września 28, 2018

Artefakty - wrzesień 2018 - łupy z gór, poziom mojego pecha i inwazja przędziorixów

Artefakty - wrzesień 2018 - łupy z gór, poziom mojego pecha i inwazja przędziorixów
Ten miesiąc tak dał mi w kość, że przyjemnie się czuje móc znowu pisać, bez obaw że ktoś mnie odstrzeli za nie dotrzymanie terminu. Mogliście zauważyć jak niewiele postów pojawiło się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Miałam niesamowity stres i zapierdziel związany z sesją poprawkową, rejestracją na 4 rok, pracą i milionem niefortunnych zdarzeń, w efekcie czego po prostu nie było kiedy pisać. Nie pamiętam kiedy wcześniej miałam tak okrutnego pecha. To ten rodzaj uczucia, gdy każdego dnia na nowo powtarzasz sobie, że Twoje życie to nieśmieszny żart. Wyobrażacie sobie, że w centrum Łodzi, szukałam ksero 4 razy, bo wszystkie poprzednie postanowiły już NIE ISTNIEĆ w momencie kiedy sprawą życia i śmierci było wydrukować kilka dokumentów? Kiedy przytrafi nam się kilka "pechowych" sytuacji, już po każdym minimalnym potknięciu odczuwamy to jako klątwę i przekleństwo, które ktoś na nas rzucił. Wyobrażacie sobie, że nie byłam w stanie wrzucić Wam wpisu na temat kosmetyków, jakie można stworzyć z jarzębiny tylko dlatego, że przez kilkanaście dni nie byłam w stanie jej znaleźć w tej cholernej dziurze i nie mogłam zrobić zdjęć do przepisów? A jak już znalazłam, była za wysoka! Tu kot się zrzygał, tu w pracy coś się nie zgadzało, tu nie podbita legitymacja podczas kontroli biletów, do tego jeszcze inwazja okropnych robali na moich kochanych roślinkach, i tak stałam się kulką nerwów, która wreszcie może chwilę odsapnąć (choć nie do końca, bo do wtorku mój koszmarek nadal trwa).

Atmosfera aktualnie już się rozluźniła, załatwiłam wszystkie możliwe sprawy, czeka mnie tylko 1 egzamin i wreszcie mogę wrócić do mojej działalności w internetach - plany na październik są ambitne - pojawi się między innymi bardzo ciekawy wywiad, a także powstanie pełna paczka grafik hennowych, które Wam obiecałam. Oprócz tego na Ig będę wystawiać na sprzedaż moje pierwsze kaboszony i kamyczki robione metodą wire-wrapping, za jakiś tam niewielki hajs, co by się tego pozbyć i inwestować dalej w naukę złotnictwa.

A tymczasem przejdźmy już do nowości - większość tych rzeczy kupiłam pod koniec sierpnia i początek września, kiedy jeszcze miałam chwilę luzu w górach.

Szmatki, kapelusz i torebka 

Łupy z gór. Ubolewam nad tym, że kupiłam je w takim momencie lata, że zdążyłam założyć tylko raz zanim zrobiło się zimno i wietrznie. Po sesji pójdę na jakieś jesienne lumpy.

Co do torebki - szukałam czegoś o podobnym kształcie. Wolałabym co prawda w jasnym kolorze, ale tylko ta miała zadowalający kształt więc wzięłam. Wreszcie mam coś małego do noszenia, a nie wielkie worki.




Roślinki

Zaszalałam i serio, więcej badyli w tym domu nie będzie. W Biedrze jak zwykle rzucili dobrą dostawę i kupiłam dwa duże fikusy i ogromną sheflerę. Początkowo miałam kupić tylko tą ostatnią, potem doszło do mnie że jednak chcę fikusa variegate, więc musiałam wybrać jedno albo drugie. Po południu już się poddałam, stwierdziłam, że kupię oba. A w sklepie zapakowałam jeszcze trzeciego bez zastanowienia. No i weź tu człowieku walcz ze słabościami.


Książki

Jedną z nich już zrecenzowałam - recka "Cisza i spokój" znajduje się TUTAJ. Druga - "Siła ziół" Patrycji Machałek raczej nie doczeka się pełnej recenzji. Nie będę czytać jej w całości, przeglądam jedynie przepisy, które interesują mnie w danym momencie.


Riverdale

Obejrzałam całość, choć nie urwało mi tyłka, był przyjemny w przerwach między nauką. Zakochałam się w Cheryl i chciałabym ukraść jej ciało. Irytowały mnie trochę śpiewane wstawki, nie znoszę tego w serialach.

Pamiętnik

Wróciłam do notowania - powstała mieszanka dziennika i plannera, który sprawdza mi się najlepiej. Pozwala mi oczyścić głowę a jednocześnie rozpisuję sobie dzienne questy. To także miejsce do spisywania blogowych pomysłów i tematów. Chciałabym tylko zmajstrować jakiś magiczny diy dziennik i prowadzić go jak instagramowe wiedźmy, bo póki co to tylko bazgroły. Jednocześnie to chyba najdłużej prowadzony dziennik, bo w miesiąc zapisałam ponad 100 stron!


Kanał

Wrzuciłam go tu na listę, bo obiecałam sobie, że jak zdam statystykę, to nagranie jakiegoś filmu będzie pierwszą rzeczą jaką zrobię. Nie wiem jeszcze, czy to wypali i samo nagranie filmu jest tu najmniejszą przeszkodą - w każdym razie podejrzewam, że prędzej czy później kanał powstanie, a przy okazji zapewne moja nazwa trochę ewoluuje i zrobię porządki na blogu. Nie mam sprecyzowanego contentu na kanał - chcę tam wrzucać wszystko co wrzucam tutaj plus filmy o tematyce psychologicznej. Trzymajcie kciuki, żeby się udało!

Na dzisiaj to tyle, miłego dnia!


września 26, 2018

Prosty korzenny olejek do masażu

Prosty korzenny olejek do masażu
Wracam z obiecanym przepisem. Jak zwykle banalny i z łatwo dostępnych składników. Autentyczna receptura opracowana przez  mieszkańców pustyni Waxar, wykorzystywana przez nich nie tylko do masażu, ale także do domowej aromaterapii. Tamtejsze kobiety używają go między innymi w swoich dziwnych kamiennych saunach.

domowyolejekdomasazu


Składniki:
  • 100 ml oleju bazowego - u mnie olej ryżowy
  • 100 ml innego oleju do zrobienia maceratu korzennego
  • 15 kropli olejku lawendowego
  • 15 kropli ylang ylang
  • Goździki
  • Gałka muszkatołowa
  • Rozmaryn
  • Cynamon
  • Imbir (suszony)

Najpierw najważniejsza część, czyli korzenny macerat. Musimy go oczywiście zrobić samodzielnie. Po pierwsze, standardowo odsyłam was do WPISU O TYM JAK DOKŁADNIE ROBI SIĘ MACERAT. W tym przypadku wygląda to tak samo. Goździki, gałkę, imbir, rozmaryn i cynamon zalewamy 100 ml oleju (u mnie ryżowy) -  przypraw dodaje mniej więcej po równo, tak by nie wystawały ponad olej. Podgrzewam taką miksturę na wolnym ogniu, tak żeby nie doprowadzić do wrzenia oleju - ma się po prostu trochę pogotować. Trzymam olej na ogniu przez 20 minut, a potem czekam aż ostygnie. Kiedy już nie jest gorący, przelewam go przez gazę, przyprawy wyrzucam, a sam płyn przelewam do buteleczki. Warto odcedzać to dwukrotnie przez świeżą gazę albo ściereczkę, bo czasami w oleju zostają drobinki przypraw. Mi to nie przeszkadza, ale jeśli wolicie czysty olej, warto odcedzić go więcej razy.

Następnie dolewam 100 ml czystego oleju i wkrapiam olejki eteryczne. Wszystko ładnie się połączy i można używać. Dodanie kilku kropli witaminy E trochę przedłuży świeżość olejku. Jeśli chcecie, możecie też cały olej przerobić na macerat - i nie rozcieńczać go dodatkowym czystym olejem.

Taki olejek działa rozgrzewająco i relaksująco. Nadaje się nie tylko do masażu, ale także jako olej i wcierka do skalpu i włosów, można łączyć go z surowcami do peelingu, by stworzyć pachnący peeling, który może lekko wspomagać walkę z cellulitem (o ile to w ogóle możliwe).

I to w zasadzie wszystko. Miłego dniaa ;3

domowyolejekdomasazu


września 16, 2018

Dlaczego nie wypuszczam kota na dwór - kilka refleksji na temat kociej wolności

Dlaczego nie wypuszczam kota na dwór - kilka refleksji na temat kociej wolności
Wydawać by się mogło, że ostatnie lata wiele nas nauczyły na temat konsekwencji związanych z wypuszczaniem zwierząt samopas. Wciąż stanowi to poważny problem, który bagatelizujemy i budzi mnóstwo kontrowersji i sporów wśród kociarzy opowiadających się po dwóch stronach - między zwolennikami kociej wolności, a ludźmi, którzy z jakichś powodów stawiają na bezpieczeństwo. Dziś chciałabym co nieco o tym napisać i wierzę, że uda mi się przekonać chociaż część z Was, że wypuszczanie kota samopas nie ma nic wspólnego z naturą i szczęściem, a stanowi poważny problem dla samych kotów, ludzi oraz ekosystemu.


Niebezpieczeństwo dla kota

To pierwsza i najważniejsza rzecz. Koty wychodzące są narażone na cały mnóstwo niebezpieczeństw. To tylko kilka z nich:
  • Potrącenie przez auto - i nie ma tu znaczenia czy dzieje się to w mieście czy na wsi. Wszędzie są drogi i wszędzie są auta. A kot nie zna przepisów ruchu drogowego, nie wie na jakim świetle przechodzić. Strasznie nie podoba mi się podejście właścicieli - bo kot mądry, bo wie kiedy przejść przez ulicę i tak dalej. Tak to niestety nie działa. Kot nie zna zasad jakie panują w świecie ludzi. Jego inteligencja to nie ten sam poziom rozumowania co w przypadku człowieka. Zwierze kieruje się instynktem, nie mądrością. I ten sam instynkt może zaprowadzić je pod nasze koła. Kot, który przez 10 lat nie miał wypadku, może pewnego dnia przyozdobić Wasz podjazd plamą z własnych wnętrzności.
  • Skatowanie - odcięcie łapek, czy ogona, pobicie, podtapianie, i całe mnóstwo innych okropieństw. Nie zdarza się to często, ale od czasu do czasu po internecie krążą treści przedstawiające takie znęcanie nad kotami. 
  • Kradzież - wiadomo, kto by tam kradł zwykłego dachowca (no chyba, że jest biały z heterochromią albo rudy, co nie?). Często jednak widzę, że i koty rasowe wesoło biegają z elegancką obróżką i dzwoneczkiem. Nie chciałabym, żeby to źle zabrzmiało - ale osobiście nie miałabym żadnych oporów, żeby takiego kota "zaadoptować". Kot, który biega samopas, jest dla mnie bezdomny. A tak na poważnie - nie boicie się wypuszczać 3 tysięcy cebulionów bez nadzoru? :D
  • Choroby - szczególnie w przypadku młodych kotów nieszczepionych.
  • Ciąża - w przypadku niekastrowanych kotek.

Koty, a rodzime gatunki

Koty są w Europie gatunkiem inwazyjnym. Nie pochodzą stąd - a z Afryki - i tam być może byłyby naturalną częścią przyrody. W naszym ekosystemie kot jest gatunkiem sztucznie "dodanym", a jak dobrze wiemy - eksperymenty w urozmaicanie fauny bywają tragiczne w skutkach. Tak właśnie jest w przypadku kotów domowych, których obecność i stale rosnąca liczba, poważnie zagrażają gatunkom objętym w naszym kraju ochroną. Kot niestety nie wybiera sobie tylko myszy i szczurów. Poluje na wszystko co jest względnie małe i się rusza (potrafi upolować ofiarę swojej wielkości). Doskonale wiemy jak silny jest instynkt łowczy kota. Zwierzę poluje nie tylko w celu zaspokojenia głodu. Zabija wiele zwierząt, których wcale nie zje.

Pomijając fakt polowania na gatunki objęte ochroną, koty to bardzo okrutni myśliwi. Mają w zwyczaju bawić się ofiarą wiele godzin zanim zabiją. Wiem, że na całym świecie jest mnóstwo kotów i innych drapieżników i nie uratujemy ich ofiar, bo tak działa łańcuch pokarmowy. Ale koty jako gatunki nienaturalne dla naszego ekosystemu, są poza łańcuchem pokarmowym, i nie muszą się przyczyniać ani do wymierania gatunków, ani do zadawania bezsensownego cierpienia.

TUTAJ macie fajny link z kwestią wyginięć w USA.


Stwarzanie zagrożenia na drodze

W internecie obserwuje niepokojącą tendencję do szkalowania kierowców, którzy potrącili kota. Rzadko się zdarza, że mamy do czynienia z psycholem, który celowo przejechał zwierzę. Większość wypadków jest spowodowana przez niewinnych ludzi. W pewnych sytuacjach nie da się zareagować - to kwestia sekund. Nie sposób wyhamować, gdy pod koła wskakuje nam kot. Ba, jest to niebezpieczne dla całego ruchu - agresywne hamowanie może przecież skutkować wypadkiem, i tu żarty się kończą, bo nie tylko życie kota jest zagrożone. To nie kierowca ponosi odpowiedzialność za cudze zwierze, którego ktoś nie upilnował. Rozsądnym rozwiązaniem byłaby konieczność pokrywania kosztów związanych z naprawą szkód przez właściciela kota, który doprowadził do jakiegoś wypadku - o ile możliwa byłaby identyfikacja zwierzęcia.

Rosnąca liczba kotów

Bardzo często zdarza się, że nieświadomy właściciel nie tylko wypuszcza kota samopas, ale nie dba o to, by zwierze chociaż wykastrować. Skutkuje to nieustanną kopulacją i "produkcją" kolejnych miotów, które z kolei będą miały swoje własne dzieci. Szkodzimy tym jeszcze poważniej, bo tracimy wówczas kontrolę nad ilością kotów bezdomnych, które rozmnażają się bezustannie. Obecnie, pomimo nieustannego działania wielu fundacji, schronisk i domów tymczasowych, ilość kotów bezdomnych jest niewyobrażalna. Te koty, mające szansę żyć w pewnym oddaleniu od człowieka radzą sobie z przetrwaniem (o ile można to tak nazwać) - wyobraźmy sobie jednak ile zwierząt pod ochroną ginie przez niekontrolowaną liczbę inwazyjnego gatunku. Pomijam kwestię związaną z cierpieniem takich kotów - jest ich za dużo i nie ma chętnych do ich adopcji. To całe domino rosnącej populacji jeszcze wzmacniamy wypuszczając niekastrowanego kota na dwór. Wy nie widzicie skutków jego wychodzenia - te "skutki" co sezon lądują w rowach i na śmietnikach.

Pasożyty

Pomijając kwestie, o których pisałam wyżej, już sam fakt, że zwierze ma dostęp do odchodów i zarażonych ofiar powstrzymałoby mnie przed wypuszczeniem go. Faktem jest, że pasożyty można przynieść do domu na butach - ale ryzyko wzrasta, gdy kot chodzi samopas. Kilkanaście lat temu na moim trawniku rozegrała się dramatyczna sytuacja. Osiedlowy bezdomniak, którego dokarmiałam, zwymiotował na nasz podjazd - nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie obecność wielkiego tasiemca w tych rzygowinach. Pomijam fakt, że na kot moich oczach zjadł te wymiociny i tasiemca. Zazdroszczę ludziom, którzy nie mają obaw i nie brzydzą się wpuścić do domu kota wychodzącego, który cały czas ma kontakt z pasożytami. A potem przynosi to do domu i rozdaje rodzinie. I naprawdę nie ma tu znaczenia, że robalami możemy zarazić się wszędzie - od podania ręki niewłaściwej osobie, przez kontakt z brudną pościelą, po jedzenie brudnych owoców. Po co jednak zwiększać to ryzyko? Myślę, że samo wyprowadzanie zwierzęcia na smyczy mogłoby lekko zminimalizować prawdopodobieństwo zarażenia (choć nie do końca) - kot wówczas chodzi w miejsca, które sami wybieramy i nie zjada upolowanych zwierząt (a ja przyjmuje mocno pesymistyczną wersję, że takie zwierze jest na 100% nosicielem robali).

Czy trzymanie kota w domu jest niezgodne z jego naturą?

Myślę że kocia natura bardziej cierpi na nieodpowiednim karmieniu - wśród zwolenników wypuszczania, wielu karmi koty suchą karmą albo resztkami ze stołu. Tak jak instynkt łowczy kota można sztucznie zaspokoić zabawą w polowanie, tak jego układ pokarmowy nie jest przystosowany do trawienia węglowodanów, roślin i mleka. Ktoś kto karmi właśnie tak, nie ma prawa wypowiadać się w temacie kociej natury.

Koty przyzwyczajone do wychodzenia nie są zadowolone, gdy nagle zostaje im to odebrane - nic w tym dziwnego, bo zwierze które miało do dyspozycji kilka kilometrów terenu, nagle musi się przyzwyczaić do kilku pokojów. I choć da się nauczyć zwierzaka siedzenia w domu, nic nie stoi na przeszkodzie by zainwestować w smycz i kontynuować kocie wędrówki w bardziej kontrolowany sposób. Kot, który dostaje jedzenie nie musi polować - musi jedynie zaspokajać instynkt łowczy. Nie ma znaczenia, czy ten instynkt zaspokoi żywy ptak, czy sztuczna mysz na wędce. Rozwiązanie jest proste - poświęcić zwierzęciu czas, zamiast liczyć, że sam zapewni sobie atrakcje na dworze. Pamiętajmy, że kot domowy nie jest naturalny w naszym środowisku. Dla zwierzęcia wywodzącego się z Afryki, chodzenie po europejskim mieście nie jest naturalne. Sami zgotowaliśmy im taki los na drodze udamawiania. Jedyne co możemy teraz zrobić, to zrozumieć, że je udomowiliśmy i traktować je jako zwierzęta domowe, a nie dzikie.

"Twój kot je whole prey, a twierdzisz, że polowanie jest złe" - to bardzo często jest argument popierający wypuszczanie. Myślę jednak, że różnica jest oczywista i łatwo dostrzegalna. Whole prey, to przebadana, humanitarnie zabita karmówka, czyli bardzo wartościowy posiłek kota. Nie jest tym samym, co zwierze uśmiercone przez kota. Nikt nie mówi, że kot nie powinien jeść myszy. Kot nie powinien jeść myszy, które mogą być nosicielami pasożytów i które torturował kilka godzin. Pomijam kwestię etyki, chodzi o zachowanie bezpieczeństwa i ochronę gatunków. Dieta złożona z mięsa jest dla kota naturalna. Szwendanie się po obcym ekosystemie niekoniecznie.

Co więc zrobić, by kot był zarówno szczęśliwy i bezpieczny?

  • Zamontować siatki balkonowe - dzięki temu będzie mógł obserwować co się dzieje w okolicy z bliska, a także powygrzewa się na słońcu.
  • Smycz i szelki - wbrew pozorom, każdego kota da się nauczyć poruszać w takim rynsztunku. Robimy to stopniowo - zaczynając od zakładania samych szelek po domu, przez krótkie spacery w klatce schodowej albo w ogrodzie, po dłuższe wędrówki. To działa podobnie jak z psami - z tą różnicą, że kot niekoniecznie ma ochotę chodzić przy nodze.
  • Poświęcić przynajmniej kilka godzin dziennie na zabawę w polowanie, najlepiej urozmaicając kotu tą aktywność torem przeszkód. A dla tych bardziej leniwych - czasami głupia piłeczka czy pogięta kartka rzucana kotu z fotela załatwi sprawę. Zabawę w polowanie najlepiej zakończyć posiłkiem.
  • Woliery - jeśli komuś bardzo zależy, można sobie taką zainstalować w ogrodzie.
  • Ogrodzenia - Przyznam, że nie jest to dla mnie zadowalające zabezpieczenie. Takie ogrodzenia są wysokie i zagięte na górze pod odpowiednim kątem, tak by kot nie miał możliwości przejść. Myślę jednak, że Sajgonka by sobie z takim poradziła. A poza tym, ogrodzenie nadal nie wyklucza możliwości polowania. Niemniej, jest to nadal jakaś alternatywa i warto zastanowić się także nad takim rozwiązaniem.

To wszystko ode mnie na dziś grzybki. To naprawdę bardzo istotna kwestia, na którą mamy wpływ wszyscy i która szkodzi nie tylko kotom, ale także innym gatunkom oraz stwarza zagrożenie dla ludzi. Trzymanie kota w domu albo wyprowadzanie go na smyczy absolutnie nie jest więzieniem i odbieraniem zwierzęciu wolności - jest oznaką odpowiedzialności i prawdziwej troski o futrzaka i o jego potencjalne ofiary. Poziom cierpienia jaki im stworzyliśmy poprzez takie nieodpowiedzialne wypuszczanie i brak kastracji jest w tej chwili ogromny. Osobiście nie dostrzegam szczęścia u wychudzonego, poturbowanego kota, który dostał wolność. Nie dostrzegam szczęścia u zwierzęcia, które się nie rusza, nie oddycha i nie sposób zidentyfikować gdzie była jego głowa. Nie widzę radości w zachowaniu kota, który stracił oko w walce, ani u kociąt z zaropiałymi oczami, które zdychają gdzieś na polu . Widzę jedynie biedne zwierzęta, które muszą radzić sobie samodzielnie w świecie, do którego nie są przystosowane. Widzę to do czasu, aż trzeba je zeskrobać z ulicy.

Trzymajcie się i rozsyłajcie to gdzie się da. Marzę o świecie, w którym koty nie będą dla nas tylko tanią siłą roboczą do zabijania gryzoni i zabawkami dla dziecka. Mam nadzieje, że w końcu prawo stanie w ich obronie i każdy właściciel będzie musiał ponosić odpowiedzialność za własne zwierzęta.

Inne wpisy o kotach:

Jak nie karmić kota

Jak przygotować wyprawkę dla kota

września 10, 2018

Obecna pielęgnacja włosów hennowanych

Obecna pielęgnacja włosów hennowanych
Myślę, że warto lekko zaktualizować co obecnie robię z kudłami, bo trochę się pozmieniało i przewiduje jeszcze kilka zmian wkrótce. Póki co jest dosyć minimalistycznie - nie mam czasu na większość z tych zabiegów, robię jedynie tyle ile muszę, na szczęście - tyle wystarczy i włosy się nie buntują.

hennaisenes

Jak widać, końcówki wymagają już podcięcia, ale wciąż mam rozwalone nożyce, a do fryzjera nie pójdę. Kusi mnie żeby zrobić challenge - sprawdzić ile przeżyją hennowane włosy bez ścinania. Biorąc pod uwagę, że takiej długości jeszcze nie miałam, to pomimo zniszczeń wciąż dzielnie się trzymają. Ale do rzeczy - szybki opis mojej pielęgnacji:

Maski i odżywki

Obecnie z gotowych produktów używam tylko Hairfoodów od Garniera (pisałam o nim TUTAJ) oraz maski cysteinowej z żółtkiem (post o diy maskach - TUTAJ). Maski sporadycznie trzymam na głowie jako maski - z reguły są na włosach tylko minutę lub dwie. Zdarza się jednak, że kudły wołają o dłuższe trzymanie jej na głowie i wtedy noszę ją jakieś pół godziny - tyle trzymam maski proteinowe, bo w sumie je lubimy najbardziej. Nie mam weny do buszowania w gotowych kosmetykach, ostatnimi czasy, gdy kończy mi się maska, to mija kilka dni zanim w ogóle to zauważę i ruszę tyłek do sklepu. W ogóle odkąd przestałam się nabierać na etykietki kosmetyków, kupowanie ich sprawia mi mniejszą przyjemność. Chyba trochę tęsknię za czasami, gdy na opakowaniu pisało "włosy 273597 grubsze po użyciu", a ja natychmiast pakowałam to do koszyka. Teraz tak nie ma. Ostatnio zorientowałam się że od wielu miesięcy ani razu nie przeczytałam do jest napisane na opakowaniach moich kosmetyków. Kompletnie nie czytam już tych dawniej ukochanych opisów, bo wiem że to tylko ściema na naiwne i zdesperowane dziewuchy, które nie potrafią czytać składu.

Henna/Senes

Dwa tygodnie temu nałożyłam hennę pierwszy raz od wielu tygodni na całe włosy - i póki co już nie planuję tego robić. Teraz - po sesji poprawkowej - zamierzam skupić się tylko na senesie, którego już dawno nie używałam, a henna idzie tylko na odrost. Strasznie nie chcę mi się go mielić, nie znoszę tego, ale trzeba. Chyba włamię się do kogoś kto ma Termomix z worem senesu i zmielę sobie kilogram na raz.

Wcierki

Kończę moją alkoholową (z TEGO przepisu), a wkrótce będę robić macerat olejowy z Triphali. Używam wcierek sporadycznie - kiedy mi się przypomni, bo kompletnie mi się nie chce. Jesienne wypadanie prawdopodobnie będzie lepszą motywacją.

Oleje

Dalej męczę rydzowy i shea, ale może zaproponujecie mi coś ciekawego do przetestowania? Miałam w swoich łapach większość olejów, ale od paru miesięcy używam tylko dwóch, może warto wreszcie kupić coś innego. Ale nie mogę się zdecydować :D

W każdym razem póki co dają radę, jak zawsze. Nie będę w kółko gadać tego samego na ich temat, bo pewnie już tym rzygacie.

I jeszcze taka anegdotka odnośnie oleju musztardowego, na którym usmażyłam dzisiejszy obiad. Chłop doczytał już po obiedzie, że był tylko do zewnętrznego stosowania. Ups ;V

Włosowe plany na jesień

Henna za bardzo pociemniała. Tej jesieni będę odzyskiwać żarówiaste rudości, i pewnie pojawi się kilka postów z moją walką. Kilkukrotnie będę chelatować włosy (nie jednego dnia oczywiście), czeka mnie kilka senesów, rzewień, soft płukanki ziołowe i ruda henna - a jeśli to wszystko nie wystarczy, będę używać tonera. Oprócz tego chciałabym zamówić sobie maszynkę do włosów - i zastąpić nią zwykle nożyczki, które ciągle są zbyt tępe, ale to pewnie trochę poczeka, bo mam teraz ogrom wydatków. Zamierzam wykończyć starocia i uzbroić się w nowe oleje, kosmetyki i półprodukty, żeby nie tylko przetestować coś nowego, ale także stworzyć dla Was wincyj przepisów i włosowych postów.


Dajecie wiarę? Tak ubogo, że niemal czuję się minimalistką :D


września 08, 2018

"Cisza i spokój", Natalia Sosin-Krosnowska - najszybciej przeczytana książka niefabularna w życiu

"Cisza i spokój", Natalia Sosin-Krosnowska - najszybciej przeczytana książka niefabularna w życiu
Ta książka jest czymś, czego od dawna było mi trzeba. Zjadłam ją w dwa dni, tylko dlatego że w międzyczasie korzystałam z wakacji i szwendałam się po górach. Niestety cierpię przez nią na depresję związana z brakiem kasy na kupno 50 hektarów lasu i postawieniem sobie mini warowni.

"Cisza i spokój", Natalia Sosin-Krosnowska


Autorką książki jest Natalia Sosin-Krosnowska, która ma także swój program "Z daleka od miasta" (polecam go obejrzeć, bo tam możecie zobaczyć domy opisane w książce). To swego rodzaju reportaż o ludziach, którzy z różnych przyczyn postanowili rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. No, może nie do końca w Bieszczady, a w jakieś spokojne wiejskie tereny zewsząd otoczone naturą i pozbawione zgiełku miasta. Jedynym słowem - coś dla mnie, bo od bardzo dawna marzy mi się podobny życiowy scenariusz.

Byłam sceptycznie nastawiona po przeczytaniu opisu na okładce, gdzie w pierwszym zdaniu można zauważyć błąd ortograficzny. Z reguły nie czytam opisów książek, bo nigdy nie umiem po nich stwierdzić, czy zawartość książki mnie zainteresuje - na instagramie wrzuciłam fotkę okładki, i ktoś zapytał mnie, czy też mam z tyłu napisane "tępo" zamiast "tempo". Mając w głowie tego babola już podejrzliwie zaczynałam lekturę, ale na szczęście po kilku kartkach to uczucie minęło. Treść pochłonęła mnie całkowicie, bo strasznie jaram się po pierwsze - przeprowadzkami, po drugie - wizją odnawiania lub budowania domu, i po trzecie - życiem na odludziu.

Poszczególne rozdziały opisują historię kilkunastu osób - ich przeżycia związane z odbudową zabytkowych domów, życiem zgodnie z rytmem natury, ich zajęciami, takimi jak pszczelarstwo, serowarstwo, agroturystyka, hodowla zwierząt uprawa roślin czy zielarstwo. Trochę byłam w szoku, gdy zobaczyłam jakie cuda można wyczarować z zagrzybiałego drewna i starych obskurnych mebli. Wiedziałam że takie coś się odbywa - sama w końcu zbieram rupiecie, ale jednak mnie to zachwyciło. Ba, teraz czuje się zdecydowanie bardziej komfortowo z moich pseudo zbieractwem, nie jestem najwyraźniej sama ;v.

Żeby nie było, że znajdziecie tam jedynie romantyczną wizję spokoju i natury - autorka poruszyła tam także kwestie, o których się nie myśli kiedy marzy się o domu na odludziu. Kojarzycie słynne nagranie o domku w Karkonoszach? Jak nie, to odsyłam do Yutubka. Życie na wsi, szczególnie w górach, wiąże się z często bardzo ciężkimi warunkami pogodowymi, zasypanymi drogami, brakiem wody, i co najważniejsze - centralnego ogrzewania. Bohaterowie przestrzegają, że w swojej wymarzonej bajce wśród natury, bardzo często pracują ciężej niż w poprzednim życiu, i choć jest to praca dająca satysfakcje, to nadal praca, a nie zbieranie kwiatków i patrzenie na zachody słońca. To może dać do myślenia i zweryfikować marzenia. W książce znajdują się także ich rady dotyczące planowania, przygotowywania wydatków, prowadzenia agroturystyki, zaczynania konkretnych kursów i tym podobnych, a także zbiór przydatnych linków i książek.

Bardzo mnie wciągnęła i podoba mi się fakt, że nie ma tam jedynie mydlenia nam oczu wizją kolorowej łączki i niebieskiego nieba, ale mówi także o konsekwencjach związanych z decyzją o przeprowadzce na wieś. Bardzo bardzo polecam - a zaraz po jej skończeniu warto jeszcze obejrzeć serial, bo w książce znajduje się niewiele zdjęć poszczególnych gospodarstw.

Ostatnio recenzowałam także inna ciekawą pozycję - o naturalnej nawigacji i odczytywaniu znaków natury (KLIK). Papa!

września 05, 2018

Garnier Fructis Goji Hair Food

Garnier Fructis Goji Hair Food
Od jakiegoś czasu czaiłam się na te maski, ale dopiero ostatnio udało mi się jedną dorwać. Drogeryjne marki chyba zaczynają dostrzegać korzyści w produkowani kosmetyków z dobrym składem i stąd pomysł na maski, które są ostatnim hitem. Cieszy mnie to, i wiem że coraz więcej marek pójdzie po rozum do głowy i zacznie tworzyć produkty, które rzeczywiście będą się nadawać do ciała, a nie do pastowania butów.

Garnier Fructis Goji Hair Food


Zacznijmy od składu tej maski

Podoba mi się, choć są w nim składniki, które uznaję za zbędne. Nie ma w składzie silikonów i substancji szkodliwych. Nie lubię gliceryny do włosów (nie mam póki co potwierdzonych źródeł, ale kiedyś dokopałam się do informacji, że może uszkadzać włos, dlatego patrzę na nią póki co podejrzliwie) i to chyba jedyny składnik, którego mogłoby tutaj nie być, bo poza tymi niepotwierdzonymi informacjami, niezbyt dobrze robi moim włosom. Maska zawiera sporo emolientów, oprócz trzech olejów ma jeszcze alkohole tłuszczowe itp. Protein brak, więc to maska nawilżająco - zabezpieczająca.


Skład:
Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Glycerin (gliceryna, humektant), Isopropyl Myristate (emolient), Staramidopropyl Dimethyloamine (detergent), Lycium Barbarum Fruit Extract (ekstrakt z owoców goji), Glycine Soja/Soybean Oil (olej sojowy), Sodium Hydroxide (regulator pH), Helianthus Annus Seed Oil/Sunflower Seed Oil (olej słonecznikowy), Coco-Caprylate/Caprate (emolient), Cocos Nucifera Oil/Coconut Oil (olej kokosowy), Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride (substancja odżywcza, kondycjonująca), Caprylyl Glycol (emolient), Citric Acid (regulator, konserwant), Lactic Acid (nawilżacz), Tartaric Acid (konserwant, regulator), Cetyl Esters (emolient), Potassium Sorbate (konserwant), Sodium Benzoate (konserwant), Salicylic Acid, Caramel (karmel jako barwnik/chyba coś odżywczego), Linalool, Citronellol (2x zapach), Benzyl Alcohol (konserwant), Benzyl Salicylate (filtr UV), Parfum (zapach).

Moje odczucia po użyciu

Na pewno nie kupiłam jej z myślą o myciu włosów - trochę to nieopłacalne. Nie kupiłam jej także dlatego, że jest opisana jako maska do włosów koloryzowanych (takie hasła niewiele znaczą, można jej używać także do włosów które nigdy nie były farbowane). Zawiera filtr UV, dlatego być może w pewnym sensie chroni kolor przed promieniowaniem.

Nakładam ją na włosy od ucha w dół zamiast kosmetyków myjących - nie ma potrzeby szorowania włosów na długości co drugi dzień, a poza tym - jak już kiedyś wspominałam, moje włosy źle reagują na odżywkowanie po myciu. Jeśli używam kosmetyków lub saponin na całą długość, myje i nakładam odżywkę, to mam jak w banku, że wyjdzie z tego sypkie dziadostwo bez objętości. Dlatego też skórę myje czymś co ma detergenty albo saponiny (w tym także odżywki), a włosy są pokrywane odżywką od razu (albo odżywka od razu, albo wcale). Ale do rzeczy - Garnier oczywiście całkiem się w tej roli sprawdził. Wiem, że gdybym użyła go w całości po myciu, wyszłaby lipa jak w przypadku wszystkich odżywek, ale nakładany od razu na długość zamiast czegoś myjącego, działa jak należy. Kudełki na drugi dzień ładnie się ułożyły i nie było sypkiego przyklapu. A poza tym, ślicznie pachnie - zapach przypomina mi odrobinę silikonowe maski Loreala, których używałam namiętnie w czasach, gdy nie znałam się na składach. Jest całkiem wydajna, nakładam tylko bardzo niewielką ilość i doskonale mi się sprawdza jako baza pod cięższe maski proteinowe - z dodatkiem cysteiny, żółtek i innych protein.

Maska Goji Hair Food to dla mnie miłe zaskoczenie i dowód na to, że da się zrobić coś nadającego się do używania. Najpierw Bielenda, teraz Garnier stworzył coś z dobrym składem, mam nadzieję, że inne marki pójdą za ich przykładem i w drogeriach będziemy mogli dostać jakieś wartościowe produkty. (A co do Bielendy, to właśnie wypuściła kolejną serię dobrych kosmetyków, które prawdopodobnie też przetestuje).

Jeśli interesują Was inne moje recenzję, zerknijcie do najnowszych wpisów:

Przeciwzmarszczkowe serum z Biolavenu

Bepanthen Sensiderm

Garnier Fructis Goji Hair Food


września 03, 2018

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego" - najgorszy serial w moim smutnym życiu

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego"  - najgorszy serial w moim smutnym życiu
Zazwyczaj dzielę się tym co dobre, co lubię, co mnie cieszy i co mogę komuś polecić. Tym razem postanowiłam wyrzucić z siebie moje odczucia związane z tym okropnym gniotem i chętnie dowiem się czy jest na tej planecie ktoś kto zupełnie szczerze go polubił (z tego co pokazują oceny filmwebu, najwyraźniej tak). Z góry wybaczcie mi ostre słowa i nie bierzcie ich do siebie - będę dziś mocno hejtować serial, a nie ludzi którzy go lubią. Mówię to na wszelki wypadek gdyby ktoś poczuł się tym postem osobiście dotknięty ;V.

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego"
Brak adekwatnego zdjęcia, bo jestem zmęczona i ni miał kto zrobić ;v

Obejrzałam go pół roku temu i zapomniałam, aż ktoś ze znajomych mi go polecił i zachwalał pod niebiosa. Uznałam że to znak i muszę się z tym skonfrontować.

Pierwsza kwestia, której nie mogę przeboleć, to główny bohater, tytułowy Dirk Gently. Nie wiadomo skąd się tu wziął i dlaczego to zrobił, ale wrzucili nam przed ekran kwikliwego irytującego brytola, który nie tylko jest straszną pokraką, ale też zupełnie niepotrzebna pokraką. Serio, sama jego obecność działa na mnie jak na dzikie pszczoły działają złodziejskie łapy wpychające się do ula.

Gdyby na chwilę o nim zapomnieć, pojawia się mnóstwo innych elementów działających mi na nerwy. Serial to niesamowity gniot fabularny - ja wiem ze groteska, ja wiem ze abstrakcja, wiem że to jakaś mierna pożal się Boże próba tworzenia fantastyki łączonej z realnym światem. Prawdopodobnie polubiłabym go, gdybym wyzbyła się tej niechęci do podobnych zabiegów. Drugi sezon da się jeszcze przełknąć, pojawia się jakiś tam mityczny świat z dziwnymi ludźmi, w którym dzieją się rzeczy, natomiast sezon numer jeden to kompletne dno. Mnóstwo grosteskowych niepasujących do siebie elementów, jakieś dziwne pseudo kasty, jakieś  zaburzenia psychiczne, jakaś banda pojebów wyskakująca z auta i rozwalająca ludziom domy bo tak. Jakieś ludzkie dusze w środku psa, dziwna brudna morderczyni i ten cholerny brytol, który w tym serialu mógłby nie istnieć, a wmawiają nam, że to główny bohater. Sama historia jest niesamowicie nudna i daje nam znaki, że coś dzieje się prawdopodobnie w jakimś ważnym dla jej przebiegu celu - a potem okazuje się, że wcale tak nie jest i służy to jedynie wpychaniu tam jak największej ilości abstrakcyjnych sytuacji i elementów.

Kolejną rzeczą są kostiumy - ja wszystko rozumiem. Albo nie mieli budżetu, albo celowo wykastrowali wizualną stronę serialu, tak by sarkastycznie pokazać nasze magiczne postacie, które przebywają w drugim świecie. Lepszy efekt uzyskaliby gimnazjaliści w szkolnym przedstawieniu. Obejrzałam wszystko, i nie nazwę tego stratą czasu - wszystko co daje mi materiał na bloga, to dobrze wykorzystany czas. W tym wypadku jednak miałam ciężki kawałek chleba do zgryzienia i cierpiałam na zbyt dużą ilość czasu przy braku dobrego serialu, leciało więc to co było a ja z każdym odcinkiem dawałam mu szansę na wkupienie się w moje laski. Niestety - nie udało się.

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego" to najgorsza rzecz jaką widziałam w ciągu ostatnich lat - i nie będę się mylić jeśli powiem, że lepsze od tego były filmy przedstawiające tańczących pijanych Rosjan na yt, nagrywane mikrofalówkami. Jedyną rzeczą, którą dobrze odebrałam w tym serialu to imię. Wakti Wapnasi. Nie ma dla mnie znaczenia że postać, która je nosiła wyglądała jak plastelinowy ludzik z mopem na głowie, imię pozytywnie zapadło mi w pamięci.

Doskonale znam zamysły twórców i fakt że to wszystko było celowe. Ale wyszło im to tak, że osobiście nienawidzę wszystkiego co związane z tym serialem. Oglądając to miałam wrażenie, że stworzyli go tylko po to, żebym cierpiała.

Pa grzyby. Dzisiaj lecę oglądać coś przyjemnego :D

września 02, 2018

Przegląd makijażowy wiedźm i elfów

Przegląd makijażowy wiedźm i elfów
Hejo. Tu ja. Dziś mam ochotę na wpis o tym jak podkręcić swój "elfi look" za pomocą makijażu. Bardzo chciałam pokazać i może zainspirować Was niezwykłymi tendencjami w makijażu codziennym, które prawdopodobnie istnieją dłużej niż ja, ale popularne w moich środowiskach zrobiły się stosunkowo niedawno i genialnie wyglądają.

Copyright © 2016 gnome household , Blogger