listopada 28, 2018

Wywiad z MYosotis!

Wywiad z MYosotis!
Dzień dobry w ten przerażająco zimny dzień. Dziś kolejna niespodzianka - wywiad z rękodzielnikami, których śledzę od dawna - z MYosotis! Zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytanek i pokazać Wam kilka ze swoich cudownych prac. Zapraszamy!



1. Obserwuje Wasze prace od dłuższego czasu. Jak to się wszystko zaczęło? Skąd pomysł na tworzenie biżuterii?

Zaczęło się od zainteresowań. Długie wycieczki po lasach, polach, bagnach. Więź z naturą pogłębiała się z miesiąca na miesiąc. Czarostwo, zioła, minerały, ezoteryka. Zdobywałam ogrom wiedzy, sama czyściłam znalezione kości, zbierałam pióra, uczyłam się oznaczać gatunki niezliczonych ilości zwierząt czy grzybów... aż pewnego dnia Marcin zaproponował abyśmy wspólnie zaczęli tworzyć rękodzieło związane z naszą pasją. To był czas w którym musiałam w końcu stanąć na nogi, mieć zajęcie, które oderwałoby mnie od trudów codzienności, a nie byłam w stanie iść do pracy.

2. Jeśli mogę spytać - poznaliście się już mając wyrobione umiejętności czy wspólnie uczyliście się tworzenia biżuterii?

Poznaliśmy się jako kompletnie od siebie różne, zagubione jednostki. dopiero po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na wykonywanie biżuterii i nie mieliśmy absolutnie żadnej, podstawowej wiedzy... nie mieliśmy nawet pewności który klej będzie odpowiedni do łączenia szkła z metalem ;)

3. Jak wykonujecie biżuterię? Czy każde z Was tworzy oddzielne wyroby w całości, czy może jedna osoba odpowiedzialna jest za pierwszą część pracy, a druga zajmuje się "dopieszczaniem" i wykończeniem?

Nie mamy ustalonych zasad pracy, wszystko omawiamy na bieżąco. Są projekty, które wykonuję tylko Marcin albo tylko ja. Czasami robię coś dla niego, a czasami on dla mnie. Przygotowujemy sobie półfabrykaty, druciki, rurki, wykańczamy pracę partnera jeśli jest taka potrzeba. Ja najczęściej wszystko patynuję ale jak mówiłam, wszystko jest bardzo zmienne ;)


4. Z jakich materiałów tworzycie biżuterię? Ograniczacie się do konkretnych metali?

Oprawy autorskie, ręcznie wykonane, łączące kilka elementów w projekcie - wykonujemy tylko z miedzi i cyny przy użyciu lutownicy. Pozostałe metale to stopy brązów, z których wykonane są półfabrykaty z których korzystamy ;)

5. Jakie techniki wykorzystujecie? Czy to bardzo pracochłonne?

Jedyną techniką jaką się posługujemy to lutowanie. Klejenie się nie liczy :P
Czy jest pracochłonne? Oh, wszystko zależy od projektu. Czasami uda mi się oprawić kamień w 20 minut, a czasami gdy tworzymy np. druciane gałązki z ozdobnymi elementami wykonanie jednej zawieszki zajmuje nam nawet 4 godziny. Duży wpływ na naszą pracę ma też motywacja, samopoczucie, kreatywność czy problemy życia codziennego.

6. Jakie macie plany na dalszy rozwój? Planujecie wprowadzić jakieś konkretne kolekcje lub odkrywać nowe surowce i metale?

Nie mamy planów, a nawet jeśli o czymś marzymy to pozwól, że zatrzymamy to na razie dla siebie :)
Konkretnych kolekcji nigdy nie tworzyliśmy i nie zamierzamy tego zmieniać. Małe serie zawieszek to rozwiązanie w sam raz dla nas :)

7. Zamierzacie otworzyć Etsy?

Mieliśmy etsy ale zgubiliśmy się w tłumie. Polacy nie korzystają z kart kredytowych czy paypala na tyle często, aby ułatwiało nam to sprzedaż czy komunikację. Musielibyśmy całkiem zmienić sposób pracy, odsyłać ludzi na stronę sklepu, a i tak nie mieliby możliwości skorzystania z opcji szybkich płatności internetowych. Na polskim rynku nie znaleźliśmy taniego i fajnego odpowiednika dla etsy, tak więc nie planujemy nic zmieniać w chwili obecnej ;)

Ja jeszcze raz dziękuje za wywiadzik, życzę powodzenia w dalszym tworzeniu i na koniec - polecam zaobserwować ich Instagrama, gdzie pokazują swoje magiczne rękodzieła :D









listopada 27, 2018

Naturalna pielęgnacja ciała - jak to robią w Havadah

Naturalna pielęgnacja ciała - jak to robią w Havadah
Okej, tak naprawdę nie robię większości z tych rzeczy, o których będę dziś pisać. Jako gnom nie mam legalnie wstępu do elfickich term i jedyne co sobie mogę zrobić, to się natrzeć mchem, a poza tym jestem leniwa - ciało to chyba najbardziej zaniedbana część mnie. Nie żebym myła się raz na rok - potoków mamy tutaj sporo, a i deszcze są nie rzadkie, ale poza dbaniem o higienę, nie mam zbyt dużej motywacji do pielęgnacji ciała. Często po prostu mi się nie chce. Poza tym mam jeszcze jeden duży problem - nie lubię uczucia wysmarowania balsamem. Mam wrażenie, że wycieram to wszystko w piżamy i pościel. Była jednak prośba, bym napisała co nieco o pielęgnacji ciała, postanowiłam więc, że opiszę kroki, które robiłabym częściej- gdyby mi się chciało. Jest tego sporo - bo naprawdę istnieje mnóstwo sposobów na to by poprawić wygląd i jędrność skóry, a te elfickie to już w ogóle podobno są genialne. Zapraszam!

naturalnapielegnacjaciala


Przepis na piękne ciało w Havadah składa się z 6 następujących kroków.


Lodowate natryski pod wodospadem

Zacznijmy od rzeczy ekstremalnych. Jeśli nie dysponujecie żadnym wodospadem, musi wystarczyć Wam prysznic. Takie natryski zwykle robi się rano, na rozbudzenie. Działają pozytywnie nie tylko na ciało, ale także umysł, bo dodają energetycznego kopa. Chłodne natryski nie muszą trwać długo, powiedzmy, że wystarczą około dwie minuty. Usprawniają krążenie, ujędrniają, hartują i pobudzają umysł do działania. Mi udaje się je robić tylko latem - kiedy są upały zimna woda jest wybawieniem, a nie przykrym obowiązkiem.


Masaże

Masaż, który ma działać przede wszystkim na wygląd ciała, a nie na samopoczucie, zwykle odbywa się przy użyciu pewnych artefaktów (np. żywych gąbek z dna górskich potoków, albo czerwonych porostów, ale wątpię, że znajdziecie je w tym swoim smutnym niemagicznym świecie). Dlatego polecam wyposażyć się w szczotkę do masażu na sucho. Stworzę oddzielny post z efektami jakie dał mi ten masaż (np. lekkie rozjaśnienie rozstępów i prawie całkowity zanik cellulitu) kiedy indziej, bo ten temat zasługuje na oddzielny wpis, ale dziś też co nieco nadmienię. Szczotka musi być z naturalnego włosia (polecam z jednorożca, ale chyba też ich nie macie), a nie  z twardych syntetycznych drutów - w końcu masaż powinien odbywać się codziennie, a nie chcecie się oskalpować. Masaż wykonujemy od końcówek kończyn przed prysznicem na suchej skórze. Najpierw zaczynamy od stóp, w górę nóg, potem od dłoni po ramiona. Następnie pośladki, plecy i brzuch, szyja i tak w kierunku serca. To wszystko robimy w miarę kolistymi ruchami. Może się to z początku wydawać dosyć nieprzyjemne i bolesne, ale idzie się przyzwyczaić. Ta szczotka działa też jak delikatny peeling. Jeśli nie chcecie szczotki, to warto mieć jakąś rękawicę kąpielową, albo cokolwiek w tym rodzaju.


Moczenie w ziołach

Po masażu wskakujemy do aromatycznej kąpieli, do której wcześniej wsypujemy mieszankę ziół i roślin, olejki eteryczne, oleje lub ziołowe maceraty, miód lub inne nawilżacze, sole lub borowinę (borowina to takie fajne błotko). Jeśli już robicie sobie taką kąpiel to zawsze warto podrasować zwykłą wodę w takie składniki, bo to moment, kiedy pory skóry otwierają się na skutek ciepła i chłoną.



Kąpielowa wylinka

Jeśli masaż szczotką na sucho nie wystarczy, warto od czasu do czasu użyć peelingu. A jeśli koniecznie ma to być peeling domowy, to ja oczywiście polecam ugrzebać papkę z fusów z porannej kawy, dodać do tego płaską łyżeczkę cynamonu, trochę miodu, gliceryny albo panthenolu, zalać odrobinką jakiegoś płynu (np. zieloną herbatą), dodać jakiegoś oleju, olejków eterycznych, a jeśli jest potrzeba to zagęścić wszystko glinkami, albo mąką owsianą. Wrażenia zapachowe +10, relaks +10, działanie +20, łatwość 11/10.


Nawodnienie

Mowa tu o nawilżaniu. Nie tylko wewnętrznym (picie), ale także od zewnątrz. Nie mam na ta chwilę receptur balsamów, dlatego ciężko mi powiedzieć jak można nawilżać skórę, jeśli nie sklepowym balsamem. Ciało niestety to cięższy orzech do zgryzienia niż twarz, wiadomo że nikt nie będzie nacierał się glutem lnianym na całym ciele. Jeśli chcecie więc uniknąć gotowych kosmetyków, polecam skupić się na dodawaniu nawilżaczy do kąpieli. To też była dobra opcja dla mnie (gdy jeszcze miałam wannę), bo jak już wspomniałam, jestem leniwa i często nie chce mi się używać balsamu. Ważne jest też zapobieganie utracie nawilżenia, poprzez nakładanie tłustej warstwy ochronnej, a więc przechodzimy do punktu niżej.


Bariera

Ostatni punkt pielęgnacji stanowi zabezpieczanie naskórka przed utratą wody, poprzez tłuste smarowidła lub cokolwiek co zawiera olej. Polecam szczególnie stworzyć sobie masełkową piankę, która jest niesamowicie puszysta i cudowna, przepis podałam poniżej. Nada się też po prostu zwykł balsam. Jeśli o mnie chodzi, jestem skłonna być mniej wybredna jeśli chodzi o składy kosmetyków do ciała, bo skóra na ciele jest grubsza i nie tak wymagająca jak twarz.


Jakie kosmetyki można samodzielnie stworzyć do ciała?


Olejowa pianka do ciała, stóp i dłoni - do jej zrobienia potrzebujemy oleju w formie stałej (np. masło shea lub kakaowe) i innego, płynnego. Proporcje to 4:1 lub 3:1, z przewagą oleju stałego. Oczywiście olejów może być więcej, to już zależy od tego co lubicie. Oprócz tych składników dodaję jeszcze kilka/kilkanaście kropli olejków eterycznych, dzięki czemu balsam będzie cudnie pachniał. Zrobię Wam niedługo konkretny przepis na takie masło, a dziś tylko w skrócie - mieszankę olejów rozpuszczamy by się połączyły i odstawiamy do ostygnięcia. Oleje mają nabrać stałej formy, ale nie tak zbitej i twardej jak samo masło. Kiedy się to stanie, nasza mieszankę ubijamy mikserem albo mieszadełkiem do mleka - po kilku minutach takiego miksowania powstaje pianka, która wygląda jak ubita kremówka. Teraz masło przekładamy do pojemniczków, a używanie go jest super. Zdecydowanie większa frajda niż zwykły balsam, aczkolwiek trzeba pamiętać, że jest to mieszanka, która nie nawilża - idealna szczególnie w zimie do zabezpieczania ciała, stóp i dłoni, ale najlepiej stosować pod nią coś co nawilża.

Macerat na żylaki i naczynka - pół litra oleju rafinowanego (obojętnie jakiego) wlewamy do rondelka, a następnie wsypujemy tam suszony lub surowy żywokost (ilość taka by nie wystawały poza olej). Następnie podgrzewamy olej na małym ogniu i trzymamy go bez zagotowywania przez około 20 minut. Odcedzamy olej od zielska, zielsko wyrzucamy, a powstały olej ponownie wlewamy do rondelka i wsypujemy taką samą ilość żywokostu (nowy, nie ten wyrzucony). Powtarzamy wszystkie czynności. Możemy dorzucić też starte kasztany, ale już chyba na nie za późno. Powstały olej stosuje się na skórę w celu poprawy ukrwienia i unaczynienia, można go też używać z problemami cery naczynkowej.

Kosmetyki kąpielowe - szczegółowo opisałam je w TYM poście.


To wszystko na dziś. Jeśli chcecie, podkradnę cymbałom z Havadah trochę więcej ciekawostek na temat pielęgnacji. Póki co musicie się zadowolić wpisem z recepturą na balsam myjący oraz przepisami, które opracowały gnomy i dzieci lasu. Znajdziecie je w innych postach na blogu.

Żegnam się i zapraszam także na mój KANAŁ. W ciągu nadchodzących dni pojawią się tam filmy na temat tego, jakich składników unikam w kosmetykach oraz o myciu bez detergentów. Miłego dnia!

listopada 24, 2018

6 prostych kroków by zacząć przygodę z zero waste

6 prostych kroków by zacząć przygodę z zero waste
Nie ukrywam, ten post kieruje do laików. Nie będzie niczym odkrywczym dla ludzi, którzy siedzą w temacie. Będzie natomiast pomocny w stawianiu pierwszych kroków w życiu zgodnie z zasadą zero waste. Czym jest zero waste? Ruch ten w teorii oznacza życie, które nie produkuje niepotrzebnych śmieci. Ja jednak podciągam po niego w ogóle życie bardziej eko.


Zacznij używać wielorazowych toreb

To najprostsza rzecz jaką można zrobić. Zawsze zastanawia mnie, po co uczy się nas, że każda cytryna, każdy pomidor i każda papryka musi zostać zapakowana do oddzielnej torby. Żeby nie trzeba było ich wyjmować z jednego worka gdy kasjerka będzie je ważyć. A co gdyby nie użyć żadnej reklamówki? Domyślam się, że jest to uciążliwe np. w przypadku brudnych warzyw (ziemniaki) lub gdy bierzemy sporo kilogramów. Ale naprawdę, pakowanie jednego owoca do foliówki tylko po to, żeby razem z tą foliówką poleciał do większej torby, jest skrajnie niepotrzebne. Gwarantuje, że ten owoc nie zginie i nie zarazi się malarią od innego produktu. Najlepiej zaopatrzyć się w płócienne torby, różnej wielkości. Jeśli już nawet bierzecie te foliowe torby, to chociaż spróbujcie dać im drugie, trzecie, i dziesiąte życie. Zdaje sobie sprawę, że kasjerki mogą kręcić nosem, gdy rzucacie na taśmę 10 kilo warzyw luzem, ale naprawdę da się zważyć jedzenie bez torby. Mi nigdy się nie zdarzyło, by jakaś kasjerka miała problem z tym, że na taśmie jedzie do niej 3 kilo warzyw i owoców luzem. Biorę oddzielne reklamówki tylko do warzyw, które naprawdę są brudne, choć z tego co wiem można je zapakować w płótno i zważyć w płótnie. Nie kupuję też owoców, które ktoś bardzo inteligentnie zapakował w plastik (np. specjalnie pokrojone jabłko na plastikowej tacce, w razie gdyby ktoś nie umiał tego zrobić).


Segreguj śmieci

To dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, bo nie mam miejsca w domu na kilka śmietników. Staram się wydzielać plastik i szkło, choć z lenistwa często wszystko kończy w jednym miejscu. Próbuje jednak zmienić te nawyki, żeby śmieci leciały tam gdzie powinny.


Dawaj śmieciom drugie życie

Zero waste, to ruch, który opiera się także na wymyślaniu zastosowań rzeczy, które normalnie od razu poleciałyby na śmietnik. Ja jestem takim złomiarzem jeśli chodzi o jakieś stare meble, dekoracje czy rośliny. Ale tyczy się to wszystkiego. Jeśli już kupiłeś reklamówkę - użyj jej częściej niż na jeden wyjazd do biedry. A na koniec wykorzystaj ją jako worek na śmieci. Pudełka po jogurtach mogą robić za doniczki do rozsady, albo pojemniki na mrożonki. O słoikach chyba nie muszę mówić? Wiecie ile zastosowań ma słoik? Wiecie, że w pudełku po toffi można zrobić kostki lodu?


Nie marnuj jedzenia

Dzienne na świecie wyrzuca się 4000000000 ton jedzenia. Żartuję, zmyśliłam te dane. Wyrzuca się go dużo, nie tylko przez pojedyncze jednostki, ale także przez markety i fabryki. Polityka wielu firm polega na tym, że produkt, który się nie sprzedał musi polecieć do śmieci. Nie ma znaczenia czy to przeterminowany jeden dzień jogurt, czy roślina, która musi zrobić miejsce nowej dostawie. Jeśli coś w markecie idzie do śmieci to nie można tego wykupić taniej albo sobie zaadoptować - no chyba, że nie macie problemu z grzebaniem w koszu i macie w ogóle do niego dostęp. Taka polityka firmy. Niewiele póki co można z tym zrobić, choć to przykre. Myślę, że tam tkwi największy problem w kwestii marnowania jedzenia. Niemniej jednak, staram się je ograniczyć także w domu. Wychodzi różnie - chyba jesteśmy zbyt rozpieszczeni. Staram się wykorzystywać wszystkie produkty w terminie i robić porcje, które jestem w stanie zjeść zanim się zepsują. Czasami nie wychodzi, ale cieszę się, że chociaż mam wyrzuty sumienia gdy coś wyrzucę. Wtedy wyrzucanie nie jest już takie proste.


Dzisiaj wege, jutro homo

A tak na poważne - weganizm jest bardzo zero waste. Zaryzykuję stwierdzenie, że to lepsza opcja niż wszystkie pozostałe. Hodowla zwierząt na całym świecie produkuje niesamowite ilości dwutlenku węgla. Do tego trzeba zaliczyć jeszcze odpady powstałe przy hodowli zwierząt oraz produkcji pasz. Oczywiście efektów rezygnacji z mięsa nie widać szybko, ale co gdyby świat z dnia na dzień produkował o połowę mniej mięsa? To się oczywiście nigdy nie wydarzy, ale warto rozważyć taką opcję jeśli chcecie być bardziej eko. Ja nie jestem weganką i nie wiem czy kiedykolwiek będę, ale uważam, że mięsa jest zdecydowanie za dużo.


Nie kupuj rzeczy, bez których sobie poradzisz

Do takich rzeczy należą na przykład plastikowe słomki. Słomka nie jest niezbędnym do życia przedmiotem i z pewnością da się coś wypić bez niej. A jeśli koniecznie musicie ich używać, można kupić metalowe słomki. A jeśli nie chcecie tego robić, wierzę, że słomka nie służy do mycia kibla i z pewnością można ją obmyć i wykorzystać ponownie! :D Tyczy się to także wszystkich niesamowitych wynalazków typu plastikowe łyżeczki dołączane do jogurtu i inne rzeczy, które mają maksymalnie ułatwić nam życie. Czasem wydają się niezbędne, pytanie tylko czy na pewno nie da się przeżyć imprezy na normalnych talerzach i z użyciem normalnych sztućców?


Moja droga z zero waste jest krótka. Niewiele jeszcze wiem i niewiele rzeczy naprawiłam. Pewnych nie zmienię nigdy, choć staram się to zrekompensować w inny sposób. A jakie są wasze sposoby na ograniczenie śmieci?

listopada 21, 2018

Jak radzę sobie z kocią sierścią? - moje rady

Jak radzę sobie z kocią sierścią? - moje rady
Wydawać by się mogło, że jeden niewinny kot, nie sprawi, że utoniesz w sierści po uszy. Cóż, muszę Was zmartwić - sprawi. Kocia sierść jest u mnie wszędzie, wliczając w to garnek z zupą. Dziś opiszę jak wygląda moja batalia z kłakami!

JAKPORADZICIERSCIA


Moje mieszkanie ma 35 metrów, dlatego problem jest trochę bardziej uciążliwy niż kiedyś, kiedy mieszkałam w domu. W dodatku mam bardzo niefortunny dobór kolorów - czarne meble, na których widać każde ziarenko kurzu, a co dopiero białe włosy, oraz białe płytki w łazience i przedpokoju, na których z kolei widać każdy mój włos. Syf w mieszkaniu pojawia się więc od razu po posprzątaniu. Myślałam, że obejdzie się bez odkurzania częściej niż raz w tygodniu, ale to nie możliwe. Trzeba odkurzać co 2, 3 dni i coraz bardziej poważnie myślę nad kupieniem sobie robocopa (ale że się na tym nie znam to możecie mi coś polecić).

Aktualnie moje działania wyglądają tak:

- Kwasy omega 3 do barfa dla kota. Mam wrażenie, że sierść trochę mniej leci odkąd kot dostaje mieszanki z omega 3. Kiedyś robiłam jedzenie bez tego i było trochę gorzej. Ogólnie z tego co wiem można takie kapsułki (u mnie Naturell) albo np. olej z kryla podawać do zwykłej karmy, ale nie wiem jak z kwestią dawkowania, ja to mam już wyliczone do konkretnych przepisów, a wy najlepiej poradźcie się jakiegoś dietetyka. Plus, w ogóle surowa dieta ma duże znaczenie.

- Ezzy groom - Tu znowu coś co wprawia mnie w konsternację. Zaczynam wątpić w sens wyczesywania podszerstka. Niezależnie od tego jak długo czeszę, sierść i tak wychodzi. Myślę, że to mogłoby trwać w nieskończoność i wyczesałabym kota do zera. Mam wrażenie, że te szczotki nie tylko wyczesują luźne kłaki, ale też wyrywają pozostałe. Niemniej po każdym wyczesywaniu, kłaków wylatuje odrobinę mniej (a może to tylko jakieś złudzenie?).

- Staram się maksymalnie zmniejszyć temperaturę w mieszkaniu. Nie wiem czy to rzeczywiście ma szansę coś dać, ale z tego co wiem, zwierzęta trzymane w domu całorocznie tracą pewną zdolność kontrolowania wymiany sierści i zrzucają ją cały rok, a nie w określonych miesiącach. Myślę, że temperatury w blokach powyżej 20 stopni niezbyt korzystnie wypływają na ten proces. Dlatego kaloryfery zakręcone, i staram się wietrzyć tyle ile się da. Nadal niestety jest dość ciepło - przechodzi od innych mieszkań.

- Plus wszelkie rolki i silikonowe rękawiczki.


Przeraża mnie co będzie, gdy zwierząt pojawi się więcej (a pojawi się). A jak Wy radzicie sobie z sierścią zwierzaków?

...........................................................................................................................................................

YOUTUBE

INSTAGRAM

listopada 19, 2018

Czy istnieje czarna henna?

Czy istnieje czarna henna?
Myślę, że ten post spokojnie można podsyłać świeżakom, lub ludziom, którzy zaliczyli jakąś włosową wtopę, a nie maja świadomości co tak naprawdę spowodowało ten efekt.

czarnahenna


Mowa tutaj o kolorze henny. Jak wiemy, henna bywa demonizowana szczególnie w środowisku fryzjerskim. Posądza ją się o niszczenie włosów, oblepianie ich oraz powszechnie wiadomo, że henna na rozjaśnianych włosach wyjdzie zielona. Niestety wszystkie te informacje to pospolity bullshit i już śpieszę z wyjaśnieniem.

Zacznijmy od najważniejszego.

NIE ISTNIEJE HENNA BRĄZOWA, CZARNA ANI BLOND.


Henna (lawsonia inermis) wydziela tylko rudy/czerwony barwnik - o jego dokładnym kolorze i zachowaniu decydują czynniki takie jak temperatura, ilość światła, okres żniw danej partii henny. Wszystkie produkty o nazwie "henna blond", "henna czarna" i tym podobne, to albo mieszanki henny i innych ziół, albo farby chemiczne z dodatkiem henny, albo o dziwo - farby chemiczne bez żadnej henny. To samo tyczy się produktów do farbowania brwi i rzęs - tak zwana henna do brwi, to nic innego jak farba. 


Dlaczego to takie ważne? 

Po pierwsze - fajnie by było wiedzieć czego się używa, lub co się demonizuje. Mylne nazewnictwo produktów hennopodobnych lub farb spowodowało, że nieświadomi konsumenci mogą sobie wyrządzić niemałą krzywdę, a prawdziwa naturalna henna takich szkód nie wywoła.

Bardzo często spotykam się, szczególnie w internecie, z różnymi tekstami typu "henna zniszczyła mi włosy", "przez hennę jestem zielona". To wszystko wynik braku świadomości i używania mieszanek lub udawanych henn. 

Ludzie boją się henny. Może to i dobrze - więcej ziół dla nas. Nie każdy musi mieć ładne włosy :D


Jak wygląda sprawa z mieszankami?

Mieszanki są zazwyczaj bezpieczne - pod warunkiem, że mamy świadomość jaki efekt kolorystyczny spowodują i jak należy się potem z takimi włosami obchodzić.

Henna blond - zwykle to mieszanki z cassi lub senesu. Cassia jest mylnie nazywana także bezbarwną henną, jednak nie jest ani henną, ani nie jest bezbarwna. Cassia/senes/senna wydzielają złoty lub żółty barwnik, który nie jest widoczny na ciemniejszych włosach. Te zioła są bezpieczne, należy jednak uważać z koloryzowaniem nimi bardzo jasnych włosów - mogą dać efekt "żółci".

Henna brązowa/jasny brąz/ciemny brąz/orzechowy brąz etc. - to zwykle mieszanki henny z indygo. Indygo odpowiada za wszystkie szkody związane z rozjaśnianymi włosami, a za które winą obarczamy hennę. Jeśli na włosy rozjaśnione nałożymy coś, co zawiera indygo, włosy wyjdą zielone. To samo stanie się, gdy rozjaśnimy włosy, na których jest indygo. To bardzo ważne, by rozróżniać te dwie roślinki. Czysta henna spokojnie może być wykorzystywana na rozjaśnianych włosach. 

Henna czarna - zwykle samo indygo, lub jakieś domieszki z niewielką ilością henny czy innych ziół. Kwestia zieleni - jak wyżej.


A produkty hennopodobne?

Do tej grupy zaliczam henny z domieszkami farb chemicznych i w sumie nie wiadomo czego jeszcze (Eld, Venita, Banjaras itp). Wszystkie produkty, które nie są sproszkowane również powinny wydać wam się podejrzane. Oraz produkty do farbowania brwi tak jak pisałam wyżej - henna do brwi niewiele ma wspólnego z rudą henną.



Czy to dobrze, że fryzjerzy demonizują hennę?

I tak i nie. Z jednej strony - to pewien bufor bezpieczeństwa dla nich oraz dla ich klientów, którzy nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jakiego produktu właściwie używali. Klientka powie, że użyła henny, bo nie zdaje sobie sprawy, że brązowa henna nie istnieje, a potem to fryzjer ma problem, bo włosy wyjdą zielone. Z drugiej strony, fryzjerzy sami często nie zdają sobie z tego sprawy i rozsiewają idiotyczne plotki o tym jak henna niszczy i oblepia (i prawdopodobnie wynika to z tego jak naoglądali się różnych nieciekawych skutków używania produktów udających hennę). Dlatego chyba warto uświadamiać ludzi, po obu stronach. 


Wkrótce pojawi się na KANALE film o hennie - dlatego jeśli macie jakieś pytania, zadawajcie je tutaj w komentarzach, żebym nie zgubiła (nie piszcie do mnie osobiście, bo pytania zginą w spamie).
Miłego wieczoru!

listopada 16, 2018

Jak ratować zniszczone włosy bez obcinania?

Jak ratować zniszczone włosy bez obcinania?
Wreszcie mam chwilę wolnego od uczelni i poza pracą, mogę się wylegiwać do popołudnia pod kocykiem, a więc mam chwilę, by napisać dłuższy, bardziej merytoryczny post, niż ostatnie wypociny. Pomyślałam sobie, że nie poruszałam jeszcze tematu reanimacji zmasakrowanych włosów i oto jestem!



Osobiście nigdy nie doświadczyłam jakiegoś drastycznego zniszczenia włosów - nie używałam prostownic ani lokówek, nie rozjaśniałam i nie farbowałam włosów. Ale zaniedbywałam je i latami nie ścinałam, i wiem co to znaczy mieć rozdziesięcione końcówki, ok? 

Faktem jest, że nie ma takiej siły, która jest w stanie trwale naprawić zniszczoną końcówkę. Nie da się jej skleić, nie da się sprawić, że się zasklepi i będzie cacy. Nie zgodzę się jednak z tym, że na zniszczone włosy, jedynym ratunkiem są nożyczki. Co w takim razie ma począć osoba ze spalonymi po rozjaśnianiu włosami? Zgolić się na łyso? O ile zniszczonej końcówki nie jesteśmy w stanie naprawić, tak ogólnie zniszczone włosy da się w warunkach domowych doprowadzić do takiego stanu, by nie wyglądały jak kupa siana. Odpowiednia pielęgnacja jest w stanie podratować włosy i poprawić ich kondycję. Jak to zrobić? Już mówię.

Nie będę też radzić Wam, byście wywalili suszarki, prostownice i rozjaśniacz, bo domyślam się, że nie każdy może z nich zrezygnować, a odpowiednia pielęgnacja może poprawiać stan włosów regularnie nawet jeśli jesteście zmuszeni stosować takie wyniszczające zabiegi. Pisze ten post nie tylko dla tych, którzy rzucają te rzeczy w cholerę i od teraz zamierzają poświęcić całe życie na pielęgnacje włosów, ale też dla tych, którzy chcą podratować zniszczone kudły, które nadal będą doświadczać wyniszczających bodźców.



Równowaga PEH 

To chyba najważniejszy podpunkt, myślę że nawet ważniejszy od samej rezygnacji z dostarczania włosom ekstremalnych przeżyć w postaci prostownic czy suszarek. Zniszczone włosy potrzebują protein, by się lekko "odbudować" - ale jeśli to "zniszczenie" objawiające się puchem nie jest spowodowane ekstremalnymi zabiegami, ani temperaturą i nie wiecie skąd się wzięło, to może wskazywać z kolei na przedawkowanie protein. Sprawdźcie swoje kosmetyki do włosów - jeśli stale używacie czegoś z proteinami, to one mogą być winowajcą złego stanu włosów. Ale jeśli zniszczenia na pewno są skutkiem, np. rozjaśniania, spalenia prostownicami, tapirowania itp. to oznacza, że włosy potrzebują wypełnienia w postaci protein. Oprócz tego jednak bardzo istotną role pełni dostarczanie humektantów (nawilżaczy) i emolientów. 



Zaprzyjaźnij się z olejem

Olejowanie jest zbawienne przy takich problemach. Warto olejować nawet zwykłym rafinowanym olejem, w zależności od tego co wasze włosy lubią. Moje ulubione oleje to masło shea, rydzowy, musztardowy i konopny. Najlepiej olejować na kilka godzin, a nawet  całą noc. Oleju nie nakładamy według zasady " im więcej tym lepiej", wystarczy tyle by dobrze natłuścić włosy. Gwarantuje, że kilka olejowań odpowiednio dobranym olejem poprawi sytuację.



Wiem, że Ci się nie chce, ale - podkład pod olej


Pod olej ma jedno ważne zadanie - nawilżać. Same oleje niestety nie nawilżają, za to zamykają nawilżenie we włosie. Dlatego warto nawilżać włosy przed nałożeniem oleju. Najprostszy podkład to woda z miodem albo rzadki glutek lniany. Można też dodawać do płynu panthenolu, kwasu hialuronowego itp. Podkłady mogą być także proteinowe (np. woda z keratyną), ale pamiętajcie żeby nie przesadzać z proteinami.



Henna, henna, henna

Barwniki henny wypełniają i odbudowują szczególnie włosy zniszczone - czyli takie z ubytkami. Henna cudnie łapie się takich włosów, o wiele lepiej niż zdrowych niskoporowatych. Ale nie jest dla wszystkich. Henna zawsze wiąże się ze zmianą koloru, a kilkukrotny zabieg sprawia, że jest nie do usunięcia. Chyba że mocnym agresywnym rozjaśnianiem, ale to często gwóźdź do trumny. Dlatego to opcja dla odważnych i zdecydowanych, że kondycja włosów jest ważniejsza niż kolor.



Zrezygnuj z mocnych detergentów

Odsyłam do TEGO postu. Jeśli używacie ciężkich silikonów i nie planujecie ich odstawić, to rezygnacja z mocnych detergentów nie jest wskazana. Ale pamiętajcie, że mocne rypacze, zmywają włos z wszystkiego i odstawienie ich byłoby zbawienne dla samych włosów - wiąże się to jednak także rezygnacją z mocnych silikonów, które nie zmyją się domowym myjadłem. Jeśli się zdecydujecie, to samo takie mycie już dużo daje włosom.


Cysteina i zatyczki do nosa

Pomóc może tez domowy Olaplex. 1/3 łyżeczki cysteiny rozrabia się w porcji odżywki i nakłada na umyte włosy na około 30 minut. Warto machnąć sobie taki zabieg 2 razy w tygodniu w czasie najgorszych zniszczeń. Niestety cysteina ma okropny, ciężki do zniesienia zapach, który zostaje na włosach do ich wyschnięcia.



Najlepiej ułożyć sobie jakiś grafik pielęgnacji - bo to wszystko jest zależne od tego, co ile myjecie włosy. Moja propozycja poniżej jest dla ludzi, którzy myją co dwa dni:

- Odstawiamy mocne detergenty, myjemy delikatnym szamponem (np. Petal Fresh) lub odżywką (np. Gair hair food, Kallos Color jeśli koniecznie ma być dużo i tanio), albo domowymi myjadłami. Używamy slsa raz na dwa - trzy tygodnie. Chyba, że używacie ciężkich silikonów, wtedy lepiej nie odstawiać silnych detergentów, bo domowe myjadła mogą nie domyć włosów.

- Co drugie mycie nakładamy maskę z cysteiny i protein.

- Co drugie mycie nakładamy maskę z emolientów.

- W dniu każdego mycia nakładamy podkład i olej na kilka godzin przed myciem.

- Przed zabiegami z gorącem warto czymś zabezpieczyć włosy, chociażby miał to być silikon.

- Kocówki zabezpieczamy emolientem, np. masłem shea.


I masa cierpliwości. Poszczególne zabiegi mogą już po pierwszym zastosowaniu wywołać pożądane efekty, ale liczy się konsekwencja i regularność. Nożyczki wchodzą, gdy się trzeba pozbyć rozdwojonych końców. Resztę można jeszcze ratować pielęgnacją.


Zapraszam też na mój kanał - jutro pojawi się tam bardzo ważny film!

listopada 14, 2018

Folkowe zespoły na jesień

Folkowe zespoły na jesień
Dziś przybywam z ulubionymi zespołami, do których często wracam jesienią. Nie opisuję jednak zespołów, które podawałam w pierwszym wpisie o folkowej muzyce. Zapraszam, będzie krótko! ;3




Laboratorium pieśni 

Dziewczyny śpiewają stare tradycyjne pieśni i to wszystko jest takie surowe i dzikie, że aż oczy szczypią. Koniecznie obczajcie, szczególnie, że są z Polski!


Vedan Kolod 

Jeśli słuchacie Arkony, to prawdopodobnie śpiew wokalistki nie jest Wam obcy (słychać ją jako drugi głos np. w "Zimushce"). To jeszcze bardziej dzikie dźwięki prosto z Syberii. Używają bardzo dziwnych starodawnych instrumentów, a ich muzyka nawiązuje do czasów sprzed pojawienia się chrześcijaństwa.


Heilung 

Często można ich spotkać na moim insta story. Tak, to ci od jelenich zrzutów, szamańskich czapek i instrumentów z kości. Ich najnowsze nagranie z koncertu (Lifa) to mistrzostwo świata. Dla świeżaków polecam najpierw utwory "Krigsgaldr" i "Fylgija Ear".



Nytt Land 

Tym razem folk metal. Słucham głównie "Skopun" i "Voluspa", ale nie tylko. To raczej klimaty skandynawskie. Uwielbiam tą kobietę, która śpiewa "Ask veit ek standa". Ten głos jest taki plastyczny :D A album "Havamal" jest idealny do zasypiania.


Danheim 

To pewnie już znacie. Może trochę przypomina Wardrunę, ale aż tak mi tyłka nie urywa. Rzadko ich słucham, ale wiem, że wśród ludzi lubiących folk, Danheim jest na wysokiej pozycji.


Lecę się grzać pod kocykiem i czytać Wędrowycza, papa!


Starsze wpisy:

- Najlepsze folkowe zespoły 

- Darkwoodjewelry - wywiad!

listopada 12, 2018

Czy witamina E jest konserwantem?

Czy witamina E jest konserwantem?
Ten post musiał powstać, bo już któryś raz z rzędu odpowiadam na pytania pt. "ile witaminy E dodać, żeby mój krem/tonik/serum się nie zepsuły. Zerknęłam z ciekawości na kilka blogów, żeby sprawdzić czy już przestały powielać mity o działaniu konserwującym witaminy E. Niestety się zawiodłam - nadal możemy znaleźć tam takie informacje.

czy witamina e jest konserwantem?


Zacznijmy więc od początku - od tego, po co właściwie jest konserwant i konserwowanie. Otóż ma on służyć zapobieganiu rozwojowi drobnoustrojów w produkcie. Każdy kosmetyk, który będzie w sobie zawierał wodę, musi zostać zakonserwowany, bo takie środowisko jest wylęgarnią bakterii. Przez wodę, mam na myśli nie tylko czystą wodę, ale wszystkie płyny (a więc także różne hydrolaty, napary itp.) oraz inne półprodukty, zawierające w sobie wodę. A więc konserwowanie jest po to, żeby produkt nie został kolonią drobnoustrojów.

Witamina E nie zapobiega rozwojowi bakterii. Mylnie uznaje się ją jako naturalny konserwant z innego powodu - ponieważ jako antyoksydant ma zdolność zapobiegania/spowalniania jełczenia tłuszczów. Jełczenie nie jest jednak wywołane przez bakterie - to wynik między innymi utleniania się kwasów tłuszczowych lub hydrolizy wiązań estrowych. Efektem tego może być to, że olej zmienia smak i zapach, a także traci większość swoich właściwości. Psucie się oleju poprzez jełczenie, nie jest tym samym co psucie się kosmetyku poprzez rozwój bakterii, natomiast przeciwutleniacz taki jak witamina E, może spowolnić sam proces jełczenia, a nie powstawania nowej cywilizacji.

Podsumowując - witamina E NIE jest konserwantem i nie chroni przed rozwojem bakterii (nie konserwuje). Nie poradzi sobie z przedłużeniem życia kosmetyku, który ma w sobie wodę. Nie zmienia to jednak faktu, że warto wzbogacać nią kosmetyki, albo używać jej jako środka przedłużającego żywotność kosmetyków złożonych jedynie z olejów (maceratów, masełek itp) lub samych olejów.

Mam nadzieje, że sprawa już jest jasna - możecie tą notkę podesłać komuś, kto chciał wykorzystać witaminę E do konserwowania mazideł. Może uratujemy trochę surowców przez koszem na śmieci! :D

Najnowsze wpisy:

- orientalny puder do mycia twarzy

- obecna pielęgnacja skóry i włosów

listopada 07, 2018

Obecna pielęgnacja twarzy i włosów

Obecna pielęgnacja twarzy i włosów
Mam wrażenie, że moja pielęgnacja z posta na post jest coraz bardziej uboga. Mam tyle na głowie, że czasami nawet zapominam o kremie, albo zmyciu tapety. Ciągle sobie obiecuje, że w końcu czas dowalić jakąś konkretną pielęgnacyjną rutynę pokroju mycie/olejek/esencja/serum/krem/kupa jednorożca/olej, ale coś mi się wydaje, że nie wydobędę z siebie takiej dozy cierpliwości, by to dobrze rozegrać. Tak więc dziś będzie minimalistycznie, zapraszam :D



Demakijaż Vianek odżywczy - uwielbiam go i nie chce mi się nawet szukać lepszej alternatywy. Używam co kilka dni - bo co kilka dni robię makijaż (tylko jak nagrywam xD). Pięknie pachnie, nie potrzeba żadnych wacików, wystarczy go wmasować w skórę i zmyć.

Puder orientalny do mycia - prawie codziennie, bo czasami mi się nie chce. Używam go jako pierwszy albo drugi krok mycia (czasami myję twarz olejem, ale jak się domyślacie, nie chce mi się). Uwielbiam go totalnie! Mam wrażenie, że zmywa trochę bardziej agresywnie niż zwykły puder myjący - ale to "agresywnie" bierzcie z przymrużeniem oka, bo to nie ten poziom agresji co w przypadku silnego detergentu :D Przepis wstawiłam na bloga dwa dni temu.

Tonik hibiskusowy z Sylveco - bardzo specyficzna rzecz. To pierwszy tonik w formie luźnego gluta, a nie płynu. Może trochę przesadziłam - nie wyobrażajcie sobie tego jako gęstej zawiesiny, jest płynny ale ma lekko żelową formę. Staram się o nim nie zapominać, szczególnie wieczorem gdy mam więcej czasu. Nakładam tonik, i na taką wilgotną skórę lecą kosmetyki pielęgnacyjne.

Olejek Bielenda Botanic Spa Opuncja i Aloes - używam dopiero od kilku dni na noc, do kremu albo zamiast kremu. Nie mam jeszcze opinii na jego temat, na pewno pojawi się recenzja kiedy porządnie go przetestuje. Póki co - jest przyjemny i ma bardzo dobry skład.

Bepanthen Sensiderm - już kiedyś o nim pisałam. Bardzo go lubię i ciągle do niego wracam. Jak na tą markę, skład dobry i świetnie mi się sprawdza. Używam rano i wieczorem, ale bardzo często zapominam. Nie wiem ja te baby to robio, że są w stanie codziennie odwalić pielęgnacje i o niczym nie zapomnieć.

Maski - aktualnie moją ulubioną maseczką do twarzy, jest maska z powietrza. Świetnie działa i dotlenia skórę. Taką maskę noszę na sobie cały dzień i całą noc, cudownie mi się sprawdza. A w dodatku jest zupełnie darmowa. A tak na poważnie - nie używam teraz żadnej maski z braku czasu i ochoty. Kusi mnie maska z Botanic Spa, ale boję się teraz kupić, bo pewnie będzie tylko leżeć i kisnąć.

Odrosty - powinnam robić go co dwa tygodnie, w praktyce robię dopiero gdy widzę szaro - zielonego odrosta giganta. Aktualnie używam henny Miksologii, ale już mi się kończy, więc będę zużywać pół kilo Indyjskiej, którą dostałam od jednej grupowiczki (nie pamiętam kompletnie co to była za marka).

Wcierka - nadal zużywam ostatnią buteleczkę alkoholowo - ziołowej wcierki, którą zrobiłam kilka miesięcy temu. Miałam długą wcierkę, ale uznałam, że w końcu czas ją wykorzystać. Moja oczywiście jest już rozcieńczona wodą. Używam jej codziennie wieczorem od tygodnia. Przepis oczywiście znajdziecie w czeluściach bloga.


To koniec na dzisiaj. Przypominam tez o konkursie fotograficznym, który trwa jeszcze 3 dni! Szczegóły znajdziecie na moim INSTAGRAMIE, szybciutko!

listopada 05, 2018

Orientalne dwa w jednym - puder do mycia skóry i baza do masek

Orientalne dwa w jednym - puder do mycia skóry i baza do masek
Ciągle pytacie, czy do myjącego pudru można dodać to, albo tamto. Ten post ma Wam pokazać, że można do niego dodać praktycznie wszystko. Takie pudry/suche bazy maseczkowe można robić na wiele sposobów i dziś pokaże Wam wersję orientalną z rubią. Jest świetna, myje troszkę mocniej niż zwykły puder, dlatego jeśli chcecie wykorzystać ją jako maskę, polecam dodawać do niej sporo nawilżaczy oraz olejów.



Składniki:

- czerwona glinka (30g)
- mąka z ciecierzycy (30g)
- manjistha (10g)
- kurkuma (10g)
- amla (5g)
- kapoor kachli (5g)


Przygotowanie:

Jak zwykle, to bardzo proste. Wszystkie składniki odmierzamy, łączymy w jakimś pojemniku i mieszamy. Żadnego konserwowania - nic się tu nie zepsuje.


Jak używać?



  • Jako maseczka - Około łyżkę proszku rozrabiamy z płynami (woda, napary, hydrolaty, ekstrakty) i olejami, tak by konsystencja nam odpowiadała. Trzymamy na twarzy 10-20 minut, możemy w trakcie pryskać twarz wodą, by maska nie zaschła. Należy jednak uważać, zawsze polecam dodawać tu oleje, gdyż maska bardzo mocno barwi skórę i później może być problem z domyciem. W razie czego zróbcie ją, gdy macie wolny dzień, a nie na chwilę przed ważnym wyjściem, żeby nie zaliczyć wtopy.

  • Jako puder myjący - niewielką ilość pudru rozrabiamy z wodą lub hydrolatem i wmasowujemy w twarz. Najlepiej potrzymać go na twarzy około minutę lub dwie. Puder zmywamy wodą i możemy przejść do kolejnego kroku pielęgnacji. Nadaje się do samodzielnego mycia, ale może stanowić także drugi krok mycia (jako pierwszy krok, stosujemy coś na bazie oleju). 



Miłego korzystania!


Moje social media:

INSTAGRAM

YOUTUBE

FACEBOOK



listopada 02, 2018

Artefakty życia - rzeczy, które są ze mną od kilku lat

Artefakty życia - rzeczy, które są ze mną od kilku lat
Seria "Artefakty" na moim blogu, nie dotyczy jedynie ulubieńców, ale przede wszystkim nowości jakie się u mnie pojawiają. Nie ograniczam się do rzeczy materialnych, ale również do muzyki czy kina. Dziś jednak, wpis specjalny - poświęcony jedynie Artefaktom, które są e mną od wielu wielu lat i bez których byłoby mi bardzo smutno. Zapraszam!



"Władca Pierścieni"

Zaraził mnie tym tata. Pamiętam, że puszczał mi to jak byłam małym gówniakiem, a ja kompletnie tego nie rozumiałam, ba, myślałam nawet, że to kolejna część Harry'ego Pottera! Pamiętam też sceny z Szelobą, strasznie się ich wtedy bałam. Kiedyś poprosiłam, żeby tata puścił mi "tą część ze słoniami", i oglądałam to nadal nic nie rozumiejąc. Doceniłam te filmy dopiero w gimnazjum, kiedy akurat na tvnie leciały " Dwie wieże". Tata jak zwykle oglądał, choć pewnie znał już na pamięć, a ja chciałam tylko wykorzystać okazję, żeby nie musieć iść spać. Normalnie tata wygoniłby mnie na górę, bo przecież z rana trzeba wstać na pszyrkę, ale w takich okolicznościach oczywiście ucieszył się, że pierworodna postanowiła oglądać z nim ten film. No i coś w mojej głowie wybuchło. Na drugi dzień obejrzałam wszystkie trzy części, a później od nowa i od nowa. I wreszcie miałam możliwość je zrozumieć, bo wreszcie chciałam zrozumieć. I tak przez następne kilka miesięcy CODZIENNIE oglądałam je wszystkie od nowa. Kiedy już nimi rzygałam, przerzuciłam się na gify, filmiki z neta i fanfiki i byłam totalną psychofanką Lotru. Aha, w międzyczasie przeczytałam tez książki,"Silmarillion", "Hobbita" i " Dzieci Hurina". Tak zaczęła się moja przygoda z fantastyką. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy to wszystko mnie wzruszało i jak bardzo idealne mi się wydawało. Zaraziłam tym później przyjaciółki i kolejne miesiące spędzałyśmy na dogłębnym obgadywaniu wszystkich scen. Nie ma nic lepszego niż LOTR i film Petera Jacksona. Nawet jak o tym piszę, to aż mi się płakać zachciało. Podobno w listopadzie na Netflixa wchodzą reżyserskie wersje wszystkich części (te, w których możecie posłuchać pierdów Pippina po tym jak nażarł się lembasów xD).


"League of Legends"

Zaczęłam w to grać chyba ze 4 lata temu i tak zostało do dzisiaj. Nie gram już tak dużo jak kiedyś, ale to w zasadzie jedna z niewielu gier, która nie znudziła mi się po paru dniach. Oczywiście głównie supportuje, bo nie chce mi się farmić :D


Platformy

Mam na myśli oczywiście buty, które mają wysoki gruby obcas, ale są także podwyższane z przodu, dzięki czemu masz te 10 cm więcej, ale nie musisz cierpieć przy każdym kroku. Są turbo wygodne i pięknie wyglądają. Można w nich chodzić przez cały rok. No uwielbiam!


"Okienka"

Kojarzycie Przysmak Świętokrzyski? Ja nazywam to okienkami. To takie dziwne, przypominające suchy makaron kwadraciki, które wrzuca się na gorący ogień, a one rosną i powstają takie smażone chrupki. Jem to od dzieciństwa i po prostu uwielbiam. Zaraz po napisaniu tego posta lecę do jakiegoś spożywczaka ich poszukać, bo sobie narobiłam smaku.


Zielona herbata z Big Active  z pomarańczą

Zielona herbata to mój wielki nałóg od wielu lat. Jeśli jednak miałabym polecić jakąś konkretną, to zdecydowanie będzie właśnie ta. Kocham połączenie zielonej herbaty i cytrusów, zarówno w formie mrożonej, ze świeżymi limonkami i pomarańczami, jak i wersji suszonej. Big Active to jedna z ulubionych wersji (lubię też piramidki Liptona z mandarynkami). Jest liściasta, więc dobrze widać suszone owocki. Totalnie polecam, jest pyszna!

"Gotye"

Pamiętacie "Now yor're just somebody that i used to know"? Jakże by inaczej, epidemią tej piosenki zaraziłam się po zwiastunie Lotru jakos w 2011 roku. To jest taki rodzaj muzyki, do którego wracam zawsze i nigdy się nie znudzi. W ogóle jestem w szoku jakim trzeba być geniuszem, żeby stworzyć coś takiego ;V

Wardruna

Doskonale wiecie jakiego mam pierdolca na punkcie tego zespołu i nie mogłam o tym nie napisać. Moja przygoda z Wardruną zaczęła się po pierwszym sezonie "Wikingów" od utworu "Helvegen". Później poleciało jak domino, nałogowo słuchałam wszystkiego co z nimi związane. To póki co najlepszy zespół folkowy jaki przychodzi mi do głowy, nic co znam, nie wzbudza we mnie tego rodzaju uczuć. Einarowi udało się wyczarować tak niesamowity klimat, że na nawet nie...


Badyle

Dobra, wiem że już tym rzygacie, ale nie mogłam o tym nie wspomnieć, jak wyżej. Badyle kocham mocno od kilku lat, i od kilku lat robię w domu badylowe złomowisko.


Ręcznie szyta torba z gór

Możecie takie kupić na samym końcu Krupówek. Strasznie podoba mi się to, że każda jest inna. Mam ją od kilku lat i choć trochę żałuje, że wybrałam sobie jakiegoś elfa zamiast zwierzaczków, ale nadal ją noszę i jest fajnie.



Masło shea

Używam go już chyba z 5 lat. Nie wyobrażam sobie bez niego życia. Głównie wykorzystuje masełko do olejowania włosów. Nie wiem co ten olej w sobie ma, ale niesamowicie zwiększa mi objętość. Masło dorobiło się też swojego własnego wpisu na blogu (tutaj), także zapraszam jeśli interesują Was bardziej szczegółowe informacje.


Jestem ciekawa czy coś z tej listy gości także u Was. A może macie inne Artefakty, bez których nie wyobrażacie sobie życia? :D

I na koniec małe ogłoszenie. Wkrótce prawdopodobnie będę organizować rozdanie na INSTAGRAMIE. Jeśli chcecie wziąć udział, koniecznie śledźcie mnie tam, żeby nie przegapić info!
Copyright © 2016 gnome household , Blogger