grudnia 31, 2018

Dlaczego nienawidzę składania życzeń przez Internet?

Dlaczego nienawidzę składania życzeń przez Internet?
Grudzień to miesiąc, który byłby piękny, gdyby nie dwie okazje, do zaśmiecania mi skrzynki przez ludzi, którzy mają mnie w dupie. Życzenia przez internet - kto z nas nigdy tego nie robił? Ja robiłam - dawno, za czasów gimbazy. Wtedy obowiązkowo trzeba było napisać na fejsie "sto lat" Weronice, czy innej Beatce, którą znam tylko z widzenia. Większość z tego wyrosła, niepokoi mnie, że tak wielu zostało i wciąż to robi.



Mamy ostatni dzień roku, a ja dostałam już kilka identycznych skopiowanych formułek na fejsie - od ludzi, którzy się nawet nie znają i nie mogli się nimi wymienić. Wyobrażacie sobie więc ile osób dostało taką samą wiadomość? To samo było w święta - świąteczne esemeski o wódeczce i cyckach to już pomijam, ale także masa gifów, grafik i innych gówien, które każdy wysyła z automatu, bo taki jest nasz obywatelski obowiązek.

W tym wszystkim staram się jakoś usprawiedliwiać starsze osoby z rodziny - gdzieś tam głęboko zakorzenione mają poczucie, że tak trzeba, że tak wypada. Że trzeba dzwonić w imieniny cioci Krysi, której na oczy nie widziało się 10 lat, że trzeba pamiętać. Ale mam problem ze zrozumieniem młodszego pokolenia i ludzi, z którymi nawet nie rozmawiam, a też dostałam od nich dwa słowa życzeń albo głupi gif. Czemu to ma służyć? Czy na ulicy też podchodzicie do nieznajomych ludzi i wciskacie im fałszywe "sto lat" i "wesołych świąt"? To wszystko jest po prostu zwyczajnie żenujące. To żaden wysiłek i szczere chęci, a jedynie potrzeba szybkiego "odhaczenia" zadania, które powinno się zrobić, bo co ludzie pomyślą.

Nie składam ludziom życzeń, jeśli nawet nie wiem czym się interesują, o czym marzą, kim są. Nie odpisuje na durne życzenia urodzinowe i za nie nie dziękuje, bo czułabym się źle, że marnuje czas na dziękowanie za nieszczere teksty od osób, którym jestem kompletnie obojętna i dla których jestem tylko kolejnym avatarem Facebooka.

Nie uczynicie świata lepszym i bardziej wartościowym przez wysyłanie ludziom mało szczerych i nie wymagających wierszyków o Wesołym Jajku. Napisanie życzeń od serca, to zaledwie kilka minut roboty. Naprawdę. I wystarczy napisać je tylko najbliższym osobom, nikt nie wymaga, żebyście rozdawali je komu popadnie.

Olu, z którą ostatni raz widziałam się na obozie tanecznym 8 lat temu - nie obrażę się jeśli zapomnisz o moich urodzinach.

I to tyle ode mnie. Nic wam nie życzę - za to dziękuje, że byliście ze mną! Podeślijcie ten tekst każdej osobie, która straciła te cenne 4 sekundy życia na wysłanie Wam noworocznego wierszyka!

grudnia 27, 2018

Bielenda Botanic Spa Rituals - moje wrażenia

 Bielenda Botanic Spa Rituals - moje wrażenia
Trochę późno się za to zabieram, ale raczej nie mam w zwyczaju magazynować zbyt wielu kosmetyków, dlatego moja recenzja zielonej serii Botanic Spa pojawia się w chwili, gdy cały internet już o nich słyszał. Jak tylko je potestuję, zabieram się za serię brązową. Mam 4 kosmetyki, z czego jeden z linii "opuncja i aloes" a reszta "kurkuma i chia".

bielendabotanicspamojewrazenia


Olejek przeciw zmarszczkom

Kupiłam go najpierw, więc testowałam trochę dłużej. Olejek jest bardzo przyjemny, aczkolwiek nie zwala z nóg. Dobrze się wchłaniał, czasami używałam go zamiast kremu i wychodziłam tak do ludzi. Bardzo lubię czuć oleje na skórze. Zwykle jednak wędrował do kremu lub na krem, bo miałam wrażenie, że sam krem tak dziwacznie zastyga na twarzy i potrzebowałam, no właśnie, czuć się tłuściej :D. Podoba mi się, że nie ma tu oleju sojowego albo z winogron, bo to dla mnie takie tanie zapychacze. Czy działa przeciwzmarszczkowo? Za krótko go testowałam, żeby to stwierdzić, i nie do końca wierze, że oleje mają takie właściwości.


Skład: Persea Gratissima (Avocado) Oil, Tripelargonin, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Oryza Sativa (Rice) Bran Oil, Ethylhexyl Stearate, Tocopheryl Acetate, Opuntia Ficus - Indica Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder*, Tocopherol, Aqua (Water), Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool




Serum regenerujące kurkuma + chia

Serum ma konsystencję lekkiego żelu. Nie mogłam się do niego przyzwyczaić, bo zwykle używałam olejowych. Myślę, że nie ma opcji żeby go używać inaczej niż pod krem lub olej, bo nie ma w składzie fazy tłuszczowej i może zwyczajnie wyparować. Takie też mam uczucie, gdy go nakładam i zwlekam z nakładaniem kremu. Ma potencjał nawilżający, ale odnoszę wrażenie, że to strasznie pospolita i prosta receptura. Gliceryna na początku składu nie każdemu pasuje w dodatku. Pomimo, że jest przyjemne, nie widzę dodatkowego nawilżenia, poza tym które mam z samego kremu. Mojej skórze jest to chyba obojętne. Chociaż w zasadzie dosyć ciężko to sprawdzić. Jeśli macie to serum, nie pasuje Wam, a nie wiecie jak zużyć, powinno się świetnie sprawdzić w formie podkładu pod olej na włosy. Ja swoje akurat zużyje do twarzy, dość szybko mi schodzi, ale nie sądzę że kupie ponownie. Jest zwykłe - nie robi mi krzywdy, ale też nie działa spektakularnie. Jestem ciekawa jak by się sprawdziło na poparzenia słoneczne, myślę że gdybym testowała je w takich okolicznościach, bardziej by mnie mogło zachwycić. Tyle nawilżaczy na początku składów mogłoby ładnie ukoić skórę.


Skład:

Aqua (Water), Sorbitol, Glycerin, Panthenol, Sodium Lactate, Rosa Damascena Flower Water, Salvia Hispanica Seed Extract, Curcuma Longa Root Extract, Mandelic Acid, Sodium Hyaluronate, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Sodium Dehydroacetate,
Benzyl Alcohol

bielendabotanicspamojewrazenia


Śmietanka myjąca kurkuma + chia

Paradoksalnie ulubiona rzecz z tego zestawu, na samym początku zrobiła na mnie najgorsze wrażenie. Dlaczego? Bo traktowałam ją nie jako demakijaż, a mleczko myjące twarz bez tapety. Zostawiała mi potem taką nieprzyjemną warstwę jak to bywa z kosmetykami na emulgatorach. Może znacie to uczucie - pocenie się pod nosem. Pewnej nocy po imprezie wreszcie przetestowałam ją jako demakijaż i tu byłam wniebowzięta. Idealnie zmyła grubą szpachlę i to bez użycia żadnego wacika. Uwielbiam takie mleczka, bo wystarczy je wsmarować w twarz, spłukać wodą i powtórzyć, a cały makeup znika. Nienawidzę wykonywać demakijażu wacikami, ścierami i innymi przedmiotami, czuje się taka brudna jak to robię. Mleczko idealnie sobie radzi bez tego. Także teraz będę go używać już tylko w takiej formie i chyba nawet kupię ponownie o ile coś innego w podobnym stylu do mnie nie trafi.

Skład: Aqua, Tripelargonin, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Cocos Nucifera Oil, Persea Grotissima Oil, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Curcuma Longa Root Extract, Salvia Hispanica Seed Oil, Tocopheryl Acetate , Olus Oil, Tocopherol, Sodium Stearoyl Glutamate, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.



Krem regenerujący na dzień/noc - kurkuma + chia

Krem oprócz śmietanki też chyba najbardziej przypadł mi do gustu, pomimo wrażenia zasychania na twarzy. Jest dość ciężki według mnie, chociaż mógłby być jeszcze bardziej. Pięknie pachnie, ma śliczny skład (choć nadal prosty). Nie zapchał mnie, nie wchłania się na mnie do końca. Z dnia na dzień nawilżył mi przesuszoną na mrozie skórę, która była tak napięta, że aż bolało. Kupiłam go też mamie, ciekawe jak wrażenia u niej. Używam go rano i wieczorem, ale drugą opcję wzbogacam olejkiem. Widziałam, że sporo osób na niego narzeka, a mi całkiem pasuje. Fajnie, że można go kupić na miejscu, bo jeszcze do niedawna w Rossmanie było kiepsko z dobrymi składowo kremami.



Skład:  Aqua (Water), Tripelargonin, Orbignya Oleifera Seed Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin, Ethylhexyl Stearate, Sorbitan Stearate, Olea Europea (Olive) Fruit Oil, Tocopheryl Acetate, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Betaine, Salvia Hispanica Seed Oil, Curcuma Longa Root Extract, Olus Oil, Tocopherol, Zea Mays (Corn) Starch, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool



Podsumowując


Myślę, że są to kosmetyki idealne na początek. Składy są bardzo dobre - ale adekwatne do ceny i myślę, że w takiej cenie ogólnie ciężko dostać kosmetyki, które powalają na kolana ogólnym działaniem. Składy są bardzo "podstawowe" - choć nie mają szkodliwych substancji, nie mają też w sobie żadnych niesamowitych, nietypowych składników. Składniki są bezpieczne i nieszkodliwe - ale to być może za mało dla bardziej wymagających konsumentów, którzy oczekują nie tylko naturalnych składów, ale także efektu wow. Te kosmetyki były dla mnie naprawdę bardzo przyjemne i nie narzekałam. Kiedy miałam skórę wysuszoną na wiór po zabawach w ciężki makijaż i łażenie po mrozie - odrobinka kremu dawała mi niesamowitą ulgę od razu po nałożeniu. Pytanie czy tak podstawowy skład jest w stanie zrobić coś więcej i długofalowo działać np. na spowolnienie starzenia skóry. Najbardziej interesującym mnie składnikiem jest w nich oczywiście olej z opuncji (tylko w olejku), choć jest dosyć daleko w składzie. Oprócz tego jestem fanką kurkumy i wiem jakie ma zalety. Poza tym - dość pospolite składniki. Myślę jednak, że i tak lepiej celować w tą serię, niż jakieś drogeryjne badziewia. Bardzo się cieszę, że Bielenda zaczyna wprowadzać coraz więcej dobrych składowo kosmetyków, mam  nadzieje że pójdzie o krok dalej i zaskoczy nas bardziej niezwykłymi recepturami.


Jestem bardzo ciekawa co Wy o nich sądzicie - a grupach widzę jak zwykle bardzo różnorodne opinie, jedni zachwalają, a inni wyśmiewają. A Wy?


Najnowsze wpisy:

- Dlaczego uważam, że postanowienia noworoczne to idiotyzm?

- Domowa maska przyspieszająca porost + wyzwanie



grudnia 23, 2018

Postanowienia noworoczne to idiotyzm

Postanowienia noworoczne to idiotyzm
Jeszcze kilka dni do końca roku i już zaczynam dostrzegać wszędzie symbole stycznia - między innymi durne postanowienia i ci biedacy, którzy doskonale sobie zdają sprawę, że ich nie spełnią, a jednak nadal się oszukują i piszą specjalne listy i plannery. Zastanawia mnie jak wiele lat potrzeba, żeby człowiek wreszcie zdał sobie sprawę, że to bezcelowe.



Też to kiedyś robiłam. Zwykle dotyczy to planów związanych z ćwiczeniami i rozwojem osobistym. Od stycznia zaczynam siłownie, od stycznia zacznę się uczyć, od stycznia zacznę robić prawko. I to działa. Zwykle jakiś tydzień. W moim przypadku kilka godzin. Styczeń nie jest magiczny i nie sprawi, że największy leń i nierób nagle zacznie spędzać 24 h na pracy i ćwiczeniach. To wszystko siedzi w głowie, a motywacja nie jest zależna od dat. Ten głupi nawyk rozpoczynania wszystkiego od nowego roku jest według mnie całkiem szkodliwy. Gdy pod koniec roku zaczynamy sobie powoli zbierać plany do kupy, ale zamiast podejmować już pierwsze kroki by je spełnić, czekamy i czekamy na odpowiedni moment, to cały zapał słabnie, emocje opadają, plany nie wydaja się już tak ważne. Część osób się wykrusza i przesypia odpowiednią chwilę, część wytrzymuje kilka dni, części udaje się działać kilka tygodni czy miesięcy, nielicznym uda się to zorganizować w całości i do końca. Czy znacie jakąś osobę, której udało się schudnąć 20 kilo po noworocznym postanowieniu? Bo ja nie znam, nie znam też nikogo kto utrzymałby się w jakimkolwiek innym noworocznym postanowieniu. To oczywiście o niczym nie świadczy, bo na pewno gdzieś tacy ludzie istnieją, co nie zmienia faktu, że te postanowienia są w większości przypadków gówno warte.

Najgorzej dzieje się jak prześpimy styczeń. W lutym nadchodzą wyrzuty sumienia, a skoro straciliśmy już miesiąc, to trzeba czekać cały rok, żeby móc zacząć tak na serio. Ale to już na sto procent. No nie. Robicie sobie krzywdę.

Dlatego mam dla Was dobrą radę. Jeśli chcecie coś zmienić, to czekanie do magicznej daty 1 stycznia nic nie pomoże. Zanim ten styczeń nastanie, cała motywacja do zmian zdąży się rozpłynąć w powietrzu. A co gdybyście wprowadzili zmiany już w grudniu? Czy to cokolwiek zmienia? 

Moje sprawy i plany rozkwitły w tym roku - a dokładniej, w połowie roku. Gdybym sobie postanowiła, że wszystkie zacznę realizować dopiero w styczniu 2019, żeby zacząć na czysto, to wpisy na blogu nadal pojawiałyby się co dwa miesiące, a ja nadal nie miałabym z tego żadnego pożytku. Tymczasem udało mi się zrealizować bardzo dużo planów, do których wcześniej nie mogłam się zebrać. Oczywiście to nie tak, że gdy się plany ogarnia w środku roku, a nie na początku, to idzie lepiej i skuteczniej. Po prostu to czekanie na możliwość działania jest bezsensowną stratą czasu. Dlaczego tak lubimy sobie to robić? Każdy dzień jest ważny. Po co czekać miesiąc, aż będziemy mogli wziąć się za siebie, skoro w tym miesiącu można wykonać już pełną listę zadań, które przybliżą nas do osiągnięcia celu?

Nie czekajcie na początek roku. On gówno znaczy. Zacznijcie działać od razu i nie marnujcie cennych dni!


Żegnam się z Wami, idę produkować uszka i życzę Wesołych Świąt wszystkim czytającym mnie skrzatom :D


Najnowsze wpisu:



grudnia 20, 2018

Maska przyspieszająca porost włosów + wyzwanie

Maska przyspieszająca porost włosów + wyzwanie
Post miał być wczoraj, ale początek tygodnia był dość męczący i trochę się nie wyrobiłam. Dzisiaj mam dla Was przepis na super maskę na porost włosów. Pamiętam jak się z nią grzebałam jeszcze w gimnazjum i dawała naprawdę super efekty. Miałam wtedy bardzo dużo czasu, a pielęgnacja włosów była jedną z niewielu czynności, które robiłam z własnej woli. Teraz nie mam już takiej cierpliwości, ale chętnie wrócę do tej maski, bo ostatnio złapało mnie zimowe linienie. Mam nadzieje, że przepis Wam się przyda. Czytajcie wpis do końca - być może ktoś będzie chętny wziąć udział w małym eksperymencie, który polega na mierzeniu włosów w trakcie używania tej maski przez miesiąc! A ja już nie przedłużam i zapraszam do czytania.

jakszybkozapuscicwlosy



Skład maski:

- sok z czarnej rzepy (połówka warzywa)
- macerat z łopianu - łyżka
- napar z kozieradki - dwie/trzy łyżki
- kapsułka witaminy E
- szczypta cynamonu/suszonego imbiru lub ostrej papryki


Jak robimy maskę?

Zaczynamy od zrobienia maceratu - który wystarczy nam na kilka tygodni przy codziennym robieniu maski,. Macerat robimy na gorąco, bo się nam spieszy i nie tracimy kilku tygodni na dojrzewanie oleju. Bazowy tani olej - około szklankę, mieszamy z podobną ilością suszonego korzenia łopianu i wrzucamy na palnik. Podgrzewamy aż olej prawie zacznie wrzeć i zmniejszamy ogień. Na niewielkim ogniu gotujemy olej bez wrzenia jakieś 15 minut. Następnie odcedzamy wystudzone zielsko, wyrzucamy, a olej z powrotem leci do gara - a do niego świeża partia łopianu. I powtarzamy gotowanie, znowu odsączamy i powstały olej jest naszym maceratem, który przechowujemy w ciemnym miejscu lub lodówce, w szczelnym zamknięciu.

Przygotowanie samej maski rozpoczynamy od zaparzenia kozieradki. Wystarczy zalać niewielką ilością wrzątku około łyżeczkę mielonych nasionek i zostawić do lekkiego przestygnięcia. Absolutnie nie dodajemy do maski wrzącej kozieradki. W międzyczasie ścieramy/mielimy rzepę i wyciskamy tylko sok. Resztę możemy zjeść, podobno to zdrowe ;v

Mieszamy sok z maceratem, witaminą E, przyprawami i dodajemy sam płyn z naparu kozieradki i gotowe.

Jak stosujemy?

Maski używamy najczęściej jak się da - czyli nawet codziennie o ile to możliwe. Ja myję włosy co dwa/trzy dni - i tylko wtedy będę jej używać. Minęły już czasy, że moje życie jest podporządkowane pod pielęgnacje włosów. Trzymamy ją na włosach co najmniej godzinę - z czego polecałabym raczej ponosić ją 2-3 godziny a nawet dłużej. Nakładamy tylko na skalp, nie na całe włosy! Zakładamy też czepek, żeby nic nie zaschło. Możecie wykorzystać okazję i na resztę włosów nałożyć zwykłą maseczkę, albo np. je naolejować. Ja nakładałam ją na nieświeży skalp, jeśli macie więcej cierpliwości możecie najpierw umyć włosy, nałożyć maskę i umyć je ponownie.

Przygotowana maska ma żywotność maksymalnie trzy dni. Jest to niestety dosyć pracochłonne, zrobienie jej zajmuje około 20 minut. Najwięcej trwa ścieranie rzepy, ale można ją po prostu zmielić w blenderze i odsączyć sok. Ja kiedyś bawiłam się w tarcie ręczne.


Dlaczego ta wcierka jest najlepsza?


Na każdego działa co innego. Ten przepis łączy jednak kilka kultowych składników wykorzystywanych w przypadku zapuszczania włosów. Kozieradka to nie tylko nawilżacz - nie od dziś wiadomo jak dobrze radzi sobie chociażby z hamowaniem wypadania włosów. W moim przypadku potrafiła zrobić to z dnia na dzień. Oczywiście zawsze najpierw trzeba wykluczyć potencjalne choroby, ale w przypadku gdy nic się z organizmem nie dzieje, kozieradka bywa zbawienna. Tak więc wcierka nadaje się też do takich problemów. Świeży sok z czarnej rzepy za sprawą wszystkich swoich substancji i witaminek, ma ogromny potencjał w kwestii zapuszczania włosów. Korzeń łopianu to także częsty składnik wcierek do włosów (np. Green Pharmacy). Suszone przyprawy i ich ostrość z kolei działają poprzez stymulację krążenia w skórze głowy. Do tego jeszcze przeciwutleniacz - witamina E. Tak naprawdę, można by zaszaleć jeszcze bardziej - dodać chrzanu, cebuli, imbiru, innych ziółek, naparów. Niestety mało kto ma czas, by codziennie taką miksturę sporządzać. Ta i tak jest dość pracochłonna.



Środki ostrożności


Pamiętajcie, że wszystkie zaproponowane przyprawy bardzo rozgrzewają skórę i mogą ją podrażniać. Sugeruję najpierw robić próby na niewielkiej części skalpu, a w przypadku bardzo mocnego pieczenia czy innych problemów - róbcie wcierkę bez nich. Sok z czarnej rzepy również może piec - tu co prawa będzie rozcieńczony innymi dodatkami, ale w razie gdyby nadal używanie tej wcierki skutkowało poważnym podrażnieniem, można go jeszcze bardziej rozcieńczyć wodą, albo dodać po prostu mniej. Porost porostem, ale jeśli macie cierpieć to nie warto. Oczywiście mówię to zapobiegawczo, prawdopodobnie wszystko będzie w porządku.


Wyzwanie zapuszczania - 30 dni z maską!

Jeśli jesteście chętni, możecie razem ze mną rozpocząć wyzwanie z wcieraniem tej maseczki. Najważniejsze to dokonywanie pomiaru najlepiej jak się da, a to niestety bywa zawodne. Chyba najlepszym sposobem jest kontrolne pasemko, które pokaże nam różnicę w odroście. Sama chętnie sprawdzę ile uda mi się w trakcie miesiąca uzyskać. Oczywiście ostrzegam - nie spodziewajcie się przyrostu 10 cm, to jest niemożliwe i żadna wcierka tego nie osiągnie.

Akcje zaczynam od jutra, ale Wy możecie zacząć w innym terminie (domyślam się, że niektórzy trafia na ten post np. za kilka tygodni czy miesięcy i również wtedy możecie brać udział i dawać mi znać jak wrażenia). Jeśli weźmiecie w niej udział, bardzo Was proszę o jakąś informację zwrotną - ile cm udało się uzyskać, w jaki sposób mierzone były włosy, co ile dni była nakładana wcierka, na jak długo, czy używałyście jeszcze innych środków stymulujących porost (suplementy itp). Informujcie mnie proszę koniecznie pod tym postem, chciałabym żeby ludzie, którzy tu trafią w przyszłości oprócz postu mięli także "opinie" innych ludków.

Możecie mnie też oznaczać na Instagramie, lub używać tagu #gnome_household. Najciekawsze fotki z efektami wstawię u siebie na Insta story!


Tyle ode mnie, lecę podlewać roślinki i wycierać kurze w mojej pieczarze!


Najnowsze wpisy:

Domowa maska w płachcie

Poradnik początkującego zbieracza (antyki, starocia, roślinki)


Nasza grupa kosmetyczna:

Laboratorium Leśnych Wiedźm


grudnia 14, 2018

Jak zamienić swój pokój w chatkę czarownicy? - moje porady dotyczące staroci i roślinek

Jak zamienić swój pokój w chatkę czarownicy? - moje porady dotyczące staroci i roślinek
Dzień dobry! Czasem dostaje od Was wiadomości z pytaniami skąd mam te wszystkie magiczne rzeczy. Zawsze wtedy odpowiadam, że to niestety nie kwestia jednego wyjścia na zakupy, a kilka lat zbierania, wyszukiwania zdobyczy w internecie i w innych dziwnych miejscach.

Dlatego dziś opowiem Wam co nieco o tym gdzie zdobywać te wszystkie przedmioty, pod jakimi hasłami ich szukać i jak się za to zabrać tak, by nie zbankrutować. Mam też listę rzeczy, których warto szukać na początku. Zapraszaaam!

jakkupowacantyki

Z jakimi miejscami trzeba się zaprzyjaźnić?

  • Portale ogłoszeniowe i apki (olx, przedajemy, gumtree, oddam za darmo i inne) - warto od razu pogrzebać w ustawieniach, jeśli to możliwe, to ustawić powiadomienia na konkretne frazy, żebyście od razu dostawali info o nowych przedmiotach z interesującej Was kategorii. Portale trzeba przeglądać kilka razy dziennie, bo nawet jeśli godzinę temu nie było darmowego stuletniego kufra, to ktoś właśnie w tej chwili może go wystawiać, i przegapicie. 
  • Lokalne grupy na facebooku - miejsca do sprzedaży/wymiany/oddawania rzeczy w waszym mieście. 
  • Sklepy z antykami i antykwariaty - z cenami bywa tu różnie, na pewno nie kupicie tu wszystkiego pół darmo, a niektóre starocia są naprawdę drogie, ale jest tam sporo naczyń i ozdób, które można dostać już od paru cebulionów, więc często da się jakieś perełki upolować. Plus w antykwariatach zdobędziecie sporo starych książek. Moje ulubione to te zielarskie - ze starymi rycinami. 
  • Secondhandy - w większych lumpach oprócz ubrań, często istnieje niewielki dział z przedmiotami. Ja mam sporo naczyń, kubków, filiżanek czy nawet ceramicznych doniczek właśnie z takich miejsc. Można tam nawet wygrzebać jakieś pięknie zdobione sztućce.
  • Pchle targi - w tej kwestii nadal jestem nieogarnięta, ciężko mi coś takiego znaleźć w moim mieście. Poszukajcie w internecie czy macie coś takiego u siebie. Targi często odbywają się w jakiś konkretny dzień tygodnia, często w porannych godzinach więc trzeba czatować.
  • Domy babć i cioć ze strony ojca - polecam, czasami wystarczy tylko przyjść w odwiedziny i przynieść kawałek ciasta, żeby dostać stary świecznik, pudło książek albo nazbierać odnóżek. 
  • Sklepy folkowe/etniczne/orientalne - np. Lookah i inne tego pokroju. Znajdziecie tam sporo minerałów, kamieni, cudnych naczyń, ozdóbek, podgrzewaczy, świec czy olejków i kadzidełek, a także fancy pudełeczka z drewna, biżuterię i masę innych cudowności.
  • Bazarki/stragany w górach lub za granicą - znajdują się tam podobne rzeczy jak w punkcie wyżej, ale trzeba trochę pogrzebać, bo ja osobiście wolę mieć kubek czy pudełko bez napisu "ZAKOPANE" ;V
  • Ze sklepów - Pepco, Tkmax, czasami jakieś chińskie markety - staroci tam nie dostaniecie, ale bardzo często można spotkać przedmioty inspirowane/tworzone na wzór staroci. Tkmax niestety dość drogi, w Pepco można dorwać tanie ozdóbki. W przypadku roślinek - wszystkie pospolite markety mają tanie badyle, a także sklepy budowlane.

Początkowy plan działania

Gdybym dopiero zaczynała moją przygodę, kierowałabym się w poszukiwaniach listą poniżej. Możecie ją oczywiście zmodyfikować, ale myślę że to takie najprostsze do zdobycia, klimatyczne przedmioty, które bywają bardzo tanie.


  • Dwa kufry - Załatwiłabym sobie jakiś większy kufer, oraz mniejszy, taki który zmieści się na zdjęciach. Szukajcie ich nie tylko pod hasłem "kufer", ale też: "skrzynia, kuferek, pudełka drewniane". Ja jeden cudowny znalazłam własnie pod ostatnim hasłem. Zwykle duże skrzynie są dość drogie, ale często pojawia się perełka za 3 dyszki i trzeba szybko brać.
  • Mosiężne/miedziane naczynia - zrobiłabym z nich doniczki, 
  • Jakaś czaszka - nie wiem jakie macie podejście do polowań, ale ja mam negatywne. Nie kupiłabym czaszki z aukcji, po której ewidentnie widać, że zwierzęta były wystrzelane (nieskazitelnie białe i wyczyszczona kość, masówka itp.) Sporo można jednak znaleźć bardzo starych czaszek, które leżały u kogoś w piwnicy i są za bezcen. Nie ma oczywiście stuprocentowej gwarancji, że takie zwierze umarło naturalnie, ale przynajmniej nie wspieramy ludzi, którzy zarabiają na sprzedawaniu trupów, często w ogromnych cenach. Na olxie często można dorwać bardzo tanie czaszki, ale jeśli mieszkacie w okolicy lasów, róbcie częste spacery. Może będziecie mięli to szczęście, na znalezienie czaszki albo zrzutów.
  • Świecznik - obojętnie czy stojący, czy w formie naczynia. Szukałabym czegokolwiek, w czym można zapalić świeczki, podgrzewacze lub olejki eteryczne. 
  • Ramki na rysunki - tanie zwykłe ramki można dorwać np. w Pepco. Ja jednak poszukałabym starych ramek, z obramówkami lub złotych, które nie są takie nudne.
  • Ususzone zioła i kwiaty - wystarczy pozbierać na dworze. Część zasuszyłabym w książce, jako trofea do ramek, a część w bukiecikach, które porozwieszałabym po domu. Dodają klimatu :D
  • Gliniane naczynie - takie do kiszenia ogórów. Bardzo często można je dostać w lumpach. Oczywiście szukałabym takiego, żeby wykorzystać jako doniczkę.
  • Drewniany kwietnik z prl - takie babcine drewniane kwietniki to prawdziwe złoto. Wciąż można gdzieś w necie kupić nowe i chyba w końcu tak zrobię, bo znalezienie odpowiedniego w moim mieście jest od kilku tygodni nierealne. Zamówiłam jeden z wysyłką, niestety nie dotarł w całości. Na olxach oczywiście można je dorwać za dychę.
  • Odnóżki i tanie rośliny - badyle to absolutnie konieczne rzeczy w mieszkanku czarownicy i elfa. W marketach często można dorwać za parę groszy. Jeśli jednak chcecie oszczędzić jak tylko się da, zróbcie sobie maraton w odwiedziny do wszystkich babć i cioć. Na pewno chętnie obdarują Was odnóżkami, z których wyhodujecie sobie większe rośliny. Polecam też popytać w urzędach, bankach czy szkołach - ludzie raczej się godzą na oddanie szczepki. I czatujcie na portalach ogłoszeniowych albo lokalnych grupach na facebooku, czasami ktoś nieświadomy oddaje nawet duże rośliny za darmo, albo za grosze. Jeśli nie ograniczają Was fundusze, to co tu dużo mówić - ja najczęściej kupuje badyle w Leroy, albo szukam okazji na olxie.
  • Leśne skarby - czyli kasztany, szyszki, żołędzie, patyki. Z tych wszystkich rzeczy można wyczarować magiczne ozdoby. Mchy zbierajcie z chodników na obszarach zabudowanych, tam są niechciane. Możecie je wepchać do doniczek albo zrobić las w słoiku.




Mam nadzieje, że ten wpis ułatwi Wam buszowanie i upiększanie mieszkań!


Starsze wpisy:

- domowa maska w płachcie

- czy zwierze, jest dobrym prezentem?

grudnia 10, 2018

Domowa maska w płachcie wielokrotnego użytku

Domowa maska w płachcie wielokrotnego użytku
Nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz wpadłam na ten pomysł. Już to naprawiam. Maski w płachcie, które są u nas całkiem nowym wynalazkiem. Przybyły chyba z Korei i można je spotkać wszędzie. Nie rzadko zdarza mi się używać jednorazowych maseczek, w tym także masek w płachcie. Za każdym razem jednak, gdy ktoś używa takiej maski, na świecie umiera jeden jednorożec. To potwierdzona informacja, a nawet w Havadah są już gatunkiem zagrożonym.



Ale teraz bez jaj - nie jestem jeszcze weteranem zero waste i staram się żyć bardziej eko, przy jednoczesnym poczuciu, że moje starania są tylko niewielką kropelką czystej wody w morzu, które dzienne zalewają tony odpadów produkowanych przez wielkie koncerny. Mam wątpliwości, czy starania pojedynczych jednostek mogą zmienić cokolwiek.

Mimo wszystko postanowiłam zrobić sobie maskę z płachcie zero waste, jako zwykła alternatywa dla drogeryjnych masek i mam nadzieje, że skorzystacie z przepisu. Zapraszam.


Jak wykonać płachtę?

Na grafice, która ostatnio Wam skleiłam, zaproponowałam gazę. Tym razem proponuję coś bardziej trwałego - stary podkoszulek. Na materiale narysowałam sobie mordkę, dziury na oczy i buzie, a następnie wycięłam. Myślę, że można poszaleć z materiałami (jak znajdziecie cieniutką mikrofibrę, to pewnie sprawdzi się jeszcze lepiej). Taką płachtę można sobie elegancko podszyć na końcach, żeby się nie strzępiły. Jest wielorazowa - po każdym zużyciu myjemy ją mydłem, albo wrzucamy do pralki.



Skład maski (wersja bogata):


  • Hydrolat neroli - 30 ml
  • Wodny macerat ze ślazu (kwiaty ślazu zalane chłodną wodą, macerat to odcedzony płyn po takim moczeniu przez około godzinę). - 100 ml
  • Kwas hialuronowy - 5 ml
  • Panthenol - 5 ml
  • Gliceryna - 5 ml
  • Witamina E - 10 kapsułek
  • Olej z opuncji - 5 ml
  • Olejek sandałowy - 10 kropli
  • Ekstrakt ginko-biloba -10 kropli
  • Ekstrakt z zielonej herbaty - 10 kropli
  • Żel aloesowy - 5 ml
  • Konserwant - ilość w zależności od rodzaju


Skład maski (wersja bieda)

  • Napar z zielonej herbaty - 100 ml
  • Olej jojoba - 5 ml
  • Glutek lniany (rzadki) - 30 ml
  • Gliceryna -  5 ml
  • Kwas hialuronowy - 10 ml
  • Witamina E - 10 kapsułek
  • Olejek lawendowy - 10 kropli
  • Konserwant - ilość w zależności od rodzaju

Przygotowanie:

Odmierzamy wszystkie składniki w buteleczce. Witamine E oczywiście wyciskamy wcześniej z kapusłek. To całą filozofia. Przed użyciem, naszą materiałową płachtę będziemy nasączać produktem - wystarczy niewielka ilość, która zmoczy materiał. Maskę trzymamy na umytej twarzy około 30 minut. Produkt natomiast przechowujemy w lodówce. Jeśli chcecie zrobić wersję bez konserwantów, zróbcie połowę mniejsza ilość - przeżyje w lodówce około 3-5 dni.

Mam nadzieje, że przed świętami wyczarujecie jakieś maski. Są naprawdę genialne i bardziej ekologiczne, niż drogeryjne zamienniki.

grudnia 07, 2018

Dostałam kota na mikołajki, ale już mi się znudził

Dostałam kota na mikołajki, ale już mi się znudził
Ostatnio po grupach krążył screen pewnego komentarza. Sama udostępniałam go na facebooku. Albo to idealny bait, albo smutna prawda - jeśli to pierwsze, chylę czoła. Jeśli drugie - kisnę ze śmiechu. Bez względu jednak, która opcja jest prawdziwa, mam coś do powiedzenia w temacie żywych prezentów i prawdopodobnie nie do końca się ze mną zgodzicie.



Traktowanie żywego stworzenia jak przedmiot, który można zapakować do pudła i owinąć kokardką jest złe. Chyba nie ma co do tego wątpliwości. W szczególności, gdy taka paczka ląduje pod choinką rozkapryszonego dzieciaka, który będzie z nią robił co mu się podoba, a potem się znudzi.

Nie uważam jednak, że kupno lub adopcja zwierzęcia dla kogoś jest złe w każdej sytuacji. O ile odbiorcą takiego prezentu jest osoba, która się go spodziewa, chce i jest przygotowana, zarówno psychicznie, jak i finansowo - nie widzę problemu. Zauważyłam, że większość ludzi na słowo "prezent" reaguje bardzo agresywnie, nawet jeśli ów prezent nie jest niespodzianką w ciemno dla niewychowanego bachora. O ile nie popieram zwierzęcych prezentów, które zostały kupione bez zastanowienia, bez zorientowania się czy w ogóle są na nie warunki, tak nie mam nic do tego, w przypadku gdy wszystko zostało odpowiedzialnie zaplanowane. Być może nazwanie "prezentem" żywego stworzenia uznawane jest za jakiś przejaw braku szacunku, nie przeczę, jednak nie trzeba zakładać, że każde takie zwierze, zostanie po dwóch miesiącach wywiezione do lasu.

Kiedyś czytałam wątek jakiejś babeczki, która chwaliła się, że dostała na urodziny kota ze schroniska. Po mimo podania informacji, że marzyła o kocie od wielu lat, a ze schroniska przyniósł go jej partner, została równo zjechana od nieodpowiedzialnych idiotek, które nie szanują zwierząt. Tak więc moje pytanie brzmi - czy to już nie przesada? Wbrew pozorom nie widzę też problemów, w braniu zwierzaka dla dziecka. Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki dobrze rozwijają się, gdy mogą żyć wśród zwierząt. Zwierze nie musi być odbierane jako przedmiot i zabawka, ale przyjaciel, żywe stworzenie, które będzie dla dziecka czymś więcej. Pod warunkiem oczywiście, że rodzic potrafi wychować swoje dziecko tak, by nauczyć go do nich szacunku, a sam jest świadomy kosztów i tego, że to on będzie brał za zwierze odpowiedzialność.



Oczywiście typiarka ze screena (o ile to nie troll), jest przypadkiem skrajnym. To ewidentny przykład braku poszanowania do życia i skrajny egoizm, jednak nie każda osoba marząca o zwierzaku, to nieodpowiedzialny debil, który szuka zabawki na chwilę. Jestem przekonana, że większość ludzi doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaką jest zwierzak, a decyzja o podarowaniu komuś takiego "prezentu", nie była podjęta pod wpływem chwili.

Miejmy to na uwadze zanim zwyzywamy ludzi od grażyn i madek, okej?

Żegnam się i zapraszam na inne wpisy o zwierzakach:

- Jak nie karmić kota?

- Dlaczego nie wypuszczam kota samopas?

grudnia 05, 2018

Jak dbać o rośliny doniczkowe zimą?

Jak dbać o rośliny doniczkowe zimą?
Dzień dobry robaki, moje roślinki miały ciężkie lato - przeżyły podwójne pryskanie Mospilanem, łącznie prawie dwutygodniowe wakacje w komorach gazowych oraz ogromny upał. Niektóre ledwo to przeżyły, inne mają się świetnie, a w każdym razie - robactwo póki co zniknęło i mam nadzieje, że już się nie pojawi. Dlatego teraz będą miały trochę odpoczynku. W tym poście opiszę, jak dbam o mój las w okresie zimowym.



Nawóz i światło

Latem nawożę rośliny nawet co tydzień (biohummus co 3 dni). Zimą jednak ograniczam ten proces - robię to co 3-4 tygodnie. Aktualnie robię przerwę od biohummusu i sprawdzam, czy rzeczywiście wpływa to na tworzenie idealnego środowiska dla wciornastków, które ogólnie lubią syf. Wrócę do niego za kilka miesięcy, aktualnie używam tylko nawozu mineralnego.

Dni są coraz ciemniejsze i staram się nie zasłaniać okien w ciągu dnia. Myślę też nad doświetlaniem, ale nie wiem czy w ogóle mam tu miejsce na coś takiego.


Nawilżacz i spryskiwacz

Nawilżacz to mój nowy przyjaciel przy beznadziejnym poziomie wilgotności w blokach. Ukradłam go rodzicom dlatego, że moja nowa araukaria nie czuła się zbyt dobrze w takiej suszy. Chodzi dzień i noc, i ledwo osiąga wilgotność 55. W spryskiwaczu natomiast od teraz będzie lądować tylko woda demineralizowana, bo trochę się boje, że mam za twardą wodę. Jeśli araukarii to wszystko nie pomoże, to uznam że ma grzyba i znowu zrobię jakiś oprysk. Resztę roślin pryskam umiarkowanie, jak mi się przypomni.


Wyłączone kaloryfery

Staram się utrzymać niższą temperaturę. Nie tylko dla siebie - przy włączonym ogrzewaniu jest mi za gorąco i cały czas muszę otwierać okna. Rok temu zimą chłopak ślicznie spalił mi rośliny na parapecie, bo postanowił włączyć największe grzanie. Teraz, gdy mam sporo roślinek nie lubiących ciepła i suchoty, popełniłabym wiele morderstw gdybym na to pozwoliła. W bloku jest ciepło tak czy inaczej, nawet bez kaloryferów, dlatego staram się też wietrzyć. Nie otwieram okien, tylko je rozszczelniam na kilka minut - żeby mi wilgoć nie uciekła.



Prysznic

To nie zmieniło się od lata. Co jakiś czas zabieram roślinki na kąpiel pod prysznic. To im bardzo dobrze robi nawet zimą. Przy okazji mogę zająć się starymi liśćmi i ogarnąć "sprawy kosmetyczne".



Zapraszam też do starszego postu o roślinkach:

- rady dla początkujących badylarzy

grudnia 01, 2018

Artefakty - listopad 2018 - drzewo, starocia i magiczne kuferki

Artefakty - listopad 2018 - drzewo, starocia i magiczne kuferki
Miesiąc się koczy - czas podsumować co się u mnie pojawiło. Nie da się ukryć, że trochę zaszalałam. Pojawiło się sporo kosmetyków oraz staroci. Niedługo na moim KANALE pojawi się film ze starociami, więc jeśli jesteście ciekawi jak to wszystko wygląda z bliska to zachęcam do obserwowania mnie tam.



Araukaria i inne roślinki

Chwaliłam się nią już w ostatnim filmie. Jej historia jest dosyć ciekawa, ponieważ nie łatwo było ją zdobyć. Takie stare araukarie kosztują zwykle kilka stówek. Dlatego jak zobaczyłam ją na OLX za jedyne 40 zł, to moja wewnętrzna cebula krzyknęła: "BIERZ JOM". Utrudnienie jednak było takie, że drzewo było w Rzeszowie, a ja bez auta i takie tam. Na szczęście mój kumpel z Rzeszowa zgodził się ja odebrać, a potem mi wysłać. Jakimś cudem przyszła w całości i kocham ją tak bardzo. Jestem jednak na siebie zła, bo ostatnio w Łodzi ktoś oddawał dużą araukarie za darmo i też bym ją wzięła, choćbym ją miała taszczyć ręcznie z Bałut na Widzew, ale niestety ktoś był pierwszy i okazja przepadła. Uwielbiam te rośliny. Mają taki prehistoryczny wygląd.

Pojawiły się także inne rośliny - w przeciwieństwie do kilkunastoletniej araukarii, zdobyłam też kilka maluszków. Między innymi osławiony pieniążek, który trzyma w ryzach cały Instagram. Tak, były w Biedronce. Gdyby nie było, to bym nie szukała gdzie indziej. Trafił do mnie już trochę zmęczony, miał kilka zgniłym od przelania listków, ale ja już go naprawię.

Są też dwie miniaturowe peperomie, nie wiem czy to odmiana watermelon, czy nie, aczkolwiek od dawna na takie polowałam. Były w Leroy za 5 zł. Są śliczne i nawet zrobiłam im brudno-złote doniczki. Pod warstwą farby kryje się paskudna pomarańczowa terakota.

Dalej mamy też grubosza z czerwonymi końcówkami listków, shefflerę variegatę (to już moja trzecia, dwie poprzednie umarły. Liczę, że wreszcie uda mi się utrzymać tą odmianę przy życiu), oraz czerwono fioletowy kroton, którego pokazywałam na filmie.







Nawilżacz powietrza

Co prawda nie kupiony, ale ukradziony prosto ze strychu rodziców. Leżał tam kilka lat, a ja przecież mam tyle kwiatków. Przypomniałam sobie o nim dopiero, gdy okazało się, że moja nowa araukaria może zakończyć swój żywot z powodu zbyt suchego powietrza.



Magiczne kuferki

Ajaja! Pokaże je dokładniej na filmie. To zdecydowanie najbardziej oczekiwane skarby, jeden jeszcze jest w drodze (również będzie na filmie). W dużym kuferku będę trzymać różnego rodzaju farby, pastele, pędzle i inne skarby do tworzenia, tak by wszystko było pod ręką. W kuferku, który jest w drodze, będzie miejsce na akcesoria do szycia, które mam porozwalane po wszystkich szufladach i nigdy nie mogę znaleźć tego co mi akurat potrzebne. Uwielbiam takie kuferki, poluję jeszcze na jakąś większą skrzynie.



Kwietniki

Trafił do mnie dwa kwietniki i jeden niestety w kawałkach. Nie przeżył podróży pocztą. Nie rozpaczam strasznie, bo kosztował jakieś 10 zł, ale mimo wszystko ciężko znaleźć tego typu kwietnik, który ludzie są chętni wysłać. Strasznie podoba mi się wizualnie, niestety prawdopodobnie musi iść do śmieci, bo nie mam pojęcia jak skleić nogi albo dorobić nowe, nie tracąc przy tym klimatu. Drugi kwietnik natomiast jest do zawieszania. Nie wiem jeszcze czy go malować, czy nie. Chyba zostawię go w takiej surowości jaką obecnie ma.


Mieczyk

To będzie taka mała ozdóbka na ścianę i do zdjęć. Urzekły mnie te zdobienia. Mieczyk to oczywiście tępa metalowa ozdoba, a nie zabójcza broń :D Wygrzebane także na olxie.


Kosmetyki Botanic Spa

Na Black Friday były zestawy po 35 zł, więc zrobiłam prezenty na święta, i kupiłam jeden sobie. Za jakiś czas będzie na blogu recenzja tych kosmetyków, bo muszę je trochę potestować.

botanicspabielendamakeuprevolution


Makeup Revolution

Makijaż to póki co jedna z niewielu spraw, gdzie jeszcze nie patrzę na składy. Nie ukrywam, że nie maluję się zbyt często i szkoda mi czasu na wyszukiwanie naturalnych marek z tej dziedziny. Mam w planach to zmienić, ale tylko pod warunkiem że zacznę malować się częściej. Jeśli to się nie wydarzy, pozostaje przy drogeryjnych cieniach, bo inaczej to bez sensu. Kupiłam więc dwie palety na początek - w szafie mam stare palety z czasów, gdy bawiłam się w charakteryzacje i cosplay, ale myślę że ich termin ważności minął sto lat temu :D Miałam oczywiście kupić jedną paletę, pech chciał że każda z nich miała po dwa kolory, na których bardzo mi zależało. Póki co sprawdzają mi się super i nawet zmotywowały mnie do umycia pędzli.

Sprzęt do filmów

Ostatnią rzeczą jest sprzęt, którego Wam nie pokażę, bo jeszcze do mnie nie dotarł. Zamówiłam sobie duży statyw i dwie lampy, więc jakość filmów trochę się poprawi. Mam zamiar dokupić jeszcze mikrofon, ale nie wiem, który wybrać. To póki co będzie jedyny sprzęt w tym roku, na aparat przyjdzie czas w nowym roku, pod warunkiem że nadal będę chciała nagrywać :D



Najnowsze wpisy:

- Wywiad z Myosotis jewelry

- Naturalna pielęgnacja ciała

Copyright © 2016 gnome household , Blogger