listopada 04, 2017

Jak zapuściłam włosy i zagęściłam na długości - moja dwuletnia metamorfoza

Jak zapuściłam włosy i zagęściłam na długości - moja dwuletnia metamorfoza
Dzisiaj trochę powspominam moją kilkuletnią walkę o długie i gęste włosy (która jeszcze nie jest wygrana). Teraz jest już o niebo lepiej odkąd zaczęłam senesować i cysteinować kudły, ale o aktualnej pielęgnacji będzie oddzielny post. Przez ostatnie dwa lata sporo się zmieniło, co z resztą widać na zdjęciach. Są co prawda robione w innym świetle, więc kolor wygląda zdecydowanie inaczej, a nie był niczym zmieniany. Udało mi się jednak zagęścić włosy na długości, przez co nie wyglądają na takie strzępy jak na pierwszym zdjęciu w sklejce. Wciąż jest nad czym pracować - nadał jest spora różnica między grubością moich końcówek, a włosami przy skalpie, ale uratowałam je od najgorszego.


Żeby nie było - od wielu lat jestem włosomaniakiem, zawsze interesowałam się tym jak przyspieszyć porost włosów, nigdy nie traktowałam moich włosów wysoką temperaturą, rozjaśniaczami, farbami chemicznymi. Dlatego nie będę Wam dawać rad typu: "przestań używać suszarki". Prawda jest taka, że gdy ktoś ma grube włosy i dobrze dobraną pielęgnację, to nawet wysoka temperatura nie zniszczy tych kłaków jakoś specjalnie. A moje, pomimo że nie maltretowałam ich w ten sposób, rosły do pewnej długości - a potem zaczynały się kruszyć. W ciągu tych dwóch lat, stopniowo wprowadzałam pewne zmiany, które skutkują włosami ze zdjęcia numer dwa.


Poniżej opiszę rzeczy, które warto wprowadzić do pielęgnacji, a co robiłam przez ostatnie 2 lata.


Powrót do prawidłowej wagi i ograniczenie żłopania zielonej herbaty 

Jak zaczynałam kilka lat temu przygodę z włosomaniactwem, zielona herbata była magicznym napojem przyspieszającym porost włosów. Już wtedy ją polubiłam, ale 2 lata temu moja waga zaczęła mocno spadać pomimo, że wciąż odżywiałam się tak samo śmieciowo. Miałam lekką niedowagę i niedokrwistość, przez co włosy mocno mi leciały z głowy. Przyczyną było właśnie uzależnienie od niepozornej zielonki. Nie twierdzę, że jest niezdrowa - ale jak wszystko inne, powinna być przyjmowana w określonych ilościach. Czego więc się można spodziewać skoro potrafiłam wypić 8 szklanek mocnego naparu w ciągu jednego dnia? Okropnie wypłukiwała mój organizm ze wszystkiego - nie tylko z toksyn, ale też z wszystkich pożytecznych składników. Myślę, że to właśnie dzięki przerwie w piciu zielonki, udało mi się odzyskać 3 kilogramy i ograniczyć wypadanie. Wciąż muszę się pilnować, żeby z nią nie przesadzać, bo kocham jej smak ;"(


Świadoma pielęgnacja

Włosomaniakiem jestem już chyba z 8 lat. Dopiero od 2 lat jestem świadomym włosomaniakiem, który dba o włosy na całej długości - wcześniej miałam absolutną obsesję na temat przyspieszania porostu włosów. Używałam ton wcierek, ziół, olejów i innych specyfików, by tylko możliwie jak najbardziej przyspieszyć porost i szybciej zapuścić włosy do wymarzonej długości. Gdybym nie zrozumiała kilku rzeczy, nadal bym z tym walczyła. Teraz sobie myślę, że 99% rzeczy jakie robiłam, miały na celu właśnie przyspieszyć porost. Pomijałam natomiast regularne dbanie o włosy na długości, zabezpieczanie końcówek i tak dalej. Olejowałam co prawda kłaki i to odnosiło spore efekty, ale poza emolientami moim włosom brakowało protein i nawilżenia. Stosowałam masę kosmetyków naraz. Nie używałam w ogóle suszarek, lokówek ani prostownic, a mimo to włosy były kruche i zniszczone. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak przyspieszyć porost włosów w sposób skuteczny i bardziej holistyczny, to koniecznie przeczytajcie jeszcze wpis sposoby na przyspieszenie porostu włosów. Opisałam w nim różne zioła na porost włosów, czego unikać, jak pogrubić włosy i porównałam wszystkie przetestowane przeze mnie na przestrzeni lat sposoby.


Przestałam spać w rozpuszczonych mokrych włosach puszczonych luzem 

Kiedyś zasypianie w mokrych włosach sprawiało, że włosy lepiej układały się na drugi dzień i miały więcej objętości. Gdybym je wysuszyła i położyła się spać w suchych, rano były by całkowicie przyklapnięte, bez objętości, niedociążone i smutne. I tak jest do dziś. Ale od 2 lat luźno związuje podsuszone (bez suszarki) włosy w sprężynkę - po rozpuszczeniu i tak się wyprostują do końca dnia, ale będą miały o wiele lepszą objętość. I przede wszystkim, są lepiej zabezpieczone przed tarciem o poduchę.


Regularne podcinanie samodzielne, po nieudanym cieniowaniu sprzed kilku lat

Było kilka cięć, gdzie musiałam skrócić włosy o 10 cm - bo wyglądały paskudnie, tak jak na pierwszym zdjęciu poniżej. Oprócz tego starałam się je skracać o centymetr co 2 miesiące. Kupiłam nożyczki marki Henbor, bo tanie sklepowe były zbyt tępe. A jak nożyczki są tępe to równie dobrze możecie wcale nie podcinać, bo i tak te biedne włosy zmiażdżycie, a nie utniecie. I będą tak samo zniszczone jak przed ciachaniem. Zrezygnowałam całkowicie z fryzjerów - nie trafiłam jeszcze na takiego, dla którego 2 centymetry, to 2 centymetry, a nie 15. Przestałam tez cieniować włosy, bo potem strasznie trudno dbać o końcówki krótszych włosów - 4 lata czekałam aż wycieniowane dogonią te dłuższe, i wciąż brakuje im dwóch centymetrów bym wreszcie miała całkowicie równe kłaki.

Poza tym, czy pogrubienie włosów przez częste obcinanie jest możliwe? Nope, to mit. Działa to tylko na zasadzie wizualnej - włosy wydają się gęstsze, mogą mieć większą objętość. Nożyczki nie sprawią, że urośnie więcej włosów, nie stymulują też porostu.

(1 zdj - jesień 2015, 2 zdj - wrzesień 2017)


Olaplex

 Na temat plexów jeszcze pojawi się post. W ciągu tych 2 lat raz robiłam sobie w domu zabieg Olaplexu, a potem Ultraplexu z Joanny. Wciąż szukam informacji, czy to nie jest ściema, że magiczny składnik plexów może zregenerować trwale mostki dwusiarczkowe włosów. Bo jest tylko jedna konkretna substancja w tych kosmetykach, która mogłaby rzeczywiście coś zdziałać. Jest w nich poza tym mnóstwo innych składników, których celem jest sprawić, że włosy wizualnie wyglądają zdrowiej. Dlatego postanowiłam teraz, że po prostu będę kupować tanią czystą cysteinę, która wystarcza na wiele miesięcy, a nie drogie kosmetyki plexów na jedno użycie - w końcu działanie mają takie samo. A więc samej cysteiny używam dopiero około 2 miesiące - nawet jeśli wcale nie regeneruje ubytków we włosach trwale, to jest tania jak barszcz i nic nie tracę.


Dobrałam ulubiony olej

Przetestowałam w swoim życiu 533825128 olejów. W ciągu tych ostatnich 2 lat używałam właściwie tylko nierafinowanego masła shea (co najzabawniejsze, dokładnie tego samego, takie jest w cholere wydajne). Masło shea w formie olejowania włosów bardzo zwiększało mi swego czasu objętość po zmyciu. Zastąpiłam nim także silikonowe sera do końcówek. Jest charakterystycznym olejem, który nawet po przedobrzeniu nie strączkował mi końcówek i nie wyglądały na tłuste.


Przestało mi zależeć na długości włosów

Powrót to punktu 2. Przestałam nałogowo wyszukiwać magicznych sposobów, które sprawią, że włos urośnie mi 10 cm w jeden dzień. Odechciało mi się co wieczór wcierkować skalp. W pewnym sensie po prostu się poddałam - wiedziałam, że więcej włosów już nie zapuszczę i że taka długość to najwięcej na co mnie stać. Wiedziałam, że na każdy dodatkowy centymetr zapuszczonych włosów, dwa razy tyle wykruszy mi się z końcówek. I wtedy okazało się, że jestem w błędzie. Bo dopiero, gdy zrozumiałam jak prawidłowo dbać o włosy na długości, one przestały się tak okropnie kruszyć na końcówkach. Udało mi się zniwelować efekt mysiego ogonka (efekt mysiego ogonka - nazywam tak dużą różnicę między grubością włosów w obwodzie kitki, a końcówkami). Nauczyłam się co to równowaga PEH (wkrótce), jak dobrać pielęgnację do porowatości włosów (wkrótce), zrozumiałam, że trzymanie na włosach odżywek kilka godzin może bardziej zaszkodzić niż pomóc i przestałam ufać obietnicom na etykietkach kosmetyków. Zapuszczanie włosów to proces, który ma swoje granice fizycznych możliwości. Można to przyspieszyć, ale 10 cm na miesiąc. W takim tempie nie ma możliwości wyprodukować takiej długości. Zioła na włosy, wcierki, odpowiednia pielęgnacja z pewnością mają tu duży wpływ, ale konieczna jest też cierpliwość.


Przestałam myć włosy szamponami 

Myłam całe włosy szamponem tylko, gdy bardzo mi się spieszyło. Pozostałe mycia, to szampon na skalp, i odżywka do mycia włosów na długości. Teraz zrezygnowałam z detergentów całkowicie i efekty są jeszcze lepsze. Ale już samo odstawienie slsów i innych zdzieraczy do mycia kłaków na długości zrobiło swoje. Miałam też krótki epizod z wczesywaniem odżywki w mokre włosy - ale nie sprawdzało mi się to i nie chciało mi się tego robić. Niżej podlinkowałam wpis o tym jak myć włosy delikatniej.


Zakaz rozpuszczania włosów zimą

Dawniej bardzo lubiłam rozpuszczać włosy. Prawie wcale ich nie wiązałam. W zawiązanych włosach wyglądam po prostu jak Czopek z Czopkolandii. Zimą włosy nosiłam rozpuszczone na swetrach, na szalikach i kurtkach. Już walić to, że zawsze kilka włosów przycinałam sobie zamkiem od kurtki. Ale stale ocierały się o te wszystkie wełniane szaliki, plątały się okropnie, zimno zapewne też miało swój udział w ich kruszeniu. Teraz zawsze robię warkocz, albo koczek, gdy wychodzę na zewnątrz, a włosy rozpuszczam gdy już rozbiorę się z ubrań eskimosow.


Zgubiłam taangle teezer

Gdyby nie to, pewnie wciąż niszczyłabym sobie nim włosy. Odnalazł się kilka miesięcy temu - i używam go do czesania kota. Sama mam teraz delikatniejszą szczotkę.


Biotebal

Na początku 2017 miałam 2 miesięczną przygodę z Biotebalem - nie umiem powiedzieć czy w jakiś sposób mi pomógł, ale na wszelki wypadek o nim wspomnę, bo nie wykluczone, że też zrobił coś dobrego.


Parafiny, jej pochodnych i silikonów unikałam jak ognia

Tak, wiem. I parafina i silikony chronią włosy, tworzą okluzję, zabezpieczają. Sporo włosomaniaków nie widzi świata bez serum czy odżywki silikonowej. A dla mnie, takie składniki tworzą potężny psychologiczny fake. Dlaczego? Bo po ich użyciu włosy wyglądają na zdrowe i zadbane, a my żyjemy w przekonaniu, że wcale nie ma tragedii i nie musimy włosów ratować. Bardzo często po zastosowaniu tego typu składników, nie mogłam znaleźć tych wszystkich rozdwojonych końcówek, które jeszcze wczoraj tu były, myślałam: "Wow, normalnie kudły mi się naprawiły, wcale nie wyglądają tak źle". A wystarczyło umyć włosy na drugi dzień, bez stosowania tych substancji i zgadnijcie co. Tak, wyglądały jak gówno. Dla mnie parafina i silikony tworzą iluzję zadbanych włosów, przez co nie zdajemy sobie sprawy, że tak naprawdę są w o wiele gorszym stanie niż pokazuje nam lustro i dotyk. Dokopałam się też do źródeł, że mogą blokować dostęp i wchłanianie innym składnikom we włosy, ale nie będę się tu już nad tym rozpisywać, może kiedyś. Jasne, że i tak je potem zmywamy i nakładamy odżywki, ale jeszcze kilka lat temu używałam ich stale, codziennie w pielęgnacji włosów - i byłam przekonana, że mam włosy zdrowe. A więc - unikam ich, bo chce widzieć realny stan moich włosów. Zastąpiłam je zwykłymi olejami, które też co prawda dociążają włosy i ciut podkręcają efekt wizualny, ale są bardziej naturalne i oprócz realnej ochrony, mają jeszcze w sobie coś cennego, w przeciwieństwie do takiej parafiny, która tylko sobie jest, i nie ma poza tym innych właściwości.


Zaczęłam robić własne wcierki 

Pisałam o tym we wpisie jak zrobić wcierkę przyspieszającą porost włosów, i nie używam ich nałogowo, wystarczy mi raz na tydzień. W momencie, gdy zauważam wypadanie włosów, ratuję się naparem z kozieradki używanym w formie wcierki - warto kilka dni pachnieć rosołem, bo kozieradka potrafi zdziałać cuda.



Jak zapuścić i pogrubić włosy? - ważne wpisy

Zajrzyjcie także do poniższych ważnych artykułów, bo mocno rozszerzają ten temat:






Poniżej zdjęcie z dzisiaj - widać tu, że końcówki wcale nie są jeszcze tak idealne jak bym chciała. A tu włosy są nieświeże i bardzo suche, musiałam odczekać z nawilżaniem aż senes się utleni (barwnik sensu pogrubia kudły).



września 17, 2017

Najlepszy patent na pusty chlebak, czyli jak zrobić podpłomyki

Najlepszy patent na pusty chlebak, czyli jak zrobić podpłomyki
Znasz to uczucie, gdy nie ma w domu chleba, jest zimno jak cholera, albo po prostu nie chce Ci się wychodzić do sklepu, a wypadałoby coś wszamać? Albo to uczucie, gdy masz już dość sklepowego pieczywa? Albo to kiedy odpoczywasz zakrwawiony na drakkarze po udanym abordażu i nie masz na czym zjeść konserwy?

Idealnym rozwiązaniem będzie wbicie sobie do głowy, że podpłomyk można zrobić w 10 minut używając tylko trzech, a jak masz kaprys to nawet i dwóch składników.

Pierwszym składnikiem jest mąka. Jakakolwiek. Drugim woda, a trzecim sól. Każdy ma w domu mąkę i sól, nawet studenci albo wikingowie.

Oto bardzo prosta instrukcja przygotowywania podpłomyka:

1. Do miseczki wsypujemy kilka łyżek mąki. To wszystko robi się na oko, na jeden mały podpłomyk wystarczą dwie duże łyżki, ale jak już robić to więcej.
2. Dodajemy sól - szczypta lub dwie.
3. Dolewamy ciepłej wody - stopniowo, by patrzeć czy ciasto będzie miało odpowiednią konsystencję. Odpowiednią, czyli taką, którą można normalnie wałkować bez obawy, że się do nas przyklei.
4. Posypujemy kluchę mąką i wałkujemy. Nie chcę mi się brudzić wałka, polecam robić to szklanką albo butelką po piwie ;v
5. Rozwałkowane placki odkładam na kilka minut żeby doszły, ale możecie od razu ładować na suchą patelnię.
6. Opiekamy z dwóch stron pilnując żeby za bardzo się nie zjarał. Można przerzucić na drugą stronę, gdy pojawiają się brązowe plamki. Gotowee!

Jako, że mąka pszenna jest be, zachęcam do eksperymentowania na innych rodzajach mąk. Ale przykra prawda jest taka, że pszenny podpłomyk to jeden z najsmaczniejszych podpłomyków, a poza tym nie jest to mąka "gęsta" - robi się go trochę szybciej.

Kilka propozycji w jaki sposób konsumować podpłomyk:

- nadają się do past kanapkowych, Link

- zrobisz w nich pyszną kanapkę ze stripsami, taką jak ta poniżej

- jeśli jesteś studentem to masz usprawiedliwienie i możesz jeść bez dodatków




września 13, 2017

Najlepsza fantastyka #2 - Pan Lodowego Ogrodu

Najlepsza fantastyka #2 - Pan Lodowego Ogrodu
Od kilku tygodni na Instagramową relacje wrzucałam zdjęcia grafik z mojej ulubionej polskiej fantasy. Dostawałam kilkanaście wiadomości z pytaniem o tytuł książki, w której znajdują się tak świetne rysunki i zebrałam się wreszcie żeby wyskrobać coś więcej na ten temat.




"Pana Lodowego Ogrodu" przeczytałam już trzy lata temu i wróciłam do niego niedawno. Jest to w zasadzie science-fantasy, bo główny bohater pochodzi z Ziemi, natomiast planeta, na której rozgrywa się akcja, tkwi we wczesnym średniowieczu, a nawet późnej starożytności i jak przystało na szanującą się fantastykę, jest przyozdobiona dużą ilością magii.

(Żeby nie było, że każda recenzja z tej serii będzie zachwalaniem pod niebiosa - opiszę też rzeczy, które mogą się okazać wadami, ostrzegam przed drobnymi spojlerami!)

Vuko Drakkainen zostaje wysłany na planetę Midgaard, by odnaleźć zaginionych naukowców z ekspedycji badawczej. Zostaje wyposażony we wszystko co ułatwi mu życie w tym dziwnym miejscu, które zatrzymało się w rozwoju na etapie wykorzystywania ognia, żelaza i pługa, zostaje także upodobniony do miejscowych, by za bardzo nie wyróżniał się swoimi "rybimi" oczyma. Już w tym momencie ciekawość wygrywa z moją głęboko zakorzenioną nienawiścią do Science Fiction.

Zacznijmy od tego, że w książce są aż trzy rodzaje narracji - Vuko dostał aż dwie, pierwszoosobową w czasie teraźniejszym i trzecioosobową - ma to związek z uruchamianiem trybu bojowego, za który odpowiedzialny jest wszczepiony w jego ziemski móżdżek, grzyb Cyfral. Jednak historia jest opowiadana z perspektywy jeszcze jednego bohatera - młodego cesarza Amitraju, Filara syna Oszczepnika, Terkeja Tendżaruka, bla bla. Uwielbiam, gdy narracja jest prowadzona z perspektywy kilku bohaterów, ale niekoniecznie przepadam za pierwszoosobową (a teraźniejsza to już w ogóle okropieństwo!). Tu jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo zmiana narracji przy uruchamianiu przez Vuko Cyfrala jest dla mnie genialnym zabiegiem.




Co mnie zachwyca?


Świat

Czymś co bardzo mi się podobało jest sama kreacja świata i kultur. Z jednej strony mamy pseudo wikingów, a w Amitraju ludzi, których kultura kojarzy mi się z jakimiś Imperium Mongolsko-Chińskim, ale nie do końca, bo kto widział rudego Chińczyka?

Ludzie na planecie Midgaard są odwzorowaniem ziemian, jednak z drobnymi różnicami - nie mają białek w oczach, a wypełnione kolorem tęczówki, są mniejsi, mają włosy na karku. Vuko nazywa rzeczy według ziemskiej terminologii, jednak wszystkie zwierzęta i rośliny różnią się od swoich ziemskich odpowiedników.


Imiona

Lubie jak imiona w fantasy są tworzone według pewnego schematu i pasują do siebie. W tym przypadku imiona ludzi z poszczególnych miejsc Midgaardu są do siebie podobne. Po prostu widząc jakieś nowe imię mogę powiedzieć "O tak, to ziomek z Amitraju". Nawet mój kot nosi imię po jednej z bohaterek ;3


Klimat

Czytając te książki niemal czuje zapachy i smaki z Midgaardu. To wszystko jest strasznie realistyczne, świat jest "brudny", miejscami nawet groteskowy. To taka podrasowana brudem, dymem i skisłym piwem wizja przygód typowych wikingów. Stworzenia są tam większe, bardziej niebezpieczne (trochę jak z Australią - wszystko co żyje chce cie zeżreć), ale jest to także zasługa ludzkiej niszczycielskiej ingerencji w modyfikacje świata, i to nie naszej Ziemii, a obcej planety. Grzędowicz dodał też coś co kocham - charakterystyczne zimne mgły, jako niebezpieczne zjawiska, które niosą ze sobą dziwną wypaczającą i mutującą ludzi magię.

Przesłanie, smaczki i kwiatki

Ta książka pełna jest kwiatków, które ciągle rzucały mi się w oczy. Zgubione przez poszukiwanego badacza okulary przeciwsłoneczne na nosie tubylca, hiszpańska piosenka śpiewana przez Filara i wielu innych. Coś co bez przerwy rzucało mi się w oczy, to problem jaki porusza ta historia - czy człowiek może stać się Bogiem (i więcej nie powiem, bo same spojlery mi przychodzą do głowy ;D).

Co mi się nie podoba?

Miałam wrażenie, że Grzędowicz trochę przesadzał ze studzeniem akcji i momentami zbyt długo rozkręcał się z rozwinięciem wątków. Takie momenty lekko mnie nudziły i w zasadzie miały niewielkie znaczenie i wpływ na późniejsze wydarzenia. Miałam wręcz wrażenie, że są napisane tylko po to, by załatać dziurę między ciekawszymi momentami i powiększyć objętość książki. Ale warto było się kilka stron ponudzić, bo rozwój wydarzeń wynagradza wszystko.

W dodatku bardzo brakowało mi w książce mapy. Nie wiem czy to po prostu wada tego wydania, bo udało mi się wygrzebać mapę kiepskiej jakości w internetach. Fantasy bez mapy jest dla mnie trochę ułomne, w szczególności gdy świat jest tak rozległy i bogaty.



Pan Lodowego Ogrodu to dla mnie najlepsza polska fantasy na tą chwilę. Jest ciekawym i o dziwo dobrze skonstruowanym połączeniem gatunków, nie nudzi, nie ma w niej elfów ani krasnali, jest pełna smaczków i perełek w postaci różnych nawiązań do ziemskich dzieł (Hieronim Bosh, fragmenty "Pieśni Najwyższego" Havamala, "Jądra Ciemności", nawet kilka cytatów biblijnych umiejętnie użytych w kontekście), a do tego ma obrazki! Będę do niej wracać i wracać, bo wciąż ubolewam że skończyła się tylko na czterech częściach.

Tutaj możecie kupić wszystkie części z rabatem. Miłego dnia!



września 09, 2017

Jak zrobić puder do mycia twarzy diy?

Jak zrobić puder do mycia twarzy diy?
Mycie twarzy mydłem czy silnymi detergentami jest bardzo niekorzystne, gdyż może zaburzać ph i zmywać barierę hydrolipidową, co z kolei prowadzi do nieprzyjemnego napinania, wydzielania większej ilości sebum niż dotychczas, podrażnieniem i ogólnym pogorszeniem stanu cery. Poruszyłam ten temat we wpisie czy mycie włosów mydłem jest dobre. To samo dotyczy także skóry twarzy. Poza tym nawet delikatne detergenty w naturalnych żelach mogą czasem prowadzić do podrażnień i problemów skórnych, dlatego chciałabym pokazać Wam moją ostatnio odkrytą alternatywę mycia twarzy - puder myjący do twarzy diy.

Metoda ta polega na myciu twarzy mieszanką glinek i mąk wymieszanych z wodą, ale oczywiście można wybrać tylko glinki lub mąki - ja od jakiegoś czasu testuję je na różne sposoby.

jak zrobić puder do mycia twarzy diy


Jak zrobić puder do mycia twarzy diy - składniki


Do takiego pudru możemy wykorzystywać różnorodne mąki (z wyjątkiem pszennej), glinki, węgiel aktywny, przyprawy, zioła, otręby, płatki owsiane, ekstrakty w proszku, sól, ziemię okrzemkową i inne sproszkowane składniki. Dzisiaj pokażę wam jak robię najbardziej podstawowe przepisy na pudry myjące, zajrzyjcie też do wpisu jak zrobić rozjaśniający puder myjący.


Puder do mycia twarzy - wersja pierwsza


To najbardziej bazowa i podstawowa mieszanka jaką robię. Można ją później wzbogacić o dodatkowe składniki, ale te dwa produkty w zupełności wystarczą, żeby domyć twarz.


  • biała glinka
  • mąka owsiana



Puder do mycia twarzy - wersja druga


Jeśli nie macie mąki owsianej, możecie użyć na przykład z ciecierzycy. Również nie potrzeba tu więcej, by puder dobrze domył twarz.


  • biała glinka
  • mąka z ciecierzycy



Puder do mycia twarzy mocno oczyszczający - wersja trzecia 



  • biała glinka
  • mąka owsiana
  • otręby lub płatki owsiane
  • 3 kapsułki węgla aktywnego


Składniki mieszamy w proporcji 1:1 i wrzucamy do wygodnego pudełeczka. Używanie takiego pudru jest banalnie proste - nabieramy ilość odpowiadającą mniej więcej pół łyżeczki, mieszamy z wodą lub hydrolatem i rozprowadzamy po twarzy, wykonując delikatny masaż przez co najmniej minutę.

Po takim myciu nie ma dużej potrzeby tonizować twarzy, gdyż mieszanka nie zawiera detergentów, a tym samym nie zaburza ph skóry (chociaż sama woda z kranu może to zrobić). Możecie odczuwać lekkie ściągnięcie skóry, szczególnie w wariancie trzecim, bo puder zmywa z niej sebum.

Trzeci przepis na puder myjący wykorzystuję dużo rzadziej - zwykle dodaje też trochę cukru lub soli i wówczas jest to dla mnie alternatywa dla peelingu. Bardzo często jest to dla mnie baza do maseczek - do łyżeczki mieszanki ląduje jakiś olej, algi, macerat, żel aloesowy lub kwas hialuronowy, a także trochę wody lub hydrolatu. Natomiast pierwszej mieszanki używam codziennie, zamiennie z żelem myjącym z Vianka, bo inaczej nigdy go nie skończę :D

jak zrobić puder myjący diy


Efekty pudru myjącego do twarzy


Przede wszystkim są bardzo delikatne i można ich spokojnie używać rano i wieczorem. Nie zawierają chemicznych detergentów, nie podrażniają, w dodatku glinka oraz mąki mają szereg właściwości, które przysłużą się skórze. Takie pudry są dość trwałe - jako że mieszanka jest sucha, nie ma potrzeby jej niczym konserwować i będziemy jej spokojnie używać przez dłuższy czas.

Możecie oczywiście eksperymentować z rodzajami glinek, jednak to właśnie biała nadaje się do tego najlepiej, gdyż działa delikatniej niż glinka zielona czy czerwona. Tamtych z pewnością nie używałabym codziennie.

Natomiast jeśli chodzi o mąkę, macie tu pełną dowolność. Nie polecałabym chyba tylko zwykłej mąki pszennej do wypieków, bo dla mnie jest ona bezwartościowa i generalnie staram się ją ograniczać jeśli to możliwe. Jest mnóstwo rodzajów mąk, które jeszcze z pewnością przetestuję - warto wypróbować mąkę żytnią, ryżową, gryczaną czy kokosową.

Dlatego jeśli Wasza skóra nie toleruje absolutnie żadnych detergentów, naturalnych mydeł (które i tak zaburzają ph, bo są zasadowe) i jesteście zbyt leniwe, by myć twarz metodą OCM, polecam zrobić własny puder myjący diy.

I na koniec, zapraszam serdecznie do naszej Grupy kosmetycznej - tam dyskutujemy o naturalnych kosmetykach oraz o tworzeniu domowych ;>

września 06, 2017

Domowe wcierki na porost włosów i kilka słów o tworzeniu maceratu

Domowe wcierki na porost włosów i kilka słów o tworzeniu maceratu
No cześć. Dzisiaj dowiecie się jak zrobić domową wcierkę. Opiszę też czym różni się macerat od oleju, jak go przygotować i jak używać takiego oleju w celu zagęszczania włosów. Dziś skupię się tylko na wcierkach olejowych, kiedyś zrobię też wpis o tym jak robić maceraty alkoholowe. 

Macerat a olej - jaka jest różnica?


Pamiętacie olejek łopianowy z Green Pharmacy? Lubicie działanie wcierki z papryczkami chilli? Albo ajurwedyjskie oleje typu Khadi, Sesa, Amla? A może aromatyczne czosnkowe lub papryczkowe oliwy do pizzy? To wszystko, to produkty maceracji.

Cóż, takie produkty mają trochę mylne nazwy. Weźmy wspomniany olej z Green Pharmacy. Przede wszystkim dostajemy informacje, że jest to olej łopianowy.

Ta informacja wprowadza jednak w błąd, gdyż tak naprawdę mamy tam olej słonecznikowy (Helianthus Annuus Seed Oil), w którym moczył się korzeń łopianu, a także dodatki takie jak pieprz cayenne czy suszony skrzyp polny. 

W rzeczywistości nikt nie wyciskał oleju z łopianu. To co powstaje podczas "moczenia" w oleju, to nic innego jak macerat, czyli zioła/inne rośliny (w tym przypadku łopian/skrzyp/pieprz) zalane dowolnym olejem. Z kolei olej Khadi bazuje na oleju sezamowym, rycynowym i kokosowym z dodatkiem ziół. Nie mogę znaleźć informacji czy ktokolwiek w Indiach wyciska olej bhringraj (z rośliny Eclipta Alba), czy wszystkie pozyskuje się w procesie maceracji tej rośliny - zwykle dostępnej w sklepach formie proszku. Zauważcie że na stronach rzadko można znaleźć skład takiego oleju, który wydaje się być w 100% uzyskany z danej rośliny. Wiele razy już spotykałam się z dziwnymi olejami, które okazywały się jedynie maceratami, a na etykiecie widniał napis "100% olej wyciskany z..."

Dodatkowo gotowe oleje tego typu z niższej półki często mają jeszcze dziwne dodatki, które są zbędne (Na przykład śmieciową parafinę na pierwszym miejscu w składzie, fuj! - taki kwiatek znalazłam w oleju Amla Dabur). Zwykle nie wiemy też czy są robione na oleju rafinowanym czy nierafinowanym, na zimno czy na ciepło, a to ma znaczenie. W przypadku, gdy olej jest rafinowany, uzyskujemy co prawda właściwości z ziół, które do niego przechodzą, nie mamy jednak nic pożytecznego z samego oleju. Natomiast, gdy użyto oleju nierafinowanego, a macerowano na ciepło (co w zasadzie jest pewne, bo który producent ma czas czekać kilka tygodni, aż jego produkt będzie gotowy?) to jest duże prawdopodobieństwo, że utraciliśmy sporą część pożądanych właściwości nierafinowanego oleju.

Ale do rzeczy, bo brzmię trochę jakbym negowała maceraty, a to genialna rzecz. Chciałam wyżej jedynie zaznaczyć, że trzeba sprawdzać składy produktów olejowych, bo być może zależy Wam na czystym nierafinowanym oleju, a dostaniecie jakiś dupny macerat na oleju Kujawskim z parafiną i barwnikiem ;v


Jak zrobić macerat?


Przejdźmy już do tworzenia maceratu w domu. Dziś skupię się na dwóch przepisach, które działają na przyspieszenie porostu oraz zahamowanie wypadania kudłów. Oba są absolutnie genialne i proste. Jedynym problemem to czas - gdyż macerując na zimno musimy czekać kilka tygodni (przynajmniej 3). Nie polecam maceracji na ciepło - nie jestem zwolenniczką podgrzewania oleju. To jeszcze może przejść, gdy używacie oleju rafinowanego, ale na nierafinowanym bym nie ryzykowała - taki olej jest bardzo wrażliwy na ciepło.


Macerat na łopianie i bylicy boże drzewko      

  • Myjemy i wyparzamy naczynie, w którym macerujemy
  • Zioła można, ale nie trzeba, spryskać alkoholem
  • Możecie ich nasypać ile chcecie, ja daje taką samą ilość łopianu i bylicy
  • Zalewamy olejem tak by nic nie wystawało za jego powierzchnię, jednak nie przesadzajcie z ilością oleju. Im więcej oleju, tym słabszy macerat. Wystarczy go tylko tyle, by przykrył zioła
  • Mieszamy i zamykamy szczelnie na co najmniej 3 tygodnie, 2 razy dziennie wstrząsamy
  • Po tym czasie przelewamy przez gazę i wywalamy namoczone śmieci, a olej przelewamy do buteleczki



 Macerat z czarnej rzepy, imbiru i chrzanu

  • Chrzan, imbir i rzepę obieramy ze skóry i trzemy na tarce, tak by uzyskać po 2 łyżki każdego z nich
  • Myjemy ręce, myjemy i wyparzamy naczynie, w którym będziemy macerować
  • Nasze utarte surowce zalewamy alkoholem i mieszamy tak, by wszystko zostało nim tak samo potraktowane. Potem odlewamy alkohol, nie panikujcie jak surowce będą wciąż nim nasączone, tak ma być
  • Zalewamy to wybranym olejem tak by wszystko zostało przykryte. Najlepiej gdyby była równa część oleju i surowców, ale można ciut więcej. Generalnie ta mikstura może wywołać lekkie podrażnienie, dlatego jeśli słabo reagujecie na takie ostre rzeczy na skórze, warto dolać podwójną ilość oleju względem surowców.
  • Mieszamy to, żeby wszystko zostało równo zalane olejem (higiena nadal!)
  • Zamykamy, chowamy do szafki i otwieramy za co najmniej 3 tygodnie. 2 razy dziennie wstrząsamy mocno słoikiem.
  • Po tym okresie macerat odcedzamy przez gazę, by pozbyć się śmieci i mieć czysty olej


Tak naprawdę możecie też zmieszać te wszystkie rzeczy. Możecie macerować podwójnie. Możecie też macerować pierwszy raz ziołami, a potem odcedzić olej, wywalić zielsko i tym olejem zamacerować jeszcze rzepę, chrzan i imbir, żeby uzyskać combo. A możecie dodawać jeszcze innych ziół lub mieszać oleje. Macerować możemy właściwie wszystko, zarówno susz, jak i świeże rośliny.


Jak zagęścić włosy - stosowanie


Taka domowa wcierka służy przede wszystkim do stosowania na skalp - mają przecież działać na wypadanie lub przyspieszenie porostu włosów. Możecie przy tym wykonywać delikatny masaż skóry głowy. Ja lubię iść w czymś takim na głowie spać, a umyć włosy rano, ale nie zawsze mam na to czas, dlatego staram się nosić je na włosach przynajmniej 2 godziny. Efekty niestety nie są widoczne po kilku dniach, ale są - polecam się wyposażyć właśnie w takie zabezpieczenia na jesień. Zapuszczanie włosów jest trochę skuteczniejsze, kiedy wspomagacie się tego typu kosmetykami, ale wcierki to też dobry sposób na zagęszczenie ich, wypadanie i problemy skórne.

Maceraty mają szerokie zastosowanie w kosmetyce, bardzo często są bazą kremów, mydeł czy balsamów. W zależności od tego co macerujemy, możemy uzyskać mnóstwo różnych ciekawych właściwości. Robiąc je samodzielnie, wiemy dokładnie, że rzeczywiście znajduje się w nich to co chcieliśmy, a nie odpadki czy przestarzały susz. Jeśli macie możliwość zdobywać zioła samodzielnie, możecie być pewni że macerat będzie silniejszy niż na ziołach sklepowych. Oleje możecie dostać np. tutaj.


Zasady macerowania


Poniżej przedstawię kilka ogólnych zasad macerowania -> WAŻNE:

1. Szczelne naczynia - słoiczek czy buteleczka, w których będzie dojrzewać Wasz macerat musi się dokładnie zamykać. Nie odkręcamy nic w trakcie czekania aż się zrobi.

2. Higiena. Aby macerat się udał należy robić go w czystości. Słoik trzeba wyparzyć przed użyciem, ręce dokładnie umyć przed wymacaniem surowców. Składniki suche warto spryskać alkoholem zanim zalejemy je olejem. Nie tylko je odkazimy, alkohol pomaga wyciągnąć więcej składników odżywczych z naszych surowców, które potem przejdą do oleju.

3. Przechowywanie. Teoretycznie macerat nie musi być schowany w bunkrze żeby się udał. Ja jednak wole słoiczki, które się macerują, wkładać do szafki. Nie polecam czegoś takiego wystawiać na słońce, bo może się nie udać. Tak też polecam robić z każdym olejem - trzymać w butelkach z ciemnego szkła i z dala od słońca i wysokiej temperatury.

4. Mieszanie. 2,3 razy dziennie należy wstrząsać słoiczkiem, przemieścić zawartość, by nic się tam nie pojawiło.

5. Konserwacja. Oleje nie psują się szybko, szczególnie jeśli dobrze je przechowujemy. Dlatego nie ma potrzeby konserwowania maceratów olejowych, jeśli macie pewność, że wykorzystacie je w ciągu 2, 3 miesięcy. Czasem nawet zioła użyte w macerowaniu mają działanie konserwujące. Jeśli jednak się boicie, albo chcecie przedłużyć życie produktu, możecie dopieścić go kilkoma kroplami płynnej witaminy E.

6. Zasada jest taka, że zioła nie powinny wystawać poza powierzchnię oleju. W praktyce jednak to nie do końca możliwe - chociażby gdy codziennie potrząsacie, zielsko zostaje na ściankach słoika. Nie lejcie jednak mniej oleju niż ziół. Kiedyś przeczytałam informację, że olej może przewyższać ilość suszu maksymalnie o 25%, niektórzy jednak leją 2 razy tyle oleju co ziół. Ja nie przesadzam z jego ilością - leje tylko tyle, by dokładnie przykrył surowce. Wtedy otrzymujemy mocniejszy macerat, a jak nie wyjdzie, to mniejsza strata ;v

7. Różnica między olejem rafinowanym, a nie rafinowanym jest taka, że:
  • Na rafinowanym trudniej zepsuć macerat, ale nie ma on już żadnych pożądanych właściwości
  • Na nierafinowanym łatwiej zepsuć, ale gdy się uda, to mamy nie tylko cenne składniki z ziół, ale i samego oleju. Dodatkowo, jak wspomniałam wyżej, gdy stawiamy na macerację na ciepło, możemy utracić część składników z oleju.
To chyba tyle. Wiem, że pewnie większość osób, która tu trafi będzie szukać sposobów na szybkie zapuszczanie włosów, ale pamiętajcie, że to nie jest kwestia kilku dni, a raczej kilku tygodni czy miesięcy regularnego stosowania. Więcej o tym jak skutecznie przyspieszyć porost włosów napisałam we wpisie sposoby na zapuszczanie włosów. W razie jakichś wątpliwości - pytajcie. Powodzenia!

Zapraszam serdecznie do naszej Wiedźmowej grupy kosmetycznej - tam dyskutujemy o naturalnych kosmetykach oraz o tworzeniu domowych ;>



jakzagescicwlosy


jakzrobicmacerat


jakprzyspieszycporost

ziołanawłosy

sierpnia 28, 2017

Jak przygotować wyprawkę dla kota?

Jak przygotować wyprawkę dla kota?
Wciąż trwa plaga małych kociąt. W lato bywa, że idziesz do sklepu i wracasz do domu z puchatą kulką, a kompletnie nie wiesz czego ta kulka właściwie potrzebuje. Przygotowałam ten post, bo sama miałam taką sytuację tej wiosny, i gdyby nie fakt, że od wielu miesięcy siedzę na różnych kocich grupach, to miałabym problem.

W zasadzie koty nie są aż tak wymagające. Można oczywiście zrobić ogromne zakupy, ale na początek wystarczy naprawdę niewiele, by zaspokoić potrzeby owej kulki.



Bez względu na to, czy przynosisz do domu małe kocię, czy kota dorosłego, potrzebujesz przede wszystkim następujących rzeczy:

Kuwety - (w przypadku malutkich kociaków lepiej wybrać płytszą, żeby łatwiej było im wejść)

Żwirku - kup taki, do jakiego masz dostęp, w moim przypadku od samego początku dobrze sprawdzał się silikonowy, jednak nie wszystkie koty go akceptują, bo jest dość twardy. Dlatego na początek wystarczy zwykły bentonit albo żwirek drewniany. Z tego co wiem, można go kupić nawet w Biedronce. Pamiętaj tylko, by sprawdzić czy żwirek, który kupisz, ma na opakowaniu napisane, czy można do wyrzucać do kibla, bo jeśli nie można, to lepiej nie ryzykować. Niektóre żwirki "puchną" w kontakcie z wodą i mogą coś zapchać.

Dobrych mięsnych puszek - bez obaw, małe kociaki mogą już jeść karmę dla kotów dorosłych. Nie kupuj jednak karm marketowych, które widziałeś w reklamach. Wszelkie Whiskasy, Kitekaty, Felixy, Royal Canin itp, to jedno wielkie dziadostwo, a nie karma odpowiednia dla kota. Zawierają zboża i marne 4% mięsnych odpadków. Absolutnie nie podawaj też mleka, nawet kociakom. Mleko krowie i jakiekolwiek niepochodzące z kociego cycka, jest dla kotów szkodliwe, gdyż nie tolerują one laktozy. Owszem, jest dla nich smaczne, ale dla nas smaczne jest żarcie z Maka, a nie oznacza to, że powinniśmy się tym odżywiać. Dzięki takiej diecie, Twój kot będzie robił wielkie śmierdzące kupska, będzie miał biegunkę i niedobory.

Nie kupuj też suchej karmy, gdyż większość suchych karm to ususzone śmieci, w dodatku szybko możesz kotu rozwalić nerki, bo ma ona za mało wody, a koty po prostu niewiele piją same z siebie.

Najlepszym wyborem byłoby zamówić przez internet lub dogrzebać się w zoologicznym dobrych karm, np. Catz Finefood, Macs, Feringa, ale tak, wiem że potrzebujesz karmy natychmiast i nie masz czasu czekać. Najlepszą karmą marketową jest mokra Butchers Classic - nie ma zbóż i zawiera coś ponad 45 % mięsa. 

Tak, tylko tych trzech rzeczy potrzebuje kot przez pierwsze dni w Twoim domu. Kiedy już masz więcej czasu, polecam wybrać się na zakupy lub zamówić przez internet poniższe artefakty:

Miseczki - wybierajcie jakieś niezbyt głębokie, z płaskim dnem. Koty nie lubią głębokich misek, niektóre mają do tego płaskie mordki i ciężko im "zanurkować" łepetyną do takiej michy. Niektóre wolą jeść i pić nawet z talerzyków.

Drapak - pozycja obowiązkowa, jeśli lubicie swoją kanapę, krzesła i ubrania. Drapak najlepiej kupić większy, tak by kot zaspokajał potrzebę drapania na wiele sposobów - na płasko, w pionie itp. Miejsce do wspinania też jest potrzebne.

Zabawki - Z doświadczenia powiem, że mój kić ma chyba większą frajdę z pogiętych papierków, plastikowych słomek, rolek po srajtaśmie i reklamówek z Lidla. Ale mimo wszystko warto dodać do listy kilka zabawek i sprawdzić co waszemu maluchowi podpasuje. Zwykle kosztują grosze. Dodam tylko, żebyście unikali zabawek typu laser - kot jako łowca potrzebuje zaspokajać potrzebę polowania na fizycznie obecną zdobycz. Laser nie ma postaci fizycznej i kot nigdy nie może go złapać, przez co mogą się u niego pojawić problemy na tle behawioralnym.

Łopatka do zbierania niespodzianek z kuwety - Chyba, że wygodniej Ci rękami ;v

Transporter - jeśli to możliwe, to zdobądź go nawet wcześniej, byś zabrał zwierze na pierwszą wizytę weterynaryjną z godnością. Będzie potrzebny tak czy inaczej. Jeśli nie chcesz zwykłego transportera, fajne są torby transportowe na ramię - mniejszy ciężar, zrobione z materiału i wygodne.

Akcesoria do pielęgnacji - dobrze jest kupić specjalne cążki do wycinania pazurków i coś w typie furminatora, żeby za bardzo mieszkania nie zakłaczyć. Nam odpowiada EzzyGroom.

Legowisko - tu już wybór należy do Ciebie, mój kot legowisko ma w poważaniu i śpi wszędzie, tylko nie tam. Nie jest to konieczny wydatek, tym bardziej, że jeśli zdecydujesz się na jakiś konkretniejszy drapak, to zwykle są one wyposażone w kryjówki i legowiska, które być może bardziej kotu podejdą.

Dywanik pod kuwetę - także opcjonalnie. Przyda się jeśli masz bardzo rozdrobiony żwirek - wtedy większość pyłu z łapek zostanie na dywaniku. Ale tak czy inaczej czeka Cię żwirek rozkopany poza kuwetę.

Natomiast jeśli czekasz na kota z hodowli, lub wiesz wcześniej, że trafi do Ciebie jakiś bezdomniak, najlepiej po prostu zamówić te wszystkie rzeczy od razu, bo wyjdzie znacznie taniej. Na każdej zwierzęcej grupie polecą Ci stronę Zooplusa i ja także zamawiam najczęściej tam - mają wszystko czego potrzeba, nie muszę zamawiać z kilku miejsc i zwykle czekają tam jakieś zniżki.




sierpnia 26, 2017

Makaron w sosie pomidorowo-śmietankowym

Makaron w sosie pomidorowo-śmietankowym
Te kluchy przyrządzam już od wielu wielu miesięcy, i nareszcie udało mi się zebrać, by przygotować o tym wpis. To jest chyba aktualnie nasze ulubione danie makaronowe i po prostu je uwielbiam. Nie wiem na czym polega tajemnica tego smaku - podejrzewam, że to połączenie pomidorów i słodkiej śmietanki skutkuje powstaniem czegoś tak genialnego.



Czego potrzebujemy?

- 2 pomidory, najlepiej malinowe (ale ja najczęściej robię wersję z jednym pomidorem i kilkunastoma pomidorkami koktajlowymi, bo tak ładniej wygląda)

- śmietanka 30%, 200 ml

- ser parmezano-podobny - polecam cheddar lub grana padano

- pierś z kurczaka, pojedyncza

- ząbek czosnku

-papryka słodka, papryka ostra - przyprawy

-sól

- wędzony boczek (nie jest to składnik obowiązkowy, smaku nie zmienia, ale mój wiking woli jak robię z boczkiem)

1. Kroję mięso w kostkę. Polewam je olejem, posypuję solą i dosłownie zakopuje w suszonej papryce - duuużo słodkiej i trochę mniej ostrej. To już zależy jak ostre danie chcecie uzyskać. W razie czego zróbcie na tym etapie wersję mniej ostrą, potem można dopicować ostrość. Ząbek czosnku siekam na drobno.

2. Podsmażam chwilkę czosnek. Potem na patelni ląduje kurczak i smażę go aż będzie biały. W tym czasie zagotowuje wrzątek i zalewam nim pomidory, ale tylko de duże. Koktajlowych nie będziemy obierać ze skórek, bo mają ładnie wyglądać. Nastawiam wodę na makaron.

3. Kiedy kurczak jest już podsmażony, wlewam do niego śmietankę. Obieram pomidory ze skóry i siekam je na drobną kostkę - na tym etapie wrzucam na patelnie tylko duże pomidory, koktajlowe dopiero za 15 minut. Cały sok, który wypłynął z pokrojonych pomidorów też ma wylądować w garze.

4. Kiedy danie gotuje się na małym ogniu, ścieram drobno ser. Powinno wystarczyć połowa. Wrzucam go po 15 minutach od etapu 3, razem z pomidorkami koktajlowymi. Zostawiam trochę sera do posypania.

5. Kiedy wszystko mamy już w garze, gotujemy aż śmietanka się zagęści, często mieszamy. Zwykle wychodzi to już nie więcej niż 15 minut, ale musicie obserwować. Sprawdźcie też czy już ostrość i słoność wam odpowiada, w razie czego dodajcie jeszcze przypraw.

6. Ugotowany makaron dodaje do gara, mieszam, nakładam na talerz i posypuje serem.


WERSJA Z BOCZKIEM:

Boczek pokrojony w kostkę podsmażam oddzielnie i odstawiam. Dodaje go kiedy sos jest już gotowy i mieszam.

Smacznego ;v















sierpnia 22, 2017

Półprodukty, zioła i pojemniczki kosmetyczne

Półprodukty, zioła i pojemniczki kosmetyczne
Musiałam się wstrzymać z tym wpisem aż w całości wypełnię moją obecną listę kosmetyczną i nareszcie jestem. Mam tu przede wszystkim półprodukty z Ecospa - nie wiem jak mi się sprawdzą, ale zaryzykowałam, bo na mojej sprawdzonej stronie akurat nie było kilku rzeczy (zwykle oleje, glinki i inne kupuję w zielarskim na mieście, albo na Mazidłach). A więc:

1. Buteleczki i słoiczki z ciemnego szkła

Kupiłam tego sporo i różnej wielkości, bo będą w użyciu chyba bez przerwy. Przechowywanie produktów w takich opakowaniach jest bardzo wygodne i schludne, a po skończeniu produktu łatwo jest pojemnik wymyć, odkazić i wykorzystać ponownie. Mam nadzieje, że zostaną ze mną na kilka lat. Ecospa ma te pojemniki świetnej jakości - były dobrze zapakowane i zabezpieczone, a używanie ich bardzo ułatwia mi sprawę. Buteleczki z atomizerem są super na przykład gdy robicie toniki octowe albo napary ziołowe bez konserwantu - wtedy spokojnie może wytrzymać tydzień, a jak zużyjecie te niewielkie ilości, można zrobić nową porcję.



2. Algi Fucus i Laminaria

Na te algi poluje już chyba rok. A raczej zbieram się żeby je kupić, bo są łatwo dostępne. Póki co każdej użyłam raz i muszę kombinować nad czymś do zabicia zapachu śledzia w maseczce na takich algach. Nie mogę po jednym użyciu powiedzieć czy widzę jakąś trwałą różnicę, bo po nawilżających maskach moja skóra zawsze jest ładna i miękka, ale chciałam jeszcze zrobić z nich macerat i wtedy się okaże :D

3. Biała glinka

Moje zapasy są na wykończeniu, a glinki z Ecospa jeszcze nie próbowałam. Białej glinki można używać na różne sposoby - nie tylko jako składnik maseczek, ale także do mycia twarzy, o czym post pojawi się wkrótce. Zdecydowanie polecam ją dla osób, które chcą używać glinki codziennie albo często - jest bardzo delikatna i nie wysusza skóry.



5. Bioferment z bambusa i ekstrakt z ginko biloba

Bioferment jest naturalnym silikonem i nadaje się jako dodatek do kremów, balsamów maseczek, a może być używany solo. Natomiast ekstrakt z miłorzębu japońskiego ma działanie przeciwzmarszczkowe i nadaje się do cery naczynkowej. Także mam zamiar dodawać go do maseczek i kremów.



6. Zioła

Bardziej ufałabym takim, które sama sobie uzbieram, ale trochę mi się śpieszyło i postawiłam na zielarski. Mam tu dziurawiec, łopian, kocankę i kobylak. Część z nich wylądowała już w maceratach, reszta idzie na mieszankę do płukanki, a reszta jako herbatki.



7. Olej z pestek winogron

To sklepowa, rafinowana i tania wersja - używam go głównie do macerowania lub jako składnik do ocm (i w kuchni).

8. Kilka hermetycznych słoiczków do nowych maceratów

W moich są już mieszanki ziół i olejów. Kupiłam je za kilka groszy w Pepco, ale czuje, że będę musiała iść po więcej. Nie jestem pewna czy są dobrze uszczelnione, ale tak czy inaczej do przechowywania suchych rzeczy wydają się idealne.





sierpnia 10, 2017

Podsumowanie lipca - kosmetyki, nowości i ulubieńcy

Podsumowanie lipca - kosmetyki, nowości i ulubieńcy
Od teraz chyba będę prowadzić takie posty, żeby sobie wszystko podsumować, opisać moje nowości, ulubieńców, zmiany, postępy i inne pierdoły.

Po ciężkiej i morderczej sesji, która mnie wykończyła w czerwcu nareszcie miałam trochę luzu, ale nie na tyle, żeby się zanudzić na śmierć.



Ulubieńcy i nowości lipca? Oto oni:


1. "Pan Lodowego Ogrodu"

Po trzech latach wróciłam do tych książek i wreszcie mogłam skończyć ostatnią część. Recenzja pojawi się na blogu za jakiś czas, tu powiem tylko, że brakowało mi tego brudnego, śmierdzącego, dzikiego klimatu ;D


2. Kosmetyki Vianek, Biolaven i powrót do naturalnych surowców kosmetycznych

W tym roku trochę zaniedbałam moją szamańsko-naturalną kosmetyczkę. Zwykle pełno było u mnie olejów, ziół, początek roku był trochę wymagający i to wszystko poszło w niepamięć, zepsuło się, zjełczało. W lipcu nadrobiłam zaległości - pogrzebałam w necie, kupiłam świeże zapasy i wzięłam się za siebie.

TUTAJ pisałam o moich kosmetycznych nowościach i o zmianie na naturalną pielęgnację. Większość moich zakupów stanowiły właśnie kosmetyki z Vianka, które też doczekają się własnego posta, bo strasznie się z nimi polubiłam i mogę je polecić właśnie na początek przygody z naturalnymi kosmetykami. 


4. "Gra o tron"! 

Oczywiście nie mogło tego zabraknąć. 17 lipca, czyli dzień przed moimi urodzinami była premiera 7 sezonu serialu. Nigdy nie będzie dla mnie lepszy niż książki, ale tęskniłam za Jonem ;>


5. Bieganie i rower

Chcąc, nie chcąc musiałam spiąć tyłek i ostro przytrenować przed wyjazdem w góry. To aż dziwne, że udało mi się regularnie biegać, robić bardzo długie spacery i jeździć na rowerze kilka razy w tygodniu. I ciesze się, bo jest mi zdecydowanie łatwiej na trasach niż w zeszłym roku.

To niewiele ponad miesiąc ćwiczeń, a widzę też sporą różnicę na moim ciele. Moje ciało jest szczupłe, ale nie wysportowane - tzw. "skinny fat", szczupłe ciałko, ale bez mięśni. Jak po trzech tygodniach zauważyłam, że tyłek mi się bardziej unosi, to zdwoiłam wysiłki. Nawet wiking zauważył, że coś tu nie gra ;D

I teraz już tak zostanie, nawet jeśli już nie muszę trenować w góry. Chyba weszło mi to w nawyk.

6. Piosenki z Króla Lwa. Co jakiś czas nachodzi mnie taka dziwna faza na słuchanie i zamęczanie znajomych piosenkami z moich dwóch ulubionych bajek z dzieciństwa. A więc od połowy lipca za wszystkimi łażę i męczę tekstami o "Duchu żyjącym w nas" i "Kręgu życia".

7. Prawko

Wreszcie, po 2 latach opierdzielania w kwestii prawa jazdy, zarobiłam sobie kasę i poszłam na ten głupi kurs. Trafiłam na super szkołę, skończyłam wykłady bardzo szybko i czekam na pierwsze jazdy. Może uda się wszystko zdać przed październikiem.


A co u Was się wydarzyło w lipcu? :D

lipca 23, 2017

Aktualna pielęgnacja - zmiana na naturalne kosmetyki

Aktualna pielęgnacja - zmiana na naturalne kosmetyki
Już od dawna planowałam całkowicie przejść na naturalne kosmetyki, ale po prostu byłam z byt leniwa, żeby się nauczyć czytać składy i rozpoznawać składniki, które nie powinny się w nich znajdować. W te wakacje nareszcie ruszyłam tyłek, przeszukałam internet, przeczytałam dziesiątki artykułów, blogów i opakowań i mogę nareszcie powiedzieć, że moja pielęgnacja stała się bardziej świadoma. Kończą się czasy, kiedy wchodzę do Roska i kupuję kosmetyki, których rysunek na opakowaniu wpadnie mi w oko.

W tym poście przedstawię kosmetyki i półprodukty, których używam aktualnie (oraz jak ich używam). Nie będę przy tym wydawać wyroku poszczególnym kosmetykom, bo taką opinie wydam dopiero co najmniej po dwóch miesiącach.


Ale najpierw - dlaczego warto wywalić do kosza większość drogeryjnych kosmetyków, pomimo, że je lubimy i mamy wrażenie, że dobrze na nas działają?

Drogeryjne, mocno chemiczne kosmetyki zawierają zwykle składniki, które nadają im przyjemną konsystencję, ładny zapach, poprawiają wchłanialność (albo tak nam się wydaje). Zwykle myślimy, że drogie drogeryjne kosmetyki będą działały lepiej niż tańsze, naturalne zamienniki. Że są mocniej skoncentrowane, że działają silniej, a te naturalne mają lekkie działanie, które nie jest w stanie na dłuższą metę poprawić kondycji skóry/włosów.

I to jest chyba jedyna pułapka, która może nas od samego początku zniechęcać do ich wypróbowania. A jest to, ogólnie mówiąc, gówno prawda. Naturalne kosmetyki mają w sobie mniej niepotrzebnych zapychaczy, a przy tym więcej substancji aktywnych - olejów, ekstraktów itp. 


TWARZ

A więc moja pielęgnacja twarzy opiera się na kilku krokach - mycie, tonizowanie, nawilżanie.

Myje twarz na 3 sposoby, w zależności od tego ile mam czasu i ochoty - pierwszy wariant to demakijaż, żel, hydrolat w tej kolejności, drugi to metoda ocm, a trzeci to mycie białą glinką lub pudrem myjącym domowej roboty, a potem hydrolat. Twarz myję tymi sposobami bez względu na to czy mam na niej makijaż czy nie, 2 razy dziennie. Dziwne co?

Dotychczas myłam twarz jedynie samą wodą, bo ogólnie moja cera nie jest problematyczna. W dodatku na codzień nie nosze makijażu. Dlaczego zatem przeprowadzam ocm, skoro przyjęło się to jako metoda do zmywania makijażu? Ocm jest super nie tylko do zmywania tapety, ale także do oczyszczania twarzy z brudu i resztek kosmetyków. W rzeczywistości ocm to nie demakijaż, a METODA mycia twarzy, przy czym w jej skład może wchodzić właśnie demakijaż. Tłuszcze rozpuszczają się w tłuszczach, a większość kosmetyków jest na bazie tłuszczów, tak samo jak inne zanieczyszczenia. Dodatkowo przez używanie ciepłej szmaty do zmycia oleju dogłębnie czyścimy pory. Przede wszystkim jednak, po ocmie nie musimy już nakładać toniku lub hydrolatu, bo oleje nie działają jak detergenty i nie zaburzają ph skóry.

Jedyny minus, to czasochłonność - bo zajmuje to często co najmniej 10 minut, a kto ma czas smarować gębę olejem o 6 rano przez wyjściem do roboty?
Dlatego zwykle ocm to mój wieczorny rytuał, a rano wykorzystuje jakiś delikatny żel bez dodatku mocnych detergentów.


Obecnie ocm robię z mieszanki oleju ryżowego i rycynowego w proporcji 9:1. Olej rycynowy jest właśnie tą naszą substancją myjącą, jednak nie przesadzajcie z jego ilością, bo może przesuszać.
Wylewam na talerzyk około 2-3 łyżki takiej mieszanki olejów, którą już wcześniej sobie przyrządziłam. Rozsmarowuje pierwszą porcję na twarzy i masuję twarz około 2 minuty, następnie przykładam namoczoną w ciepłej wodzie szmatkę, chwilę trzymam na twarzy i szyi, a potem jeszcze dwa razy nacieram twarz olejem i znowu szmatka. 3 razy powinno wystarczyć do dokładnego zmycia makijażu, ale nawet jeśli nie mam tapety to robię to dokładnie 3 razy, by mieć pewność, że dobrze wyczyściłam pory.

Po myciu przychodzi czas na tonik (chyba że ocm, wtedy pomijam) lub hydrolat, by wyrównać ph skóry. Jest to ważne nie tylko dlatego, żeby zabezpieczyć skórę przez wariowaniem i wydzielaniem nadmiernej ilości sebum, ale też by ułatwić wchłanialność kremu lub serum, które nałożę następnie.

Dwa razy w tygodniu używam zamiast toniku bardzo mocno rozcieńczony ocet jabłkowy.


Potem kolej na krem. Krem na noc czasami mieszam z kropelką olejowego serum z Biolavenu, czasami nakładam serum bez kremu, a czasem serum pod krem. Staram się jednak serum dodawać nie częściej niż trzy razy w tygodniu. Jeśli natomiast chodzi o nawilżanie w ciągu dnia, to aktualnie używam kremu z odżywczej serii Vianka. Olej na dzień byłby zbyt widoczny, bo nie wchłania się w całości. Zarówno wieczorem jak i rano używam jeszcze lekkiego kremu pod oczy.


CIAŁO

Pielęgnacja ciała zwykle jest ciężkim tematem, bo czasem po prostu mi się nie chcę. Zmuszam się jednak by raz w tygodniu zrobić peeling, a przynajmniej 2 razy w tygodniu nałożyć olejek lub balsam. W gorące dni jest to turbo uciążliwe, bo mam dziwne poczucie, że brudzę kosmetykiem całą pościel, ale walczę dalej.



WŁOSY

Aktualnie nie używam żadnej wcierki, bo osiągnęłam już długość na jakiej mi zależało. Kilka razy w tygodniu w dzień mycia olejuje włosy masłem shea lub olejem Khadi. Raz w tygodniu robię płukankę ziołową własnej roboty - z rumianku, bylicy bożego drzewka, tataraku, kory brzozy i wierzby.
Po myciu odżywka lub malutka ilość masła shea na same końcówki.


Wszystkie kosmetyki jakich aktualnie używam, nie zawierają SLSÓW, etanolu, silikonów, PEGów, parafiny i wazeliny. Są to substancje, które nie tylko mogą podrażniać - ja podrażnień się z resztą nie boję, bo moja skóra jest na nie odporna, i to nie jest powód ich unikania. Składniki te mogą zapychać i utrudniać wchłanianie i docieranie tych ważnych elementów kosmetyku wgłąb skóry. Dlatego używanie drogeryjnych kosmetyków, które w większości są wypełnione takim syfem, mija się z celem. Nawet drogie kremy będą na dłuższą metę przynosić niewielkie korzyści, jeśli zawierają więcej chemii, niż wartościowych ekstraktów czy olejów.

Niedługo pojawią się jeszcze bardziej szczegółowe wpisy na temat substancji, których unikam. Będę tez pisać w jaki sposób czytać składy - co jest niestety skomplikowane, bo musimy nauczyć się angielskich lub łacińskich nazw składników niepożądanych na pamięć.




lipca 13, 2017

Najlepsza fantastyka #1 - "Trylogia skrytobójcy"

Najlepsza fantastyka #1 - "Trylogia skrytobójcy"
Plan na rozpoczęcie tej serii był inny - najpierw miał się tutaj znaleźć mój ukochany Brandon Sanderson, ale akurat w łapy wpadło mi to cudo, więc na Brandona sobie poczekacie. I z założenia będą się w tej serii pojawiały tylko warte polecenia książki fantasy.

Jeśli chodzi o "Trylogię skrytobójcy", te książki są kolejnym dowodem na to, że najlepsze perełki znajduję w ciemno. Nie byłam do końca przekonana do kupna pierwszej części i długo się wahałam.



Pierwsza część z początku do mnie nie przemawiała, pomimo, że czytało się bardzo lekko. Irytowała mnie kreacja zasad jakie panują w tym uniwersum - w szczególności sposób nadawania bohaterom imion. Zwracam dużą uwagę na takie szczegóły, więc czułam wbijające mi się w mózg małe szpileczki za każdym razem, gdy pojawiało się nowe imię - autorka nazywała postacie głównie przymiotnikami lub rzeczownikami. Cały ród królewski nosi imiona w postaci przymiotników (na przykład: król Roztropny, książę Rycerski, księżna Cierpliwa). Sam główny bohater nie ma normalnego imienia, a jest z racji pochodzenia nazwany Bastardem Rycerskim, co już w ogóle brzmi dla mnie głupio.

W skrócie mamy tu niechcianego bękarta, potajemnie szkolonego w skrytobójstwie, wojnę, wargów, ludzi pozbawionych człowieczeństwa, którzy panoszą się po królestwie niczym lekka wersja zombie i sporo magii. No i naczelnego wroga w postaci wuja głównego bohatera, który przysparza mu więcej kłopotów niż barbarzyńcy atakujący kraj.

Swoją drogą, przez opinie George'a Martina na okładce nie mogłam się oprzeć pokusie, by głównego bohatera na każdym kroku porównywać do Jona Snowa i w zasadzie podobieństwo, zarówno pod względem charakteru tej postaci jak i jego przeżyć, jest bardzo duże. ;v

Kolejnym moim wnioskiem jest to, że po pierwszej części odniosłam niesłuszne wrażenie, że są to raczej książki przeznaczone dla młodszych czytelników. Pierwsza część podobała mi się i mnie nie zanudziła, była jednak mimo wszystko mało "krwiożercza" przez większą część. Być może przyczyną jest fakt, że główny bohater był jeszcze chłopcem. No wiecie, jako zaprawiona w bojach czytelniczka tego gatunku, oczekuje dużo krwi, oryginalności, gwałtów, czarnego humoru i jednej wielkiej rozpierduchy. I, na szczęście, dostałam to! To co otrzymujemy w drugiej i trzeciej części, bardzo mnie zaskoczyło, pomimo kilku oklepanych elementów. Mało brakowało, a zawaliłabym egzamin, bo nie potrafiłam się odessać od tych książek - jednego dnia przeczytałam na przykład około 500 stron niemal bez odchodzenia od książki.

Ostatecznie imiona także przestały mi przeszkadzać - pojawia się coraz więcej postaci z imionami w postaci rzeczowników, które w przeciwieństwie do przymiotników brzmią o wiele lepiej (np. Brus, Krzewiciel, Konsyliarz, Wilga).

Z drugiej strony przeklinam te książki, bo zakończenie trochę mnie załamało. Teoretycznie historia zakończyła się szczęśliwie dla wszystkich oprócz głównego bohatera :<



Trylogia ma swoją kontynuację - Robin Hobb stworzyła jeszcze dwie trylogie, które dalej opowiadają historię Bastarda. Jest to jednak duży skok w czasie, ponieważ w drugiej trylogii koleś ma już od 35 do 40 lat, a w kolejnej około 60. Jestem już w trakcie ostatnich części i zapewne jeszcze o nich napiszę.

Ocena 9/10

Ps. Proponuję przygotować sobie dużo chusteczek i pudełkowych lodów na ostatnią część ;>

lipca 04, 2017

Worek kości vs. gruba świnia

Worek kości vs. gruba świnia
Dzisiaj poruszę temat wagi - nastały takie czasy, gdzie size + jest coraz bardziej na topie i niedługo świat chyba zacznie promować otyłość jako coś dobrego. Z jednej strony to dobrze, bo dzięki temu puszyste kobiety przestają się wstydzić własnego ciała. Z drugiej strony, czy nie lepiej promować normalność? Taką zupełnie normalną, ani przesadne chudnięcie, ani nadprogramowe ciało? Świat chce się zesrać z tą akceptacją wszystkiego, dlatego chyba najwyższy czas zacząć akceptować osoby naturalnie szczupłe.

Od mniej więcej dwóch lat moja masa graniczyła z lekką niedowagą. Było to dla mnie niezrozumiałe, bo odżywiałam się fastfoodami i innym tłustym syfem, potrafiłam też dość sporo pochłonąć na raz. A waga się nie podnosiła. Wynikało to przede wszystkim z anemii i braku żelaza. Myślę, że mogłam się do tego stanu doprowadzić poprzez nałogowe picie zielonej herbaty przez wiele miesięcy (co najmniej 5 kubków dziennie), która w nadmiarze wypłukuje żelazo, a także dość monotonną dietę. Teraz udało mi się przytyć te 2 ukochane kilogramy, ale nie było łatwo.

Świat już przyjął taką zasadę, że jakiekolwiek wytknięcie osobie otyłej właśnie otyłości jest nie na miejscu. Jeśli nazwiesz kogoś grubasem, zostaniesz zjechany za chamstwo i obrzucony kamieniami, i w gruncie rzeczy należy ci się. Ale jakim prawem osoba otyła rzuca komentarzami pod tytułem "przynajmniej mam trochę ciałka, nie co te patyki", "facet nie pies, na kości nie poleci"? Mnie takie teksty w okresach najbardziej dramatycznych strasznie irytowały i były równie obraźliwe, w szczególności, że rodzina wypowiadała je dość często i wydaje mi się, że nie zdawali sobie w ogóle sprawy, że mogą one mieć na mnie negatywny wpływ. Tłumaczyli to sobie, że to przecież dla mojego dobra i tak dalej, a ja z każdym kolejnym komentarzem gotowałam się w środku.

Na temat wagi ciężko jest spokojnie rozmawiać, ponieważ nawet jeśli chcemy pomóc, nasza dociekliwość może kogoś obrazić. Nie mówię, że najlepiej te tematy omijać szerokim łukiem, ale przecież można sobie darować takie mądrości. Niektóre osoby z nadprogramowymi kilogramami szczególnie oczekują specjalnego traktowania, a swoją otyłość zasłaniają tym, że nie urodziły się naturalnymi patykami.

Nadwaga nie jest normalna, prowadzi do wielu chorób. Trzeba ją akceptować, bo najczęściej jest powodowana przez jakiś czynnik, często ktoś ma genetycznie wrodzone predyspozycje do otyłości, ale powinno się ją zwalczać. Tak samo ja starałam się wrócić do normalnej wagi, bo anemia także jest chorobą. Obecnie ważę 53 kilogramy, więc przy moim wzroście to już całkowicie normalna waga.

Podsumowując - chudzielce, szczególnie takie, które próbują przytyć, też nie tolerują krytyki, bo jest ona równie obraźliwa co dla innych "gruba świnia". Pomyślcie o tym następnym razem kiedy będziecie chcieli (nawet bez złych intencji) nazwać kogoś patykiem albo workiem kości.



(A tu fotka od fadera, Pieniny ;3)

czerwca 09, 2017

"Trudne sprawy", czyli jak zniszczyć sobie życie

"Trudne sprawy", czyli jak zniszczyć sobie życie
Seriale (o ile można to nazwać serialem) pokroju Trudnych Spraw oglądałam odkąd tylko zaistniały w telewizji. Nie popełniaj tego błędu. Serio, oglądaj cokolwiek, nawet jeśli ma to być film dokumentalny o kopulujących płetwalach błękitnych.

Teraz jest już cała masa takich programów, a zaczynało się od tych różnych detektywów i w11, sądów rodzinnych i innych rozmowów w toku. Takie programy fajnie sobie czasem obejrzeć dla rozrywki, potrafią zaciekawić. Problem pojawia się wtedy, kiedy są emitowane cały dzień i nie ma niczego innego do oglądania, więc wałkujemy jeden po drugim pod rząd.

czerwca 03, 2017

Proste maseczki z węgla aktywnego DIY

Proste maseczki z węgla aktywnego DIY
O właściwościach węgla aktywnego napiszę kiedy indziej, bo to temat na oddzielny post. Zwykle wykorzystuje się węgiel aktywny do wybielania zębów, ale można zrobić z niego maseczkę. Polecam wypróbować też domowy puder do mycia twarzy.

Dzisiaj pokaże tylko 2 przepisy na turbo proste maseczki oczyszczające dla leniwych i biednych studentów. To taka marna podróbka tych depilujących twarz maseczek i nie poradzi sobie z wszystkimi syfami, szczególnie za pierwszym razem. Jak używam ich zamiennie i zwykle potem robię jeszcze jakąś maskę nawilżającą, bo węgiel strasznie ściąga skórę. Lepiej kupić kapsułki z proszkiem, niż tabletki, bo trzeba się bawić w rozkruszanie.
Zacznę od najprostszego i najszybszego na świecie przepisu:


Maseczka w węglem DIY


Składniki:

- węgiel aktywny w kapsułkach
- woda


jak zrobić maseczkę z węglemMieszamy to ze sobą i od razu nakładamy na twarz na kilka - kilkanaście minut. Można w trakcie nawilżać sobie twarz spryskiwaczem z wodą - maska szybko zasycha i napina skórę.

Za pierwszym razem nakładam na całą twarz, później wystarczy tylko na strategiczne miejsca. 

maseczka na wągry z węglem
(Sylfana bardzo chciała mi pomagać w sesji zdjęciowej)

Drugi przepis bardziej mi odpowiada. Maseczka z żelatyny i węgla zasycha i możemy ją odrywać od skóry. 

Składniki:

- łyżka wody
- łyżka żelatyny
- tabletka węgla



Żelatynę najpierw należy wymieszać z wodą i rozpuścić (np w mikrofalówce), dopiero potem dodajemy rozdrobniony węgiel. Czekamy aż troszkę zgęstnieje i nakładamy, trzymamy do wyschnięcia. Potem odrywamy i myjemy gębę. 



maseczki z węgla diy



maja 30, 2017

Rutyna poranna, czyli co skrzaty robią o świcie

Rutyna poranna, czyli co skrzaty robią o świcie
Kiedyś - kiedy byłam nastolatką, moja poranna rutyna przed szkołą, nie istniała. Nie byłam w stanie zrobić nic pożytecznego przed wyjściem. Ciężko mi zdefiniować udany poranek. Czasami jest to poranek kiedy mogę przeciągnąć to do południa i się wyleżeć. W innym razem jest to wstanie o świcie i zrobienie czegoś pożytecznego. Staram się skłaniać ku tej drugiej opcji, bo to znacznie ułatwia mi dzień po powrocie z uczelni. Wierzę, że istnieje coś takiego jak poranna rutyna ludzi sukcesu xD

Od jakiegoś roku przestałam się malować przed wyjściem z domu. Nie mówię tu o specjalnych okazjach, ale o codziennym wyjściu na uczelnie. Oszczędzam na tym niewiele czasu - kiedyś nałożenie podkładu i rzęsy na szybko zajmowały mi i tak krótką chwilę. Po prostu mi się nie chce. Wolę wykorzystać ten czas na każdą inna czynność, bo - no cóż, już dawno się przekonałam, że nawet tapeta nie jest w stanie naprawić mojej twarzy :D, i nie warto się malować dla tych kilku osób, które spotkam tego dnia. Nie sugeruje, że makijaż jest zły, ale jeśli wstydzisz się wyjść do ludzi bez niego, to źle.

Tak czy inaczej zwykle staram się wstać znacznie wcześniej (co czasem jest trudne, bo od dawna mam problem ze wstawaniem). Teraz w trakcie sesji, wstaje bardzo wcześnie, o czym pisałam we wpisie o tym jak przetrwać sesję  Nienawidzę budzić się za późno - gdy muszę się ubrać i bez chwili wytchnienia wychodzić. Warto mieć około godziny na ogarnięcie kilku rzeczy w mieszkaniu i chwilę dla siebie przed ciężkim dniem. Szczególnie jeśli oszczędzi nam to pracy po powrocie.



Moja poranna rutyna - czynności, które staram się robić



1. Nawet jeśli nigdzie nie wychodzisz, weź się ubierz. Ja nie mogę zacząć sensownego dnia i ociągam się jeśli jestem wciąż w piżamie. Kiedy się nie ogarnę, czuję się nieświeżo i nie potrafię wykrzesać z siebie grama motywacji. Im szybciej po wstaniu się umyję i przebiorę, tym szybciej zacznę działać. 

2. Jeśli nie zrobiłam tego poprzedniego wieczora, teraz jest czas na zaplanowanie dnia - szybki spis kilku rzeczy, które dzisiaj muszę zrobić, o których muszę pamiętać.

3. Staram się ogarnąć bałagan - ściele łóżko, myje przypadkowy talerz (dla zasady ;v). Jedną z rzeczy, które wkurzają mnie tak niesamowicie to niepościelone łóżko, gdy wracam z uczelni, albo talerze na biurku.

4. Już dawno się przekonałam, że kiedy opierdzielam się cały dzień, bo mam wolne, to bardzo się nudzę, snuje, dostaje myśli egzystencjalnych i ogólnie nie sprawia mi to przyjemności. Staram się zawsze zrobić coś pożytecznego nawet jeśli jest to tylko wstawienie prania, zrobienia zakupów na tydzień czy umycie garów. Po dniu, w którym pracowałam w domu, ale też na uczelni lub w pracy czuje się o wiele lepiej, gdy mogę już walnąć się przed kompem. Dlatego zwykle zaczynam już od rana by "odhaczyć " część zadań.

5. Czytam książki lub media. Ostatnie 20 minut to dla mnie chwila psychicznego przygotowania się do tego, że zaraz muszę opuścić ciepłą jaskinie. :<

6. Jem śniadanie. Nawet jeśli ma to być suchy chleb to staram się coś przed wyjściem wepchnąć. Wiele osób nie je śniadań, ale walczę z kupowaniem hotdogów między zajęciami. 

Czuje się lepiej kiedy uda mi się wstać wcześnie i mieć jeszcze chwilę dla siebie. Nienawidzę budzić się na ostatni budzik i w pośpiechu zakładać skarpetki nie do pary. I tak założę nie do pary, ale wole mieć więcej czasu :D


poranna rutyna

maja 19, 2017

3 przepisy na pasty kanapkowe, które zmienią twoje życie na lepsze

3 przepisy na pasty kanapkowe, które zmienią twoje życie na lepsze
Dzisiaj opiszę jak zrobić pastę z makreli, jajeczną i domowy twarożek ze szczypiorkiem. Wielokrotnie próbowałam stworzyć pasty z suszonych pomidorów albo kaszy jaglanej. Za każdym razem, bez względu na przepis z jakiego korzystałam, wychodziła mi jedna wielka kupa i jak się domyślacie, nie dało się tego jeść. Dlatego pozostaje wierna 3 przepisom na pasty kanapkowe, z czego 2 od dawna robiła mi mamke. Za te pasty wybaczam jej, że nie chciała mi kupić plastikowych garnków na odpuście w 2006 roku.


Pasta z makreli i twarogu


Składniki:

1. Cała wędzona makrela
2. Opakowanie twarożku (około 250g)
3. Śmietana 18%
4. Sól
5. Pieprz
6. Szczypiorek z cebulki dymki

Pasta ma być dość zbita i gęsta tak by nie spływała z kanapki (w przeciwieństwie do kolejnego przepisu). Twarożek wrzucam do miski i ugniatam widelcem dość długo, tak by nie był tak grudkowaty. Potem makrela - wydziabuje całe mięsko ze środka i wrzucam, rozgniatając kawałki palcami. Dodaje śmietanę - około 2 duże łyżki. Dodaje pokrojony szczypiorek (cały pęczek), sól i pieprz, zwykle muszę jeszcze doprawiać kilka razy zanim mi będzie pasowało. Mieszam dokładnie i na kanapkę. Mniamci, nie znam lepszego przepisu na to jak zrobić pastę rybną. 

ALE JEŚLI WAM ŻYCIE MIŁE NIE ZABIERAJCIE TEGO JAKO ŚNIADANIE DO SZKOŁY ALBO PRACY.



Twarożek ze szczypiorkiem



Ta pasta kanapkowa musi być rzadsza - tak by nadawała się nie tylko na kanapki, ale na przykład jako dip do maczania w nim warzyw. (Dzięki temu sposobowi nauczyłam mojego chłopaka jeść paprykę). Moja, nałożona na kanapkę w ogromnej ilości aż z niej spływa. Zaufajcie, taka jest najlepsza.

Składniki:

1. Twarożek, najlepiej tłusty
2. Śmietana 18%
3. Gruby szczypiorek z cebulek dymek
4. Sól
5. Pieprz


Cały twarożek wrzucam do miski. Nie ważne jaka ilość, ja zawsze robię na oko. Najpierw trzeba go trochę podziabać widelcem. Śmietany dodaje tyle, by uzyskać dość płynną konsystencję, czyli dość sporo. Wrzucam duży pęczek pokrojonego szczypiorku, sól i pieprz. Mieszam i dodaje śmietany jeśli uznam, że jest za mało.

Taki twarożek jest dość pikantny i w przeciwieństwie do gotowych twarożków z bezpłciowym szczypiorkiem - jadalny. Ja nie lubię używać śmietany 12% - wtedy pasta ma taką dziwną konsystencje, jakby nie do końca się połączyła, jest rzadka, ale w ten zły sposób, nawet jeśli dacie mniej śmietany.



Pasta jajeczna curry



Pasta kanapkowa bez szczypiorku to nie pasta tylko dziadostwo, więc tu też będzie szczypiorek. Jedyna pasta, której nie robiła moja mama, dlatego nie przebije dwóch poprzednich, ale czasami mam na nią ochotę. Lubie posypywać ją kiełkami już na kanapce.

Składniki:

- 4 jajka
- 2 łyżki majonezu
- szczypiorek
- sól
- pieprz
- przyprawa curry

Jajka gotuje na twardo i rozgniatam widelcem. Kiedyś zrobiłam to blenderem i konsystencja mi nie pasowała, byłą trochę jak taki rzadki hummus, fuj. Lepiej smakuje kiedy nie jest zmielona na krem. Dodaje sporo curry, około pół łyżeczki, ale dodajcie ile tam chcecie. Potem szczypiorek, majonez i reszta przypraw, mieszam wszystko i na kanapkę. Pasta jajeczna o smaku curry smakuje mi trochę bardziej niż taka bez.


Obecność tych przepisów w waszym życiu gwarantuje wam niezliczone sukcesy, nieśmiertelność, brak chorób i dużo pieniędzy. Na serio, potwierdzone info! To bardzo proste przepisy do pracy, szkoły i na wyjazdy. W przyszłości pojawią się jeszcze inne przepisy na pasty kanapkowe, bo planuję przetestować inne opcje. 

A fanów Władcy Pierścieni odsyłam do wpisu jak zrobić lembasy.


przepisy na pasty kanapkowe

Copyright © 2016 gnome household , Blogger