kwietnia 29, 2019

Przegląd ciekawych surowców kosmetycznych #2

Przegląd ciekawych surowców kosmetycznych #2
Czas na drugą część przeglądu surowców. Idealnie by było, gdybym dała radę wstawiać kolejną część w każdym tygodniu, ale zobaczymy czy to w ogóle realny plan. Przeżywam ostatnio małe załamanie nerwowe, więc proszę o wyrozumiałość :D Standardowo wybrałam zupełnie losowe surowce, które w skrócie opiszę.



BioPeptide Hoi - to składnik, który mega mnie zaciekawił - może dlatego, że mam w domu roślinę, z której jest pozyskiwany - hoye carnosa. Zawiera peptydy z drożdży zawartych w nektarze kwiatowym. Jego działanie to regulowanie mikroflory bakteryjnej skóry i wzmocnienie bariery mechanicznej i immunologicznej.


Algi brunatne - Ascophyllum nodosum. Wydają się surowcem idealnym, co oprócz potężnego nawilżenia i ujędrnienia, są pomocne w walce z trądzikiem, zaczerwienieniami, niwelują przebarwienia i pomagają przywrócić równomierny koloryt skóry. Są też uznawane za produkt antycellulitowy. Zawierają mnóstwo mikroelementów, tłuszczy, witamin, polisacharydów. Na pewno kiedyś zamówię, bo mam już dość fucus i laminarii :D


Arbutyna - pozyskiwana z mącznicy lekarskiej. Według ZSK poprzez inhibicję enzymu tyrozynazy melanosomów, rozjaśnia skórę. Może być wykorzystywana przy przebarwieniach, trądziku i bliznach. Podobno jest także naturalnym filtrem przeciwsłonecznym, ale nie wiem czy to rzeczywiście stabilny filtr.


Lipoglicyna - lipoaminokwas pozyskiwany z kwasu z oleju kokosowego i glicyny. Posiada działanie bakteriobójcze i antygrzybiczne, wyrównuje odczyn skóry i ma potwierdzone działanie przeciwtrądzikowe. Może także ułatwiać wchłanianie innych substancji z kosmetyków. Chętnie wypróbowałabym przepisu na punktowy krem na wypryski lub jakiś tonik :D


Paradol - mówi się, że jest silniejszym antyoksydantem niż tokoferol. Usuwa wolne rodniki oraz stymuluje syntezę kwasu hialuronowego w skórze. Zapobiega też podrażnieniom. Pozyskuję się go np. z nasion aframonu.


Telocapil - czyli alternatywa dla laserowej depilacji. To ekstrakt z Myrica cerifera L., zawierający dihydromirycetynę, która hamuje wzrost włosów (poprzez inhibitowanie kinazy tyrozynowej, cokolwiek to znaczy xD). Długotrwałe stosowanie ma szansę osłabić, spowolnić i zahamować wyrastanie włosków. Pamiętam, że kilka lat temu polecało się w tym celu olej z krokosza barwierskiego. Sama nie miałam cierpliwości, żeby się nim nacierać, ale chyba zrobię sobie kiedyś jakieś masło do ciała albo balsam z dodatkiem Telocapilu. Dihydromirycetynę zawiera także ekstrakt z winnika.


Przypominam też o filmie o myciu bez detergentów, który znajdziecie na KANALE.

kwietnia 15, 2019

Aktualizacja jaskini - wiosna 2019

Aktualizacja jaskini - wiosna 2019
Dziś nie będę się rozpisywać, bo o wszystkich nowościach informowałam na bieżąco w Artefaktach - dziś tylko pokażę Wam jak obecnie wygląda moje mieszkanko. Nie mogę się nadziwić jak daleko to zaszło, gdy porównuję sobie je ze zdjęciami sprzed roku (aktualizacja jaskini z poprzedniego roku znajduje się TU). Przybyło mnóstwo rzeczy, i wreszcie czuje że wszystko się dopełniło. Nie mam już takiego poczucia pustki. Staram się teraz nie szukać nowych roślin - mam ich tyle (łącznie z kilkunastoma pnączami, które się ukorzeniają, że gdy to wszystko urośnie, nie będzie miejsca na nic). Ale w praktyce tak się nie da, bo ciągle jakieś perełki mi wpadają w zasięg rąk i szkoda nie wziąć ;v


Ulubionym miejscem jest oczywiście ściana w salonie - aktualnie jest całkowicie zawalona, ale ja i tak wcisnę tu jeszcze jakieś duperele :D







Parapet w pokoju jak zwykle przepełniony, ale staram się tu utrzymać choć odrobinę wolnego miejsca. Niedługo pojawią się tu kołki rozporowe i makramy i stworzy się "żywa" firanka.





Sypialnia - nie mam jakoś pomysłu na ustawienie tych wszystkich rzeczy. Tu trafia brzydsza część mojej jungli, bo skoro i tak nie jestem dumna z tych dekoracji, to sypialnia robi w pewnym sensie za przedszkole dla małych roślin i odnóżek, oraz na to, co nie zmieści się w salonie. Miejsce jest w zasadzie tylko na parapecie, staram się nie zagracać biurka, żebyśmy mieli miejsce tylko na kompy i ważne rzeczy ;V W poprzednich artefaktach jej nie pokazywałam. Nie pokaże Wam zdjęć, bo nigdy nie mogę pod światło ładnie uchwycić pokoju.


Balkon stoi pusty. W tym roku nie mam motywacji, żeby sadzić zioła, które i tak zeżrą mi gąsienice. Kupię sobie jakiś jeden rozmaryn i na tym pozostanie. Nie wiem czy będę wystawiać rośliny na balkon, boje się przędziorków. Prawdopodobnie będziemy tylko zakładać siatkę, żeby wreszcie można było normalnie otwierać drzwi balkonowe - póki co nie możemy, bo kot. Drzwi balkonowe zatarasowane kwietnikiem i innymi doniczkami.




Chciałabym też nagrać film i pokazać to wszystko z bliska. Ale to dopiero jak ogarnę aparat i będzie dobra jakość. Czyli możliwe, że jeszcze w tym miesiącu :D W razie czego szukajcie mnie na KANALE.

kwietnia 01, 2019

Moje sposoby na olejowanie + ulubione oleje

Moje sposoby na olejowanie + ulubione oleje
Olejowanie było moim rytuałem już kilka lat temu w gimnazjum, kiedy dopiero odkrywaliśmy włosomaniactwo. Mało kto wtedy wiedział o istnieniu tego zabiegu. W ciągu tych kilku lat przetestowałam chyba wszystkie oleje świata - a także maceraty i olejki fejkowe (silikonowe). To wszystko było podyktowane moją chorą potrzebą zapuszczenia włosów do pasa. Jeśli jesteście na bieżąco to wiecie, że udało mi się to osiągnąć dopiero niedawno - za sprawą henny i chujowej ubogiej pielęgnacji (w porównaniu z tym co robiłam kiedyś). Obecnie olejuję bardzo rzadko. Mam wystarczająco długie i pogrubione henną włosy - nie mam więc takiej motywacji jak kiedyś. Kiedyś żyłam dla włosów, dziś muszę się zmuszać, żeby nałożyć odżywkę. Staram się jednak co jakiś czas zrobić olejowanie. Na podstawie tych kilku lat eksperymentów, opisze Wam moje ulubione oleje i metody olejowania.

jakolejowacwlosy


Zacznę od tego, że stosunkowo niedawno ktoś wymyślił olejowanie na podkład - pierwszy raz usłyszałam o tym jakieś 2 lata temu. Podkład to w skrócie zainstalowanie na włosach czegoś co nawilża zanim nałożymy olej - bo olej sam w sobie włosów nie nawilży. Całe życie olejowałam suche brudne włosy - i to sprawdza się najlepiej do dziś. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze - albo nie odkryłam jeszcze dobrych nawilżaczy, albo moje włosy nienawidzą nawilżania. Albo raczej ja nienawidzę tego jak się układają po nawilżaniu. Sypkość, proste jak druty, przyklap. Tak było zawsze i jest nadal, więc mogę co najwyżej przemycać humektanty w hennie, domowym szamponie albo jakiejś masce. Pomimo, że warto używać podkładu pod olej, u mnie się to zwyczajnie nie sprawdza. Dlatego wciąż wolę używać oleju solo - mam gdzieś że ich wówczas nie nawilżę, przynajmniej będą się sensownie układały. Nie odradzam Wam oczywiście podkładów nawilżających - sugeruję, że jeśli jakiś efekt Wam się nie podoba, to nie trzeba na siłę w to brnąć. Olejowanie bez podkładu też jest korzystne dla włosów. A poza tym, podkład może być też proteinowy :D

Dawno temu chciało mi się bawić w lekkie podgrzewanie olejów - i nakładanie ich w pierwszej kolejności na skórę. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to strata czasu, w końcu ciepły olej nałożony na skalp i włosy bardzo szybko przestaje być ciepły, nie wiem czy te kilka sekund ciepła w czymkolwiek pomoże. Nigdy nie zawiązywałam włosów w folię i turban, zawsze robiłam cebulę albo warkocza i starałam się wytrzymać najdłużej jak się da. Kiedy nie musiałam na drugi dzień wychodzić do szkoły, spałam z olejem. Później chciało mi się coraz mniej - będąc już na studiach przypominałam sobie o oleju godzinę przed planowanym prysznicem, więc był na głowie tylko tą godzinę.

Popełniałam też inną zbrodnię - nie emulgowałam olejów. Nie musiałam. Nigdy specjalnie nie miałam problemu ze zmyciem oleju. Zdarzały się co prawda małe wpadki - np. twarde masło shea robi u mnie cuda, ale gdy je rozpuszczę i nałożę na włosy, to niestety i potrójne mycie nie chce tego domyć - wnioskuję, że dzieje się tak dlatego, że masła zaschniętego nakładam mniej, bo trwa to dłużej, i nie docieram nim do każdego włosa. Poza tym wyjątkiem domywałam włosy szamponem bez emulgowania. Sytuacja trochę się zmieniła, gdy przestałam używać rypaczy - papka z mąki, odżywka czy inne lekkie myjadło średnio radzą sobie z taką ilością tłuszczu. I to też kolejny powód dlaczego olejuje tak rzadko. Bo nie chce mi się później emulgować - za dużo z tym zachodu :D


Sposoby olejowania:


  • Na suche (brudne) włosy - najprostszy sposób, ale odradzam jeśli używacie silikonów, lakierów i stylizatorów. Wtedy takie produkty prawdopodobnie nie zdążyły się w całości wykruszyć/odparować i blokują olejowi wejście do włosa. Ja nie używam tego typu rzeczy, więc wybieram taki sposób. 
  • Na mokre (czyste) włosy - najpierw myjemy włosy, potem na jeszcze wilgotne nakładamy olej. Próbowałam kilka razy, ale mycie włosów dwa razy to dla mnie zbyt duży wysiłek. Mimo wszystko wydaje mi się, że ten sposób jest chyba lepszy, bo czysty włos - bez sebum, daje olejowi łatwiejszy dostęp. 
  • Na pokład nawilżający - zanim nałożymy olej, na włosy lecą nawilżacze - woda z miodem/cukrem, panthenol, gliceryna, kwas hialuronowy, glut lniany lub inne.
  • Na podkład proteinowy - zanim nałożymy olej na włosy leci np. keratyna, elastyna, żelatyna, ewentualnie cysteina (aminokwas). Można je rozmieszać z wodą, żeby łatwiej się nakładało.



Emulgowanie

Polega na nałożeniu na poolejowane włosy odżywki na jakiś czas - emulgatory zawarte w kosmetyku wiążą olej, przez co łatwiej spływa on z włosów. Odżywka ma też delikatne detergenty, więc to dodatkowa pomoc. Tak jak napisałam wyżej - nie jest to konieczny zabieg jeśli używacie silnych detergentów - a nawet delikatnych, które po prostu radzą sobie z domywaniem oleju. I warto też wypróbować czy samo emulgowanie nie zmyje oleju - bez konieczności używania innego detergentu. W końcu odżywki też fajnie myją, tym bardziej gdy się je dłużej potrzyma na głowie.


Moje ulubione oleje do włosów to:

  • Masło shea - numer jeden. Wystarcza na tak długo, że prędzej wyrzucę niezużyty zjełczały olej niż dam radę go wykorzystać w całości - i mówię o czasach, gdy olejowałam co dwa dni, a nie raz na jakiś czas. Używam go bez rozpuszczania - nabieram odrobinę, rozpuszczam w palcach i na włosy. Jest dość toporny i gęsty, ciężko go rozsmarować na włosach. Jeśli chcecie żeby dotarł do wszystkich włosów polecam rozpuszczać, ale wtedy trochę ciężej go zmyć. Ma cudowny zapach, i zwiększa mi objętość włosów. Czasami używam go też na koncówki - nie przetłuszcza ich i nie świeci się jak inne oleje. Niewielka ilość oleju jest raczej nie zauważalna na włosach, dlatego tak się trzeba namęczyć z jego nakładaniem podczas olejowania.
  • Sesa - używałam jej z 9 lat temu, byłam uzależniona od tego zapaszku Domestosa o poranku ;v sesa ma w sobie dużo oleju kokosowego, dlatego lubi zamieniać się w kulkę (zwykle nie zastyga w całości, część zamienia się w kulkę i pływa w pozostałej części oleju). Ma lekko zielonkawy odcień, ale nie barwi tak mocno jak np. Khadi. Używałam jej na włosy i skórę i to był jeden z moich ulubionych olejów. Zdecydowanie bardziej ją lubię niż Khadi. Niedługo chyba zamówię ją ponownie. 
  • Olej rydzowy - specyficzny zapaszek, ale bardzo dobrze mi się sprawdza. Jest rafinowany, to olej marketowy kuchenny. 
  • Khadi - miałam dwa - jakiś z amlą i jakiś na porost. Dokładnych nazw nie pamiętam, ale to były już te oleje w nowej serii butelek. Ten na porost wypadał lepiej, z amlą bardzo barwił. Są w stanie płynnym w przeciwieństwie do Sesy. Mimo wszystko wypadły trochę gorzej. Po sesie był efekt wow, tu bez szału. 
  • Macerat łopianowy - kiedyś używałam oleju łopianowego z Green Pharmacy, potem zaczęłam sobie taki robić samodzielnie. Wszystko opisałam we wpisie o MACERATACH

marca 26, 2019

4 rzeczy, które poprawiają mi humor

4 rzeczy, które poprawiają mi humor
Ostatnio nie mam czasu na nic. Nie sądziłam, że kiedyś dopadnie mnie ten problem, bo cierpiałam raczej na nadmiar czasu, który w paskudny sposób marnowałam. Uczelnia, praca i blog pochłaniają mi obecnie większość czasu, a ja i tak robię sobie krzywdę i ciągle szukam kolejnych dziedzin, które można sobie jeszcze wepchnąć do życia. Wpadłam więc na pomysł, żeby podzielić się rzeczami, które umilają mi tą niewielką resztę czasu - bo niestety zbyt duża ilość zajęć sprawia, że notorycznie myślę, zastanawiam się i analizuję jaką drogą iść, a to z kolei prowadzi do wielu obaw. Istnieje kilka takich czynności, które bardzo mnie relaksują i czuję się po nich trochę lepiej, mam mniej czarnych wizji w głowie, jestem bardziej zmotywowana do działania.



Kupowanie, przesadzanie, mycie i pielęgnacja roślinek

To obecnie najbardziej pożądane czynności. Gdy mam możliwość zdobyć jakieś nowe rośliny, przepływa przeze mnie fala radości :D Mam ich obecnie bardzo dużo i pielęgnacja ich staje się powoli pewnym rytuałem, który niesamowicie mnie odpręża. Po dniu spędzonym na myciu wszystkich kilkudziesięciu roślin, połączonym ze sprzątaniem i układaniem ich na nowo, jestem lekko zmęczona, ale to zmęczenie jest takie satysfakcjonujące i oczyszczające. Po takim dniu jestem w stanie zrobić sobie jedzonko, otworzyć książkę i wreszcie nie myśleć - o niczym. A takich "odmóżdżających" chwil mi obecnie bardzo brakuje w życiu.


Pamiętnik

Prowadzenie pamiętnika, to w ostatnich miesiącach jedno z ważniejszych zajęć jakie sobie organizuję. Mam w tym celu kupiony ogromny stukilowy zeszyt złożony z 500set kartek, po to, żeby nie musieć ciągle latać po nowe zeszyty - piszę dość dużo. Nie opisuję jedynie swoich przeżyć - ten zeszyt pełni rolę także mojego grafika, plannera, brudnopisu na opowiadania, wishlisty i wielu innych rzeczy w jednym miejscu. Idealnie sprawdza się jak mój osobisty autopsycholog, kalendarz i książka do przyjemnego wspominania minionych tygodni. Zauważyłam, że spisywanie wszystkiego co mi siedzi w głowie bardzo pomaga mi się pozbyć natrętnych myśli i jakoś uporządkować życie. Nie krępuje się przed przekleństwami i obelgami. Mam bardzo dużo zajęć i zainteresowań, a przez to nieustanny natłok męczących myśli, które wcinają mi się w tracie robienia konkretnych rzeczy - czytam książkę a tu nagle rozprasza mnie myśl o tym, że muszę dziś powtórzyć szwedzki i skończyć wpis na bloga. Piszę wpis - i nagle zaczynam się zastanawiać, czy coś było zadane na zajęcia. Mam uczelnię, pracę, bloga i milion rzeczy, których sama powoli nie jestem w stanie ogarnąć. Ten zeszyt bardzo pomaga, szczególnie w planowaniu mojej pracy w social mediach tak, by to jakoś pogodzić z resztą czynności. Czuję się trochę oczyszczona po pisaniu. Nie jest to oczywiście pełne "oczyszczenie" umysłu, ale wyrzyganie wszystkich myśli i planów ma na mnie duże działanie terapeutyczne.


Gry komputerowe 

Jeśli kiedykolwiek, ktokolwiek sugeruje Wam że gry nie są odpowiednie dla dorosłych bab, to radzę usunąć go ze swojego życia ;V Ja gram w zasadzie tylko w Lola - ale uwielbiam to od lat, choć teraz mam na to mniej czasu. Granie jest jedną z tych czynności, które wymagają skupienia - dzięki temu jestem zbyt zajęta, by myśleć o innych sprawach, ale to skupienie nie jest z drugiej strony męczące. Zdarza się co prawda, że trafią się w meczu tacy gracze, że mój humor jeszcze bardziej się pogorszy, ale zwykle sama czynność niesamowicie mnie relaksuje.



Sprzątanie i inne prace domowe

Choć bardzo często nie mogę się do nich zmobilizować, to jeśli już mam taki dzień, że zabieram się za wielkie sprzątanie, odkrywam, że to mi się całkiem podoba. Sam ruch połączony z efektem jaki to przynosi w domu bardzo poprawia mi humor i pozwala się trochę odmóżdżyć. Moja motywacja do sprzątania spada na drugi dzień, gdy widzę jak błyskawicznie pojawia się syf, dlatego tak czy inaczej nie jestem w stanie dawać sobie z tego radości codziennie. Muszę mieć odpowiedni dzień, żeby to mi dawało jakąś przyjemność, a nie tylko zmęczenie.


Być może warto by się było zainspirować, którymś z tych sposobów - może nie tylko na mnie zadziałają. Powodzenia i miłego dnia :D

Starsze wpisy:

- Aktualizacja wystroju mieszkania 

- Domowa odżywka do paznokci 

marca 22, 2019

Masz prawo do własnej opinii - a ja mam prawo ją ignorować

Masz prawo do własnej opinii - a ja mam prawo ją ignorować
Jak zwykle - tego typu posty powstają najczęściej pod wpływem konkretnego zdarzenia, na tyle irytującego, że aż motywuje mnie do pisania :D Bardzo często spotykamy się w internetach z opiniami. Opinie są wszędzie. Pytasz o to gdzie przyciąć roślinkę? Zaraz się dowiesz, że ściana którą widać w tle ma nieodpowiedni kolor. Wtedy piszesz "fajnie, ale nikt nie pytał, a mi się taka podoba". I się zaczyna! Cenzura! Brak wolności słowa! Na co się tak oburzasz? Przecież ktoś bardzo grzecznie wyraża opinię na temat chujowości Twojej ściany. Wrzucasz coś do sieci, to licz się z krytyką!



Ostatnio spytałam na jakiejś grupce czym najlepiej pomalować ceramiczne doniczki, których kolor mi się nie podoba. Chodziło mi oczywiście o rodzaj farby, która utrzyma się na takiej śliskiej powierzchni. Byłam autentycznie w szoku, że dorosłe baby zaczęły mnie atakować - bo malowanie białej doniczki jest ZŁE. Dlaczego jest złe? A no bo one lubią biały, wiadomo.

To jest ten typ człowieka, który nie pytany o opinie, nasra Ci nią w twarz, a gdy pokażesz, że Ci się to gówno nie podoba, oskarży Cie o cenzurę - w końcu skoro pokazujesz się w internecie, to ludzie mają pełne prawo na Ciebie srać. Jak wyjdę sobie z domu w sukience z dekoltem, to rozumiem, że ktoś ma prawo mnie wymacać? Totalnie się z tym nie zgadzam - to że wrzucam coś do sieci nie oznacza, że mam się liczyć z krytyką. Szczególnie, że takie osoby jedynie opiniują - to nie ma nic wspólnego z krytyką konstruktywną, o której tak głośno trąbią.  Ja sobie zdaję sprawę, że ludzie są różni. Że nie każdemu podobam się ja i to co pokazuje w internetach. Przyzwyczaiłam się już do negatywnych komentarzy. Ale nadal - zwyczajnie ciężko mi pojąć co siedzi w głowach tych osób. Wrzucam coś do sieci i spodziewam się negatywnego odbioru - on zawsze będzie się pojawiał. Spodziewam się go, ale nie muszę go akceptować, liczyć się z nim, a najlepiej jeszcze podziękować i się ładnie uśmiechnąć.

Czy osobiście mielibyście odwagę coś takiego powiedzieć obcemu człowiekowi? Internet to niesamowite miejsce. Tak łatwo jest kogoś obrazić, nie ma żadnych konsekwencji. Nie ma żadnej bariery, która hamuje przez takim bezpośrednim chamstwem.

Prawo do własnej opinii nie jest jednocześnie prawem do obrażania ludzi - jeśli komuś się wydaje, że komentowanie wyglądu czy koloru dywanu jest konstruktywne to pozostaje mi tylko współczuć. Usprawiedliwianie swojej chorej potrzeby dowalenia innym, tym że my mamy PRAWO, jest niepoważne. Oczywistym dla mnie jest, że jeśli ktoś nie pytany o zdanie mówi nam, że mamy brzydkie włosy, beznadziejny tatuaż albo chujowy styl, nie ma na celu nam pomóc. Jego jedynym celem jest zaspokojenie swojej potrzeby wkurwiania ludzi i dowartościowania się. No ale przecież ma prawo.

Dlatego uważam, że to słynne utarte powiedzonko dotyczące wolności słowa jest mocno nadużywane w nieadekwatnych sytuacjach. Jest idealną tarczą dla ludzi, którzy mogą w ten sposób usprawiedliwić swoje chamstwo i brak tolerancji.

Nie musicie zgadzać się z tym, co mówią o Was ludzie. Nie musicie się pokornie godzić na hejt skierowany w Waszą stronę, tylko dlatego, że działacie publicznie. O ile Wasze działania nie niosą krzywdy innym, nie ma usprawiedliwienia na jakąkolwiek krytykę tych działań.


Starsze wpisy:

- Nie lubię życzeń

- Jak bezużyteczna była dla mnie szkoła

marca 20, 2019

Elastyna do włosów? - jak jej używam

Elastyna do włosów? - jak jej używam
Dawno nie testowałam nic nowego na włosach, pomyślałam więc, że może wykorzystam na nich resztkę elastyny. Zapraszam więc do zerknięcia w efekty mojego eksperymentu. Podam Wam też kilka alternatywnych przepisów na wypadek, gdyby ktoś nie miał weny :D

Zanim opiszę własne efekty, kilka słów na temat możliwego wykorzystania elastyny. Najprościej jest ją wykorzystać jako dodatek do gotowej maski/odżywki do włosów. Kilka kropel dodaje się do porcji kosmetyku i używa się jej tak jak to mamy w zwyczaju. Elastyna może być też wykorzystana w podkładzie pod olej - możemy nałożyć samą elastynę lub wymieszać ją z wodą i produktami nawilżającymi (miód, glutek lniany itp). Pamiętam, że kiedyś czytałam też o płukankach z elastyną, ale wydaje mi się że to trochę marnowanie jej. Ogólnie możecie ją wykorzystać jak Wam wygodnie. Do masek, odżywek, do szamponów, w formie podkładu i czego tam jeszcze chcecie.


Włosy po masce z elastyną:

elastynadowlosow


Ja wymieszałam ją z tanią odżywką no name bez silikonów i trzymałam na włosach około 20 minut. Ładnie się świecą na górze - końcówki mam już trochę przerzedzone więc ciężko z nich wykrzesać coś więcej. Ogólnie jestem zadowolona. Może to dlatego, że zaniedbałam ostatnio równowagę peh i nie pamiętam, kiedy miałam na głowie jakieś proteiny.


Poniżej mam jeszcze 4 przepisy na domowe maseczki z elastyną, w razie gdybyście nie mięli pomysłów z czego je zrobić:


Domowy Olaplex - podrasowana opcja

- Łyżka odżywki bez silikonów
- 1/5 łyżeczki cysteiny
- Kilka kropel elastyny


Maska - szampon

- 2 łyżki mąki żytniej
- Zimna woda - około pół szklanki (lub 3/4)
- Kilka kropel elastyny


Maska - podkład

- Kilka kropel elastyny
- 3 łyżki rzadkiego gluta lnianego
- Łyżeczka miodu


Bez gotowej odżywki

- Żółtko jajka
- Kilka kropel elastyny
- Dwie łyżki ulubionego oleju
- Kapsułka witaminy E


Odsyłam do innych wpisów włosowych:

Jak zapuścić włosy?

- Jak pogrubić włosy za pomocą henny?

marca 18, 2019

Sposoby na tanie powiększanie dżungli

Sposoby na tanie powiększanie dżungli
No hej. Wpadłam na pomysł, żeby podzielić się kilkoma sposobami na zdobywanie roślinek bez konieczności wywalania w błoto całej wypłaty. Mam obecnie około 30 roślin które nie kosztowały mnie nic, albo zostały wymienione za jakieś odnóżki czy stare doniczki. Zapraszam :D


Lokalne grupy wymiankowe

Ostatnimi czasy to mój ulubiony sposób. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przybyło mi kilkanaście nowych gatunków - całych roślin lub odnóżek z wymiany w moim mieście. A przy okazji pozbyłam się starych doniczek i roślin, które przestały mi się podobać. Najbardziej dumna jestem przede wszystkim z ogromnego grubosza, którego pokazywałam Wam w Artefaktach, oraz z platycernum - cudownych łosich rogów, których pozbywała się jedna dziewczyna. Są cudowne - ciężko mi uwierzyć, że nie byłam do końca przekonana czy w ogóle je chcę i jechałam po nie trochę na siłę. Gdy tylko je zobaczyłam, zakochałam się od razu i chcę więcej :D Z wymianek dostałam też odnóżki hoyi, cissusa, scheflerę, storczyka i inne. A także kilka butli nawozów :D



Portale ogłoszeniowe

To zdradziecki temat dla mnie, bo większość darmowych roślin jakie znajduję, jest z innych miast. A perełek można znaleźć tam tyle, że jak mi się coś spodoba, to kupuję. Ale kilka razy trafiłam naprawdę na okazje życia - niektórzy sprzedają za grosze rośliny, które chodzą po parę stówek. Ważne jest po prosu zaglądanie w interesujące nas kategorie kilka razy dziennie, bo jak już się coś ciekawego pojawia, to chętnych jest sporo.



Bloki, urzędy i przychodnie

Kilka razy zdarzyło mi się pytać sprzątaczki albo aptekarki, czy nie zechcą podzielić się odnóżką jakiegoś chwasta. Raz nawet spytałam gościa w portierni na uczelni, ale nie chciał mi dać odnóżki diffenbachi. No wiecie, w moich wyobrażeniach ludzie, których proszę o odnóżkę są na tyle miłosierni, że mówią "oh, odnóżkę? bierz w całości!". W praktyce jest pół na pół, nie każdy się godzi, ale zdarza się. Kiedy będę miała więcej wolnego planuję zrobić sobie całodniową wycieczkę po okolicznych blokach i popytać ludzi, którzy wystawiają rośliny na klatkę. Trochę cebula, ale jestem ciekawa ile osób odeśle mnie z kwitkiem, a ile rzeczywiście by się podzieliło badylem. Będę oczywiście szukać perełek, a nie roślin, które już mam. Niedawno np. byłam w bloku, gdzie na każdym piętrze wisiały hoye, filodendrony i inne rzadsze rośliny - a wszystkie zabiedzone, zakurzone i aż się prosiło żeby je uratować z tego miejsca, ale nie miałam czasu szukać właściciela :D


Markety

W marketach rośliny są bardzo tanie. Kosztują czasami po parę cebulionów. Jeśli nie chcecie się bardziej wysilać, to warto śledzić co tygodniowe oferty, bo bardzo często rzucają tam jakieś totalne perełki za grosze!



Śmietniki

Nie chcę zabrzmieć jak jakiś żul, ale generalnie jeśli nie macie jakichś blokad w sobie, to na śmietnikach często można znaleźć różne perełki. W moim świecie nie ma takich ekskluzywnych śmietników, ale czasami jak widzę na grupach co ludzie przynieśli, to aż mnie dupa boli z zazdrości. Półtora metrowy ficus lyrata? Ogromny wilczomlecz? Drewniany kwietnik? Na pewno bałabym się brać meble z obawy przed jakimiś pluskwami, ale jeśli bym kiedyś spotkała jakiegoś ładnego chwasta, to bym bez wstydu zabrała :D Tylko pamiętajcie, żeby sprawdzić czy nie ma robali. Polecam (XD) też śmietniki marketów - np. Biedronki. U mnie znowu odległy temat, bo są zamknięte, ale w niektórych sklepach nie są i każdego tygodnia ląduje tam stos roślin, których nie wykupili. Procedury mają takie, że nie mogą rozdać, albo mocno przecenić, tylko wszystko wywalić - a to już mnie trochę boli. Czuję się trochę nieswojo pisząc o takich rzeczach, ale wbrew pozorom wiele osób tak robi. Po co pozwalać roślinie zdechnąć w śmieciach, skoro można dać jej nowy domek?


To tyle - mam nadzieje, że uda Wam się zdobyć jakieś roślinki niskim kosztem. :D


Starsze wpisy:

- Pełna naturalność nie istnieje nawet w moim świecie

- Przegląd ciekawych surowców kosmetycznych 

marca 13, 2019

Domowa odżywka do paznokci - eksperyment

Domowa odżywka do paznokci - eksperyment
[Na wstępie przypominam o GRUPIE  dotyczącej tworzenia domowych kosmetyków.]

Zwykle wrzucam na bloga przepisy, których efekty już chociaż w jakimś stopniu znam. Tym razem jest inaczej, bo odżywka powstaje poniekąd w trakcie pisania tego postu i jest moim eksperymentem. Nie mam pojęcia czy używanie jej cokolwiek pomoże, ale postaram się aktualizować tu informacje. Nigdy jeszcze nie robiłam odżywek do paznokci.

odzywkadopaznokci


Żeby to miało jakikolwiek sens, postawiłam sobie zasadę, że odżywkę będę "nosić" na paznokciach co najmniej 30 minut kilka razy w tygodniu. W przeciwieństwie do odżywek w formie lakierów, ta niestety nie zastygnie i nie będzie tak przyjemna w używaniu.

Większość stron proponuje wzmacniać paznokcie za pomocą soku z cytryny, oleju rycynowego i witaminy E. Nie bardzo wiem na czym ma się opierać działanie pierwszego składnika, ale wykorzystam pozostałe dwa. A oprócz tego kilka innych składników, które mają o wiele większe szansę pomóc. Tym razem mój przepis będzie jednorazowy, bo przeterminował mi się konserwant.

Główny przepis:

- Łyżeczka ziemi okrzemkowej
- Kropla elastyny
- Szczypta cysteiny
- Woda
- Łyżka oleju rycynowego


Przepis podrasowany (bonus dla dłoni):

- Łyżeczka ziemi okrzemkowej
- 2 łyżeczki naparu ze skrzypu
- Kropla/kapsułka witaminy E
- Kropla elastyny
- Szczypta cysteiny
- Kropla kwasu hialuronowego/panthenolu
- Łyżka oleju rycynowego


Przygotowanie:

Wszystkie składniki odmierzamy, wrzucamy do miseczki i dokładnie mieszamy. Jeśli jesteście zbyt leniwi żeby robić napar, użyjcie wody.

Mam zamiast wsmarować taką papkę w całe dłonie, by je przy okazji odrobinę nawilżyć i zrobić peeling. Maczam czyste paznokcie (bez lakieru) w tej odżywce i przez 3 minuty wmasowuję ją w płytkę paznokcia. Następnie całość wsmarowuję w całe dłonie i staram się to na nich mieć przez 20-30 minut. Założyłabym lateksowe rękawiczki, ale nie mam :D Później zmywam ręce samą wodą. I coś takiego będę powtarzać co kilka dni.

Głównym składnikiem jest ziemia okrzemkowa - nie mam zielonego pojęcia, czy coś takiego ma szansę jakoś w paznokcie wniknąć. Raczej ciężko mi w to uwierzyć, ale mam jej tak dużo, że już nie wiem jak ją wykorzystać. To samo tyczy się skrzypu. Jeśli odżywka nie zadziała na paznokcie, to przynajmniej będę mieć zadbane dłonie. Mocno liczę jednak na działanie elastyny i cysteiny. To dwa najważniejsze składniki odżywki - wchodzące w grupę proteinową, więc nie polecam ich pomijać.

Pierwsze wrażenie na plus - nie ma to jak dbać o dłonie odżywką do paznokci xD. A tak serio - dłonie mam arcy mięciutkie, czyściutkie i nawilżone, a na paznokciach efektów jeszcze nie zobaczę. Ważne jest żeby dodać sporo oleju, bo wtedy błotko zasycha na dłoniach i może przynieść odwrotny efekt. W razie czego warto zwilżać wodą w trakcie. Będę informować na bieżąco!



Starsze wpisy:

Dlaczego trzeba kastrować zwierzęta

- Płynna baza maseczkowa do nasączania płacht

marca 08, 2019

Twój kot nie pragnie poznać smaku rodzicielstwa - czyli dlaczego kastracja jest taka ważna i co warto o niej wiedzieć

Twój kot nie pragnie poznać smaku rodzicielstwa - czyli dlaczego kastracja jest taka ważna i co warto o niej wiedzieć
Dziś wreszcie jakiś koci temat - a właściwie nie tylko koci, ale poświęcony zwierzakom domowym w ogóle. Mowa o kastracji oraz o tym jak ważny jest to zabieg - nie tylko dla naszych prywatnych zwierząt, ale dla nas wszystkich. Podobnie jak z wypuszczaniem kotów samopas, moje zdanie co do kastracji jest podobne - według mnie brak kastracji niesie przykre konsekwencje nie tylko dla Twojego zwierzęcia, ale ma wpływ na środowisko i pogłębianie bezdomności. Jest jak domino - każda niby niewinna ciąża nierasowego kota lub psa przyczynia się do tego, że zwierzęta będące już na świecie tracą szansę na dom, ale do tego jeszcze wrócę. Zanim się rozkręcę, może przejdźmy do samego nazewnictwa.



Kastracja a sterylizacja

Zwykle ludzie myślą, że kastruje się jedynie kocury, ale to nie do końca tak jest. Przyjęło się, że sterylizacja to podwiązanie jajowodów lub nasieniowodów, natomiast kastracja to usunięcie narządów rozrodczych - czyli w przypadku kotek jajników i całej macicy, a w przypadku kotów całych jąder. Warto jednak zwrócić uwagę na konkretne nazewnictwo tych zabiegów, gdyż w niektórych gabinetach weterynarii wyrażenia "kastracja" i "sterylizacja" są synonimiczne - może się więc zdarzyć, że zamiast kastracji, weterynarz wykona sterylkę, albo usunie jedynie jajniki, bez macicy. Konkretna nazwa zabiegu usunięcia wszystkich narządów rodnych u samic to owariohisterektomia, samo usunięcie jajników to z kolei owariektomia. Warto także upewnić się czy weterynarz będzie usuwał całe narządy czy jedynie je podwiązywał. Z punktu widzenia zdrowotnego kastracja to ten bardziej korzystny dla kota zabieg - sterylka chroni jedynie przed ciążą, kastracja natomiast wyklucza wszelkie możliwe choroby związane z usuniętymi narządami - takie jak na przykład ropomacicze czy nowotwory tychże organów. Oprócz ochrony przed zapłodnieniem, ma więc szansę przedłużyć zwierzakowi życie poprzez eliminację możliwych śmiertelnych chorób.



"Moja kotka chce zostać mamą i musi nią być chociaż raz"

Nie, nie chce i nic nie musi. Kot nie rozmnaża się po to, żeby cieszyć się dzieciaczkami. Nie twierdze, że kocice to złe matki, ale mają jednak trochę inne priorytety niż ludzie. Uwierzcie - Wasze koty mają w dupie to czy zostaną rodzicami czy nie. Nie myślą sobie "ojej, a może już czas założyć rodzinę". Wykastrowany kot nie będzie rozpaczał, że jest pozbawiony płodności, w ogóle nie będzie o tym myślał. Bardzo często słyszę mity, że kotki albo suki muszą mieć co najmniej jeden miot, bo jak nie to...No właśnie, co? Będzie im smutno? Będą krócej żyły? Nie będą mogły wziąć wnuków na kolanka? Te okropne brednie powodują, że zwierząt jest coraz więcej, a dla rozmnażactwa szuka się usprawiedliwienia.



Zwierzęta po kastracji tyją

Gospodarka hormonalna może i się zmienia, ale nie zmienia się układ pokarmowy. Każdy kot/pies karmiony syfem będzie tył i nie ma znaczenia czy jest kastrowany, sterylizowany czy nie. Zdrowe zwierze karmione dobrą mięsną mokrą karmą albo barfem w odpowiedniej ilości, i które ma zapewnione minimum ruchu, zwyczajnie nie ma szansy utyć. Czy wszystkie osoby, których koty od lat żrą specjalnego Royala dla kastratów, mogłyby mi wyjaśnić czemu ich zwierzęta są w kształcie kuli? To kolejny szkodliwy mit. To nie kastracja odpowiada za otyłość. To nasz brak wiedzy w zakresie żywienia zwierząt powoduje, że zwierzęta są grube. Obwiniacie kastracje za grzechy zbóż w suchych karmach, mleczka i ziemniaków z obiadu.


"Zabieg kastracji jest niebezpieczny"

Każdy zabieg chirurgiczny niesie za sobą niewielki procent powikłań. Większość ludzi obawiających się kastracji nie ma wystarczającego zaufania, że weterynarz wykona zabieg dobrze. Warto jednak wiedzieć, że to są naprawdę pojedyncze przypadki, że coś pójdzie nie tak. A zdecydowanie większym niebezpieczeństwem są choroby na jakie narażone są zwierzęta. O ilu śmiertelnych przypadkach zabiegu kastracji słyszeliście? Ja o żadnym. Regularnie natomiast widuję zdjęcia usuniętego ropomacicza, nowotworu listwy mlecznej i innych. To trochę jak z samolotami. Boimy się, że j*ebnie, a tymczasem dużo więcej ludzi ginie w wypadkach drogowych. Najważniejsze jest wybranie dobrej kliniki i weterynarza. Osobiście wolę zaryzykować i mieć kota, któremu kastracja być może przedłuży życie, niż pozwalać na cierpienie związane z brakiem kastracji.

Oprócz samych chorób dochodzą także bardzo bolesne ruje - nie wiem jak to wygląda w przypadku suk, ale ruja dla kotki to niesamowicie stresujący i ciężki okres. Są niespokojne, drą się cały dzień, ich organizmy wariują. Sama kopulacja też nie jest niczym przyjemnym zważywszy na agresywne zachowanie samców oraz budowę członka. Poza tym zastanawia mnie, dlaczego ludzie uważają kastrację za zło, za to złe nie wydaje im się to, że ich zwierze nie może zaspokoić popędu seksualnego. Koty które chodzą samopas może i tego problemu nie mają, ale domowe niewychodzące zwierzęta odczuwają popęd, którego nie mogą w żaden sposób zaspokoić. Masturbacja raczej nie jest im dobrze znaną metodą ;V.


Jakie są skutki braku kastracji?

Takie, że schroniska i fundacje pękają w szwach, polskie gatunki objęte ochroną niedługo wyginą, a jadąc przez typową polską wieś co kilka kilometrów mija się gnijące truchło kota. Ludzie rozmnażający koty i co gorsza - wypuszczający je samopas kompletnie nie dbają o to jakie szkody powodują wśród naszej fauny. Każdego dnia jeden kot zabije lub uszkodzi kilka zwierząt, nie będąc nawet głodnym - część z nich to ptaki i zwierzęta pod ochroną. A potem pójdzie rozdać trochę spermy, albo posłuży za inkubator i wyprodukuje kilkA kolejnych inwazyjnych dla naszej przyrody stworzeń, które po roku zrobią to samo. I tym sposobem za kilka lat nie zobaczycie za oknem nawet głupiego wróbla. Kotów jest za dużo i nie są naturalnym dla Europy gatunkiem. Zanim pojawią się tu krzykacze ze swoimi rysiami i żbikami coś sobie wyjaśnijmy - to w przeciwieństwie do kota domowego, są lokalne gatunki, których liczba jest znacznie mniejsza, nie mówiąc już o tym, że zwykle polują na większe ofiary niż małe gryzonie czy ptaki. Ile widzicie żbików przeciętnego dnia? A ile widzicie kotów domowych?


Kiedy kastrować zwierzęta?

Im wcześniej tym lepiej. W przypadku kotek najlepiej zrobić to przed pierwszą rują i nie dopuścić do jej pojawienia się - bo pierwsza ruja także nie jest kotu do niczego potrzebna, a nadaje się jej jakąś magiczną moc. Pierwsza ruja może się w niektórych przypadkach pojawić nawet w 5-6 miesiącu życia. Najbezpieczniej zapisać zwierze na zabieg właśnie między 5 a 8 miesiącem życia, w skrajnych przypadkach kastruje się jednak nawet 3 miesięczne koty.


Nie kastrowanie zwierząt nie rasowych jest złe. Ich celowe rozmnażanie jeszcze gorsze. Jeśli ktoś robi to nieświadomie, jestem w stanie to zrozumieć. Jeśli zdaje sobie sprawę z tego że to szkodzi, ale posiadanie "własnych małych kotów" jest ważniejsze niż ogólne dobro zwierząt - pozostawiam bez komentarza. Miłego wieczoruu :D


Inne kocie wpisy na blogu:

- Dlaczego nie wypuszczam kota samopas

- Jak samemu zrobić kotu żarcie - dieta barf

marca 04, 2019

Płynna maseczka do nasączania płachty

Płynna maseczka do nasączania płachty
Czas na domowy płyn do masek w płachcie! Jeśli nie chcecie kupować gotowców, które generują tak dużo śmieci, to będzie to dla Was jakaś alternatywa. Płyn jest bardzo prosty do zrobienia, można go komponować według własnych upodobań, ale jak podam Wam przepis ze składników, które akurat miałam pod ręką. Zapraszam!



Maseczka zawiera sporo antyoksydantów, ma więc lekkie działanie przeciwstarzeniowe i rozjaśniające. Zawiera sporo składników odżywczych i regenerujących. Jednocześnie nie ma w sobie żadnych olejów, gdyż zależało mi, żeby składniki aktywne miał bezpośredni dostęp do skóry i nie był blokowane przez olej - to może nie ma tak dużego znaczenia w przypadku kosmetyków, które będą na skórze wiele godzin, tu jednak liczy się czas. Dopiero po ściągnięciu płachty nakładam krem lub olej. Podana ilość wystarcza na kilka użyć - można oczywiście zrobić sobie większą ilość.

Na blogu jest też inny przepis i coś więcej na temat zero waste płacht - tutaj.

Składniki:

- Napar z zielonej herbaty - 80 ml
- Wyciąg z owoców rokitnika - 5 ml
- Wyciąg z owoców mandarynki - 5 ml
- Wyciąg z wąkroty azjatyckiej - 5 ml
- Wyciąg z jeżówki - 5 ml
- Konserwant (dawka jaką podaje producent)


Przygotowanie:

Robimy mocny napar z zielonej herbaty i studzimy go. Dokładnie odcedzamy i łączymy z resztą składników. Przed użyciem nasączamy płachtę około 15 ml takiego płynu (warto wcześniej zmoczyć ją wodą o wycisnąć, wtedy zmarnujemy mniej płynu). Trzymamy na twarzy około 25 minut - i nie zmywamy. Po zdjęciu mokrej płachty, zabezpieczamy twarz kremem lub olejem.

Jeśli nie macie konserwantu, możecie zrobić sobie jednorazowy płyn - na około 10 ml naparu dodać łącznie 5 ml wyciągów. Mi się nie chce robić jednorazowych masek, wolę mieć gotowy produkt.

Starsze wpisy:

- Przegląd ciekawych surowców kosmetycznych #1

- Artefakty - luty 2018

marca 01, 2019

Artefakty - luty 2019

Artefakty - luty 2019
W końcu nadszedł czas na Artefakty tego miesiąca! Znowu sporo nowości, ale nie tylko. Myślałam, że w tym miesiącu niewiele Wam pokaże, a jednak pod koniec złapał mnie znowu szał badylowy, bo pojawiło się sporo okazji nie do ominięcia i efektem jest spora ilość nowych roślin. Coraz bardziej nietypowe gatunki się u mnie pojawiają :D Na szczęście przeprowadziłam też niewielką wymianę roślin, które mi się nie podobały i były u mnie z litości. A więc:



Duuuużo książek

Zamówiłam sobie sporo ciekawostek - trochę psychologicznych/rozwojowych pierdół i fabularne. Te ostatnie to "Rozjemca" i druga część "Dawcy przysięgi" Sandersona oraz "Achaja" Ziemiańskiego. Mam też Murakamiego. Najciekawsze z  tych "psychologicznych" to "Siła Nawyku", "Pułapki umysłu", "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem" oraz "Relacje na huśtawce". Prawdopodobnie nie będę robić całych recenzji, ale na pewno będę się nimi chwalić na moim INSTA STORY.



Duuuużo roślinek 

Zrobiłam jedno zamówienie z Jucca.pl, ale wyczaiłam też super okazje z kilku ogłoszeń na olxie. Oprócz tego dostałam też kilka nieukorzenionych szczepek z "łódzkiej wymiany". Czekam jeszcze na dwie roślinki, które chyba przyjadą jutro. Mam więc selloum (które teraz nazywa się jakoś inaczej) i Little Hope, monstere karstenianum i raphidore tetrasperma, begonie tamaye, kilka gatunków hoyi, przecudowne epipremnum cebu blue (które też jakoś inaczej się chyba nazywa), cissusa i ogromnego grubosza "Hobbita", którego dostałam za moje stare syngonium. Teraz naprawdę mam ambitny plan żeby nie kupować nowych roślin - a przyjmować jedynie jakieś za free albo na wymianę. Zobaczymy jak bardzo mi to nie wyjdzie xD





Babydream szampon

Kupiłam go z myślą o myciu twarzy, będę używać go za jakiś czas, jak skończy mi się biała glinka. Do włosów się dla mnie nie nadaje, zostawia jakąś taką dziwną szorstkość, odbiera blask i robią mi się po nim kołtuny. Myję też nim ręce zamiast mydła - od którego całkiem już chcę odejść, bo choćby to mydło było najbardziej naturalne jak się da, ma zbyt wysokie dla skóry ph.




Serum z pachnotki i witaminą C


Przepis na to cudo podałam jakiś czas temu TUTAJ. Jeśli macie problemy z wypryskami, trądzikiem i innymi problemami skórnymi, to totalnie polecam to serum albo chociaż sam olej z pachnotki. Nie będę się tu więcej rozpisywać, tam opisałam wszystko :D


Bardzo brzydka doniczka

Widzicie ją na pierwszym zdjęciu. Tak naprawdę to chyba prędzej była jakaś cukierniczka czy coś kuchennego, ale u mnie naturalnie stanie się doniczką. Kocham zamieniać takie paskudne kiczowate starocia w doniczki :d Kosztowało mnie to 2 zł w lumpie.



Starsze wpisy:

- Przegląd ciekawych surowców kosmetycznych

- Pełna naturalność nie istnieje nawet w moim świecie

lutego 25, 2019

Przegląd ciekawych surowców kosmetycznych #1

Przegląd ciekawych surowców kosmetycznych #1
Na blogu od teraz będzie pojawiać się seria z przeglądem surowców - nie zamierzam segregować ich pod kątem konkretnego przeznaczenia, bo na rynku pojawiają się coraz nowsze wymysły i później prawdopodobnie musiałabym te wszystkie wpisy aktualizować. Poza tym chciałabym, że w każdym pojedynczym przeglądzie, każdy znalazł coś dla siebie. Dlatego w tych wpisach będą się pojawiać całkowicie losowo dobrane surowce, które pokrótce opiszę. Oczywiście będę pisać nie tylko o składnikach, których sama używam.



A więc zaczynajmy!


Karagenian - czyli tak zwany "silikon roślinny". Jest to substancja pochodząca z chrząstnicy kędzierzawej. Zawiera jod, magnez, cynk, mangan i wapń. Chroni skórę oraz keratynę we włosach, ma zdolność regeneracji tkanek i pełni ogólnie funkcję zabezpieczającą - między innymi przed utratą wody. Sporo ludzi twierdzi, że karagenian nawilża o wiele silniej niż inne humektanty, ale nie wiem czy robi to sam w sobie, czy jedynie poprzez zabezpieczenie skóry przed ucieczką wody. Ma działanie napinające i podobno lekko liftingujące. Ten polisacharyd ma postać rozpuszczalnego w wodzie żelu. Oprócz tego nadaje kosmetykom odpowiedniej konsystencji, prawdopodobnie przez swoją żelową postać. Bardzo mnie zaciekawił ten składnik, szczególnie jeśli chodzi o pielęgnację włosów - kusi mnie, żeby stworzyć z jego użyciem jakieś serum zabezpieczające, odżywkę, albo mieszankę do olejowania. Z racji na swoje regenerujące właściwości, myślę, że warto używać go także w przypadku trądziku i lekkich zmian skórnych.


Hydromanil - substancja wyekstrahowana z rośliny tara (Caesalpinia spinosa). Jest to roślina żyjąca na terenie Andów - występuje w bardzo trudnych i suchych warunkach, dlatego wykształciła substancje, które chronią ją przed takim środowiskiem. Substancjami tymi są galaktomannany. Nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam ich działanie - same galaktomannany to polisacharydy o dużych cząsteczkach chroniących roślinę przed odwodnieniem, wytwarzają jednak oligosacharydy o małych cząsteczkach - i to one są w stanie wnikać w głębsze warstwy skóry i działać nawilżająco na ich poziomie. Uzyskujemy więc podwójne działanie - cząsteczki, które nie mają szansy wniknąć głębiej dają natychmiastowe uczucie nawilżenia w zewnętrznych partiach skóry oraz ograniczają utratę wody, oligosacharydy robią to głębiej. Z racji tego, że te drugie są uwalniane z matrycy stopniowo, a nie od razu, istotne jest regularne dostarczanie Hydromanilu. Można go stosować do skóry, a także włosów. Jest produktem, który warto wprowadzić przy skórze ekstremalnie wysuszonej, ale nie tylko. Spotkałam się z opiniami, że podobnie jak karagenian, hyndromanil jest lepszym nawilżaczem niż kwas hialuronowy, mocznik czy inne dobrze znane surowce. Z racji swojej budowy, myślę że ten jest od lepszy nawet od karagenianu jeśli chodzi o nawilżenie, bo tak jak wspomniałam w przypadku tego drugiego - mam podejrzenia, że jego nawilżenie opiera się jedynie na zabezpieczaniu.


Kwas laktobionowy - to produkt, który może być bezpiecznie stosowany przez osoby z trądzikiem, cerą naczynkową lub wrażliwią - ten pozyskiwany z laktozy kwas nie jest drażniący jak inne kwasy. Doprowadza skórę do porządku - pozwala pozbyć się trądziku, ale jest także silnym antyoksydantem zapobiegającym pojawianiu się zmarszczek. Stymuluje fibroplasty do produkcji kolagenu oraz glikozoaminoglikanów. Według wyczytanych przeze mnie informacji i opinii, używanie toników z zawartością kwasu laktobionowego pozwoliło niektórym osobom odstawić całkowicie maści sterydowe. Myślę, że wyląduje w moim koszyku przy następnym zamawianiu surowców, choć nie mam problemów z trądzikiem, czasami pojawiają się niespodzianki, a on wspomoże serum z pachnotki z tym temacie.


Fitokeratyna - roślinna alternatywa dla keratyny pozyskiwana ze zbóż. Składa się z wielko oraz mało cząsteczkowych protein, a więc jest w stanie wnikać do włosa oraz odżywiać go z zewnątrz. Nie rozpuszcza się w olejach, dlatego najlepiej dodawać ją do odżywek lub podkładów pod olej - można dodawać ją także do domowych maseczek.


Bisabolol - składnik polecany w szczególności dla małych dzieci oraz ludzi z wrażliwą i suchą skórą. Jest pozyskiwany z rumianku. Ma łagodzące właściwości, przyspiesza gojenie skóry, stanów zapalnych, uszkodzeń. Jest antybakteryjny i rozjaśnia zaczerwienienia. Jest to także idealny składnik do kosmetyków po goleniu lub po opalaniu. Uwaga: może niektórych uczulić, więc warto wcześniej sprawdzić na kawałku ciała, czy nie zachodzi rekcja odwrotna do oczekiwanej.


Kwas kojowy - znany przede wszystkim ze swoich rozjaśniających właściwości. Oprócz tego zapobiega tworzeniu się wolnych rodników i działa antybakteryjnie. Można za jego pomocą tworzyć toniki depigmentacyjne i rozjaśnić przebarwienia. Producenci polecają łączyć go z arbutryną albo witaminą C i stosować aż osiągniemy wymagany efekt.


Witamina C olejowa - tetraizopalmitynian askorbylu już kilka razy widzieliście w moich przepisach, uwielbiam ten składnik.To jedna z najlepiej przyswajalnych form witaminy C - zdecydowanie lepsza niż jakiś Juvit C z apteki. Ma formę olejową i jest rozpuszczalna w olejach. To bardzo silny przeciwutleniacz. Rozjaśnia przebarwienia, działa przeciwzmarszczkowo. Wspomaga też walkę ze zmianami trądzikowymi. Bardzo dobrze dogaduje się z witaminą E - wspólnie ich działanie jest jeszcze lepsze. Można dodawać ją do kremów i olejków. Ja preferuje dodawać ją do serum na noc - nie używam jej w dzień, bo jest czuła na światło. Uwielbiam ją i ląduje w moim koszyku obowiązkowo za każdym razem, gdy robię zakupy półproduktów.


Włókna pomarańczy - ostatnim półproduktem jest naturalny stabilizator emulsji. Włókna pomarańczy to nic innego jak wytłoczony miąższ, który jest odpadem po produkcji soków. Można więc powiedzieć, że to po prostu emulgator, który pozwala stworzyć emulsję. Jestem bardzo ciekawa, czy miąższ jest poddawany jakiejś konkretnej obróbce i czy można byłoby go wyprodukować w domu - z ususzonych i zmielonych wnętrzności pomarańczy :D



Czy na dzisiejszej liście znalazł się jakiś Wasz ulubieniec?


Starsze wpisy:

- Pełna naturalność nie istnieje nawet w moim świecie

- Obecna pielęgnacja za pomocą kosmetyków robionych przeze mnie

lutego 22, 2019

Pełna naturalność nie istnieje nawet w moim świecie

Pełna naturalność nie istnieje nawet w moim świecie
Być może trochę zdziwi Was ten tekst akurat na moim blogu - bo zdecydowanie nie będzie on narzekaniem na to, że zatraciliśmy naturalność, wszyscy chodzimy wytapetowani i jemy przetworzone śmieci. Naturalność to pewnego rodzaju cnota, która w 21 wieku nie ma prawa bytu - a przynajmniej na podstawie mojej interpretacji. Cały ten tekst jest bardzo ogólny, ale odnosi się w szczególności do negowania pewnych udogodnień, bo wydają się nienaturalne - na przykład poprawiania swojego wyglądu makijażem bądź operacjami plastycznymi.



Czy możemy mówić o jakiejkolwiek naturalności w świecie, w którym kupujemy jedzenie w sklepie, chodzimy w ubraniach, używamy leków, samochodów, prądu i Internetu? Czy te wszystkie udogodnienia mają jakikolwiek związek z naturą? Pójdźmy o krok dalej - czy używanie kosmetyków, nawet NATURALNYCH, jest naturalne? Czym właściwie jest naturalność? Bo mnie te publiczne wyrzuty sprowadzają do wniosków, że wszystko co stworzyliśmy i zbudowaliśmy nie jest naturalne, jeśli jest czymś więcej niż defekowaniem w krzakach i chodzeniem nago.

Makijaż jest nienaturalny, jedzenie w fastfoodzie jest nienaturalne, ale naturalne jest przemieszczanie się autem i posiadanie kaloryferów? Z drugiej strony - można wysunąć też tezę, że naturą człowieka jest tworzenie nowego środowiska - i wówczas wszystkie te udogodnienia zyskałyby miano naturalnych. 

Dla mnie naturalność jest stylem życia, kreacją, artystyczną wizją, która mnie interesuje i którą staram się tu przemycać. Ale nie łudzę się, że to naturalność w prawdziwym, podstawowym tego słowa znaczeniu i nie zamierzam odbierać sobie przyjemności i możliwości wynikających z tego co stworzyliśmy. I wcale nie chodzi tu o świadome szkodzenie przyrodzie. Irytują mnie obrońcy moralności, którzy na każdym kroku widzą sztuczność i życie niezgodne z naturą - czy Wy moi drodzy samodzielnie polujecie i mieszkacie w własnoręcznie wykopanej norze? Brak "naturalności" to nie tylko szpachla na mordzie, implanty w tyłku i jedzenie przetworzonego żarcia - to całe nasze życie - a przynajmniej tak możemy rozumować, skoro część udogodnień wydaje nam się niewłaściwa. Czy to jest złe? Odpowiedzcie sobie sami czy wolicie pełną naturalność, czy możliwość korzystania z internetu i centralnego ogrzewania.

Dlatego, pomimo że cała ta wizja naturalnego eko życia jest czymś o czym bardzo często tu piszę, nie dążę do tego, by rezygnować z wszystkiego co mi to życie ułatwia. To jest niewykonalne w obecnym świecie. Choć używam głównie kosmetyków i środków czystości z dobrym składem lub domowych, nie rozpaczam jeśli przypadkiem kupię coś ze złym - a zdarza mi się nawet kupić coś takiego celowo. Dbajmy o planetę i o siebie, ale nie miejmy wyrzutów sumienia, tylko dlatego, że nie jesteśmy w stanie być "naturalni" na sto procent. Cały ten wywód sprowadza się głównie do pielęgnacji i wyglądu - makijażu, medycyny estetycznej, tatuaży i innych grzechów dla tego rodzaju entuzjastów "natury" (a nie rzadko jedynie dla zwykłych hipokrytów, którzy kupują warzywa w folii, jedzą kurczaczka z paczki, i farbują włosy u fryzjera). Jeśli mamy potrzebę robić makijaż - róbmy go i miejmy w poważaniu ludzi krzyczących o sztuczności - ludzi którzy w tym samym momencie scrollują facebooka i popijają butelkowaną wodę. Stosowanie kremów jest dla nas równie naturalne, co ostrzykiwanie sobie ust. Jeśli mamy ochotę i pieniądze, żeby powiększyć sobie cycki - go on. I ja wiem, że to może być jedynie metaforycznie rozumiana "naturalność" i "nienaturalność". Niemniej to wszystko naprawdę powstało w jakimś celu, a dążyć do życia bardziej zgodnego z naturą można na wiele lepszych sposobów.


Takie mam na ten temat przemyślenia. Miłego dnia ;D

Starsze wpisy:

- Jak pielęgnuje twarz tylko za pomocą domowych kosmetyków?

- Dzieci, a cisza nocna i dlaczego nie muszę tego akceptować.

lutego 18, 2019

Obecna pielęgnacja twarzy - w całości za pomocą kosmetyków zrobionych przeze mnie

Obecna pielęgnacja twarzy - w całości za pomocą kosmetyków zrobionych przeze mnie
Dzisiaj bardzo przyjemny temat, opiszę aktualną pielęgnację twarzy - w całości za pomocą domowych kosmetyków. Zrobiłam sobie ostatnio kilka genialnych produktów i od dwóch tygodni nie używam żadnych sklepowych kosmetyków. Moja skóra uwielbia ten eksperyment :D
Przepisy na kosmetyki opisane w tym wpisie znajda się na końcu.

Uwzględniłam wszystko poza demakijażem i kolorówką - ale w ostatnim miesiącu się nie malowałam, więc nawet o tym nie pomyślałam.



Puder myjący

Wszystko zaczyna się oczywiście od mycia twarzy pudrem myjącym, który jest według mnie jedną z najlepszych i najdelikatniejszych opcji. W obecnej mieszance znalazło się odrobinę węgla aktywnego, mąki żytniej i shikakai. Na dole podam dwa przepisy, ale możecie je komponować używając składników, które akurat macie w domu.


Tonik

Rolę toniku spełnia hydrolat lawendowy uzupełniony odrobiną wyciągu z owoców mandarynki i rokitnika. Na 100 ml dodałam łącznie 10 ml wyciągów. Sam hydrolat, pomimo że jest fajnym elementem, jest dla mnie mało wartościowy. Tonik wchodzi zaraz po myciu i osuszeniu twarzy. Spryskuję nim twarz, czekam aż odrobinę przeschnie (ale nie całkowicie) i przechodzę do kolejnego kroku.


Krem

Używam go w niewielkiej ilości na dzień i grubszą warstwę na noc. Jest ciężki i tłusty, ale wydaje mi się, że spełniłby rolę bazy po makijaż. Zawiera w sobie sporo dobra, więc o nim nie zapominam. Póki co mnie nie zapchał, poza tym jednym incydentem dzisiaj (opowiem niżej) - ale myślę, że to mogło być spowodowane tym, że wczoraj ciągle dotykałam sobie twarzy i kontrolowałam miękkość :D W każdym razie ostrzegam - nie jest to krem dla ludzi, którzy oczekują natychmiastowego wchłaniania. On siedzi na skórze parę godzin i mi to zupełnie odpowiada. Zawiera w sobie koenzym q10, elastynę, kilka wyciągów, witaminę E oraz dwa oleje.


Serum

Czyli ulubiony produkt z całej tej grupy. Serum zawiera olej z pachnotki, który ma silne działanie przeciwtrądzikowe, witaminy E i C, które są silnymi antyoksydantami oraz olej z dzikiej róży. Na skórze zachowuje się przegenialnie, nie wchłania się od razu, ale też nie sprawia wrażenia skóry oblepionej jakimś ciężkim olejem. Używam tylko na noc 2-3 razy w tygodniu - witamina C nie powinna mieć kontaktu ze światłem.


Maska algowa z perełkowcem japońskim

Nie mam cery naczynkowej, ale uznałam, że i cera normalna potrzebuje wzmocnienia i uszczelnienia naczynek, dlatego postanowiłam że jeden produkt będzie spełniał właśnie taką rolę (a oprócz tego jeszcze odżywiał i nawilżał). Maska nie jest jednorazowa - to mieszanka samych sypkich surowców. Przed użyciem odrobinę maski należy zmieszać z jakimś płynem i zainstalować na twarzy. Ja jeszcze często zraszam twarz, bo maska szybko zasycha. 



Peeling

Za peeling robi mieszanka z ziemią okrzemkową - zrobiłam go głównie z myślą o skalpie, ale raz w tygodniu używam też do twarzy. Jest trochę delikatniejszy niż peelingi z dużymi drobinkami - i nie rozpuszcza się tak jak np. cukier.



Moje wrażenia

Nie mam cery trądzikowej, ale co kilka dni pojawia mi się z reguły jakiś pojedynczy syf. Gdy zrobiłam serum stosowałam je przez tydzień na noc - wtedy nie używałam żadnego kremu. I to był pierwszy tydzień od dawna, kiedy na mojej twarzy nie pojawiła się żadna niespodzianka. Dotychczas myślałam, że nie mam skłonności do zapychania, ale najwyraźniej niektóre kremy, a może po prostu macanie sobie twarzy powodowało te wypryski. Potem wprowadziłam krem, a serum na chwilę odstawiłam i dziś mam już niespodziankę na policzku. Pachnotka z serum działa antybakteryjnie i antyzaskórnikowo - to jedna z najskuteczniejszych roślinek w przypadku wyprysków. Moim planem jest teraz używać serum obowiązkowo co drugą noc zamiast kremu, żeby częściej dostarczać tych substancji. Krem jest dość ciężki, ale mam nadzieje, że w takim połączeniu nie spowoduje zapychania. Ogólnie zauważyłam jednak poprawę stanu cery - szczególnie jeśli chodzi o suche skórki, których przez wiele miesięcy nie mogłam się pozbyć z okolic brwi i policzków. Aktualnie nic się nie łuszczy. Najlepiej skóra wygląda na drugi dzień po serum - szkoda, że taki kosmetyk nie nawilża, bo wtedy używałabym tylko jego. Cera jest rozjaśniona i porcelanowa, ale nie będę ukrywać, że to tez pewnie efekt, który "chce" widzieć - a pół miesiąca to jeszcze dość krótko, żeby wyciągać wnioski na temat konkretnych efektów.


Polecam takie eksperymenty! To jest takie ekscytujące, że całą pielęgnację można zastąpić własnoręcznie zrobionymi mazidłami.

Przepisy na konkretne kosmetyki:


- Prosty puder myjący

- Orientalna wersja pudru myjącego

- Krem z koenzymem q10

- Serum antystarzeniowe do cery trądzikowej

- Maska algowa do cery naczynkowej

- Peeling na bazie ziemi okrzemkowej


lutego 16, 2019

Dzieciństwo, a cisza nocna i dlaczego nie muszę tego akceptować

Dzieciństwo, a cisza nocna i dlaczego nie muszę tego akceptować
Wczoraj dodałam na fanpejdża screen, na którym pewna matka odnosząc się do biegania i hałasowania dzieci w nocy, twierdziła że gdyby sąsiad zwrócił jej uwagę na to, że jej dzieci są głośno, kupiłaby im wszystkim chodaki, żeby były jeszcze głośniej. Screen skasowałam, bo brak opisania kontekstu sprawił, że kilka osób się oburzyło - z resztą słusznie, pokazałam Wam przecież tylko "kawałek" problemu, który chciałam poruszyć. Obawiam się, że nie zrozumieliśmy się w tej kwestii - na podstawie podanych informacji, nie wiedzieliście, że nie chodzi tu o zachowanie dzieci w ogóle, ale przeszkadzanie w trakcie ciszy nocnej, i uznałam że to szerszy temat, który zasługuje na własny wpis :D



Dzieci bywają głośne. Zdarza im się płakać i wyć. Zdarza im się biegać. Często nawet się bawią i od czasu do czasu nie sprawiają problemu. Ale tak zupełnie poważnie - nie ma w tym nic złego. Wszyscy to przechodziliśmy i to zupełnie normalne zachowania, które rozumie i akceptuje każdy przeciętny i w miarę nie zgorzkniały obywatel świata. Nie chcę sobie nawet wyobrażać ile roboty trzeba poświęcić gromadzie dzieciaków i jak ciężko czasem bywa. Doskonale sobie zdaje sprawę, że nie zawsze da się też "zapanować" na sytuacją. Odnoszę się jednak do zachowania rodziców, którym wydaje się, że mogą nadużywać pewnych praw, tylko dlatego że mają dzieci.

Screen, który pokazałam pochodzi z posta, w którym dziewczyna prosiła o rady związane z sąsiadami, których dzieci (kilkuletnie) bardzo dotkliwie hałasują w nocy - skaczą, biegają i krzyczą, a oni sami nie reagują na prośby o ciszę - trwa to od dłuższego czasu. Dziewczyna została przez kilka matek zmieszana z błotem - krótko mówiąc powinna zaakceptować to, że nie może się wyspać, bo ważniejsze jest zaspokojenie potrzeb zabawy u dzieci sąsiadów z góry. Naprawdę nie chcę wierzyć, że moi czytelnicy mają podobne zdanie w tej kwestii jak tamci komentujący. Że naprawdę nie widzą nic złego w takim nadużyciu. Głęboko wierze, że to oburzenie było wynikiem mojego głupiego niedoprecyzowania tematu.  Jest w ciągu dnia naprawdę mnóstwo czasu na zabawę - wszystko można  zorganizować w taki sposób, żeby nie uprzykrzać snu ludziom za ścianą. 

W momencie kiedy pisze ten tekst, u sąsiada płacze niemowlak. I co? No i wsio, jest niemowlakiem, wszyscy nimi byliśmy. Ale sąsiad z góry, który pozwala swoim dzieciom biegać po korytarzu i drzeć się na cały głos po 23:00 nie budzi mojej sympatii i nie przyjmuje usprawiedliwienia, że jego dzieci mają prawo być dziećmi. Mają - a jeśli ktoś uważa, że jest inaczej to jest chyba smutnym i znudzonym człowiekiem. Ale ja mam prawo się wyspać i średnio mnie wówczas obchodzi, że dziecko zapomniało pobiegać i pobawić się w dzień. I takie samo zdanie mam w stosunku do ludzi, którzy czują silną potrzebę słuchać sobie w tygodniu głośnej muzyki po ciszy nocnej i nie potrafią zorganizować sobie słuchawek.

Moi sąsiedzi są pod tym względem raczej ogarnięci. Zdarzają się krzyki czy płacze - nawet w nocy. Czasami nawet nie pochodzą od dzieci, tylko dorosłych. Ale wszędzie tak jest i trzeba być naprawdę zgorzkniałą prukwą żeby robić aferę z powodu jednorazowego hałasu czy huku. Uważam, że powinniśmy takie rzeczy rozumieć i szanować, bo rodzina nie jest stworzona z robotów, które zawsze i wszędzie są w stanie pohamować swoje emocje. Ale są pewne granice akceptacji. 

Pamiętam z własnego dzieciństwa - też nie obchodziło nas, że ktoś pod nami musi się wyspać do pracy. Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, żeby to było tolerowane. Nie chcę teraz zabrzmieć jak jakiś Jakub Czarodziej, ale moi dziadkowie (bo tylko u nich miałam styczność z "blokowym" życiem), zawsze bardzo mocno się starali pilnować, żebyśmy nie denerwowali sąsiadów i zawsze krążyła legenda Złego Pana Sąsiada, który zapuka do drzwi jak będziemy w nocy głośno. Czy uważacie, że odbierali mi tym prawo do bycia dzieckiem? Bo mi się wydaje, że to zupełnie zdrowe podejście, które ma sprawić, że wszystkim będzie się żyło dobrze - a nie tylko dzieciom, które mają POTRZEBY.

A co konkretnego oburza mnie w tym screenie? Chyba najbardziej ta złośliwość i brak poszanowania - ja mam dzieci, my mamy prawo być głośno, a jak masz z tym problem, to dowalimy ci jeszcze bardziej.

Z takim podejściem rodziców spotykam się jednak na co dzień i niejednokrotnie czytałam komentarze opisujące matki, które oburzały się, że ich dzieciom ktoś ma czelność zwrócić uwagę - na przykład za przeszkadzanie i krzyki w kinie. Z całym szacunkiem do wszystkich dzieci i rodziców - nie kupuję usprawiedliwienia, że dziecko musi się wykrzyczeć i ma prawo to robić o każdej porze dnia czy nocy i niezależnie od miejsca. Nie traktujmy dzieci jako nierozumne istoty, którym nie da się w żaden sposób wyjaśnić jak powinny się zachować. Uściślę - nie chodzi o pojedyncze wypadki, a o notoryczne sytuacje i lekceważenie problemu przez rodziców.

Istnieje pewna grupa ludzi, którzy uważają że dzieci nie powinno się zabierać do miejsc publicznych czy do restauracji, bo będą innym zakłócać spokój. Czy się z tym zgadzam? No skąd! Jak mają się uczyć życia w społeczeństwie będąc od tego społeczeństwa izolowanym? Dzieci są jego częścią i mają prawo tego doświadczać. Ba, jest to przecież niezbędne do tego, żeby nauczyły się w nim funkcjonować. Myślę jednak, że dzieci same w sobie nikomu by nie przeszkadzały. Problem pojawia się, gdy rodzic nie reaguje na złe zachowania dziecka, a czasami jeszcze się oburza, że ktoś ma czelność zwrócić uwagę. Tak nie powinno być. To informacja, że wszystko dziecku wolno. Że jeśli ma ochotę może krzyczeć sobie w trakcie seansu, i nie ma w tym absolutnie nic nie właściwego.

Wśród komentarzy jakie pojawiły się pod screenem znalazł się też taki: 'skoro nie chcą mieszkać obok dzieci to niech budują sobie dom, a nie mieszkają w bloku!!". No nie. Pozwalanie dzieciakom na hałas w nieodpowiednich godzinach jest złe i niezgodne z prawem, a ja bardzo chętnie przyjmę fundusze na budowę domu. Doskonale rozumiem, że dziecko to mała maszynka, która nie usiedzi w spokoju i ciszy, i to nie jest kwestia pstryknięcia palcem żeby sobie ucichło. Na wszelki wypadek powtórzę: to nie niemowlak płaczący za ścianą czy dziecko którego rodzic nie może uciszyć w nocy z różnych powodów są problemem. A tych powodów może być mnóstwo - od chorób i zaburzeń, po wypadki czy pojedyncze dziecięce kaprysy żeby sobie pohałasować. Naprawdę biorę po uwagę takie aspekty. Problemem jest podejście "Ja mam dzieci, ja mam prawo, a Ty to szanuj". Choć dzieci mają pełne prawo płakać, śmiać się czy krzyczeć, nie powinny być uczone, że wszystko i zawsze im wolno. Uderza mnie to, że tak wielu rodziców nie potrafi tego prostego stanu rzeczy pojąć. Bo to kompletnie nie chodzi o sam fakt tego, że dzieci są głośne. Nie mam z tym absolutnie żadnego problemu. Chodzi o roszczeniowość i brak szacunku do ludzi, którzy muszą w tym uczestniczyć zupełnie nie z własnej woli.

To by było na tyle. Mam nadzieję, że odpowiednio sprecyzowałam o co mi chodziło - a wydaje mi się, że to dosyć istotny problem. Nikt nie zmierza do tego żeby odbierać dzieciom możliwość bycia dziećmi. Nikt nie utylizuje ich że społeczeństwa. Ale gdzieś tam żyją jeszcze inni ludzie. Którym mogą nie odpowiadać wrzaski, biegi i skoki o 1 nad ranem  - i faktu tego nie usprawiedliwia dzieciństwo. Mam nadzieje, że rodzice którzy to czytają, nie zrozumieją tekstu jako lincz w kierunku zachowań typowych dla dzieci i nie będą się na mnie obrażać :D

Zapraszam także do starszych "dyskusji":



lutego 11, 2019

Prosty krem do twarzy z koenzymem Q10 i elastyną

Prosty krem do twarzy z koenzymem Q10 i elastyną
Miałam wrzucić go za tydzień, ale była mała zmiana planów! Generalnie kremy są bardziej skomplikowane do zrobienia i potrzebna jest tu większa wiedza niż przy tworzeniu maceratów, toników czy peelingów. Można tworzyć prostsze receptury z jednym emulgatorem, ale nie obędzie się bez strat i porażek, rozwarstwiania się emulsji czy problemów z konsystencją. Sama jestem w tej kwestii raczkująca, dlatego nie będę dla Was tworzyć skomplikowanej receptury od podstaw - wybrałam gotową bazę kremową, dzięki której nie trzeba myśleć o odpowiednim doborze konserwantów i emulgatorów.

latwydomowykremprzeciwzmarszczkowy


Właściwości poszczególnych składników kremu


Olej awokado - uzupełnia barierę lipidową, odżywia skórę, ma sporo witamin, regeneruje i zabezpiecza.

Olej z dzikiej róży - silny antyoksydant, regeneruje, łagodzi stany zapalne, odżywia skórę. Może też wspomagać walkę z niewielkimi bliznami.

Hydrolat lawendowy - działa nawilżająco, antyseptycznie, reguluje ph skóry, przyspiesza gojenie i działa lekko antyoksydacyjnie. Reguluje pracę gruczołów łojowych.

Wyciąg z jeżówki - stymuluje do syntezy kolagenu, chroni przed UV, działa łagodząco i antybakteryjnie na stany zapalne, działa przeciwwirusowo - istnieją doniesienia, że chroni przed powstawaniem opryszczki (dlatego postanowiłam, że kem będzie leciał też na usta, co mi tam).

Ekstrakt z kurkumy - ma działanie antybakteryjne, antyseptyczne (kolejna rzecz dobra na trądzik). Ujednolica koloryt skóry, jest antyoksydantem.

Wyciąg z owoców mandarynki - Według informacji ze strony ZSK: "Owoc mandarynki jest bogaty w kwas cytrynowy, wiele witamin, m.in. C, B1 i prowitaminę A, pektyny, glikozydy, sole mineralne. Wykazuje działanie antyseptyczne, odmładzające, rozjaśniające i ujędrniające."

Wyciąg z wąkroty azjatyckiej - wzmacnia wytrzymałość naczyń krwionośnych, jest antyoksydantem, poprawia mikrokrążenie i stymuluje produkcję kolagenu.

Wyciąg z owoców rokitnika - zawiera ponad 200 substancji aktywnych, w tym witaminy, garbniki, flawonoidy itp. To bomba witaminy C. Spowalnia starzenie, łagodzi, nadaje się do cery trądzikowej.

Mikroliposomy - koenzym Q10 + tetrapeptyd - produkt składa się z koenzymu Q10, palitynianu tetrapeptydu, lecytyny, sorbitolu i panthenolu. Produkt niweluje działanie wolnych rodników. Jak podano na ZSK: "Lipidowa pochodna tetrapeptydu bardzo łatwo wnika w nasze komórki skóry gdzie zmniejsza syntezę interleukin, dzięki czemu hamuje procesy starzenia się komórek." Ma szansę wnikać głębiej za sprawą małych cząsteczek. Chroni kolagen i elastynę przed degradacją. Efektem zastosowania całego preparatu jest większe nawilżenie i ogólne spowolnienie starzenia się skóry.

Elastyna - występuje w skórze wraz z kolagenem, ale organizm produkuję włókna elastynowe mniej więcej do 25 roku życia. Dokopałam się do informacji, że elastyna stosowana zewnętrznie bardzo dobrze wnika wgłąb skóry i wygładza zmarszczki.

Witamina E - silny antyoksydant, "konserwant" fazy olejowej.

Olejek lawendowy - działa antybakteryjnie i antyseptycznie.


Efekty i moje wrażenia

Bardzo mnie cieszy, że po nałożeniu go nie odczuwam dyskomfortu nad górną wargą. Nie czuje tego charakterystycznego "pocenia się pod nosem". Prawdopodobnie odpowiada za to tak spora ilość olejów. Krem stosuję zarówno na dzień, jak i na noc - jednak rano staram się nałożyć absolutnie minimalną ilość, bo krem jest tak tłusty i ciężki, że moja twarz wygląda po nim nieświeżo. Konsystencja oprócz tego, że jest bardzo gęsta i ciężka, w dodatku także bardzo się lepi - krem jest lepki i klejący, więc nałożenie zbyt dużej ilości może być nieprzyjemne i niewygodne. To ma natomiast pewną zaletę - niewielka ilość kremu sprawdza się także jako baza pod makijaż. Zwykle nie używam baz, ale w tym wypadku staram się nałożyć cienką warstwę zanim będę nakładać cienie i mam wrażenie, że idealnie się do niego kleją i trzymają na powiekach dłużej. Używam go także do rąk, bo działa trochę jak taka niewidoczna zimowa rękawiczka. Budzę się z totalnie miękka, nawilżoną i odżywioną skórą twarzy i nie pamiętam kiedy ostatnio miałam problem z suchymi skórkami (aczkolwiek to może być też zasługa serum, masek i częstszych peelingów).


Dla kogo jest ten krem?

Na pewno nie dla osób, które oczekują od kremu natychmiastowego wchłaniania, lekkości, niewyczuwalności. Krem jest naprawdę turbo ciężki i gęsty, czuć go na skórze cały czas. Mi to nie przeszkadza, całkiem to lubię, ale dla większości będzie to przytłaczające i niezbyt wygodne. Myślę, że nada się raczej do cer suchych oraz do zimowego zabezpieczania twarzy i skóry.

Trzeba też wspomnieć, że jego zapach nie jest taki cudowny jak w przypadku drogeryjnych kosmetyków z kompozycjami zapachowymi. Pachnie bardzo specyficznie - jest zdominowany przez zapach oleju z awokado, który mi kojarzy się trochę z zapachem nadpsutych, fermentujących owoców (ale nie aż tak, żeby mi to przeszkadzało, na skórze jest niewyczuwalny).


Skład bazy kremowej, której użyłam:

Aqua, Glycerin, Sorbitan laurate, Polyglyceryl-4 laurate, Dilauryl citrate, Hydroxyethyl acrylate, Sodium acryloyldimethyl taurate copolymer, Trilaureth-4 phosphate, Lauryl glucoside, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin

Moja baza kremowa (1-1-3) jest ze Zrób Sobie Krem.


latwydomowykremprzeciwzmarszczkowy



Składniki kremu:

- Baza kremowa - 30 ml
- Olej awokado - 20 ml
- Olej z dzikiej róży - 10 ml
- Hydrolat lawendowy - 20 ml
- Wyciąg z jeżówki - 10 ml
- Wyciąg z kurkumy - 10 ml
- Wyciąg z owoców mandarynki - 10 ml
- Wyciąg z wąkroty azjatyckiej - 10 ml
- Wyciąg z owoców rokitnika - 10 ml
- Mikroliposomy - koenzym Q10 - 10 ml
- Elastyna - 5 ml
- Witamina E - 6ml
- Olejek lawendowy - 5 kropli


Przygotowanie:

Najpierw należy przygotować miarki, żeby dokładnie odmierzyć wszystkie surowce. Potrzebne nam też coś do mieszania - łyżka lub spieniacz do mleka i oczywiście wygodne naczynie. Wszystko warto potraktować etanolem, oczywiście myjemy łapy i ogólnie staramy się, żeby wszystko przebiegało dosyć sterylnie - na ile to możliwe w warunkach domowych. Zaczynam od odmierzenia sobie do zlewki składników z fazy wodnej, czyli hydrolat, ekstrakty.

Przechodzimy teraz od wymieszania bazy z olejami. Zgodnie z tym co zaleca producent, krem ma składać się z 1 części bazy, 1 części oleju i 3 części fazy wodnej. Jeśli witaminę E zaliczamy do części olejowej, to w tym przepisie wyjdzie nam 5 ml więcej oleju i 5 ml mniej fazy wodnej, ale to nie szkodzi.

Następnie dodajemy produkty wodne i energicznie mieszamy lub miksujemy. Z początku tworzą się zawiesiny i grudki, które znikają niemal od razu przy energicznym mieszaniu i tworzy się gęsty krem. Na koniec dodaję elastynę i mikroliposomy i ponownie mieszam. Wydawać by się mogło, że 30 ml bazy przy 120 ml pozostałych produktów, z czego 90 ml to faza wodna, to strasznie mało i kosmetyk wyjdzie wodnisty. Tymczasem produkt końcowy jest zdumiewająco gęsty i ciężki, więc nie musicie się obawiać, że wyjdzie jakaś lura.

Przekładamy krem do czystego słoiczka i gotowe! Kremu nie trzeba już niczym konserwować i ma datę ważności 6 miesięcy. Dla dodatkowego bezpieczeństwa warto przechowywać go w lodówce, ale w moim przypadku spowodowałoby to, że nie chciałoby mi się go używać.

Najnowsze przepisy na blogu, które także obecnie stosuję:

- Serum przeciwzmarszczkowe do cery trądzikowej

- Maska do cery naczynkowej (nie jednorazowa)

lutego 08, 2019

4 ulubione maski i odżywki do włosów

4 ulubione maski i odżywki do włosów
Dziś mam małe podsumowanie ulubionych produktów do włosów - odżywek oraz masek. Nie widzę żadnej różnicy między tymi produktami w kwestii nazewnictwa, dlatego używam odżywek i masek zamiennie - to nie tak, że odżywki są na co dzień, a maski po bożemu raz w tygodniu.



Zanim przejdę do konkretnych produktów chciałabym jeszcze opisać po co właściwie mi odżywki, bo niestety mam na ten temat trochę inne zdanie niż wszyscy. Większość ludzi używa ich po to żeby włosy odżywiać, regenerować, nawilżać, naprawiać, zabezpieczać, sprawiać, że dają się rozczesać. Ja w większość tych rzeczy nie wierzę. Wiem jakie konkretne składniki odpowiadają za regenerację (proteiny) i wiem, że ta regeneracja nie do końca wygląda tak jak sobie tego wyobrażamy. To nie działa tak, że używamy protein i bum - włosy naprawione. Regularne dostarczanie ich to podstawa, ale nie ma co się łudzić, że to wystarczy żeby mieć zdrowe włosy. Dalej mamy nawilżanie, ale sposób w jaki używam odżywek sprawia, że raczej nie mam szansy ich nawilżyć. Pozostaje zabezpieczanie i rzeczywiście emolienty to najbardziej pożądane prze mnie składniki w codziennej pielęgnacji. Moje włosy są specyficzne i co wielokrotnie już mówiłam - wyglądają jak gówno, jeśli je umyje szamponem, a następnie użyje odżywki. Nie ma znaczenia czy to byle jaka odżywka za 5 złotych czy super bogata receptura. Nie znoszę przyklapu, nie znoszę włosów idealnie rozczesujących się, prostych i sypkich. A odżywki w standardowym stosowaniu niestety to powodują (dla mnie to jest ich wada, domyślam się jednak że większość ludzi tego właśnie od nich oczekuje).

Ja odżywek używam na trzy sposoby:

  • do mycia 
  • jako baza do bogatszych, domowych masek
  • samodzielnie podczas mycia - na skalp szampon, a na resztę włosów odżywka 
  • jako baza do maski chelatującej przed użyciem henny lub senesu (tak się kończy, jeśli się tego nie robi)
Tylko te sposoby nie powodują u mnie przyklapu. 


Produkty, o których będę mówić, to dobrze znane, dostępne i dosyć tanie kosmetyki, do których często wracam


1. Alterra maska aloes i granat

To bardzo tania maska, która chyba jest równie znana co Jantar. Często do niej wracam - szczególnie kiedy nie mam pomysłu co nowego mogłabym przetestować. Jest na oleju sojowym, ma trochę masła shea i rycyny i trzy ekstrakty. Nic specjalnego, ale skład całkiem spoko jak za taką cenę. Dość dawno doszłam do wniosku, że nie opłaca się wydawać dużej kasy na produkty, które nakładam tylko na włosy na długości - szczególnie, że przy moim sposobie stosowania niemal wszystkie odżywki działają tak samo, nie ma znaczenia, czy są tanie czy drogie. Wyjątkiem była Tołpa, której kiedyś używałam. To była jedyna odżywka, której mogłam użyć bezpośrednio po szamponie i nie powodowała przyklapu, tylko objętość, ale o ile pamiętam jaką sporo quatów i silikonów. Ale wracając do Alterry - według mnie jest wystarczająca do zabezpieczania. Zawsze można do niej dodać protein co jakiś czas jeśli jest potrzeba, ale na co dzień idealna.


Skład: Aqua, Alcohol, Cetearyl Alcohol, Stearamidopropyl Dimethylamine, Glycerin, Glycine Soja Oil, Sodium Lactate, Punica Granatum Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Punica Granatum Fruit Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Acacia Farnesiana Flower Extract, Panthenol, Panthenyl Ethyl Eter, Lauroyl Sarcosine, Hydroxyethylcellulose, Tocopheryl, Helianthus Annuus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, Parfum, Linallol, Limonene, Geraniol, Citronellol, Citral



2. Garnier Hair Food Goji

Miała już swoją recenzję na blogu (tutaj). Zacznijmy od tego, że według mnie skład nie jest powalający, np. w porównaniu z tanią Alterrą. Olej słonecznikowy, gliceryna, ekstrakty. Dość tanie surowce. Dlatego choć bardzo ją lubię, mam raczej problem z wydawaniem potrójnej kasy za podobne składy i jak wspominałam - podobne działanie. Goji jednak ma jedną zaletę nad Granatem Alterry - nadawało się do mycia włosów. Mimo wszystko trochę szkoda ją zużywać w taki sposób na moich długich włosach, bo starczyłaby na 5 użyć (cebula alert). Tej maski wyjątkowo używałam czasami także na suche włosy - nakładanie odżywek działa wówczas trochę stylizująco i odrobinę podkręca objętość.


3. Drożdżowa Bania Agafii

Jedyna, której Wam nie pokarzę, bo wywaliłam opakowanie. Ta maska jest polecana głównie do skalpu, bo ma przyspieszać porost. Czy działa w taki sposób - nie wiem, bo nie używałam jej do skalpu. Patrząc na skład ma duży potencjał. Drożdże piwne, sok brzozowy, ostropest, mącznica, oleje: z kiełków pszenicy, orzechów cedru, dzikiej róży i porzeczki. Maska ma bardzo specyficzny zapach - pachnie jak świeżo upieczone ciasteczka. Na kilometr bym ją rozpoznała po zapachu. Planuję znowu ją zamówić jak tylko wykorzystam całą taczkę zgromadzonych odżywek. Tym razem będzie szła dla odmiany na skalp. Na długości sprawdzała się bardzo dobrze i nie było potrzeby jej niczym wzbogacać.


Skład: Aqua with infusions of: Yeast Extract, Betula Alba Juice; enriched by extracts: Inula Helenium Extract, Arctostaphylos Uva Ursi Extract, Silybum Marianum Extract, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Guar Gum; cold pressed oils: Triticum Vulgare Germ Oil, Ribes Aureum Seed Oil, Pinus Sibirica Cone Oil, Rosa Canina Friut Oil, Ascorbic Acid, Panthenol, Glucosamine, Citric Acid, Parfum, Benzoic Acid, Sorbic Acid.


4. Isana arganowa - odżywka do włosów ekstremalnie zniszczonych i suchych

Na koniec zostawiłam najtańszą i najgorszą opcję, ale mimo wszystko taką, którą całkiem lubię i która jest najlepsza, gdy szybko potrzebuje efektu wow - w postaci soczystości, objętości itp (oczywiście nadal stosowana tylko na długość, a szampon na skalp, nie jedno po drugim). Ma w sobie quata (w sumie nie wiem, czy on jest spoko czy raczej przypomina silikon), a dwa oleje to w sumie jedyne składniki pielęgnacyjne, więc ogólnie bieda, ale mimo wszystko jest tak tania, że zawsze po nią sięgnę i trzymam na w razie co. Takie tanie produkty są według mnie zajebiste jako bazy - bo mamy fajną konsystencję odżywki, i możemy ją sobie dowolnie podkręcić.


Aqua, Cetearyl Alcohol, Propylene Glycol, Quaternium-87, Hydroxyethylcellulose, Behentrimonium Chloride, Distearoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Argania Spinosa Kernel Oil, Prunus Domestica Seed Oil, Panthenol, Parfum, Stearamidopropyl Dimethylamine, Citric Acid, Benzyl Salicylate, Limonene, Isopropyl Alcohol, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid.

Których masek z tej listy już wypróbowaliście? :D


Najnowsze przepisy:

- Maska do cery naczynkowej

- Serum przeciwzmarszczkowe dla cery trądzikowej

Copyright © 2016 gnome household , Blogger