października 31, 2018

"Chilling Adventures of Sabrina" - szybka Halloweenowa recenzja

"Chilling Adventures of Sabrina" - szybka Halloweenowa recenzja
Witajcie w Samhain. Jak je spędzacie? :D Ja niestety mam na dziś sporo pracy, ale jeśli nie świętujecie i zamierzacie się nudzić, to chciałabym polecić Wam pewien serial, o którym co nieco dzisiaj napisze "Chilling Adventures of Sabrina"! 

Chilling Adventures of Sabrina recenzja


Pochłonęłam go w dwa dni, i chyba zacznę od nowa. Serial opowiada historię nastoletniej czarownicy Sabriny, ale nieco różni się od znanego nam serialu z lat 90 tych. W tym serialu Sabrina również ma dwie ciotki i czarnego kota, ale w zasadzie na tym podobieństwa się kończą. Twórcy zaczerpnęli trochę satanizmu, okultyzmu i innych złych rzeczy, za które pójdziecie do piekła.


Dla kogo jest serial? 

Nie nazwałbym go horrorem, zdecydowanie nadaje się też dla młodszych widzów. Lekko trąca tematykę nastoletniej miłości i problemów młodzieży, nie jest jednak całkowicie infantylny, a niektóre sceny rzeczywiście mnie przestraszyły. Może nie na tyle, żebym potem bała się spać bez światła, jak to bywa po oglądaniu mocnych horrorów, ale troszkę dreszczyku było.

To co najbardziej mnie w nim urzekło, to klimat, wystrój i stylizacje. Sam design domu w którym mieszka Sabrina jest niesamowity, lekko kiczowaty, z dużą ilością starych nietypowych mebli. Stroje wiedźm, które przecież żyją wśród ludzi w 21 wieku również są bardzo nietypowe i totalnie trafiły w mój gust. To wszystko jest takie przyjemne i "przytulne". Myślę że dla takich smaczków byłabym w stanie oglądać to nawet, gdyby było nudne i beznadziejne, a na szczęście takie nie jest. Cieszę się, bo po przewałkowaniu większości dennych seriali na Netflixie, nareszcie trafiło się coś ciekawego i zrobionego dobrze. Żałuję tylko, że oglądałam z dubbingiem i przez to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niektóre "głosy" starały się za bardzo, tak jakby jedyną widownią serialu były 5 letnie dzieci. Pamiętajcie, dubbing seriali i filmów to zło.

Bardzo Wam polecam ten serial, świetnie się oglądało i już mi smutno, że trzeba czekać na kolejny sezon. Na szczęście za kilka dni premiera "Outlandera", a 9 listopada "Król wyjęty spod prawa"

Strasznego Halloween! I zapraszam na mojego INSTAGRAMA.

października 29, 2018

Artefakty - październik 2018

Artefakty - październik 2018
Witajcie robaki, dziś kolejna porcja Artefaktów. Znowu mam plagę robali na chacie, tym razem przestałam się bawić i zrobiłam wszystkim roślinom komorę gazową. Bardzo podoba mi się brak słońca i wiatr, szczególnie kiedy nie muszę wychodzić spod koca. Mam dość sporo roboty i ciągle szykuje kolejne projekty. Za dużo pomysłów i za mało czasu, żeby je wszystkie ogarnąć. Ale do rzeczy, co nowego w październiku?



Stojak na wieszaki

Wreszcie kupiłam duuuży wieszak z Ikeły, bo moja szafa się wysypuje. Z przerażeniem odkryłam, że po obwieszeniu całego tego stojako-wieszaka, szafa nadal się wysypuje ;v Zmieszczę na niego jeszcze sporo szmat, ale teraz z kolei brakuje mi wieszaków i muszę dokupić. Strasznie chciałam mieć taką "wiszącą" garderobę. W szafie mam tylko niewielki drążek, który w całości zajmują nasze kurtki i płaszcze, a tak bardzo nienawidzę składać ubrań, że z tym koniec. Chcę, żeby wszystko oprócz gaci wisiało, a dzięki temu zwolnią mi się też dwie duże przegrody i będzie można tam wepchnąć jakieś bzdety porozwalane po domu.



Mikso henna

Dostałam od Justyny jej hennę, dokładny opis macie już w TYM poście. Dopiero ją poznaję, ale dobrze poradziła sobie z odrostem, więc się lubimy. Ciekawa jestem co zrobi na całej długości.

Lewa ręka Boga

W tamtym roku przeczytałam pierwszą część, a potem utknęłam na początku drugiej i tak mi się przypomniało dopiero ostatnio. Chciałam wrócić do czytania, bo tyle się działo, że nawet Sandersona nie chciało mi się nadrabiać. "Lewa ręka Boga" to taka dziwna historia inspirowana Kościołem - ale w innym znaczeniu. Kościół, choć oparty na podobnych zasadach jak u nas, jest okrutną, krwiożerczą organizacją, która źle zrozumiała Słowo Boże i zamiast miłości, szerzy śmierć, ból i wojnę. Serio, jeśli narzekacie na to, że "Kler" przedstawia Kościół w złym świetle, to przeczytajcie te książki, gdzie autor stworzył jeszcze bardziej okrutną wizję. Świat, niby fantasy, ale to zlepek istniejących miejsc i wydarzeń historycznych, tylko ułożonych inaczej niż w naszym prawdziwym świecie i groteskowo przeinaczonych.

Zdobycze z second handu

W tym miesiącu też zdobyłam kilka perełek z lumpa. To były wyjątkowo udane łowy, ale nie pokaże Wam zdjęć, bo spora część ubrań wymaga lekkich przeróbek, bo są za duże. Poza tym, chciałabym uszyć sobie kilka fancy torebek na zakupy z wielkich sztruksowych spódnic, bo wdziałam taką torbę u jakiejś dziewczyny w tramwaju i totalnie mnie urzekła ;v

Mata do yogi 

Wróciłam do ćwiczeń i kupiłam matę. Prawdopodobnie za 3 dni już mi się znudzi, ale chce się jeszcze chwile pooszukiwać, że będę fit dupą.


A teraz idę się zakopać pod trawą i oglądać Sabrinę na Netflixie :D Zapraszam Was na mój świeżo wypluty na świat KANAŁ NA YOUTUBE.

października 26, 2018

Kosmetyki, które się u mnie nie sprawdziły

Kosmetyki, które się u mnie nie sprawdziły
Ten uczuć, gdy masz już napisany cały wpis i nagle komputer chwilowo umiera zanim zdążysz wszystko zapisać. A zatem zaczynam od nowa - dziś co niego w temacie kosmetyków, które nie przypadły mi do gustu. Wszystkie mają dobre składy i oczywiście nie chcę ich demonizować - ale jeśli macie podobne wymagania/potrzeby jak ja, to być może zaoszczędzicie trochę cebulionów.


Alterra - dezodoranty

Próbowałam zarówno tych w kulce, jak i w sprayu. Ten drugi wygrywał pod kątem działania - dało się wytrzymać jakieś dwie godziny zanim zacznę capić jak maciora, natomiast kompletnie nie mogłam znieść tego dziwnego zapachu przypominające ziołowe cytrusy, a w dodatku był mało wydajny - po kilka użyciach zeszło pół butelki. Kulka natomiast - obie wersje - w ogóle nie poradziły sobie z utrzymaniem zapachu mojego ciała na dopuszczalnym poziomie. Pamiętajcie, że to nie są antyperspiranty i blokery - nie blokują wydzielania potu, a jedynie mogą zamaskować zapach. U mnie niestety to za mało. Zdecydowanie wolę dezodoranty od Schmidt's.


Maska do włosów Organic Shop Algae & Clay

Kupiona na jakiejś promocji, nie mam już opakowania. Zastanawiam się, czy to ja jestem jełopem i nie potrafiłam rozszyfrować jak działa jej aplikacja, ale jeśli w rzeczywistości nie istnieje w tej butelce żaden magiczny przycisk, którego zadaniem jest wydobycie porcji odżywki, to muszę powiedzieć, że straszna lipa. Odżywki z tej serii znajdują się w butelce z wąską szyjką - ale bez żadnej pompki, zatem zawartość trzeba wytrząsać na zewnątrz. To zupełnie niewygodne i irytujące. Pomijając jednak opakowanie, odżywka cuchnie jabłkowymi orbitkami i to również zapach, którego nie potrafię znieść. Jest lekko proteinowa. Nie nadawała się do mycia, a poza tym była zupełnie neutralna. Nie robiła mi ani krzywdy, ani nie urywała tyłka. Ot zwykła odżywka z nie najgorszym składem 7 zł.


Vianek normalizujący - wersja na dzień i noc

Z tego co wiem, te kremy idealnie sprawdzają się w przypadku cery tłustej. Ja, jako posiadaczka cery mieszanej w kierunku suchej, wspominam ich testowanie jako masakrę. Nie do końca wiedziałam wtedy czego moja cera potrzebuje i próbowałam różnych kosmetyków. Te Vianki wysuszały mi ją na wiór. Użycie tego kremu wiązało się z uczuciem takiego przesuszenia, jakbym przez rok nie nawilżała twarzy. Oprócz tego - znowu kwestia zapachu. Nie wiem, czy moja partia była jakaś stara, ale kremy capiły stęchlizną, choć data na opakowaniu była w porządku. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadły mi kremy z serii pomarańczowej i niebieskiej.


Henna Erbe di Janas Rosso Caldo

Czyli moje największe rozczarowanie. Spodziewałam się po niej mocnego barwienia, tymczasem poradziła sobie gorzej niż zwykł tani Hesh! Kompletnie nie zabarwiła odrostu, nie było po niej śladu. Inni nie narzekają, a więc znowu wnioskuje, że trafiła mi się starsza partia ziółek, ale kurde, są henny które i po paru latach barwią jak wściekłe, a tu taka sytuacja.


Żegnam się i pragnę poinformować, że wreszcie pojawiłam się na Youtube. Idzie mi dość topornie, ale liczę na ewentualną wyrozumiałość, bo to trudniejsze niż się wydaje. Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam na mój nowy film na kanale - czyli mała pogadanka na temat korzyści używania Senesu.

października 22, 2018

Proteinowy szampon na gotowanym ryżu

Proteinowy szampon na gotowanym ryżu
Dawno nie było myjadeł, czas to zmienić. Właśnie testuję sobie nowe receptury, tym razem zależało mi na tym, by jednocześnie dostarczyć włosom trochę protein. Dlatego gwoździem programu jest woda ryżowa!

jakzrobicdomowyszampon


Składniki:

  • 500 ml wody z gotowanego ryżu (bez soli, bez torebki)
  • 10 g białej glinki
  • 50 g mąki owsianej
  • 10 g siemienia lnianego 
  • 10g płynnego miodu
  • 20g kory mydłoki (jeśli jej nie macie, to może być mydlnica, shikakai albo inne ziółko saponinowe - patrz na post o saponinach )
  • 5 zblendowanych kasztanów
  • kilka kropel olejku eterycznego

Przygotowanie: 

- Kilka godzin wcześniej wrzucamy kasztany do miski z wodą, żeby się dobrze namoczyły. Gdy już zabieramy się za robienie szamponu, kasztany blendujemy lub ścieramy na drobne wiórki. Ale lepiej zmielić.
- 100 g ryżu i około łyżkę siemienia, gotuję w 2 litrach wody. Nie dodajemy soli. Taka ilość siemienia nie sprawi, że zrobi się gęsty glut, a lekko go zagęści i doda trochę substancji śluzowych. I teraz ważna sprawa - jak mojego ryżu nie będę jadła, bo powstanie z niego maska na twarz i łapki. Dlatego oprócz ryżu i siemienia, do gara leci także kora mydłoki. Jeśli jednak chcecie zjeść ryż, to nie psujcie jego smaku i ugotujcie korę w oddzielnym garnuszku - około 20 g kory w około 200 ml wody.
- Kiedy ryż zmięknie, odcedzam go od płynu i oba produkty studzę. Ryżem zajmę się później, natomiast wystudzony płyn już może wchodzić do akcji. Pobieram około 500 ml wody - zużyję tego mniej, bo to kwestia tego jaką wolicie konsystencję. Myślę że około 300 ml już powinno wystarczyć. Jeśli gotowaliście oddzielnie korę mydłoki, to też pobierzcie mniej wody ryżowej
- Do miseczki wsypuję pozostałe składniki - glinkę, miód i mąkę, rozrabiam z wodą ryżową i ziołami, dodaję też miodu, kasztany i olejki. Rozgniatam grudki, jeśli nie chcą się rozpuścić to odstawiam masę na godzinkę. Możemy dodać więcej płynu jeśli trzeba - z doświadczenia powiem, że zbyt gęsta papka jest mniej wygodna.
- Myjemy włosy tak samo jak zwykłym szamponem, odżywka po myciu nie jest konieczna, bo taki szampon też działa jak odżywka.

Szampon najlepiej serwować sobie raz w tygodniu, żeby nie przedawkować protein. W lodówce wytrzyma około 3 dni maksymalnie. Fajnie się u mnie sprawdził, jak wszystko co ma proteiny i nie ma detergentów. Włosy idealnie ułożone i objętość - czyli jak zwykle po saponinowych zabiegach. Polecam ;D

Na blogu jest też inna wersja domowego szamponu - ale nie jednorazowego użytku. 

października 19, 2018

Wywiad z Michałem z Darkwood Jewelry!

Wywiad z Michałem z Darkwood Jewelry!
Dzisiaj mam dla Was coś specjalnego - krótki internetowy "wywiadzik" z bardzo utalentowanym rękodzielnikiem, którego na pewno część z Was już zna. Jest nim Michał Pec z Darkwood Jewelry. Obserwuję twórczość Michała od bardzo dawna i uwielbiam styl jego prac. Biżuteria, którą tworzy przedstawia runiczne (i nie tylko) wzory ze srebra. Przypominają mi metalowe "patyczki" - kształty run mają specyficzną teksturę, która w pewnym sensie emituje drewno. Michał podzielił się ze mną kilkoma ciekawostkami dotyczącymi jego pracy. Zapraszamy!


Od jak dawna tworzysz i sprzedajesz swoje srebrne runy?

Darkwood powstał w styczniu 2017 r. Wcześniej trochę mi zajęło przygotowanie dwóch pierwszych wisiorków, obmyślenie, jak całość ma wyglądać, zrobienie pierwszych fotek, wymyślenie nazwy, logotypu, itd. 


A jak to się zaczęło? Co Cię skłoniło do takiej działalności?

1.     Pomysł siedział w głowie od jakiegoś czasu, ale zawsze przeważała myśl, że w dzisiejszych czasach biżuterię robią miliony ludzi. Wystarczy popatrzeć na Etsy. Żeby się przebić, trzeba mieć jakiś fajny pomysł. I mnie tego pomysłu brakowało J Tak więc plan pt. „robię biżuterię” trafił na jakiś czas do szuflady. A wrócił właśnie jakoś w drugiej połowie 2016 r. Zawsze lubiłem prace manualne, podobało mi się, to, jak do łask w ostatnich latach wraca rękodzieło. A fakt, że od kilkunastu lat pracuję na swoim,  daje łatwość w próbowaniu czegoś nowego. W pewnym momencie urodził się pomysł, co mogę tworzyć, jak ma to wyglądać, jak skorzystać z dobrodziejstw społeczności internetowych w celu promocji. Pozostało tylko zakasać rękawy i wziąć się do roboty J


Oprócz run i "patyczkowych"wzorów rzadko widzę u Ciebie inne "modele" biżuterii - o ile tak je w ogóle można określić. Skąd pomysł na tak oryginalne kształty? Co Cię inspiruje?



1.     Sam pomysł na wykorzystanie liter alfabetu runicznego wziął się chyba z poszukiwania tego czegoś, co mogłoby być inne niż standardowo dostępne wzory. Runy mają ciekawe kształty i dają pole do popisu przy tworzeniu czegoś nie do końca typowego. W pewnym momencie wydało mi się oczywiste połączyć runy i gałęzie. Może nie jest to zawsze widoczne, ale staram się, żeby każdy element miał choćby teksturę przypominającą drewno. Jeżeli chodzi o inspiracje, to na pewno krajobrazy, natura, muzyka, w pewnym stopniu fascynacja krajami Północy. Intryguje mnie mroczny element w przyrodzie, muzyce. I ten pierwiastek staram się ukazać w moich wisiorkach oraz w tym, jak są one przedstawione wizualnie. 


Ciężko się czegoś takiego nauczyć? Sama stawiam swoje pierwsze kroki w tworzeniu biżuterii i widzę przed sobą ogrom pracy i całe mnóstwo narzędzi, które jeszcze muszę zdobyć. Jak Ty się tego nauczyłeś? Byłeś na kursie złotnictwa czy jesteś samoukiem?


Jestem typowym samoukiem. W pewnym momencie zastanawiałem się nad kursem, ale w końcu stwierdziłem, że Internet jest taką kopalnią wiedzy, że najlepiej najpierw przeczytać i obejrzeć, co się da, a potem, metodą prób i błędów, spróbować samemu. Do dzisiaj sam się śmieję, że dwa pierwsze modele wyszły najlepiej, dlatego, że były robione bardzo nieudolnie. No, może trochę przesadzam, bo niesłychanie mi się podoba ostatni wzór – alchemiczny symbol siarki (znany też jako Krzyż Lewiatana). Było mi bardzo trudno się z nim rozstać i w końcu zrobiłem jeden dla siebie.


Jak to się w ogóle robi? Ogarniam już podstawy lutowania i obróbki metalu, ale w jaki sposób formujesz "gałązki"? Wykorzystujesz zwykłe czyste srebro, czy jakieś plastyczne masy, które potem się wypala?

Korzystam ze srebra próby 925 oraz glinki Silver Clay – w zależności od wykonywanego modelu. Sama praca jest trudna do opisania, szczególnie gdy jest się samoukiem. Ogólnie dużo pracy wszelkiego rodzaju dłutami, pilnikami, szlifierkami, później łączenie elementów, znów szlifowanie, poprawianie, aż do uzyskania zadowalającego efektu J


Planujesz kiedyś trochę urozmaicić swoje prace, na przykład używać kamieni, kaboszonów i tym podobnych, czy zostajesz przy tworzeniu run i kształtów z metalu?



1.     Nie, pozostaję przy tej formie, którą założyłem sobie na początku. Chcę zachować nieco surowy wygląd moich rzeczy. Myślę, że kamienie, kaboszony po prostu niezbyt by do całości pasowały.

A kolczyki? Czemu nie widziałam u Ciebie na profilu żadnych kolczyków? :D



1.     Kolczyki są w planach od samego początku. Ale brakuje czasu, żeby je zrobić, przygotować do sprzedaży. Choć zdarzyło mi się zrobić kolczyki kosy pod specjalne zamówienie. 


No cóż, bardzo dziękuje Michałowi za rozmowę i trzymam kciuki za dalszy rozwój jego działalności. Ja sama już ponad rok noszę jedną z jego prac - runę Othala, i to chyba najbardziej porządna błyskotka jaką kiedykolwiek miałam.


Zachęcam do zaobserwowania INSTAGRAMA Michała - to właśnie tam możecie podziwiać jego wyroby :D










października 17, 2018

6 tekstów, które kojarzą mi się z grupami o naturalnym leczeniu

6 tekstów, które kojarzą mi się z grupami o naturalnym leczeniu
Dziś trochę kontrowersyjny temat, i poniekąd związany z moją ulubioną tematyką. Bardzo interesuje się naturą i ziołami. Tworzę domowe kosmetyki, szukam alternatyw dla leków i wiem, że nie wszystko trzeba zabijać antybiotykiem. Ale niestety przeraża mnie to, co czasami możemy przeczytać na grupach o naturalnym leczeniu i całkowicie tego nie popieram. Stworzę kiedyś o tym oddzielny post - w skrócie, czasem często mi uwierzyć, że ci ludzie mówią poważnie i przykro mi zarazem, że są całkowitymi, bez reszty pochłoniętymi wyznawcami Zięby i tym podobnych osobistości.

szkodliwyaltmed


Staram się nikogo nie urazić, ale czasami jest mi wstyd za tych ludzi. Ziołolecznictwo to też medycyna, a nie altmed - pod warunkiem, że nie stawiamy diagnozy przez Internet i nie leczymy wszystkiego wrotyczem. Ale nie o zioła tu chodzi, o nie. O tym kiedy indziej.

Przed śniadankiem szklanka wody z solą, po śniadanku szklanka z roztworem wody utlenionej, a przed obiadem lewatywa z witaminą c lewoskrętną, bo wiadomo, że prawoskrętna jest za słaba. A przed spaniem kieliszek srebra koloidalnego i inhalacja wodą magnezową. I tak właśnie możemy żyć w wiecznym zdrowiu. Bo jakiś szurystyczny prorok przekonał nas, że to działa. Bo soli już nie trzeba ograniczać, a już szczególnie tej himalajskiej. Wiadomo przecież, że himalajska to nie jest ta zwykła biała szkodliwa sól, a ma super moce, dzięki którym będziemy żyć dłużej! 2 tygodniowe głodówki, to także droga do wiecznej młodości.

Na tego typu grupach widzę cały czas podobne schematy. Cały czas takie same argumenty, cały czas te same mądrości. Już Wam je przedstawiam, a ta ironia wcale nie była zamierzona :D


"Moja babcia całe życie używała i miała 90 lat"

Czyli ulubiona anegdotka zaczynająca się słowami "A moja...<tu wstaw ciocię, sąsiadkę, kuzynkę czy panią Krysię ze sklepu>. Jeśli osoba A powie, że Pani Helenka dobrze się czuje po wypiciu szklanki oliwy magnezowej, to ja przecież mogę wyjść z kontrargumentem, że moja ciocia czuje się po niej źle. I mamy wtedy argumentację 1:1 - kto zatem wygrywa? Nauczcie się wreszcie, że dowód anegdotyczny nie jest wystarczającym źródłem, by stwierdzić, że coś działa, albo nie działa. To się tyczy wszystkiego. Czy jeśli mój dziadek żyje po 40 latach palenia, to możemy wywnioskować że palenie wcale nie jest szkodliwe?

"Moje dziecko ma 43 stopni gorączki. Kiedy syrop z cebuli zacznie działać?"

Grupy na fejsie to nie przychodnia. A mam wrażenie, że niektórym się tak wydaje. Ten przykład wcale nie jest skrajny, takie kwiatki często się zdarzają. Twój dziaciak zaraz będzie miał jajecznicę zamiast oczu, a Ty jeszcze pytasz o pomoc w internecie? Nie chodzi tylko o takie sytuacje, ale także o pytanie w necie "co mi dolega"?? Dlaczego ludziom się wydaje, że diagnozowanie i leczenie online ma sens? Na jakiej podstawie ktoś po objawach, mogących świadczyć o 40 różnych chorobach, zdiagnozuje u Ciebie tą konkretną?

"STOP CHEMIOTERAPII, ONA ZABIJA"

No tak, jakby sam nowotwór nie zabijał. Naprawdę chcecie brać odpowiedzialność, za czyjeś życie w tak poważnej sprawie? To się nie tyczy jedynie nowotworów. To się tyczy kategorycznego negowania leków i medycyny, na rzecz wody z solą i srebra koloidalnego. A przecież większość leków, to nie są syntetyczne substancje, tylko wyizolowane wyciągi z ziół.

"Przemysł farmaceutyczny fałszuje i sponsoruje badania"

A wiecie, że autor publikacji, który posądził szczepionki MMR o wywoływanie autyzmu był oparty na badaniu na 12 dzieciach, zawierał liczne przekłamania, a do tego wszystko było opłacone przez firmy przeciwne owej szczepionce? Pismo, w którym opublikowano artykuł przyznało się do błędu i wycofało publikację. Ale tak, to przemysł farmaceutyczny stoi za unieszkodliwieniem Wakefielda i stracenie przez niego prawa do wykonywania zawodu było sponsorowane przez szczepionkę MMR.
Nie chcę stawiać zarzutów w ciemno - nie jestem sądem. Nie wiem czy przemysł farmaceutyczny sponsoruje badania. Wiem za to, że gdyby nie rozwój medycyny, dalej tkwilibyśmy w średniowieczu i zbieralibyśmy z ulicy zadżumione trupy.

"Szczepionki zawierają mikrochipy, które kontrolują nasze życie, nagrywają i kradną dane osobowe"

Pewnie myślicie, że to wymyśliłam, i też bym tak pomyślała. Ale spotkałam się z tym już kilka (!) razy i teraz już nic mnie nie zdziwi. Tak moi drodzy - szczepienie to przykrywka. Tak naprawdę idziecie się zachipować niczym krowa w hodowli, a państwo widzi Was nawet na kiblu. O teoriach spiskowych z grup altmedowych można by napisać książkę.


"Lekarze nie mają leczyć, tylko zarabiać"

Tu trochę inaczej się wypowiem, bo sama nie mam prawie żadnych dobrych wspomnień po wizytach u lekarza. Niestety odnoszę wrażenie - przynajmniej po moich doświadczeniach - że lekarze zwykle nie zadają sobie trudu, żeby człowieka dokładnie przebadać, a wolą w ciemno przepisać leki. Jeśli zależało mi na konkretnych badaniach, sama musiałam się ubiegać o skierowania, bo lekarz na to nie wpadł. Nie neguje tu medycyny, a podejście lekarzy do pacjenta. Ja w takich zwykłych codziennych przypadkach przestałam chodzić do przychodni w innym celu niż po badania krwi czy antybiotyk (konieczny, gdy rozwinie mi się kaszel, bo nic go nie pokona). Bo po co? Żeby stracić czas na dojazd na 3 minutową wizytę, po której dowiem się, że muszę kupić tabletki na gardło bez recepty? Nie będę jednak wrzucać wszystkich do jednego wora i wierzę, że gdzieś są jeszcze lekarze z powołania. Co się natomiast tyczy grup zielarskich - niepokojące jest całkowite przestrzeganie przed lekarzami, lekami i co najważniejsze - badaniami, w sytuacjach poważniejszych niż zwykłe przeziębienie.


A jakie mądrości Wy wynieśliście z grup o alternatywnym leczeniu? :D

Zapraszam też do postu o "ZABÓJCZEJ CHEMII" W KOSMETYKACH.

października 15, 2018

Mleko z kartonu, mleko bez laktozy i mleko jednorożców - dlaczego Twój kot wcale NIE chce pić mleka?

Mleko z kartonu, mleko bez laktozy i mleko jednorożców - dlaczego Twój kot wcale NIE chce pić mleka?
Odkąd pamiętam uczono mnie, że kotki lubią mleczko. Mleko wydaje się wręcz niezbędnym pokarmem dla każdego kota. Te mądrości, które wynieśliśmy z dzieciństwa, są niestety niesamowicie szkodliwe dla naszych zwierzaków i czuje się w obowiązku z tym walczyć.

Kiedy próbuje jakoś logicznie wytłumaczyć, jak to się stało, że ludzie zaczęli podawać mleko kotom, nie znajduje żadnego sensownego wyjaśnienia. Dlaczego to właśnie koty zapamiętaliśmy jako zwierzęta, które koniecznie muszą dostawać mleko, a nie na przykład psy?

Można powiedzieć, że przecież mleko kotom smakuje - czy już ten fakt nie wystarcza, by sądzić że mleko jest im potrzebne? A czy niemowlak, któremu smakują klocki, śmieci zebrane z podłogi i psia kupa, też ich pilnie potrzebuje w diecie?


"Kiedyś koty piły mleko i żyły"

No żyły. Bo mleko nie jest trucizną o natychmiastowym działaniu uśmiercającym. Pamiętamy jednak, jak żyły? Żyły głównie na dworze. Nie załatwiały się do kuwety, tylko za stodołą - a właściciel nie widział biegunki, którą miały po wypiciu mleczka. Zwykle zdychały, mając jedynie kilka lat, o czym też już się nie pamięta. I naprawdę, pojedyncze przypadki kota, który przeżył 15 lat na mleku niosą taką samą wartość badawczą jak brak zgonu u nałogowego palacza.

Dlaczego koty NIE mogą pić mleka?

  • Żaden dorosły ssak w naturze nie pije mleka - trąbie o tym na okrągło, ale czy widzieliście kiedyś wilka, rysia czy inne zwierze, które doi krowy? Bo ja nigdy. Żaden dorosły ssak, poza człowiekiem, nie pije mleka, tym bardziej innego gatunku!
  • Dorosłe koty nie trawią laktozy - Koty tracą zdolność trawienia laktozy, gdy zaczynają powoli przyjmować pokarm stały - więc już w wieku około 4-6 tygodni.
  • Mleko zawiera też kazeinę - śluzotwórcza, ciężkostrawna, upośledzająca zdolność wchłaniania substancji odżywczych - prosta droga do wzdęć, bólów brzucha i na przykład marskości wątroby, za sprawą obciążenia jej przez amoniak i inne uboczne produkty powstałe podczas trawienia kazeiny.
  • Mleko nie ma dla kota żadnych wartości odżywczych - żaden wapń i białko z mleka nie są kotu potrzebne do prawidłowego rozwoju.

Czy kocięta mogą pić mleko?

Mogą. Mleko kociej matki, albo specjalne mleko zastępcze. Nie krowie, kozie czy inne. Po pierwsze, takie mleko nie jest wystarczająco tłuste, po drugie nadal ma kazeinę, po trzecie, jeśli będziecie mieć pecha i kociak dostanie biegunki, to może nawet nie przeżyć. Zamiast mleka, gdy liczy się czas, bezpieczniej jest podać chociażby tłustą śmietanę, albo najlepiej - papkę z surowego żółtka i smalcu.


A może mleko bez laktozy?

Nie! To mleko nadal ma kazeinę i nadal jest bezwartościowe. Nawet jeśli nie spowoduje biegunki, to nadal niesie ryzyko bólów brzucha, i poważniejszych chorób - otyłości, alergii, niewydolności organów.

Uświadamiajmy ludzi, że kot to nie śmietnik w który można wlewać mleko, resztki z obiadu i suche chrupki. To zwierze, które ma konkretne potrzeby żywieniowe - mięso. A do picia wystarczy mu w zupełności czysta woda. Zapraszam też do innych kocich wpisów na moim blogu:

- Czego nie powinien jeść kot?

- Dlaczego nie wypuszczam kota samopas?

października 12, 2018

Proste jarzębinowe mazidła do twarzy

Proste jarzębinowe mazidła do twarzy
Już wkrótce jesień i z tej okazji na blogu pojawi się sporo przepisów na kosmetyki i jedzonko z wykorzystaniem jesiennych surowców. Pierwsza będzie jarzębina, która wbrew pozorom świetnie nadaje się do pielęgnacji twarzy i zamierzam korzystać z jej właściwości przez cały okres dostępności owoców - o ile je w końcu gdzieś znajdę. Gdy byłam mała uczono mnie, że to niejadalne i trujące drzewo - w rzeczywistości nie do końca tak jest, i o ile stosowanie wewnętrzne jarzębiny wymaga pewnego sprostowania, tak przy zewnętrznym używaniu, surowe owoce są wręcz idealne! Dziś mam kilka przykładowych przepisów jeśli chcielibyście się pobawić. Ja także je zrobię, gdy uda mi się zebrać owocki.

kosmetykizjarzebiny
Zdjęcie z dupy, bo nie miałam owoców do sesji ;( - w słoiczku znajduje się domowa pasta do zębów, która ostatnio pojawiła się na blogu

Jarzębinowa esencja

Składniki:

  • Owoce jarzębiny - 1/3 szklanki
  • Woda 
  • Kobylak (ok, łyżka korzenia)
  • Kwas hialuronowy - kilka kropli
  • Miód - łyżeczka

Najpierw będziemy robić jarzębinowy wywar - do garnuszka wsypujemy 1/3 owoców jarzębiny, które lekko dziabiemy widelcem. Taki wywar najlepiej robić z owoców suszonych, ale ja ugotuje surowe. W drugim garnuszku z kolei zrobię wywar z kobylaka - (łyżka korzenia, i pół szklanki wody). Kobylak jest idealny szczególnie dla cer problematycznych, wspomaga walkę z niedoskonałościami, tonizuje i koi. Oba wywary odcedzę i zostawię do wystygnięcia pod przykryciem, a następnie przeleję do wspólnej miseczki. Dodam do płynu łyżkę dobrego miodu, kwas i kroplę olejku eterycznego, bo nasza esencja prawdopodobnie będzie capić. Taką ilość zużyję jednorazowo - możecie oczywiście tylko przetrzeć twarz wacikiem nasączonym w wywarze, ja robię to inaczej z esencjami. Nasączam płynem niewielkie szmatki albo bandaże i rozkładam sobie na twarzy, szyi i dekolcie (po dokładnym oczyszczeniu). Trzymam je około 20 minut, a następnie przechodzę do kolejnego etapu - maseczki.

Odżywcza maseczka do twarzy

To chyba najprostszy element - nie wykorzystam tu nic poza sama jarzębiną. Owoce trzeba bardzo dokładnie rozgnieść, a najlepiej zblendować. Można ewentualnie zagęścić odrobiną glinki, mąki albo alg. Nałożę ją od razu po esencji, i będę trzymać na twarzy 15 minut. Po zmyciu jej, jeszcze raz zwilżę twarz esencją i na mokro nałożę kilka kropli jarzębinowego maceratu.

Jarzębinowy macerat

Owoce pryskamy alkoholem, ugniatamy i zalewamy olejem - u mnie będzie to olej z pestek winogron. Zakręcę słoiczek i odłożę w ciemne miejsce na dwa tygodnie. Będę wstrząsać go codziennie. W TYM poście bardziej szczegółowo opisałam jak robić maceraty i ich nie zepsuć. Zamierzam używać go głównie jako oleju bazowego masek, dodam odrobinę do mieszanki do demakijażu, a może nawet odrobina poleci do jakiegoś kremu.

Uwielbiam jarzębinowe kosmetyki. Żałuję, że teraz nie mam do nich dostępu. Kiedyś robiłam z nich nie tylko korale. Niesamowicie koją, odżywiają i wygładzają. Korzystajcie póki jesień dopiero rozkwita, bo to bogactwo cudownych składników, a do tego podobno łatwo je zdobyć (jak się nie jest mną oczywiście) - i wszyscy oprócz ptaków nimi gardzą - zupełnie niesłusznie.

Żegnam się, czas na przejażdżkę na jednorożcach. Trzymajcie się robaki :D

Inne domowe kosmetyki:

-Kosmetyki kąpielowe elfów

-Balsam do mycia lub demakijażu twarzy

-Serum do twarzy na bazie olejów


października 10, 2018

Jesienna rutyna miejskich elfów

Jesienna rutyna miejskich elfów
Zaczęła się moja ulubiona (wciąż nie wiem czemu) pora roku, a oprócz tego studia, doszła też praca i mój wakacyjny styl życia musiał ewoluować, tak bym z wszystkim się wyrabiała. Jak wspominałam wrzesień i końcówka sesji wypompowały mnie z całej mocy. Teraz odżywam, choć pracy mam chyba jeszcze więcej - ale jednak cała ta praca przynosi mi satysfakcję i mnie nie stresuje. To chyba pierwszy rok w moim życiu, gdzie jestem w pełni zadowolona z tego co robię, gdzie nie użalam się nad swoim lenistwem leżąc na kanapie całymi dniami i nie mogąc nawet napisać jednego wpisu na tydzień. Te czasy chyba już bezpowrotnie odeszły (mam taką nadzieję). Ale do rzeczy, bo zaczęłam przynudzać.

jesiennarutyna


Moja jesienna rutyna wciąż się zmienia i chciałabym wreszcie nauczyć się wstawania o 5 rano. Jestem typem sowy - siedzę do późna, nie mogę zasnąć, a potem ciężko jest się zwlec z wyrka nawet o 9 rano. Staram się oczywiście spać maksymalnie do 9, ale czasem po prostu nie jestem w stanie, aż zegarek pokaże 11...A wstawanie o 5 to tyle możliwości! Przecież to aż 5 pełnych godzin życia, które ja marnuje na spanie, a w podczas których moja produktywność jest największa. Najlepiej mi się wtedy myśli, pracuje, zapamiętuje - oczywiście gdy już jakimś cudem udaje mi się wstać o takiej porze, a zdarza się to raz na ruski rok.

Przy takiej ilości obowiązków, musiałam zmienić system planowania i zorganizować wszystko tak, by nie utonąć pod natłokiem zadań. Wygląda to następująco.


Pozwalam sobie zasłużyć na przerwę

Aktualnie skupiam się na tym, by najpierw zajmować się obowiązkami, a przyjemności zostawiać sobie na potem. To mi bardzo dobrze robi w głowę. Gdy człowiek ma za dużo wolnego czasu, to mu odwala, a przynajmniej tak działo się ze mną. Najgorsze było to, że odpoczynek nie dawał mi żadnej satysfakcji, bo było go za dużo. Teraz mocno skupiam się na zadaniach do wykonania - blog, uczelnia, praca, sprzątanie. Każdego dnia mam tego wszystkiego po trochu. Na koniec dnia jestem zmęczona i potrafię wcześniej zasnąć. Ale przede wszystkim nareszcie czuje, że robię coś pożytecznego, że to przynosi efekty i że nie jestem leniwym nieudacznikiem przyklejonym do kanapy i telewizora. Nadal nagradzam się wieloma "odpoczynkami", ale dają mi większą satysfakcję, są czymś luksusowym, a nie zwyczajnym.

Dbam o moje dziecko

A konkretnie - o bloga. Pewnie zauważyliście, że od wakacji częstotliwość dodawania postów wzrosła chyba o 1000% i z wyjątkiem mojego kryzysu na sesji poprawkowej, nie ma takiej możliwości żebym nie dodała nowego postu. Choćby skały srały, nowy post ma być, a jeśli nie będzie, to na pewno będę mieć mini depresję. Zaczęłam poważniej traktować także moje social media, a nawet stworzyłam kilka nowych, choć jeszcze nie potrafię ich obsługiwać ( PINTEREST I TUMBLR). Zauważyłam, że z miesiąca na miesiąc statystyki bloga rosną i chyba nadszedł moment, że zaczęłam go traktować na poważnie. Dlatego także teraz moją obowiązkową rutyną jest pisanie - tak, by post pojawił się w poniedziałek, środę i piątek. Zwykle piszę wszystkie posty w dniu, kiedy mam więcej luzu, w praktyce niektóre zaczynam w tramwaju, w poczekalni, czy podczas gotowania zupy. A oprócz tego trzeba jeszcze zrobić zdjęcia, przerobić je, no i jak żyć skoro wkrótce prawdopodobnie ruszy jeszcze kanał na yt :D Jeśli też tworzycie podobny projekt jak blog, piszecie książkę, czy cokolwiek podobnego - wyrobienie nawyków jest najważniejsze. Wcześniej pisałam kiedy mi się przypomniało. Teraz to priorytet, który mój mózg traktuje chyba na równi z potrzebami fizjologicznymi.

Sprzątanie

Mam kota i długie włosy - a do tego białe posadzki i czarne meble, na których widać każdy kłak i włos. To combo zmusza mnie do codziennego sprzątania. Moja sprzątaniowa rutyna będzie teraz wyglądać trochę inaczej niż latem. Każdego dnia staram się zrobić chociaż jedną rzecz dla czystości - czy to odkurzanie, pranie, mycie lodówki czy łazienki. Nie ma takiej opcji żeby sprzątać wszystko tylko raz w tygodniu, bo w tym domu porządek przetrwa tylko dwa dni. Staram się też organizować tak zwane "sprzątanie w między czasie". Kiedy mam przed sobą pracę umysłową, co jakiś czas robię kilkuminutowe przerwy, które wykorzystuje na prace domowe. Choćby było to tylko wywieszenie prania, obranie zimnioków, podlanie kwiatów czy sprzątnięcie blatu. Dzięki temu przez kilka takich krótkich przerw jestem w stanie doprowadzić mieszkanie do jako takiego ładu, a przy tym efektywnie skoczyć pracę.

Nagradzam się hojnie 

Choć robię nieporównywalnie więcej niż kiedyś, a staram się robić jeszcze więcej, zdaje sobie sprawę, że mam pewną granicę wytrzymałości i nie zabieram się za coś, co pokona mnie przy obecnym stylu życia. Produktywne życie bla bla - ale oprócz tego chce mieć w swoim życiu czas na obejrzenie serialu, wyjście do galerii i imprezę, więc korzystam z tego kiedy tylko mogę.

Dbam o siebie

Staram się, by wśród tego całego zamieszania nie zapominać o pielęgnacji i ubiorze. Chciałabym, żeby to była jesień sukienkowa, a nie coroczny pretekst do nie golenia nóg. Myślę nad jesiennymi recepturami, które mogę sobie ukręcić, wróciłam do ćwiczeń i szukam zdrowych przepisów. I noszę szalik!

Jesienni ulubieńcy

Zdecydowanie melisa z pomarańczą z Biedronki, którą ostatnio nałogowo piję. Zawsze na jesień wracam też do League of Legends i nadrabiam zaległości. I Bestiariusz Słowiański - czytanie go o tej porze roku ma w sobie jakiś urok :D Oprócz tego na Netflixie pojawił się kolejny sezon "Upadku Królestwa" i bardzo Wam polecam go nadrobić.


Tyle na dziś, życzę przytulnej Jesieni i zapraszam na mój INSTAGRAM!

października 08, 2018

Domowa pasta do zębów

Domowa pasta do zębów
Ostatnio pojawiło się lekkie zamieszanie związane ze szkodliwością fluoru zawartego w pastach do zębów, który dotychczas wydawał się być niezbędnym składnikiem takich produktów. Ja nie chcę Wam sugerować, że fluor jest zły - sama nie mam jeszcze wyrobionego zdania na ten temat, a argumentacja na grupach zielarskich nie przekonuje mnie co do jego szkodliwości.

Jeśli przyjrzymy się jak wygląda skład pasty, chyba bardziej niedorzeczne wydaje się używanie SLSów w jamie ustnej - skoro wiem, że tak silny detergent jest zbyt inwazyjny dla mojej skóry lub włosów, to używanie go wewnątrz ciała wydaje mi się chyba straszniejsze niż fluor.

Ale i to nie przekonuje mnie do całkowitej rezygnacji ze zwykłych past. Być może kiedyś ujrzę badania, po których uznam, że kategorycznie wywalam pasty z domu, na tą chwilę jednak - nie boję się ich. Co nie zmienia faktu, że dla czystej przyjemności postanowiłam zrobić sobie własną pastę!

jakzrobicpastedozebow


Moja pasta nie zawiera sody, bo to także dosyć kontrowersyjny składnik, a ja uznałam, że skoro już tak bardzo unikamy slsa i fluoru, to soda również nie wydaje mi się lepsza od nich. 

Składniki:
  • Ziemia okrzemkowa 20g
  • Biała glinka 20g
  • Węgiel aktywny 5 -10 kapsułek/ok. 10 g
  • Olejek miętowy 2 krople/świeży liść mięty(ten drugi dopiero przed użyciem)
Do zrobienia tej pasty potrzebujemy tylko trzech składników - ze względu na to, że nie będę używać jej codziennie, a zapewne co jakiś czas, nie rozrabiałam jej od razu na oleju. Olej będzie dodawany do porcji pasty przed użyciem, jednak Wy możecie dodać go od razu, ale radziłabym zrobić dwa razy mniejszą ilość i trzymać całość w lodówce. Mamy tu co prawda składniki suche, nie roślinne, więc logika mi podpowiada, że nie powinno się to zepsuć jeśli będzie przykryte olejem, ale nigdy nie próbowałam tego robić, więc nie mogę tego potwierdzić. Jeśli od razu zalewacie, dodajcie olejek eteryczny do papki.

Olej nie musi być kokosowy. Myślę, że dobry jest fakt, że kokos jest w stanie stałym i pastę lepiej by się nabierało. Kusi mnie, żeby kolejną porcję pasty zalać kokosem i poczekać aż zastygnie. Póki co wykorzystuję olej płynny, a wkrótce - macerat miętowy. Macerat z surowej mięty to taki eksperyment, póki co jeszcze nie gotowy. Wątpię, że do oleju przejdzie jego zapach, ale musiałam to sprawdzić. Póki co do porcji pasty wrzucam zgnieciony świeży listek mięty, żeby zachować pozory, że moja pasta będzie też odświeżać.

domowapastadozebow


Jak używać?

Jeśli robicie pastę w całości zalaną olejem, wystarczy po prostu nabrać trochę na łyżeczkę i umyć nią zęby tak samo jak zwykłą pastą. W przypadku wersji mojej, taką samą ilość suchego produktu rozrabiamy z niewielką ilością oleju i przyozdabiamy liskiem mięty. I szorujemy :D

To kolejny przepis, który nie wymaga wiele zachodu. Jeśli macie problem ze zdobyciem ziemi okrzemkowej, możecie po prostu jej nie używać, i zrobić pastę z połączenia glinki i węgla. 

A ja zapraszam na inne posty dotyczące mycia bez detergentów:



października 05, 2018

Ulubiona maska do włosów P+E+H

Ulubiona maska do włosów P+E+H
Dziś bardzo krótki post, z przepisem na moją ulubioną domową maskę do włosów P+E+H, czyli taką, która jest połączeniem protein, emolientów i humektantów. Ostatnio bardzo się rozleniwiłam i nie chce mi się robić masek na oddzielne literki. W końcu udało mi się dopracować recepturę tak, że całkowicie mi pasuje i nie ma z nią żadnych problemów, a włosy genialnie się układają i nie ma przyklapu.



Składniki:
  • Żółtko
  • Dwie łyżki odżywki/maski - aktualnie Garnier Goji Hair Food (TUTAJ recenzja)
  • Cysteina - pół łyżeczki
  • Łyżka neem
  • Łyżka miodu
  • Łyżka oleju rydzowego
  • Glut lniany - tyle żeby konsystencja mi odpowiadała
Nie ma tu żadnej filozofii - to wszystko po prostu wrzucacie do michy i robicie breje o konsystencji, która Wam odpowiada. Ja z racji tego, że moje włosy pochłaniają tego sporo wolę, gdy jest bardziej płynna - ale nie rozlewająca się. Dlatego gotuję rzadkiego glutka. Gdyby wyszedł mi zbyt gęsty, musiałabym użyć blendera, a to oznaczałoby że prędzej zrezygnowałabym z robienia tej maski, bo wyciągnięcie i umycie blendera obecnie to dla mnie za duży wysiłek ;V

Maskę nakładam przed myciem na 40 minut do godziny. Obecność cysteiny oznacza, że nie możecie tego dnia zapraszać gości, bo już nigdy więcej Was nie odwiedzą. Mówiąc wprost - cysteina pachnie jak eksplozja przepełnionego szamba o zachodzie słońca.

Zmywam i myję włosy. Gdy darujemy sobie olej, możemy użyć jej po myciu, bo nie przetłuści włosów - ba, maska sama w sobie może myć, bo zawiera żółtko, gluta, miód i odżywkę z detergentami. Nawet neem ma jakiś potencjał myjący. 

Uwagi

Odkąd zaczęłam hennować włosy, ich potrzeby trochę się zmieniły. Nadmiar protein jest dla nich zupełnie nie straszny, polubiły się też bardziej z humektantami - używanie tej maski dwa razy w tygodniu nie robi im krzywdy i nie obserwuje po niej przeproteinowania czy przenawilżenia. Musicie mieć to na uwadze, szczególnie jeśli nie hennujecie włosów, ma początek lepiej zaserwować ją sobie raz w tygodniu, żeby nie przesadzić. 

A jeśli jesteście ciekawi innych przepisów na maski, rozdzielone pod względem składników emolientowych, proteinowych i humektantowych, to zapraszam do TEGO wpisu.


października 03, 2018

Henna Miksologia - premiera i szybkie testowanie

Henna Miksologia - premiera i szybkie testowanie
Hej! Jestem bardzo podekscytowana. Dostałam od Justyny z bloga Miksologia jej hennę, którą od razu przetestowałam. To świeżynka, która już powoli wchodzi do sprzedaży  i podejrzewam, że będę zamawiać na kilogramy.

Nie będę się rozpisywać na temat tego po co jest henna, jak się za to zabrać i tak dalej - takie wpisy podlinkuje Wam na końcu wpisu. Jeśli ktoś jest u mnie nowy, to zachęcam do zerknięcia tam. A tymczasem, Mikso henna!

hennamiksologia

Super moce Mikso henny

Nie będę już dublować wszystkich informacji, które Justyna dokładnie opisała u siebie, opiszę jedynie moje odczucia i wnioski. Po rozrobieniu błotko jest bardzo żelowe - w zasadzie nie ma potrzeby rozrabiać jej na glutku lnianym, bo sama w sobie jest glutkowata. Ten "śluz" związany z obecnością cukru będzie przy okazji nawilżał włos i sprawiał, że błotko łatwiej się zmyje. Mam wrażenie, że zwiększa to jej wydajność, ale na tak długich włosach, nigdy nie wiem ile powinnam użyć na odrost i ostatecznie i tak rozrabiam więcej niż powinnam. Według testów Justyny, henna barwi także bez zakwaszania (ale i tak lepiej zakwaszać). Barwiła jej także po 96h odstawienia, więc duże wow, że nie spleśniała w tym czasie. Myślę, że na jej jakość wpływa głównie fakt, że to tegoroczne świeżutkie zioło - na opakowaniu jest napisane, że zbiory były w czerwcu tego roku - a więc henna ma dopiero 4 miesiące.

Moje efekty

Zakwasiłam hennę acerolą, papkę rozrobiłam na zwykłej wodzie. Henna po 3 godzinach odstania puściła już sporo barwnika. Po paru sekundach na mojej dłoni już zabarwiła skórę. To samo zrobiła po nocy na moim odroście - wreszcie całkiem pokryty włos zlewający się z kolorem reszty kudłów. Ostatnio miałam z tym problem - i nawet wychwalana Erbe di Janas nie radziła sobie z moim odrostem. Barwnik był tak silny, że dwa dni chodziłam z pomarańczowym czołem, a paluchów nie mogę domyć do dziś - tak wiem, rękawiczki bla bla. Zmyła się idealnie i bardzo szybko - i nie było żadnego przesuszu, który niestety czasem mnie dopada. To zaleta glutkowatości.

Moje jedyne obawy co do niej to to, że pójdzie mi za bardzo w brązy - dlatego też nie mogę jej póki co przetestować na długości i sprawdzić, czy można jeszcze bardziej pogrubić kudeł. Póki co odrost jest jebutnie rudy, ale nie jasno żarówiasty jak np. wychodził po Heshu albo Erbe.

Henna bije na głowę wszystko czego używałam do tej pory. Pomijając, że lubię Justynę i oczywistą rzeczą jest fakt, że będę polecać jej hennę, tak zupełnie serio henna jest po prostu genialna. Jeśli ktoś z Was zamawiał kiedykolwiek henne z Indii "od hindusa" - to znaczy nie żadną markową hennę, a po prostu produkt na X gram od indywidualnego sprzedawcy z Indii, to wie jak dobre i mocne potrafią być takie henny. Myślę też, że jakością przewyższy uwielbianą przez wszystkich hennę z Pola Henny.

Pozostaje nam czekać, aż Justyna sprowadzi większą ilość tego cuda, by można było zrobić sobie zapasy.


A jeśli chcecie najpierw nauczyć się hennowania, zapraszam do starszych wpisów na te temat:


Zapraszam też bloga Justyny - MIKSOLOGIA.






października 01, 2018

Domowe kosmetyki - jak się za to zabrać, w co się wyposażyć?

Domowe kosmetyki - jak się za to zabrać, w co się wyposażyć?
Tworzenie prostych domowych receptur zwykle nie wymaga wiele zaangażowania i wiedzy. Zwykle - bo im bardziej skomplikowane przepisy, tym więcej narzędzi i surowców potrzebujemy, by móc bawić się w tworzenie kosmetyków.

jaktworzycdomowekosmetyki


Jeśli dopiero raczkujecie w tworzeniu ich samodzielnie, albo chcecie rozwinąć skrzydła i wlecieć na wyższy level, być może ten post okaże się pomocny - bo mam zamiar opisać w nim przydatne mi elementy pracy, dzięki którym jestem w stanie ukręcić sobie mazidła. To takie mini kompendium, z którego dowiecie się nie tylko jakie receptury są dobre na początek, ale także w jakie akcesoria się wyposażyć i jak o nie dbać.

Najprostsze kosmetyki nie wymagają od Was praktycznie niczego - do mieszania prostych olejowych peelingów, suchych baz maseczkowych lub pudrów myjących potrzebujecie jedynie zwykłej łyżeczki, miseczki i pierwszego lepszego słoika. I oczywiście odpowiednich surowców.

Jakie kosmetyki mogę tworzyć nie mając jeszcze kosmetycznego laboratorium?

(Na blogu znajdziecie sporo przepisów na poniższe rodzaje kosmetyków - zerknijcie do kategorii DOMOWE KOSMETYKI).

Ziołowe oleje - tak zwane maceraty. Do ich zrobienia potrzebujecie tylko świeżych lub suszonych ziół i zwykłego, nawet kuchennego oleju. Maceraty mogą być wykorzystywane do skóry, ciała i włosów.  

Peelingi solne lub cukrowe - sól lub cukier zalewa się olejem i tyle - mamy kosmetyk nie wymagający konserwowania (szacuję, że wytrzyma to jakiś miesiąc). 

Suche bazy do masek, peelingów oraz pudry myjące - jeśli nie chcecie zalewać składników olejem, można też zrobić suche bazy, które będą łączone z olejem lub wodą dopiero przed użyciem. Mówię tu nie tylko o cukrze i soli, ale także glinkach, mąkach, mielonych ziołach, przyprawach, algach itp - można z nich wyczarować cudowne pudry do mycia twarzy i bazy maseczkowe. Oba przepisy znajdziecie na blogu.

Hydrolaty - możecie taki stworzyć przy użyciu garnka i miseczki - susz gotujemy, a to co się z niego skropli jest naszym hydrolatem. Wkrótce dokładniej Wam to wytłumaczę.

Mgiełki/toniki - można je wyczarować łącząc ze sobą napary, hydrolaty, wyciągi.

Alkoholowe wcierki - Macerując w alkoholu zioła i przyprawy możemy otrzymać bardzo skuteczne wcierki na porost włosów.

Olejowe mazidła bez frakcji wodnej - nie będą nawilżały, ale nadają się do olejowania włosów, demakijażu czy zabezpieczania skóry. Najlepiej łączyć masła z olejami - można je też miksować żeby otrzymać cudowną piankę.

Mieszanki do OCM - łącząc ulubione oleje, możemy stworzyć łagodne olejowe zmywacze do tapety.

Jednorazowe maseczki - wiadomka, nawet dziecko je zrobi. Można zrobić je z rzeczy, które macie w tej chwili w kuchni. Jajka, mąki, soki owocowe, płatki owsiane, otręby, oleje, przyprawy, śmietana czy jogurt.

Myjadła saponinowe - To także wielokrotnie opisywany u mnie temat. Znajdziecie tu co najmniej kilka postów na temat mycia bez detergentów. Można je wyczarować z naparów ziołowych - mydlnicy, mydłoki, juki, pokrzywy, skrzypu, lnu, kozieradki i wielu innych, ziołowych proszków typu aritha czy shikakai i ze zwykłej mąki pszennej! (i wielu innych).

Jakie akcesoria warto kupić na początek?

- Zlewka - lub kilka zlewek różnej wielkości, najlepiej o pojemności 100 ml. Od biedy wystarczy zwykła szklanka, ale najlepiej mieć coś z miarą mililitrów.

- Plastikowe łyżeczki/miarki do odmierzania ml - 1 ml, 2,5 ml, albo cały zestaw z pojemnościami dziesiątek mililitra.

- Spieniacz do mleka - niezbędna rzecz. Pozwala bardzo dokładnie połączyć frakcje albo zrobić z kosmetyku delikatny puszek. 

- Malutki lejek - przydatny podczas wlewania gotowych produktów do mini buteleczek. Łatwiej wtedy nie usyfić butelki od zewnątrz.

- Kilka pojemników - małe buteleczki z pipetą, szklane słoiczki na mazidła, buteleczki ze spryskiwaczem - w zależności od tego jakie produkty chcecie zrobić. Do prostych mazideł olejowych lub sypkich wystarczy zwykły, wyparzony słoiczek kuchenny. Moje pojemniki są z Ecospa i bardzo polecam ich asortyment, mają spory wybór różnych rodzajów i pojemności.

- Niewielki spryskiwacz (czytaj wyżej) - przydaje się podczas pryskania surowców ziołowych alkoholem przed macerowaniem.

- Silikonowe foremki na lód albo babeczki w różnych kształtach - przydatne do robienia kuli kąpielowych albo mydełek.

- Moździerz - kamienny niewielki moździerz to koszt kilku cebulionów, a przyda się do rozdrabniania niektórych surowców.

- Gaza - przydatna podczas odcedzania z maceratu surowca.

Bardziej zaawansowany sprzęt

- Termometr

- Waga jubilerska - tzn. waga elektroniczna 

- Papierki lakmusowe lub inny wskaźnik pH

- Rękawiczki jednorazowe

- Alkohol etylowy do sterylizacji pojemników i narzędzi 

- Bagietka

- Łyżeczki miarowe, większa ilość różnych miar - 0,1 ml, 0,10 ml itp.



- Metalowa szpatułka 


Uniwersalne surowce przydatne do większości kosmetyków

Warto wyposażyć się w każdy rodzaj tych surowców, bo dzięki temu będziecie mogli stworzyć różne typy trochę bardziej zaawansowanych receptur. 

Emulgator - Potrzebny do tworzenia emulsji, czyli do łączenia oleju z fazą wodną. Dzięki niemu mamy otrzymać mieszankę, która nie będzie się rozwarstwiać. Najprostszym emulgatorem jest wosk pszczeli. Ja używam jeszcze Olivemu1000 oraz lecytyny sojowej. Lecytyna występuje także w żółtkach jajek, ale wiadomo, że nie będziemy walić jajek do kremu :D. Warto też pomyśleć o alkoholu cetylowym. Najlepsze emulsje wychodzą z połączenia kilku emulgatorów - zdarza się czasem, że 1 prosty emulgator nie wystarczy do stworzenia kremu o idealnej konsystencji. Na początek jednak nie musicie tworzyć 20 składnikowych kremów i obecność wosków, lecytyny lub cetylu wystarczy. Dodam też, że emulgator nie służy jedynie do robienia kremu - możecie stworzyć z niego dowolną emulsję, która będzie bardziej płynna niż zwarty krem - np. szampony, płyny myjące itp. 

Konserwant - Wiem, że w całym naszym naturalnym światku chcemy unikać takich rzeczy, ale niestety nie da się stworzyć kosmetyku, który przeżyje dłużej niż trzy dni bez użycia konserwantu. Nie bójmy się jednak konserwantów, bo nie wszystkie szkodzą. Jest duży wybór konserwantów w sklepach z surowcami. Możecie im zaufać, bo to nadal lepsza alternatywa dla drogeryjnych kosmetyków wypchanych gorszymi substancjami niż FEOG czy glukonolakton. I jeszcze mała ważna uwaga - witamina E nie jest konserwantem! Tak się błędnie przyjęło, szczególnie na blogach, ale w rzeczywistości może ona jedynie przedłużyć świeżość tłuszczów. Może więc służyć jako dodatek do kosmetyków robionych tylko z olejów, a nie spełni tego zadania w pełnowymiarowym kosmetyku (znaczy, jeśli używacie jej w tym celu - tak poza tym to fajny antyoksydant do kosmetyków ogólnie).

Olej - to chyba najważniejszy składnik. Mając olej, mamy już coś, co nawet samodzielnie posłuży nam jako kosmetyk. Nawet rafinowane kuchenne oleje mogą już stanowić bazę pod kosmetyk - maceraty lepiej wychodzą właśnie na rafinach, bo jest mniejsze ryzyko że się zepsują. Oleje nieoczyszczone są droższe, mniej stabilne i według mnie trochę szkoda je marnować na macerat. Oprócz kuchennego oleju najlepiej wybrać sobie kilka nierafinowanych, a więc bardziej wartościowych olejów, z których można tworzyć kremy, sera, maski i tak dalej - u mnie królują oleje takie jak jojoba, awokado, konopie, shea i olej z pestek malin. To chyba moje ulubione.

Ekstrakt - Ekstraktów jest mnóstwo i można w nich przebierać. Wystarczy jeden albo dwa na początek - np. ginko biloba albo ekstrakt z alg. Nawet jeśli nie chcecie jeszcze tworzyć kremu, ekstrakty warto dodawać do jednorazowych maseczek. 

Humektanty - Czyli substancje nawilżające. Np. kwas hialuronowy, panthenol, sorbitol. Wystarczy jeden z nich (lub wielu innych). 

Hydrolat - Może stanowić fazę wodną kosmetyków zamiast wody lub naparu. Jest też super jako tonik sam w sobie i można nim przecierać twarz po myciu.


Jak przechowywać domowe kosmetyki?

W przypadku konserwowania mazideł nie ma konieczności trzymania ich w lodówce - choć nie jest to zakazane i ma sens. Kosmetyki nie konserwowane trzymam w lodówce max 3 dni, a potem, jeśli coś zostanie - wyrzucam. Taką mam zasadę, jeśli nie boicie się ryzykować, możecie trzymać je dłużej. Kosmetyki zrobione tylko z olejów trzymam w łazienkowej szafce do 2-3 miesięcy. 

Jak dbać o sprzęt do tworzenia kosmetyków?

Przede wszystkim dokładnie myć i dezynfekować, najlepiej po i przed użyciem. Naczynia, do których nie ma dostępu paluchami, można myć specjalną szczotką. Sugerowałabym też, by naczynia wykorzystywane do tworzenia bardziej profesjonalnych mazideł, służyły tylko i wyłącznie do tego, a nie na przykład do parzenia sobie herbatki i mieszania grochówki ;V. 

Przykładowe listy zakupów "laboratoryjnych"

Mam dla Was także mały bonus w postaci gotowych list zakupowych (które oczywiście możecie lekko zmodyfikować) sprzętu laboratoryjnego. Większość tych rzeczy prawdopodobnie dostaniecie w całości w sklepach internetowych takich jak Ecospa lub Zrób Sobie Krem, reszty będzie trzeba szukać na allegro albo w aptekach. 

Mniej zaawansowana:

- Zlewka o pojemności 150 ml
- Zestaw łyżeczek - miarek 
- Pojemniczek/Pojemniczki na gotowe produkty z ciemnego szkła
- Spieniacz do mleka
- Moździerz
- Gaza

Bardziej zaawansowana:

- Zlewki o pojemnościach 30ml/50ml, 150 ml i 250 ml
- Zestaw łyżeczek - miarek
- Waga jubilerska 
- Papierki lakmusowe
- Opakowanie rękawiczek jednorazowych 
- Roztwór do dezynfekcji na bazie etanolu/alkohol etylowy
- Bagietka
- Metalowa szpatułka
- Pojemniczek/Pojemniczki na gotowe produkty z ciemnego szkła
- Pipetka
- Szczoteczka do mycia buteleczek w środku
- Spieniacz do mleka
- Moździerz
- Lejek
- Gaza

Dajcie mi znać czy wpis był dla Was pomocny! Zapraszam też do innych postów o domowych kosmetykach:




Copyright © 2016 gnome household , Blogger