierają nawet wypisane 3 minuty na siku :D ). Rozpisuje dokładnie wszystko, dbając o to, by bardzo często wymieniać materiał, którego się uczę. Zwykle 30 minut poświęcam na jedną rzecz, a potem odkładam to w cholerę i zabieram się za coś innego. Potem do tego wracam i tak cały dzień.

Spędzanie kilku godzin pod rząd nad tym samym materiałem trochę kaleczy naukę - zapewniajmy sobie zmienne bodźce, żeby lepiej zapamiętywać. Uczcie się zamiennie.



8 godzin snu to mit?


Student, który czasem śpi, to pipa, a nie student. Prawda?

Wstaje o 5, kładę się o mniej więcej 23 lub czasem później. To daje około 5 godzin snu. Uważam, że to za mało. Co drugą, albo trzecią nockę daje sobie 2 -3 godziny snu więcej. Dodatkowo moje dziennie plany zawierają także czas krótkich drzemek - 2 drzemki po 30 minut. Dłuższych nie polecam, bo zaśniecie na dobre ;v Wyjątkiem są noce przed egzaminem - wtedy śpię jak najdłużej.

Jeśli jednak jest możliwość, najlepiej spać 7-8 h. Wtedy mózg ma szansę się zregenerować, dotlenić i pracować na pełnych obrotach. Kiedy przez kilka dni z rzędu nie śpię tyle ile powinnam, zwykle łapie mnie jakaś choroba.




Przekąski w ciągu dnia



Na sesje zawsze wyposażam się w wór orzechów i pestek dyni. Podjadam je sobie w przerwach między nauką - orzechy (w ogóle nasiona) zawierają dużo magnezu i kwasów omega. Poprawiają koncentrację i zapamiętywanie. Staram się coś podjadać co pół godziny - godzinę, żeby utrzymać poziom glukozy we krwi.



Zmiana warunków


Bardzo ważne jest, by uczyć się, zapewniając sobie większą różnorodność bodźców. Zamiast siedzieć kilka godzin przy biurku nad tą samą książką, zmieniam pomieszczenia, uczę się stojąc, leżąc, chodząc, zmieniam miejsca siedzenia i jak w punkcie 3 - zmieniam materiał.

To samo tyczy się różnorodności stylu nauki - pomagam sobie kolorowymi kredkami, robię rysunki, tabelki, wykresy.



Techniki relaksacyjne


Tak wiem - relaks w czasie sesji bywa pojęciem abstrakcyjnym, ale mimo wszystko warto go sobie "wepchnąć" w grafik. U mnie to się zwykle przejawia dozwolonymi dwoma meczami w Lola, albo dłuższą kąpielą z olejkami eterycznymi. Staram się wtedy całkowicie odłączyć mózg od nauki - nie powtarzam nic, rzucam to w cholerę i zajmuję się sobą.



jak wzmocnić pamięć i koncentrację

maja 11, 2017

Czy nadmiar roślin jest szkodliwy?

Czy nadmiar roślin jest szkodliwy?
Rok temu zaczęłam nałogowo znosić do domu chwasty. W zasadzie o ile sięgam pamięcią to zawsze posiadanie badyli było dla mnie atrakcyjne, ale wstydziłam się wykonać tak skomplikowaną operacje jak zakup rośliny w sklepie. Wydawało mi się, że to po prostu wiocha i jak ktoś zobaczy, że kupuje badyla w takiej biedronce, to zostanę wyśmiana (ehhh).

Od kiedy w moim domu pojawiło się więcej badyli wciąż natykałam się na jakiej komentarze, że to namiar roślin jest szkodliwy, że rośliny w sypialni zabierają tlen. Jestem leniem, więc nawet jeśli już szukałam informacji w internetach na ten temat, to szybko mi się to nudziło, bo tak naprawdę, na każdej stronie ktoś głosi inną tezę. 

Przy okazji zachęcam zerknąć do wpisu jak zdobyć rośliny za darmo.


Czy nadmiar roślin jest szkodliwy?


Często słyszę te jęki, że za dużo, że za ciasno, że powietrze pochłaniają, podczas snu duszą. I tak dalej. Należę do tej grupy osób, która patrzy na to z dużym przymrużeniem oka. Kiedyś przeczytałam zabawny komentarz na jakimś forum botanicznym - gdyby rośliny dusiły przez sen, to biwaki i spanie w lesie kończyłyby się śmiercią.

Już w podstawówce uczyli nas, że proces fotosyntezy zachodzi w dzień, to tylko wtedy roślina ma niezbędne światło - nocą natomiast, kiedy światła nie ma, roślina także oddycha, pobierając niewielką ilość tlenu, która jest niczym, w porównaniu z tym co wcześniej wyprodukowała. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że stosunek pobranego tlenu do wyprodukowanego to 1:10, więc możecie sobie wyobrazić ile mniej więcej tego jest.

Problem w tym, że oprócz fotosyntezy zachodzą inne reakcje, a sama fotosynteza zdaje się być jeszcze bardziej skomplikowana, o czym świadczy całe mnóstwo teorii. Powiem szczerze, że jako osoba, która z biologią i chemią ma niewiele wspólnego, nie bardzo wiem, które teorie są prawdziwe, a które wyssane z palca. I nie mówię tu o podręcznikowej fotosyntezie z podstawówki.

Jakiś czas temu, szukając informacji na ten temat, znalazłam na forum komentarze mówiące, że oddychanie roślin może zachodzić także nocą, za sprawą odbitego światła księżyca, choć zachodzi ona wolniej niż za dnia. Najczęściej spotykanym twierdzeniem (i najbardziej wiarygodnym) jest to, że roślina oddycha całą dobę, ale nocą ten proces zachodzi wolniej. Wtedy roślina pobiera szczątkową ilość tlenu i wydziela równie szczątkową ilość CO2 w związku organicznym. 



To wszystko czego mi potrzeba by rozumieć ten proces - nadmiar informacji sprawia, że zamiast zamartwiać się czy nowy kaktus mnie w nocy udusi, wole sobie obejrzeć serial (Polecam). Sam fakt, że dobrze czuje się w otoczeniu roślin jest ważniejszy czy to mi robi krzywdę (w co po prostu nie wierzę, bo nie wydaje mi się, że roślina produkuje tak dużo dwutlenku, że jest mi w stanie zagrozić, nawet jeśli trzeba to pomnożyć przez 30 roślin. Nie sądzę też, że atmosfera w domu robi się bardziej szkodliwa niż na zewnątrz, biorąc pod uwagę ostatnie odkrycia). Dokopałam się jakiś czas temu do informacji, że 600 roślin domowych wytwarza tyle samo dwutlenku węgla co jeden człowiek. A przecież mało kto może się pochwalić taką kolekcją badyli na niewielkim zabudowanym obszarze. Dodatkowo CO2 jest za dnia pobierany w o wiele większej ilości.

Wydaje mi się, że nie ma potrzeby panikować, w szczególności, że badyle są po prostu w domu korzystne. Mam ich sporo i wciąż żyje. W internecie informacji jest za dużo, albo nie ma ich wcale. Myślę sobie, że to nie ma znaczenia czy roślina ten tlen wytwarza i tak dalej (no w zasadzie ma, ale jeśli chodzi o nasze oddychanie, to robimy to bez względu na posiadanie badyli w domu). Nie trzymam ich w tym celu. Jak będę chciała się dotlenić, to otworze sobie okno albo głęboko pooddycham. Rośliny mają inne potwierdzone korzyści, o których nie dzisiaj.


Czy rośliny w sypialni zabierają tlen?


Pobierają tą niewielką cząstkę tlenu nocą, która wówczas jest nam potrzebna do oddychania. Oddadzą ją następnego dnia dziesięciokrotnie, ale chodzi o sam fakt, że "podkradają" tlen, kiedy śpimy. Im więcej badyli w sypialni, tym więcej tlenu jest nam podkradane, choć nie są to ilości zdolne by np. nas udusić. Myślę jednak, że trzymanie kilku, czy nawet kilkunastu badyli nie jest w stanie podkraść tyle tlenu, by to w ogóle miało jakiś wpływ na nasze oddychanie. Rośliny w sypialni zabierają tlen - ale to takie ilości, że jak wyżej pisałam, nie ma się czego obawiać.

Nadmiar roślin nie jest szkodliwy

maja 09, 2017

Najdziwniejsza fantastyka, czyli Władcy dinozaurów

 Najdziwniejsza fantastyka, czyli Władcy dinozaurów
Dziś przyszedł czas na pierwszą recenzję książki fabularnej na tym blogu. Zaczynam od dzieła, które jest dość specyficzne i ciężkostrawne, ale zawiera w sobie smaczki, które pozwoliły mi ją skończyć - "Władcy dinozaurów".


władcy dinozaurów recenzja

A więc - "Władcy dinozaurów" Victora Milana.

Kilka lat temu, już przy oglądaniu Jurassic Parku pomyślałam sobie, że fajnie byłoby przeczytać coś co łączy w sobie świat dinozaurów z fantastyczną wizją wojowników, rycerzy i wojen. Brzmiało to jednak w mojej głowie trochę komicznie i kiczowato, jednak nie takie rzeczy już widziałam w fantasy - gdyby ktoś potrafił umiejętnie zrealizować taką wizję, wyszłoby coś niewyobrażalnie zajebistego pod każdym względem. Książka o dinozaurach, w uniwersum Martina - to by było coś ;V

Możecie sobie zatem wyobrazić jaka była moja reakcja kiedy przypadkiem znalazłam tą książkę w tamtym roku w księgarni. Sama okładka wystarczyła do tego by ten klocek znalazł się w moich łapach. Niestety Milan nie zrealizował tej wizji dobrze - być może wynika to z faktu, że to dopiero pierwsza część prawdopodobnie długiej opowieści.


recenzja władcy dinozaurów

Ale po kolei. Świat jaki sobie wymyślił jednocześnie mi się podoba i nie podoba. Sposób w jaki pokazane jest współżycie ludzi z dinozaurami jest świetny - jest to zupełnie inna wizja niż w Jurrasic Parku, gdzie na każdym kroku czai się jakiś tyranozaur, który zeżre wszystko co mu wpadnie w malutkie łapciątka. Nie, tu jest względnie bezpiecznie, ludzie nie są bezbronni. Dinozaury można udomowić, wyszkolić do walki. Opisy dinozaurów są bardzo dobre, ciarki chodzą po plecach kiedy czytamy opisy triceratopsów i innych wielkich gadów.

Milan wykreował swój świat w oparciu o średniowieczną Europę, co także trochę mnie irytuje - nazwy są niemal ukradzione z nazw europejskich krajów i imion. Wolałabym trochę mniej ograniczony skojarzeniami świat. Większa część akcji toczy się na terenach będących odpowiednikiem Hiszpanii - zatem język, imiona i inne nazwy są jak z brazylijskiej telenoweli, co mnie okrutnie boli, bo od zawsze odczuwam jakaś dziwną nienawiść do kultur hiszpańskich, do ich języka i wszystkiego. 


recenzja władców dunozaurów

Właściwie wpadła mi też do głowy myśl że może Milan ma co do kolejnych części książki chytry plan - być może w jego Raj dupnie meteoryt, ale ludzie przeżyją i odbudują świat, który odziedziczy lekko zmienione nazwy Europy 

Największym zawodem tej książki jest jednak fabuła i bohaterowie - mam wrażenie, że przez większość książki nie dzieje się nic ciekawego, godnego uwagi ani pożytecznego. Bohaterowie sobie wędrują, żeby wędrować, albo gadają żeby gadać i nie wnosi to zupełnie nic do historii. Gdyby nie fakt, że w tle pojawiają się wielkie gady, nic nie byłoby w stanie do tej fabuły przyciągnąć. To trochę marna imitacja Gry o tron, bo Milan widocznie chce uzyskać podobne efekty - dworskie intrygi, ogrom bohaterów, wojny. Bohaterów także wprowadza dość nieumiejętnie. Już na początku w dialogach bierze udział zbyt duża ilość osób, których ciężko spamiętać, w szczególności, że sam dialog także nie jest dopracowany. W efekcie jest wiele momentów, gdzie właściwie nie wiadomo co kto mówi. Dodatkowo większość postaci pobocznych to totalnie bezpłciowe klocki, które niby mają wzbudzić jakieś emocje i sympatie (abo nienawiść), jednak wszystkie są takie same - ciężko wyczuć kto ma jaki charakter, bo każdy ma taki sam. Nie wiadomo jak się do takich postaci zbliżyć i jak sobie wyrobić na ich temat opinię. Mało tego, większość postaci na dworze cesarskim robi zupełnie niezrozumiałe i sprzeczne rzeczy - raz zachowują się niczym wzory cnót, innym razem są opisane jako gbury i chamy. Wszyscy. Tak samo. Odnoszę wrażenie, że wszyscy z nich są podłączeni do jednego mózgu. Szarość.

Pozostaje jeszcze sprawa zasad jakie tam panują - świat jest pełen rudych ludzi (taki smaczek, pewnie wyginą razem z dinusiami jak już meteoryt dupnie kek), homoseksualizm wśród walecznych rycerzy jest na porządku dziennym - tworzą związki, a jak ktoś związku nie ma to jest inny. W sumie niech sobie wsadzają w co chcą, ale problem mam z tym, że są to związki poligamiczne - koleś ma narzeczoną a przy okazji ukochanego, co także nie jest niczym dziwnym. 

Pomimo, że opisy walk są dość mocne, byłoby jeszcze miło gdyby czytelnik mógł zrozumieć kto z kim walczy. Cała początkowa scena walki wprowadza w błąd, bo do tej pory (a skończyłam już 2 część książki) nie rozumiem co tam się właściwie wydarzyło, a wracałam do tego fragmentu wiele razy, by spróbować go zrozumieć. Nie wiadomo kto walczy z kim i kto kogo zdradził, co dość źle wpływa na dalszą fabułę. 



władcy dinozaurów recenzja

Nie wiem czy to godna polecenia książka o dinozaurach, akcja trochę rusza z kopyta w drugiej części (ale dopiero jak się przebrnie pierwsze 100 stron).

Starszy wpis:

- Dlaczego uważam, że wyzwania czytelnicze są bez sensu? 

maja 04, 2017

"Pyszne chwasty", "Jadalne kwiaty" i "Żyj jak rolnik" - mini recenzje książek

"Pyszne chwasty", "Jadalne kwiaty" i "Żyj jak rolnik" - mini recenzje książek
Lubię czytać książki o ziołach, chwastach i samowystarczalności. Od dawna szukałam informacji o tym jakie chwasty można jeść, jak zrobić ogród permakulturowy itp.W zasadzie planowałam napisać recenzje każdej książki oddzielnie, ale posty byłyby zbyt krótkie, więc postanowiłam zrobić z tego coś w rodzaju haula książkowego. Tych oczywiście nie mogło zabraknąć na mojej półce, choć nie do końca jestem usatysfakcjonowana ich treścią.

1. "Pyszne chwasty", Małgorzata Kalemba-Dróżdż.

Wiedzieliście, że można jeść chwasty? Jestem pewna, że będę z tej książki latem korzystać dość często, bo przepisy wyglądają nieźle. Czuje jednak niedosyt, bo liczyłam na większą ilość gatunków jadalnych chwastów, tymczasem w książce opisano jedynie 14 roślin. Na ich bazie autorka stworzyła 137 przepisów. Miałam nadzieje poznać jakieś nowe zielsko, a książka skupia się tylko na najbardziej znanych chwastach. Zdjęcia w książce zdecydowanie zachęcają do próbowania takich dziwactw.


2. "Jadalne kwiaty", również Małgorzata Kalemba-Dróżdż.

Tu jest z kolei na odwrót - gatunków jadalnych kwiatów i przepisów na ich bazie jest mnóstwo, ale mam wrażenie, że spora część tych przepisów wykorzystuje niewielką ilość kwiatów tylko do dekoracji. Są częściej dodatkiem, a nie głównym składnikiem. Mimo wszystko jednak da się wyłowić tu kilka perełek, które spróbuje zrobić. Zdjęcia prześliczne i inspirujące.


3. "Żyj jak rolnik", Niklas Kampargard.

Udało mi się ją dorwać w niższej cenie w Biedronce. Książka jest dość ciekawa, ale gdybym teraz założyła własne gospodarstwo z zamiarem hodowli zwierząt i warzyw, to byłaby jedynie wstępem do tutorialu. Ktoś kto zna się na rzeczy pewnie czułby niedosyt, ale osobie, która nie ma pojęcia o samowystarczalnym gospodarstwie, taka ilość informacji jak najbardziej wystarczy. Książka porusza tematykę hodowli roślin jadalnych, warzyw i owoców, wspomina także o roślinach - takich jak chwasty lecznicze. Jest takim podręcznikiem początkującego farmera i oprócz uprawy roślin i hodowli zwierząt, porusza ogólną tematykę samowystarczalności - wykorzystywanie dostępnych surowców we własnym gospodarstwie, robienie domowych konfitur, kiszonek, piwa (choć tu nie jestem pewna czy 1 strona przepisu na domowe piwo z pominięciem tego całego bełkotu o enzymach, zacierach i tak dalej wystarczy, by to piwo rzeczywiście było jadalne (._.), życia zgodnego z rytmem natury, a nawet mini tutorial budowy własnego wychodka ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Ostrzeżenie - nie dla wegan, bo znajdziecie tam także zdjęcia i instrukcje zabijania kury.

Z tych trzech najbardziej warta zakupu jest pozycja pierwsza - jest tam sporo pożytecznych informacji jak wykorzystać niechciane zielsko, tak by smakowało i wyglądało jadalnie. Na instagramie pokazywałam jeszcze inne książki o ziołach i samowystarczalności, odsyłam też do wpisu o tym jak zrobić kosmetyki w domu



jakie chwasty można jeść

maja 01, 2017

Co to jest introwersja?

Co to jest introwersja?
Cechą przeciętnego jaskiniowego trolla jest spędzanie większej części swojego czasu w jaskini. Troll nie chodzi na imprezy. Troll nie tańczy. Troll zaspokaja podstawowe potrzeby życiowe w swojej bezpiecznej jamie. I wreszcie - troll czuje się z tym dobrze. Ale teraz już tak zupełnie na poważnie - to niekoniecznie "pełen" zestaw cech introwertyka, traktujcie to jako śmieszkowy skrót myślowy. Postaram się dziś opisać wam co to jest introwersja na podstawie własnych przeżyć.

Jedną z błędnych myśli przeciętnego introwertyka jest fakt, że powinien stać się bardziej otwarty do ludzi kosztem swojego samopoczucia. Obwiniają się za swoje proste i nudne życie, a marzą o takim, które nie zaspokoi ich potrzeb we właściwy sposób. Zmuszają się do spotkań z ludźmi, z którymi nie chcą się spotykać. Planują, że kiedyś będą bardziej otwarci i mylą introwersje z nieśmiałością. 

introwersja a ekstrawersja
Copyright © 2016 gnome household , Blogger