stycznia 09, 2019

Wysokie wyniki matur i krótka historia o tym, jak bezużyteczna była dla mnie szkoła

Dzień dobry. Od końca liceum minęły 4 lata i dziwie się, że tak późno podejmuję ten temat. Mam jednak nadzieję, że mój przypadek podniesie kogoś na duchu - nie tylko maturzystów, ale wszystkich innych uczniów, którym środowisko próbuje udowodnić, że są nic nie warci i nic nie osiągną.



W gimnazjum byłam najlepsza. W klasie pełnej dorastającej, mało ambitnej młodzieży byłam tym kujonem, który zawsze wszystko umie i da spisać pracę domową z pszyrki. W liceum z kolei, które było zbiorowiskiem bardzo ambitnych osób, moja rola się odwróciła. Bardzo szybko stałam się najgorsza, a sprawy nie ułatwiło zachowanie mojej wychowawczyni (nauczycielki polskiego), która na każdym kroku jeszcze bardziej mnie pogrążała. Może nie byłam jedyna - było jeszcze kilka słabych osób, ale mimo wszystko bardzo mnie to bolało, szczególnie że klasa szybko zaczęła traktować mnie jak debila. Najgorzej jednak robi się, gdy zaczynasz wierzyć im, że jesteś tym debilem. Co pomyślicie o pedagogu, który mówi matce uczennicy, że jej córka nawet nie musi podchodzić do matury, bo i tak nie ma żadnej szansy jej zdać? Taką informacje raz otrzymała moja mama od szanownej pani wychowawczyni. W jakich chipsach rozdają takim ludziom dyplomy pozwalające pracować z dzieciakami?

Nie chcę oczywiście zganiać wszystkiego na szkołę - też mam sporo za uszami. Nie da się ukryć, że nie zrobiłam dobrego pierwszego wrażenia, nie da się ukryć, że bywałam zbyt leniwa. Poza tym, poziom tego liceum był dość wysoki. Ale świadomość, że znowu zostanę sprowadzona do parteru na forum klasy zaczęła mnie w końcu przytłaczać. I wtedy wprowadziłam nałogowe wagarowanie - byleby nie mieć kontaktu z takimi ludźmi. Bywały miesiące, że połowę dni nie było mnie w szkole. Byłam tak naprawdę tylko tyle, by nie wylecieć za opuszczenie zbyt dużej ilości godzin. 

Starałam się zawsze pokazywać, że mam to w dupie. Bywałam opryskliwa, nie wchodziłam w niepotrzebne dyskusje, na polskim całkowicie przestałam się odzywać, bo nauczyłam się, że milcząc, oberwę mniej niż mówiąc. I to działało. Ale każdy człowiek ma jakąś granicę wytrzymałości. U mnie czarę goryczy przelała sytuacja, gdy przeczytałam lekturę od deski do deski i sama zgłosiłam się do odpowiedzi. Niestety odpowiedź była nieprawidłowa (konsultowałam z inną polonistką - u niej jakoś się zgadzało) - poprawił mnie inny uczeń, mówiąc dokładnie to samo, tyle że innymi słowami. Wtedy już się poddałam. Nie jesteśmy robotami - gdy ktoś mówi "mam to gdzieś, nie rusza mnie to", to kłamie. Bo ludzie mniej lub bardziej przezywają takie rzeczy, mniej lub bardziej je pokazują - ale to nie znaczy, że ich nie czują. Zaczęłam się zastanawiać - po co mam czytać lekturę - zupełnie nie ciekawą dla mnie książkę, skoro i tak da mi to niewiele więcej niż streszczenie. Po co mam się męczyć, i tracić czas, skoro ktoś na moje starania pluje.

I teraz pytanie - czy wyniki maturalne to WYŁĄCZNIE zasługa szkoły? Bo w moim przypadku na pewno nie. Wiele osób z mojej klasy chyba troszkę było w szoku po informacji, że ta klasowa zakała ma z wszystkiego ponad 90%. Z drugiej strony - słyszałam, że niektóre osoby z lepszymi wynikami w nauce nie dały rady wyciągnąć nawet 50%. To w sumie bardzo smutne - starali się, pracowali, a mimo wszystko nie trafili na "odpowiednią" maturę, coś poszło nie tak. 

Ja wszystkiego uczyłam się sama. Polski, matma, języki - tylko to mnie interesowało. Nie miałam żadnych oporów żeby sobie opuścić nawet takie lekcje w szkole - i tak nic z nich nie wynosiłam. Moje wyniki to zasługa korepetycji i własnej pracy w domu, dziesiątki przerobionych arkuszy, godziny spędzone przed próbnym testami i zadaniami, a także wsparcie rodziny i korepetytorów, którzy o moich umiejętnościach mięli zgoła inne zdanie niż nauczyciele szkolni. Bo nie sama wiedza jest tu istotna, ale nasza samoocena i wiara we własne możliwości. A nie można zbudować zdrowej samooceny, dostając od świata jedynie krytykę i brak wiary - szczególnie, gdy nie ma się silnego charakteru, który poradzi sobie z takimi sytuacjami. Bardzo się cieszę, że trafiłam w życiu na ludzi, którzy pokazali mi, że źle o sobie myślę i że mam potencjał, który chyba podświadomie ukrywam w imię samospełniającego się proroctwa. 

Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy odbierałam wyniki maturalne od mojej wychowawczyni. Nigdy nie zapomnę jej wstydu i nigdy nie przestanę żałować, że nie miałam odwagi powiedzieć jej na koniec, że nie zawdzięczam jej ani jednego procenta. Mam nadzieję że Wy trafiliście na nauczycieli, którzy wiedzą jak pracować z młodzieżą. Odpowiedni nauczyciel to skarb. 

Bierzcie do siebie krytykę i wyciągajcie z niej wnioski - ale nie pozwólcie się gnoić i wmawiać sobie, że nic nie osiągniecie. I absolutnie nie interpretujcie tego tekstu jako zachętę do olewania nauki w szkole i wagarowania - ja po prostu musiałam znaleźć alternatywny sposób, żeby przetrwać i zdać testy, ale jeśli macie w szkole dobre wyniki, to nie niszczcie tego. Pamiętajcie tylko, że oceny to nie wszystko. Gdzieś tam liczy się jeszcze szereg czynników, które decydują o tym co macie w głowach. A czasami wystarczy odrobina szczęścia. 

To tyle ode mnie! Papa! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 gnome household , Blogger