sierpnia 31, 2018

5 produktów, które zamierzam wprowadzić do diety

5 produktów, które zamierzam wprowadzić do diety

Choć bardzo interesuję się naturą i przyrodą, muszę przyznać że moja dieta bywała, i wciąż bywa tragiczna. Owszem, chętnie nazbieram mniszków i szyszków, żeby zrobić z nich eksperymentalne dania, ale w momencie kiedy na przykład jadę na uczelnie, ostatnią rzeczą o jakiej mogłabym myśleć jest pasta z utartych pączków leszczyny - i zdecydowanie stawiam na hot doga z Fresha. Dobra, nie będę Wam wciskać kitu że to kwestia braku czasu, bo tak się składa że mam wakacje i pracuje w domu - to kwestia lenistwa i żywieniowych nałogów. Nawet mój kot je lepiej...

5zdrowychproduktowktorewartojesc


Mam tak ambitne plany, by tworzyć dla Was leśne (całkowicie leśne!) foodbooki i przepisy, i wiem że wkrótce na pewno to zrobię, póki co jednak chce stopniowo zmieniać dietę. Jest już i tak o niebo lepiej - choć nie jem w pełni zdrowo i zdarza mi się zamówić metrowego kebsika, to przynajmniej nie wpierdzielam codziennie paczki chipsów (jak przez wiele lat kiedyś) i zwykle gotuję wszystko sama. Dziś opisze kilka produktów, które mam w planach wprowadzić do diety - w formie posiłków lub suplementacji. Być może sami znajdziecie wśród nich coś, co może Wam się przydać.

Dość rozsądnie podchodzę do suplementów. Nie wierzę w superfoods - to dla mnie bardzo sezonowe "gwiazdy". Nie twierdzą też, że wszystkie są do bani, ale kieruje się w tej kwestii dużą nieufnością. Jeśli wybieram jakiś suplement, to nie ze względu na to, że jest modny i wypada przetestować.


Triphala

To jedna z najbardziej znanych receptur ajurwedyjskich. Składa się z trzech owoców amli, haritaki i bibhitaki. Są zmielone na proszek i nie będę się rozpisywać na temat ich leczniczych właściwości. Ja będę ją jeść głównie po to, żeby zadbać o odporność na jesień oraz żeby zrobić dla Was test zapuszczania włosów tylko za jej pomocą. Kiedyś trafiłam na informacje, że niektórzy notowali przyrost w postaci 7 centymetrów miesięcznie. Jest to oczywiście nierealne, ale każda osoba, która jej używała z jaką rozmawiałam, widziała spory przyrost, dlatego zamierzam sprawdzić to na sobie i jakoś sensownie Wam to zmierzyć. 


Kobylak

Zamierzam go pić na przemian w wierzbownicą. Kobylak to bardzo pożyteczny chwast wspomagający leczenie chorób skórnych lub przewodu pokarmowego. Zawiera sporo cynku, nadaje się także do stosowania zewnętrznego jako tonik. Ma też działanie antynowotworowe - ale zawsze kiedy piszę, że jakaś roślina działa antynowotworowo, to czuje się jak ziębita i myślę, że kwestie roślin i nowotworów kiedyś rozszerzę (nie mówię że to ściema, bo niektóre rośliny mają udowodnione naukowo działanie antynowotworowe, ale to nie takie proste i nie chcę się bawić w lekarza). Wracając do kobylaka - smakuje paskudnie. Korzeń (czyli surowiec, który będę pić) jest gorzkawy. Nie tak okrutnie jak piołun, ale ma dość nieciekawy smak. Dlatego też zamierzam stworzyć jakąś mieszankę, by inne zioła zakamuflowały je smak.

Ashwagandha

Zawiera alkaloidy, fitosterole oraz witanolidy A-Y. Głównie zależy mi na wzmocnieniu koncentracji i poprawieniu pamięci - na szykującą się poprawkę ze statystyki będzie jak znalazł :D I oczywiście chcę sprawdzić działanie adaptogenów na stres, a czuje że trochę się go najem w najbliższym miesiącu.

Olej lniany

Kiedyś miałam już wiele podejść do picia różnych olejów, nigdy jednak nie byłam regularna. Olej lniany jest super, ale jego specyficzny smak sprawia, że wole dodawać go do jedzenia niż pić. Mam w planach opatentować kilka smacznych koktajlów albo papek, w których będzie lądował olej nie zmieniając za bardzo smaku. Moje ciało i kudły pilnie potrzebują omega 3.

Kiszonki 

Chodzi mi głównie o zadbanie o florę bakteryjną w jelitkach i prewencje robakową. Zamierzam oczywiście robić je sama, bo jaram się domowymi przetworami, szczególnie jeśli mają być zdrowe. Ukisić tak naprawdę można wszystko - nie tylko kapustę i ogóry. Ludzie kiszą nawet liście i łodygi roślin.


Myślę, że jeszcze kiedyś powstanie o nich post - bardziej szczegółowy, o efektach używania takich produktów. Póki co chcę sobie rozplanować jakieś smaczne posiłki, w których będzie można je przemycać bez narzekania. Żegnam się i lecę pochłonąć jakiegoś wielkiego tłustego placka po węgiersku na Krupówkach!

sierpnia 29, 2018

Czym myję twarz? - Kilka mieszanek do OCM

Czym myję twarz? - Kilka mieszanek do OCM
OCM to żadna nowość i pewnie większość z Was kiedyś tego próbowała - ja też próbowałam i próbuje dalej, szukając mieszanki idealnej. Przybywam dziś z trzema propozycjami na olejowe kompozycje do zmywania makijażu.

domowemieszankidoocm


Kilka dni temu pojawił się też wpis o balsamie do mycia na bazie olejów, który jest złotem wśród moich domowych wyrobów i obecnie używam własnie jego. Wpis możecie przeczytać Tutaj. Jeśli jednak jest to przepis, który Wam nie odpowiada, jest za trudny, albo nie macie składników - być może te propozycje będą bardziej przystępne.

Takie oleje rozprowadzamy na twarzy i wsmarowujemy w makijaż. Następnie przykładamy do niech zmoczoną w ciepłej wodzie szmatką lub mały ręczniczek i delikatnie dociskamy go do skóry. Powtarzamy to jeszcze raz - olej i dociskanie szmatki. Cały zabieg trwa około 5 minut.

Olej kuchenny + rycyna


To najtańsza, najbardziej podstawowa opcja. Nie urywa tyłka pod kątem odżywczym, bo oba oleje są rafinowane, ale nadal nadaje się do zmywania makijażu i zanieczyszczeń. Odżywianiem można zająć się w kolejnym kroku.

Mieszam je w proporcji 5:1 - rycyny jest mniej, bo bywa z nią różnie - mi krzywdy w każdym razie nie robiła. Jeśli się obawiacie, zmieńcie proporcje do 7:1, a nawet i 10:1.

Mieszanka delikatnie odżywcza

Składniki:

  • Olej z pestek winogron
  • Olej jojoba 
  • Olej z ogórecznika

Bazą jest olej z pestek winogron - powiedzmy ze na około pół szklanki tego oleju, resztę uzupełniam po połowie jojobą i ogórecznikiem. Zdecydowanie bardziej wartościowa mieszanka.

Wersja bogata, mocno oczyszczająca 

Składniki:

  • Olej ryżowy
  • Olej lniany
  • Rycyna
  • Olej tamanu
  • Olej z pestek malin
  • 3 krople olejku lawendowego

Bazą jest olej ryżowy. Na pół szklanki oleju ryżowego dodaję po 10ml lnianego, rycyny, tamanu, i 5ml oleju z pestek malin. A na koniec wkrapiam olejek eteryczny - pomińcie go jeśli eteryczne podrażniają wam oczy, aczkolwiek taka ilość jest bezpieczna.


Na koniec - polecam śledzić FANPAGE, żeby nie przegapić następnych wpisów!

sierpnia 27, 2018

Aktualizacja jaskini - wyrok: jestem złomiarzem!

Aktualizacja jaskini - wyrok: jestem złomiarzem!
Tak, jestem złomiarzem, macie mnie. Przestałam z tym walczyć - lubię znosić starocie, badyle i inne skarby. Lubie obwieszać ściany i zagracać sobie mieszkanie różnymi sprzętami. I bardzo mi z tym dobrze! Ostatni raz pokazywałam mieszkanie kilka miesięcy temu i najwyższy czas opisać jak to wygląda obecnie, bo od tego czasu jest tu o wiele "ciaśniej", a tym samym - przytulniej.

aranzacjeroslinne

Optymalna ilość roślin nie istnieje

Z moich obliczeń wynika, że mogę tu wepchnąć jeszcze 400 roślinek, a jakby wywalić chłopa i jego komputery, to może z 500. A tak na poważnie, aktualnie chyba nie mam już żadnych roślin na wishliście - jak zobaczę coś ładnego, czego jeszcze nie mam, to wtedy kupię. Przez pół roku nazbierała się ładna gromadka, ale widzieliście poszczególne okazy we wpisach z Artefaktami, więc nie będę już wstawiać wszystkich zdjęć.

monstera

Kiedy rośliny się nie mieszczą...

To czas kupić półki na ściany. Mam w domu jeszcze tyle wolnych ścian, że spokojnie mogę dalej znosić zielsko. W planach było 6, ostatecznie kupiłam tylko 4 ikeowe półki ze wspornikami. Zdecydowanie lepiej to będzie wyglądać, jak wszystkie pnącza podrosną i zaczną zwisać, albo porastać ścianę. Zastanawiam się czy nie poprowadzić ich na sufit.

araukariawyniosla

araukariawyniosla


Oprócz tego trochę upiększyłam ganek, młotkiem kuchennym wbiłam gwoździa na kwietnik i zainstalowałam na nim epipremnum. Świecznik nie miał gdzie się podziać, więc także wylądował tutaj.



Na koniec oczywiście zapraszam na mój INSTAGRAM, to tam najłatwiej mnie złapać, tam marnuje najwięcej czasu i tam możecie podglądać skrzata w jego naturalnym środowisku. Zapraszam!

sierpnia 24, 2018

Jak dbać o końcówki włosów?

Jak dbać o końcówki włosów?
Znacie ten ból, gdy przez wiele miesięcy zapuszczacie włosy i macie wrażenie, że stoją w miejscu? Wierzycie, że istnieje coś takiego jak "ostateczna długość włosa"? Ja niestety nie wierzę - i już wyjaśniam dlaczego.

jakdbacokoncowki


Włosy nie rosną do pewnej długości, by w końcu się zatrzymać i czekać na śmierć. Wiele osób jednak ma wrażenie, że włosy na pewnej długości przestał rosnąć. Ma na to wpływ kilka czynników:

  • Najczęściej w grę w chodzi zaniedbywanie ścinania końcówek, które stale się wykruszają i wówczas to co wyrośnie, wykruszy się z drugiej strony
  • Po pewnej długości - powiedzmy, że jest to długość za łopatki do pępka, może pojawiać się złudzenie, że kudły stoją w miejscu - mam wrażenie, że w tym miejscu ciężko znaleźć punkt odniesienia, który mógłby nam powiedzieć ile urosły od ostatniego sprawdzania. Nie ma już granicy obojczyków, cycków i tak dalej, jest cały brzuch na którym ciężko porównać długość. 
  • Gdy włosy są zbyt cienkie trudniej je humanitarnie zapuścić - większość włosów przerzedza się na końcówkach, co jest nie tylko kwestią wykruszania, ale także wypadania starszych włosów. Przerzedzone włosy też tracą trochę wizualnie z długości. 

Dlatego też odpowiednie dbanie o końcówki jest kluczowe jeśli bardzo nam zależy na zapuszczeniu włosów. Poniżej opiszę najważniejsze czynności i wspomagacze.


Zabezpieczanie

Pierwszą i prawdopodobnie jedną z najważniejszych rzeczy jest zabezpieczanie włosów za pomocą emolientów. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale włosy cały czas są podatne na niekorzystne czynniki środowiska - słońce, wiatr, niską temperaturę, pocieranie o ubrania i poszewki. Nie da się tego uniknąć, a więc pozostaje oblepić kocówki czymś, co sprawi że będą mniej podatne na te niekorzystne czynniki. Można to robić za pomocą substancji takich jak oleje i silikony. Tych drugich nie polecam - jeśli mnie czytacie to już wiecie czemu. Po prostu nie chcę ich używać. Nie są to jednak substancje, które zrobią Wam krzywdę. Są różne formy silikonów - lotne, ciężkie i tak dalej. Jeśli bardzo chcecie ich używać, musicie wiedzieć których konkretnie używacie i czy konieczne jest mocne mycie - w większości niestety jest konieczne, a co za tym idzie musicie często używać mocnych detergentów, które mogą włosy niszczyć. To kwestia indywidualna - ja jednak stawiam na oleje. Moim ulubieńcem do zabezpieczania jak masło shea, które w niewielkiej ilości, nie zostawia tłustych strąków i w zasadzie jest niezauważalne. Płynne oleje mi niestety nie odpowiadają.

Satynowe poduszki

Pozwolą trochę zminimalizować szkody, które dostarczamy kłakom w czasie snu. Zwykłe poszewki pocierają o włosy kiedy się wiercimy i przekręcamy i może to powodować mikrouszkodzenia. Sama nie mam jeszcze takiej poszewki, ale jak już kupię, to na pewno się pochwale.

Tangle teezer do śmieci

Ta szczotka była bóstwem większości z nas kilka lat temu. Czyli wtedy, gdy zrobiła się modna i jeszcze nie wiedzieliśmy, że niszczy włosy. Igiełki mogą pod wpływem czasu ulec rozdwojeniu - i szarpać włosy, który wejdzie pomiędzy nie. Czasem go jeszcze używam - w formie masażu skóry, bo do tego nadaje się świetnie. Staram się jednak nie czesać nią całych włosów, a już w szczególności nie końcówek.

Henna i inne zioła

Henna wnika do włosa, łączy się z keratyną, i po kilku warstwach zostaje we włosie dożywotnio. Włos nie tylko zyskuje kolor, ale także widocznie się pogrubia i zostaje wzmocniony. Końcówki włosów hennowanych są bardziej stabilne i trochę bardziej odporne na czynniki środowiska. Pod warunkiem, że hennujecie prawidłowo, nie wywołując przesuszenia, które co prawda jest tylko kilkudniowe, ale zawsze jest. To mit, że henna niszczy włosy. Rozpowszechniają go niewyedukowani fryzjerzy, którzy nie odróżniają prawdziwej henny od henno-podobnych produktów pokroju Venity czy Elda.

Henna wnika do włosa, łączy się z keratyną, i po kilku warstwach zostaje we włosie dożywotnio. Włos nie tylko zyskuje kolor, ale także widocznie się pogrubia i zostaje wzmocniony. Końcówki włosów hennowanych są bardziej stabilne i trochę bardziej odporne na czynniki środowiska. Pod warunkiem, że hennujecie prawidłowo, nie wywołując przesuszenia, które co prawda jest tylko kilkudniowe, ale zawsze jest. To mit, że henna niszczy włosy. Rozpowszechniają go niewyedukowani fryzjerzy, którzy nie odróżniają prawdziwej henny od henno-podobnych produktów pokroju Venity czy Elda.

Olejowanie

Włosy potrzebują emolientów nie tylko w formie zabezpieczania, ale także dłuższych zabiegów. Olejowanie jest dość ważną kwestią jeśli chodzi o stan włosów na długości i końcówek. Według mnie powinno się to robić chociaż raz w tygodniu na dłużej - jeśli to możliwe to na całą noc. Najlepiej robić to oczywiście na podkład nawilżający - wtedy przemycimy kłakom jeszcze trochę humektantów. Ja nie zawsze olejuje na podkład, powiedzmy że podkładu używam co drugie lub trzecie olejowanie. Nie ma reguły, czy trzeba to robić na mokrych czy suchych, brudnych czy czystych włosów - jeśli macie dobrany odpowiedni olej, każde olejowanie jest lepsze niż jego brak, bez względu na warunki. Trzeba samemu przetestować sobie ulubione sposoby olejowania i zobaczyć, po którym czujemy się najlepiej.

Dieta

Nie będę Wam wciskać kitu jakie suplementy musicie żreć, żeby mieć piękne i długie włosy. Odnoszę jednak wrażenie, że dieta też jest ważna i ma wpływ na stabilność struktury włosa. Ważną rolę odgrywają tutaj między innymi tłuszcze. Warto jest wprowadzić do diety jakiś olej nierafinowany (czarnuszka, lniany, wiesiołek, ogórecznik, nawet oliwa). Wiadomo, że cebulki muszą jeść też różne witaminki, potrzebują krzemu (które i tak w pierwszej kolejności są pochłaniane przez ważniejsze organy). Bardziej szczegółowo o tym kiedy indziej.

Regularne podcinanie

Wiele lat oszukiwałam się, że nie muszę podcinać włosów, bo skoro niektórzy 5 lat nie obcinają i zapuścili długie grube kudły, to ja też mogę, a co. Nie szybko się przekonałam, że niestety nie mogę. Nie te geny. Myślę, że 3-4 miesiące to taki optymalny odstęp między kolejnymi podcinaniami. Ważne jest jednak to, żeby nie uwalić 10 centymetrów, a jedynie samiutkie końce, co może jest trochę trudniejsze w przypadku włosów cieniowanych. Dlatego unikam fryzjerów - przez te mendy do których trafiałam, moje cinszko zapuszczone kłaki w ciągu kilku sekund traciły połowę długości, bo jakieś babsko nie rozumie co to znaczy uciąć centymetr. Podcinać - jak najbardziej. Końcówki. Nie całe włosy.

Odpowiednio zaostrzone nożyczki

Podcinanie nic Wam nie da, jeśli używacie tanich nożyczek, które zostawiają po ucięciu białą kuleczkę na końcu włosa. Może to wynikać nie tylko z kiepskiej ostrości, ale także z tego że włosy są bardzo suche. Jednak najpierw trzeba załatwić dobre nożyczki, a tanioszkami z drogerii to sobie można co najwyżej łoniaki ucinać ;v

Moje nożyczki były z firmy Henbor, ale nie byłam z nich do końca zadowolona - czasami zostawiały mi kuleczki na końcach, co może oznaczyć, że nie są wystarczająco ostre. Najczęściej polecane są Jaguary, ale sama ich jeszcze nie miałam.


Przyznam, że pielęgnacja końcówek to moja zmora - często mi się po prostu nie chce, a niestety moje włosy nie są z tych, które wytrzymają spanie na poduszkach z papieru ściernego, rypanie detergentami i prostowanie żelazkiem. Dlatego moje końcówki dość szybko się niszczą. Korci mnie, żeby poświęcić się w imię nauki i nie ścinać ich przed dwa lata, bez względu na to jak beznadziejny będzie ich stan. Niewykluczone że tak zrobię, bo nożyczki mi się rozwaliły i nie chce mi się kupić nowych. Tak czy inaczej mam nadzieje, że rady będą dla Was przydatne!

Dla ciekawych, moje najczęściej czytane włosowe wpisy:

sierpnia 22, 2018

Artefakty - sierpień 2018

Artefakty - sierpień 2018
Ten miesiąc był dość biedny ze względu na zbliżające się wakacje w górach i kilka większych wydatków warsztatowych, które szykują się na przyszły miesiąc. Sierpniowe skarby to przede wszystkim kilka szmatek, które wygrzebałam w jakimś lumpie. Dacie wiarę, że nie kupiłam w tym miesiącu żadnego badyla? Co więc przytargałam do domu w sierpniu?

Wypadzik do second handu

Ustaliłyśmy z moją psiapsią rasy ludzkiej, że raz w tygodniu robimy sobie Lump Tour i szukamy bardzo tanich perełek, bo jesteśmy cebulami i nam wolno. I tym sposobem trafiło do mnie sporo ładnych ubrań za grosze, a ja mogę w spokoju przewalać hajs na jedzenie i narzędzia do tworzenia biżuterii.


jakkupowacwlumpeksach

jakkupowacwsecondhandzie

jakkupowacwsecondhandzie
(bluzka była moja, na potrzeby zdjęć byłam zmuszona wyjąć ją z kosza na pranie - dlatego wygląda jak psu z dupy)

ubraniagotyckie


Naczynia

Bardzo lubię starocie, doskonale to wiecie. Udało mi się dorwać piękny talerzyk, który bez wątpienia będzie modelem wielu moich zdjęć i dwa ceramiczne garnuszki, w które już wsadziłam moje bobaski sukulenty.

ceramicznedoniczki

antyki


Monstera

Napisałam, że w tym miesiącu nie kupiłam żadnego badyla - i rzeczywiście tak było. Dostałam jednak monsterę od przyjaciółki na urodziny, i wsadziłam ją do mojej monstery tworząc z nich bliźnięta syjamskie. Czyż nie wyglądają uroczo? Teraz cały kwiat z donicą jest tak ciężki, że z trudem mogę go podnieść. Najwyraźniej dobrze im razem, bo obie wypuściły w tym miesiącu łącznie 6 liści.

przesadzaniemonstery

Dozowniki nawadniające

Czyli jak uchronić przyjaciół przed koniecznością podlewania kwiatków w czasie mojego wyjazdu. To takie zbiorniczki, które należy połączyć rurką z naczyniem wypełnionym wodą, dzięki czemu do doniczki dociera nawodnienie. Idealnie rozwiązanie na wyjazdy i zdecydowanie tańsze niż kule nawadniające, choć może nie tak estetyczne. Ale estetyka jest mi w tym przypadku zbędna, w końcu i tak mnie tu nie będzie.

dozownikinawadniajace


Czuje, że lista w kolejnym miesiącu będzie zdecydowanie bogatsza, a ja tymczasem lecę się pakować, sprzątać i robić kotu jedzenie. Miłego dnia i wpadajcie do mnie na Instagrama!


sierpnia 20, 2018

Aed' eive - puszysty balsam do mycia twarzy według receptury z Havadah

Aed' eive - puszysty balsam do mycia twarzy według receptury z Havadah
Demakijaż i mycie twarzy wskoczyło już na wyższy poziom - coraz większą popularność zyskują olejowe balsamy myjące, które mają lżejszą formułę niż oleje i są przyjemniejsze w użyciu. Mało kto wie - ale ten patent ludzie wykradli nimfom i rusałkom z Havadah. Już w starożytności tworzyły prowizoryczne mikstury na pszczelim wosku, gumie z drzew i lecytynie. Dzisiaj receptura wygląda nieco inaczej - bo mamy dostęp do większej ilości dobrych emulgatorów, które ułatwią nam pracę i nie zmuszają nas do grzebania w ulach i odsączania kauczuku z drzew. I choć ówczesny makijaż z węgla drzewnego i roślinnych barwników zdecydowanie łatwiej było zmyć niż dzisiejsze kosmetyki makijażowe, balsam Aed' eive nadal znajduje swoje zastosowanie w naturalnej pielęgnacji.

balsammyjacydotwarzy


Receptura jest bardzo prosta, a składniki łatwo dostępne nawet w centrum miasta. Nadaje się do każdego rodzaju cery i świetnie radzi sobie nie tylko ze zmywaniem makijażu, ale także z zanieczyszczeniami dnia codziennego.

Składniki:
  • Masło shea 40g
  • Olej jojoba 20g
  • Oliwa 20g
  • Macerat nagietkowy (na oleju z pestek winogron) 50g
  • Olivem1000 lub wosk pszczeli 10g
  • Olejek lawendowy 2-3 krople

Przygotowanie:

Zaczynamy od rozpuszczenia masła shea oraz emulgatora. Robię to w kąpieli wodnej. Następnie łączę powstały płyn z resztą ciekłych składników. W praktyce cała ta operacja trwa nie dłużej niż minutę. Następnie przelewam wszystko do pojemniczka z nakrętką, może być też słoik i zostawiam do ostygnięcia. W przepisie nie używałam żadnego konserwantu, bo mamy tu tylko oleje i emulgator. 

Po ostygnięciu balsam odzyskuje trochę ze swojej stałej formy - za sprawą masła shea i emulgatora tworzy się delikatny olejowy żel.


balsamdomyciatwarzy
Tak wygląda po roztopieniu

balsamdodemakijazu
A tak, gdy zastygnie

Czy mogę odpuścić sobie emulgator?

Możesz! W tej mieszance i tak nie sprawi, że olejek spłynie ze skóry. Ja zwykle używam do tego po prostu wosku, albo co tam mam pod ręką. Zamiast tego dodałabym jednak więcej masełka shea. Bez względu na to czy dodacie emulgator czy nie, dostaniecie podobną konsystencję - coś na kształt musu, żelu lub mięciutkiego olejku w formie stałej, który roztapia się w palcach. Pamiętajcie - pradawna receptura skrzatów świetnie działała bez Olivemu, ah te dzisiejsze nowoczesne elfy, w dupach się przewraca od tego rozwoju cywilizacyjnego...

Jak używać takiego balsamu?

Balsam można wykorzystać na dwa sposoby, w zależności od waszej filozofii pielęgnacyjnej. Pierwszym jego zastosowaniem jest demakijaż - w tym wypadku najlepiej zrezygnować z olejków eterycznych, jeśli boicie się podrażnień oczu (aczkolwiek taka ilość nie powinna zaszkodzić). Po prostu rozprowadzacie go na zwilżoną twarz - możecie robić to palcami lub wacikami i dokładnie zmywacie. Niektórzy uznają taki zabieg za ostateczne mycie - i choć ja się z tym nie zgadzam, również na tym możecie zakończyć oczyszczanie skóry - ba, niektórzy nawet kończą na tym kroku pielęgnację, bo balsam zostawia skórę delikatną i przyjemną w dotyku.

Ja przyjmuję trochę inną filozofię i mycie za pomocą produktu na bazie olejów jest pierwszym krokiem mojego oczyszczania. Dlatego też, bez względu na to czy mam na sobie makijaż czy nie, najpierw oczyszczam ją tym olejkiem (bądź zwykłym olejem) co ma na celu związać i zemulgować różne zanieczyszczenia, a potem myję ją drugi raz - pudrami na bazie glinek i mąk, które absorbują resztki zanieczyszczeń. Taki puder rozrabia się z wodą. Na blogu już jest przepis na domowy puder (TUTAJ), możecie także kupić gotowce (o ile pamiętam Make Me Bio ma takie pudry w ofercie). Bardzo polecam Wam wybrać właśnie ta opcję - moja skóra zdecydowanie bardziej lubi podwójne mycie, a zostawianie oleju, który służył do demakijażu zdecydowanie jej nie służy.

Uwielbiam czuć Aed' eive na skórze - nabieram niewielką ilość balsamu i rozprowadzam na twarzy robiąc przy tym delikatny masaż, po czym zmywam wodą. Nie używam do tego wacików, chyba że mam wyjątkowo dużą tapetę, co raczej się nie zdarza. Ten balsam myjący ma bardzo prostą recepturę, po to by nawet początkujący mogli go sobie stworzyć i na własnej skórze zobaczyć jaki jest dobry.

Miłego dnia!

sierpnia 19, 2018

Magiczne profile na Instagramie - skąd czerpię inspiracje?

Magiczne profile na Instagramie - skąd czerpię inspiracje?
Co jakiś czas dostaje na Instagramie wiadomości, że podoba Wam się sposób w jaki prowadzę profil i obrabiam zdjęcia. Ja też mam swoich faworytów na Insta - oglądanie ich zdjęć to dla mnie ogromna motywacja i pełna inspiracji podróż. Bardzo chcę Wam je przedstawić - autorzy chyba nie będą mięli nic przeciwko :D

inspiracjeinstagram



@tathariel

Jeden z pierwszych profili, w którym totalnie się zakochałam. Imponowało mi, że Tathariel ubiera się tak jakby własnie wyszła z planu "Władcy Pierścieni". W dodatku pięknie rzeźbi i tworzy...I ma dwa kotki somalijskie. Nie obraziłabym się jakby ktoś zamienił nas życiami ;v



@thevikingquenn

Początkowo myślałam, że to siostra Tathariel - twarze podobne, włosy długie i tak samo czesane, image też podobny. Okazuje się jednak, że to nie siostry, ale nie ważne. Ten profil jest trochę mniej magiczny, za to bardziej wikiński.




@wildfoodlove

To ten typ profilu, które nie udostępniają własnego contentu, a pokazują zdjęcia innych - kiedyś udostępnili nawet jedną z moich fotek. Wildfood love to galeria zdjęć związanych z dzikim jedzeniem - z lasów i łąk, a nie z marketowej półki.




@forest_of_twinkling_fireflies

Ponownie profil do repostowania cudzych zdjęć. W tym przypadku udostępniają leśny twórczy stuff - urocze, magiczne rękodzieło różnego rodzaju w temacie lasów, elfów i tym podobnych.




@fairytales_and_capmfires

Ta pani od roku lajkuje każde moje zdjęcie - tak bardzo łechta mi to moje serduszko ;V Ronja nie tylko tworzy skórzane rzeczy i pokazuje leśne zdjęcia - ma też konie, które bardzo często są przyozdobione magicznymi ręcznie robionymi uzdami i siodłami. Wyglądają wszyscy jakby przeszli do nas przez portal ze średniowiecza.




@acahkosiskwew

Trochę mniejszy profil - ale piękny. Autorka z tego co rozumiem mieszka na jakimś odludziu i żyje z darów natury.





@agnieszka_lorek

Najpiękniejszy profil fotograficzny jaki powstał. Modelki na zdjęciach Agnieszki to zawsze jakieś wróżki i rusałki, przebrane w piękne magiczne stroje. Najbardziej charakterystycznym elementem jej twórczości jest obróbka zdjęć - nadawanie im efektu farby. Coś pięknego.




@0ld_hag

Ma tatuaże na twarzy i 40 lat, a wygląda na 25. Robi jedne z najpiękniejszych mrocznych fotek na Ig.




@thistlemilk

Jej zdjęcia bywały creepy. Na tym profilu ponownie traficie na mroczne zdjęcia natury, piękną wiedźmę i koty.






@forndom

Byli dla mnie ostateczna inspiracją. Dzięki nim powstał mój profil. Jeśli jeszcze nie wiecie - to zespół muzyczny (swoją drogą polecam i pisałam o nich  Tutaj), których profil przedstawia mroczną naturę. Mgły, góry i zuo. Kocham bardzo.



A jakie profile Wy kochacie? Zapraszam oczywiście także do mnie - TUTAJ!

sierpnia 17, 2018

"Przewodnik wędrowca - sztuka odczytywania znaków natury" Tristan Gooley - recenzja

"Przewodnik wędrowca - sztuka odczytywania znaków natury" Tristan Gooley - recenzja
Prawdopodobnie wydaje się Wam, że mieszkam gdzieś w środku puszczy, jem porosty, wyje do księżyca i podcieram się mchem. Macie rację. Tak właśnie robię. 

Po przeczytaniu tej książki czuję jednak, że jestem w tym wszystkim słaba. Bardzo słaba. Nie będę ukrywać, że choć w lesie bywam dość często, a mój Instagram, to jedna wielka puszcza, nie jestem mistrzem przetrwania i nie uprawiam bushcraftu. Nie przykładam uwagi do tego, po której stronie drzewa rosną moje porosty, nie pamiętam od której strony wieje u mnie wiatr i nie umiem powiedzieć czy idę na północ czy południe. Przeczytanie tej książki niestety nie zmieniło tego stanu rzeczy, ale nie dlatego że jest słaba, a dlatego że to ja jestem leniwa. Jeśli wydaje Wam się, że to lektura do kawki i relaksu, to albo musicie mieć dobrą orientację w terenie, albo jesteście mózgami.

 "Przewodnik wędrowca" to książka o naturalnej nawigacji i nauce umiejętności bycia leśnym Sherlokiem, który na podstawie budowy rowu umie określić kto w nim spał w czasie drugiej wojny światowej. Książka ta jest pełna informacji, które nie sposób zapamiętać czytając ją sobie przy kawce. Autor nie tylko podaje całe mnóstwo protipów jak doszukiwać się znaków dzięki burzom, ukształtowaniu terenu, ilości słońca, temperatury i innym czynnikom. Podaje też mnóstwo informacji dotyczących konkretnych gatunków roślin i ich upodobań oraz sposobów na przetrwanie, na podstawie których możemy stawiać konkretne wnioski dotyczące miejsca w jakim się znajdujemy. Aby pojąć ta wiedzę nie wystarczy przeczytanie poradnika - trzeba oglądać to na własne oczy na własnym terenie. To książka która wymaga aktywnego badania i sprawdzania tych informacji na własną rękę. Nie mogę powiedzieć, że mnie zawiodła - była dla mnie po prostu trudną lekturą, przyjemną jeśli chodzi o naukę, ale niekoniecznie przyjemną jeśli odbieramy ją jako lekturę do relaksu. A chyba tak ją właśnie odebrałam na początku. Nie mogłam wkręcić się w te tematy leżąc na kanapie i jedząc odgrzewaną pizzę.


"Przewodnik wędrowca" to książka o naturalnej nawigacji i nauce umiejętności bycia leśnym Sherlokiem, który na podstawie budowy rowu umie określić kto w nim spał w czasie drugiej wojny światowej. Książka ta jest pełna informacji, które nie sposób zapamiętać czytając ją sobie przy kawce. Autor nie tylko podaje całe mnóstwo protipów jak doszukiwać się znaków dzięki burzom, ukształtowaniu terenu, ilości słońca, temperatury i innym czynnikom. Podaje też mnóstwo informacji dotyczących konkretnych gatunków roślin i ich upodobań oraz sposobów na przetrwanie, na podstawie których możemy stawiać konkretne wnioski dotyczące miejsca w jakim się znajdujemy. Aby pojąć ta wiedzę nie wystarczy przeczytanie poradnika - trzeba oglądać to na własne oczy na własnym terenie. To książka która wymaga aktywnego badania i sprawdzania tych informacji na własną rękę. Nie mogę powiedzieć, że mnie zawiodła - była dla mnie po prostu trudną lekturą, przyjemną jeśli chodzi o naukę, ale niekoniecznie przyjemną jeśli odbieramy ją jako lekturę do relaksu. A chyba tak ją właśnie odebrałam na początku. Nie mogłam wkręcić się w te tematy leżąc na kanapie i jedząc odgrzewaną pizzę.

Książka teoretycznie nie jest poradnikiem "jak przetrwać na środku pustyni, kiedy skończy ci się nawet własny mocz" - skupia się na naturalnej nawigacji, nie na tym co zjeść w dżungli. Niemniej, autor karmi nas też różnymi ciekawostkami z tego zakresu. Warto zaznaczyć, że Tristan Golley bardzo często nawiązuje do ukształtowania terenu na wyspach Brytyjskich oraz w Stanach. Podróżował jednak po całym świecie i z każdego zakątka przemyca jakieś ciekawostki.

Będzie to idealna pozycja dla ludzi interesujących się podróżowaniem, biwakowaniem i bushcraftem, bo jeśli wykażecie odrobinę więcej chęci niż ja, będziecie potrafili określić swoje położenie bez użycia kompasu i aplikacji "Jak dojechać". Osobiście zapomniałam już większość rzeczy jakich się z niej dowiedziałam - zauważyłam jednak, że wychodząc do Żabki po kolejną zupkę chińską oceniam stan chwastów, które wyrosły w szczelinie chodnika i zastanawiam się czy pojawienie się w moim mieszkaniu modliszki zwiastuje jakąś apokalipsę humanoidalnych owadów czy po prostu uciekła sąsiadowi z terarrium. A tak na poważnie - niesamowicie ciekawe jest to, jak dzięki całej masie  znaków jakie daje nam natura i ingerencja człowieka, można określić swoje położenie i odnaleźć drogę. Mam wręcz wrażenie, że nie ma takiej sytuacji i takiego miejsca na ziemi, w którym nie dałoby się wywnioskować, gdzie się znajdujemy i jak się stąd wydostać. Po prostu nie mieliśmy dotychczas w zwyczaju analizowania tych znaków i nie przykładaliśmy uwagi do tego, że skupisko jesionów może nam wiele powiedzieć o jakości gleby i sile wiatrów, i, na przykład, pomóc w odnalezieniu drogi do najbliższego zbiornika wodnego.

Myślę że "Przewodnik wędrowca" to książka, którą trzeba przeczytać nie jeden raz, by przyswoić większość zawartych w niej porad. Żałuję, że w momencie kiedy przyszło mi ją czytać, miałam niewiele czasu by zabrać ją do lasu, liczyć słoje drzew i szukać rowów powojennych. Wiem, że już wkrótce będzie do tego okazja.

Na koniec zapraszam Was do miejsca, gdzie prawdopodobnie uwierzycie, że lubię sobie czasem chapnąć zupę z muchomora - na mój leśny INSTAGRAM.


sierpnia 15, 2018

Wegańskie półprodukty do włosów

Wegańskie półprodukty do włosów
Choć nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, spora ilość kosmetyków zawiera substancje pochodzenia zwierzęcego - keratyna, kolagen, jedwab, miód czy śluz ślimaka. To zwykle niewielkie, śladowe wręcz ilości, ale liczy się idea. Jest jednak mnóstwo ich odpowiedników roślinnych i rezygnacja z wydzielin zwierząt nie musi czynić naszej pielęgnacji niekompletną. 

weganskapielegnacjawlosow


Wśród moich czytelników są też weganie i czuje że dla Was też czas stworzyć specjalny wpis - ciągle przecież piszę o miodach, woskach, jajkach i innych produktach, których z oczywistych powodów wolicie unikać. Jest mnóstwo ludzi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że w swoich kosmetykach mają zwierzęce tłuszcze i wydzieliny. Niektórym wydaje się, że jedwab to roślinka z kwiatami w kształcie kulek wełny (nie wiem czemu, ale jeszcze kilka lat temu myliłam jedwab z lnem - być może przez to że z lnu tworzy się tkaniny). Są też składniki takie jak na przykład miód - osobiście nie wydaje mi się, żeby pszczoły cierpiały, mam wrażenie że ich praca jest dla nich naturalna i potrzebna światu, ale rozumiem że ktoś świadomie rezygnuje z tego składnika - są dla niego alternatywy.

Ten wpis jest poświęcony głównie naturalnym odpowiednikom kosmetyków do włosów - w kwestie składów kosmetyków wegańskich i testowania na zwierzętach bałam się póki co wchodzić, żeby nie walnąć jakiegoś babola. Nie będę ukrywać, że nie znam się na tym zbyt dobrze - jeszcze. Dlatego kosmetykami CF zajmę się kiedy wgłębię się w temat i będę miała pewność, że nikogo nie wprowadzę w błąd. Mam nadzieję, że ten wpis będzie dla Was przydatny, szczególnie jeśli czujecie się ograniczeni przy wyborze składników pielęgnacyjnych, nie będących wydzieliną z cyca krowy albo miesiączką kury :D


Proteiny

Proteiny są ważne - wypełniają we włosach mikro ubytki i choć nie jest to działanie trwałe, to w pewnym sensie kondycjonujące. Jajka, żelatyna i śmietana to nie jedyne składniki do masek proteinowych.

Agar - zawiera tylko 1%protein, reszta ma działanie nawilżające, ale zawsze coś.

Mleka roślinne - Choć nie jestem weganką, mleka roślinne to dla mnie genialny wynalazek. Nie lubię mleka krowiego i jestem jego wielkim hejterem ze względu na kwestie zdrowotne. Zdarza mi się go używać jedynie do ciast i wypieków - czyli tam, gdzie nie czuje jego smaku. Natomiast gdy robię owsianki, koktajle i inne takie, używam mleka z kokosa, z owsa, z orzechów itp. Jakie to jest pyszne! Ale wracając do tematu włosów - takie mleka mogą stanowić proteinową bazę do masek i będą działały równie dobrze co śmietana czy jogurt.

Ryżówka - Czyli woda po gotowanym bez soli ryżu bądź sfermentowana woda po wymoczeniu surowe ryżu. Genialna w formie płukanki. Uwaga, bo potrafi ściągać hennę i indygo.

Mąki - Wielkocząsteczkowe proteinki macie też w większości mąk (poza skobiami).

Algi - Spirulina, chlorella, laminaria czy fucus, proteinki które nadaję się także do skóry.

Emolienty i zabezpieczanie

Po prostu oleje - nie sądzę, że ktokolwiek olejuje włosy za pomocą smalcu, więc raczej nie ma tu problemu. W kosmetykach taką rolę zabezpieczającą mogą pełnić woski zwierzęce, lanolina i tym podobne, ale olejów roślinnych mamy całą masę, więc nie potrzebujecie w tym celu wydzielin zwierzaków. Do zabezpieczania końcówek dobre są oleje twarde, czyli różne masła - shea, kakaowe, mango.


Humektanty

Ostatnia literka PEH - nawilżacze.

Aloes - Możecie albo kupić gotowy żel, albo wyciskać go samodzielnie z co najmniej dwuletniego aloesu. Ja wykorzystywałam aloes drzewiasty. Protip - używamy samego glutowatego miąższu, żółty sok, który wycieka spod skóry jest gorzki i szczypie.

Agar - słusznie zwróciliście mi uwagę, że agar ma trochę inne działanie jak laminowanie żelatyną - zawiera głównie cukry, a więc jest humektantem.

Cukier - Najprostszy nawilżacz - woda z cukrem. Nie nakładajcie go jednak na skalp, a na same włosy, bo to idealna pożywka dla grzybów.

Mąka ziemniaczana - skrobie najlepiej dodawać do masek, według mnie jest niewygodna jako podkład. Można też zagęszczać nią hennę.

Len - Czyli glut lniany. Idealny nawilżacz i stylizator.

Kozieradka - Podobnie jak glut, kozieradka wytwarza wokół siebie glutka, tylko rzadszego. Oprócz nawilżania, nadaje się też na wypadanie włosów. Niestety capi jak rosół.

Nasiona chia - Jak wyżej, one też wydzielają nawilżający śluz.

Inne napary śluzowe - takie jak ślaz, prawoślaz, lipa, rumianek, nagietek. Również mogą stanowić dobry podkład nawilżający.

Myjadła bez odzwierzęcych protein

W szamponach lub odżywkach czasami pojawiają się odzwierzęce proteiny lub miód. Nie będę się tu rozpisywać - macie na moim blogu wiele wpisów na ten temat i również możecie przebierać w opcjach. Jeśli nie chcecie iść w drogeryjne kosmetyki, warto zainteresować się ziołami i mąkami, bo nie dość, że roślinne to jeszcze tanie i ekologiczne.

Do mycia można wykorzystać:

  • Mąki
  • Glinki
  • Napary ziołowe (mydlnica, mydłoka, juka, większość ziół w zasadzie)
  • Proszki ziołowe (shikakai, aritha)
  • Glut lniany 


Przydatne wpisy:

Zapuszczanie włosów nie wymaga sadła norek!

W zasadzie nie często widuję, żeby w składzie kosmetyków na porost znajdowały się jakieś produkty zwierzęce - chociaż śmieszy mnie obecność sadła norek w pewnym bardzo dobrze znanym mazidle na porost. Najwyraźniej mają w słonince magiczny aktywator wzrostu. Przy zapuszczaniu włosów nie potrzebujecie nic od zwierząt - nie znam w zasadzie produktu, który w tym celu się sprawdza, może poza żółtkiem ewentualnie.

W skrócie - co działa na porost?

  • Zioła i rośliny w formie naparu (np. kozieradka, łopian, tatarak, pokrzywa, kawa)
  • Przyprawy (np. cynamon, kurkuma, imbir, papryka)
  • Oleje nierafinowane 
  • Maceraty olejowe i alkoholowe (zamacerowane zioła i przyprawy)
Odsyłam do ogromnego wpisu o poroście (klik).


Farbowanie

Tak wiem, to się już robi nudne. Ale jak tu nie wspomnieć o hennie i cassi?? Nie wiem czy drogeryjne farby mają w składzie jakieś produkty zwierzęce - prawdopodobnie nie, bo i po co. Ale skoro pielęgnacja w całości to i o tym wspomnę. W razie czego linkuję Wam moje dwa posty na ten temat:


sierpnia 13, 2018

Pierwsze prace w moim warsztacie

Pierwsze prace w moim warsztacie
Poziom żenady jaką odczuwam obrabiając zdjęcia tych ulepków mnie przytłacza, dlatego bardzo proszę o wyrozumiałość. To trudniejsze niż mi się wydawało, ale nadal walczę i nawet dobrze się przy tym bawię. Póki co jestem w stanie tylko wzorować się innymi artystami - już sama ta nauka jest trudna, a co dopiero tworzenie własnych wymyślnych kształtów.

jakzrobicbizuteriewirewrapping


Chyba odbieram to zajęcie coraz bardziej poważnie - zastanawiam się, czy nie zacząć odkładać na kurs złotniczy. Nauka z książek i materiałów z internetu jest możliwa i nieoceniona, ale brakuje mi szkolenia od A do Z podanego na tacy. Dlatego myślę, że kurs za jakiś czas zrobię, a póki co jestem w stanie raczkować z materiałami, które udało mi się wygrzebać na Youtube i na różnych forach.

Z czym mam problem?

Choć jestem dumna, że umiem już odróżnić fajnagiel od skamoleksu, to nadal stoi przede mną wielka góra informacji, która od początku mnie przytłacza. W dodatku potrzeba trochę kasy na początek, żeby zorganizować przynajmniej podstawowe narzędzia, materiały lub półfabrykanty i niestety większość z tych materiałów pójdzie na straty w imię ćwiczeń. Nadal nie mam palnika, nie licząc jakiegoś szajsu za dychę, który nawet boje się odpalić, i masy innych rzeczy. Mój warsztat stale się powiększa, myślę że za jakiś czas trzeba będzie dokupić drugi stolik i zorganizować prowizoryczne stanowisko na balkonie. Ubolewam, że nie mam szopy, ale jakoś muszę sobie radzić.

Postanowiłam skupić się póki co na materiałach i technikach, które z obecnymi narzędziami jestem w całości zrobić - na wire wrappingu, wypełnianiu gotowych baz kaboszonami i tworzeniu epoksydowych form.

Żywicowe odlewy

Bardzo pokraczne, nierówne i nieudolne, bo nie mam jeszcze silikonu do tworzenia form. Poszłam na łatwiznę, bo zamiast robić odlewane kaboszony w formach, zalałam gotowe bazy żywicą. Niektóre wyszły dobrze, inne mi się wylały i usyfiły wszystko, z innych wystają kawałki roślinek. Póki co uczę się jak zachowuje się w nich żywy, ususzony lub papierowy materiał oraz jak dokładnie wyjmować bąbelki. Nic specjalnego, ale wyglądają nawet ładnie (przynajmniej te, które się nie wylały).

jakzrobicodlewzzywicy?

bizuteriazzywicy


Wklejanie kaboszonów

Mam też kilka kamieni i gotowych kaboszonów, które wystarczy jedynie wkleić w bazę o odpowiednim rozmiarze. Czuje się jednak turbo ubogo, gdy to robię, bo nie można tego nazwać tworzeniem w zasadzie - każdy by to zrobił i nie wymaga to zbyt wielu umiejętności. Takie gotowe bazy prawdopodobnie będą rdzewieć albo coś - chociaż testuje kilka z nich na sobie i nie umarły jeszcze po wielu kąpielach. W każdym razie to niezbyt ambitna zabawa, więcej gotowych baz już raczej nie kupię, szkoda na to czasu. Nie odpuszczę dopóki nie nauczę się robić własnych.

jakprzykleickaboszon?

Wire wrapping

Początkowo nie planowałam uczyć się tej techniki - nawet mi się za bardzo nie podobała, ale strasznie odpręża mnie to okręcanie kamyczków drutami - dlatego idę w to! Na początek trochę pobawiłam się kalcytem, awenturynem i jakimiś kamykami z podwórka. Chyba trochę zbyt krytycznie podchodzę do tego co robię, ale ciągle narzekam - a to drut zadrapany w jednym miejscu, a to wygięcie nie tak jak trzeba... Ale może to i dobrze, jeśli kiedykolwiek miałabym to komuś sprzedać, to fajnie jakby nie dostał porysowanego dziadostwa ;v

diywirewrapping

Moje wzory są póki co bardzo proste - skupiam się głównie na nauce różnych loopów i zakończeń oraz nabieram "wyobrażeń" w kwestii okręcania drutów i tego jak to w ogóle działa. Okazuje się, że miedź jest całkiem twarda i wcale nie taka łatwa do manipulacji. Przy następnym zamówieniu oprócz tony miedzianych szpul, w moim koszyku wylądują także druciki srebrne. Podsumowując - wire wrapping jest super.


tworzeniewirewrappingu


Pierwsze podejście do lutowania

Od dawna marzyłam, by tworzyć ten rodzaj biżuterii - duże oczka, przylutowane wokół kryształów. Okazało się to jednak całkiem skomplikowane, bo cyna nie chce kleić się do miedzi. Brakuje mi jeszcze kilku materiałów, dzięki którym to ma prawo działać. Póki co ulepiłam takie nieładne coś - i zajęło mi to sporo czasu:

bizuteriazcyny


Co dalej?

Liczę, że wkrótce będę mogła już śmigać z palnikiem i robić własne formy do kaboszonów - z miedzi i srebra. Zamierzam także zacząć zabawę kośćmi. Nie wiem tylko jak się za to zabrać. Od dawna marzyłam, żeby móc uruchomić własne Etsy i sprzedawać rękodzieła, ale jeszcze daleka droga przede mną zanim moje pierwsze prace tam trafią. Czeka mnie jeszcze sporo ćwiczeń i marnowania metalu, żebym mogła się poczuć pewnie. Aktualnie większość wyrobów, które wyglądają nie najgorzej rozdaje rodzinie i znajomym lub sama noszę - po to by je moczyć, brudzić, nie szanować i testować jak szybko się niszczą i co mogę zrobić, żeby temu zapobiec. Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało!

Jeśli jesteście ciekawi moich przyszłych prac, z pewnością będę je stale pokazywać na mojej relacji na INSTAGRAMIE!

sierpnia 12, 2018

Przegląd moich surowców kosmetycznych

Przegląd moich surowców kosmetycznych
Kto powiedział, że bez gotowego kosmetyku pielęgnacja nie ma sensu? Czy wiedzieliście, że gotowe kremy można "podkręcić" o dodatkowe substancje czynne?

Dla mnie jest to już oczywista sprawa, bo surowców używam od wielu lat. Ciągle jednak spotykam ludzi, którzy robią wielkie oczy i próbują nieudolnie powtórzyć nazwy niektórych surowców - słyszę wtedy "yyyy a so to som te pantenol" i zastanawiam się czy to ja jestem taka zaawansowana, czy ci ludzie byli wychowani bez dostępu do internetów (a może po prostu mieli poważniejsze sprawy na głowie niż jakieś głupie kosmetyki). Ale bez żartów - oczywiście nie każdy ma świadomość, że pielęgnacje można opierać w całości na surowcach lub wzbogacać nimi gotowe produkty, dlatego dzisiaj w skrócie opowiem o moich obecnych surowcach. Surowców jest oczywiście mnóstwo - nie mam ich jednak aktualnie zbyt wiele. Część się zużyła, część jest na wykończeniu, a ja czekam aż będę mogła zrobić porządne nowe zamówienie.

najlepszesurowcekosmetyczne

Gdzie kupuję surowce kosmetyczne?

Oleje, zioła i niektóre składniki takie jak glinki zwykle kupuje w sklepach zielarskich. Pod warunkiem, że część olejów trzymają w lodówkach (np. lniany). Wolę jednak zamawiać przez internet, bo wybór jest o wiele większy. Moim ulubionym sklepem jest Zrób sobie krem, jest tam w zasadzie wszystko. Często zamawiam też na Ecospa - wybór surowców mają duży, a oprócz tego kupiłam tam ogromny zapas świetnej jakości szklanych słoiczków i buteleczek różnej wielkości (między innymi te ze zdjęcia).

Jakich surowców używam?

W całym moim życiu było tego tyle, że nie jestem w stanie już sobie większości przypomnieć. Mam już listę zakupów, które planuję zamówić jak tylko wykończę obecne składniki. A więc do rzeczy.


Cysteina - Chodzą słuchy, że to TEN składnik Olaplexu, który odbudowuje włosy. Mam co do tego wątpliwości, bo nie mogę znaleźć jego dokładnej nazwy w Inci i nie jestem pewna czy to rzeczywiście czysta cysteina czy jakaś jej pochodna. Ale tak czy inaczej używam i jest fajnie. To aminokwas, a więc element proteiny - niektórzy, szczególnie na włosach nie hennowanych, zauważają przeproteinowanie więc nie trzymajcie jej zbyt długo. Można używać do płukanek lub masek, u mnie świetnie działa w połączeniu z odżywką i żółtkiem. Niestety cuchnie jak szambo, a włosy capią jeszcze przez kilka kilka dni (po zmoczeniu ich, suche nie capią).

Panthenol - Humektant, nawilżacz - dodaję do wszystkiego.

Kwas hialuronowy - Jak wyżej, dodaję praktycznie do wszystkiego, między innymi do kosmetyków do twarzy.

Biała glinka - Obowiązkowy produkt do delikatnego mycia twarzy. Nie mam żadnych innych glinek, tylko ta jest mi potrzebna do szczęścia.

Ekstrakty - Przerobiłam ich trochę, teraz kończę ekstrakt ginko biloba. Bardzo go lubię. Dodaje kilka kropli do masek albo kremów.

Bioferment z bambusa - Takie eksperymentalne nie wiem co. Niektórzy używają tego do zabezpieczania końcówek, według mnie to dość mocno je wysusza i sprawia że są szorstkie. Zużyłam do masek, ale wydaje mi się że to zbędny zakup.

Hydrolaty - Zwykle robię sama, ale skusił mnie hydrolat z jałowca. Już go zużyłam, ale capił niemiłosiernie jak oscypki. Wyobrażacie to sobie?

Olivem1000 - Mój ulubiony emulgator z oliwy. Do kremów i płynnych emulsji.

Konserwanty - Mam obecnie jeden konserwant z Ecospa, kupiony w zasadzie bez przemyślenia. Teraz czaję się do przetestowania bardziej naturalnych produktów.

Witamina E - Zwykła, apteczna, w kapsułkach. Kapsułki wyciskam do maseczek albo jednorazowych wcierek.


Algi


Fucus - Mocno śmierdzące, dodaje je zwykle do masek. Przez ich zapach ciągle szukam wymówek i dlatego chyba nigdy ich nie skończę :D

Laminaria - Umiarkowanie śmierdzące, dodaje do masek i czasami do pudrów myjących.

Spirulina - W zasadzie praktycznie jej nie używam, bo strasznie mocno barwi gębę i ciężko ją domyć. Ale jeśli Wam to nie przeszkadza to ładnie odżywia.


Zioła do włosów

Henna i senes - wiadomo. Nie będę się o nich zbytnio rozpisywać, zainteresowanych moimi przygodami z tymi ziołami odsyłam tutaj. Obecnie kończę hennę Erbe di Janas, która mocno mnie zawiodła, mam też do przetestowania 200g henny nieznanej mi marki. Robię tylko odrosty, strasznie nie chce mi się zabrać za mielenie senesu - a powinnam zrobić kilka razy sam senes, bo kudły mi już za bardzo pociemniały. Poza tym, nawet nie wiem czy to można nazwać surowcem ;v


Zioła - inne 

Myślę, że też nie będę się tu zbytnio rozpisywać, bo niemal w każdym wpisie pokazuje zioła. Jest jednak kilka, których stale używam kosmetycznie, to między innymi:

Shikakai - Używam do tworzenia domowego szamponu (przepis), dodaje do myjących pudrów lub używam w formie naparu.

Neem - Dodaje do masek, wcierek i peelingów. Świetna antybakteryjna roślinka.

Kapoor kachli - Dodaje do masek i wcierek. Uwielbiam jego dziwaczny zapaszek.


Oleje

Olej konopny - Mój ulubiony olej do twarzy, choć w zasadzie to stawiam go na równi z jojobą. Nie jest zbyt ciężki, moja skóra go kocha i nadaje się do wszystkiego.

Olej jojoba - Drugi ulubiony olej. Budową przypomina sebum skóry, dlatego jest jednym z najlepszych olejów do twarzy. Również bardzo lekki i przyjemny olej, który w zasadzie mam zawsze pod ręką.

Olej awokado - Dość ciężki i tłusty, ale nigdy mnie nie zapchał. Używam raczej na noc, głównie zimą, ale prawie zawsze dodaje go do kosmetyków takich jak sera i kremy - choćby tylko odrobinę.

Masło shea - Pomimo swojej stałej formy, mam wrażenie że jest lżejszy niż awokado. Kiedyś poświeciłam mu oddzielny post. Używam go od lat, głównie do olejowania włosów i zabezpieczania dłoni zimą. Obecnie robię nim "poślizg" przy rozpychaniu tuneli w uszach :D

Oleje rafinowane - Wbrew pozorom też ich używam - najczęściej do olejowania oraz do tworzenia kosmetyków do demakijażu. Są pozbawione cennych składników, które zostały zabite w procesie rafinacji, ale nadal użyteczne. Włosom wszystko jedno czy olej jest rafinowany czy nie, i tak są martwe. A produkty do demakijażu i tak powinny być potem domyte czymś na bazie wody, więc możemy nałożyć potem olej z bogatszym składem. Obecnie mam w domu oliwę, olej rydzowy (śmierdziel, ale włosy go lubią), olej kokosowy i olej ryżowy.


Olejki eteryczne

Obecnie zużywam olejek świerkowy i lawendowy, dlatego tak często pojawiają się w przepisach. Jak się skończą, idę w cytrusy. Pamiętajcie tylko o tym, że olejek eteryczny a olejek zapachowy to nie to samo. Interesuje was czysty olejek eteryczny, który jest przeznaczony do zewnętrznego i wewnętrznego użytku, a nie jakieś zapachowe olejki do odkurzacza czy kominków. Moje są od Avicenna - Oil.

Większość tych surowców jest już na wykończeniu - nie mogę się doczekać aż wszystko zużyje i będę mogła zorganizować ogromne surowcowe zakupy :D Żegnam się, miłego dniaaaa



sierpnia 10, 2018

Proste serum do twarzy na bazie olejów

Proste serum do twarzy na bazie olejów
Do stworzenia tej mieszanki zainspirował mnie fakt, że miałam na wykończeniu sporo olejowych surowców, i chciałam je zużyć zanim się przeterminują. To jest tak banalne, że czasem zastanawiam się czy jest sens w ogóle o tym pisać - ale dla tej mniej zaawansowanej części ludzi tworzących kosmetyki może będzie to ciekawym pomysłem.

jakstworzycserumdotwarzy


Serum wychodzi dwufazowe - kwas hialuronowy nie łączy się z tłuszczem, dlatego przed użyciem trzeba mocno wstrząsnąć. Jest dość gęste, ale ma genialne działanie. Podwójny macerat nagietkowy to wyjątkowy produkt - łagodzi stany zapalne i nadaje się do cer problematycznych. Jeśli jeszcze nie wiecie jak zrobić macerat, zapraszam do mojego wpisu na ten temat. W tym przypadku maceracja przebiega podwójnie i robię to na gorąco - podgrzewam surowce w oleju kilkanaście minut, potem surowce odcedzam, wymieniam na świeże i maceruje je drugi raz. Można oczywiście macerować trzy razy, będzie jeszcze lepiej.


Skład:

  • Olej konopny 5ml
  • Olej awokado 5ml
  • Olej jojoba 5mll
  • Macerat nagietkowy 5ml
  • 5 kropli olejku lawendowego
  • 5 kropli olejku świerkowego
  • 15 kropli kwasu hialuronowego

Odmierzam wszystkie składniki i przelewam do buteleczki. Używam go obecnie głównie na noc, jest bardzo tłuste i treściwe, ale całkiem przyjemnie się zachowuje na skórze. Zrobię sobie coś podobnego także w okresie zimowym.

olejoweserumdotwarzy


sierpnia 08, 2018

Pielęgnacja nie musi być droga!

Pielęgnacja nie musi być droga!
Dobrze zorganizowane dbanie o siebie zwykle jest kojarzone z marnowaniem połowy pensji na kosmetyki w różnej postaci - pudło odżywek i myjadeł, worek kremów i balsamów, kolejne serum na noc, peelingi enzymatyczne i absolutnie niezbędne każdej kobiecie maseczki w płachcie w kształcie pandy.

Wcale nie trzeba jednak wydawać worka złota żeby o siebie dbać i żeby - co najważniejsze - pielęgnacja była równie skuteczna co za sprawą kosmetyków. Zaryzykuję stwierdzenie, że macie w swojej kuchni wszystkie składniki, dzięki którym jeszcze tego samego dnia możecie o siebie zadbać. Nie będę tworzyć kolejnego postu o trzech mitycznych składnikach - miodzie, jajku i owsiance, bo sposobów na tanią pielęgnację jest znacznie więcej. Oprócz produktów spożywczych - które swoją drogą wywołują w niektórych ludziach niezrozumiałe dla mnie uczucie zażenowania, istnieje kilka tanich produktów lub surowców, na bazie których wykonacie mnóstwo prostych kosmetyków.

Do stworzenia tego posta zainspirowała mnie Marta i jej wpis o pielęgnacji włosów dla cebulaków. Ja jednak skupię się na całokształcie pielęgnacji, zaczynajmy :D


Pielęgnacja włosów

Tu mamy chyba największe pole do popisu, bo włosy zeżrą prawie wszystko. Żartuję oczywiście - mam na myśli to, że większość produktów kuchennych nadaje się do włosów i jest w stanie zapewnić im podstawowe składniki - emolienty, proteiny i humektanty.

Składniki dla włosów:

Żelatyna lub agar - Można za ich pomocą wykonać laminowanie włosów, albo po prostu dodać je do domowych masek. Żelatyna jest źródłem protein, a agar to taka wegańska wersja.

Jajka - Żółtka również są składnikami zawierającymi proteiny, ale nie tylko. Zawarta w nich siarka nadaje się na skalp, a lecytyna jest naturalnym emulgatorem, dzięki czemu żółtko może być delikatnym szamponem. Niektórzy używają także białek - najlepiej jednak wcześniej ubić z nich pianę, bo nakładanie surowego białka pod czepek z reguły kończy się jajecznicą na głowie.

Miód - Humektant, nawilżacz. Również da się nim umyć włosy i skórę, ale przede wszystkim świetnie nawilża, nadaje się do masek i podkładów. Cukier też nawilża, ale zwykle go nie polecam, szczególnie na skalp.

Nabiał - Kolejne proteiny. Wszystkie mleka, jogurty, śmietanki mogą posłużyć za bazę do masek proteinowych.

Przyprawy - Cynamon, papryka, kurkuma, rozmaryn i nie tylko mogą być używane do przyspieszania porostu lub przy walce z wypadaniem.

Len - Jest to dla mnie w zasadzie obowiązkowa rzecz jeśli chodzi o włosy. Nawilżacz. Glutek z gotowanego lnu jest używany do masek, jako naturalny szampon, lub podkład po olej. W dodatku naturalny stylizator, między innymi do loków.

Mąki - Część z nich nadaje się do mycia włosów (czytajcie tutaj), są też źródłem dużych protein. Niektóre z nich nadają się jako suche szampony - np. mąka kukurydziana czy owsiana. Skrobia ziemniaczana z kolei jest nawilżaczem - super dodatek do masek.

Otręby zbóż, płatki owsiane - Naturalne peelingi, aczkolwiek niezbyt wygodne do skalpu, bo trudno je zmyć.

Glinki - Nadają się jako suche szampony (między innymi biała), oraz peelingi do skalpu.

Woda po gotowanym ryżu, kaszach, nawet makaronach (bez soli) - Źródło protein, nadaje się jako płukanka do włosów. Taką wodą oblewamy już umyte włosy i już nie zmywamy.

Oleje - Do olejowania lub zabezpieczania końcówek możecie używać zwykłego oleju kuchennego (np. rzepakowy, słonecznikowy, ryżowy, z pestek winogron) - włos jako martwa struktura ma wywalone na witaminki z olejów, nie musicie się więc przejmować, że tani olej kuchenny się nie nada - nada się i jeśli wasze włosy go lubią, to po prostu serwujcie im taki olej. W przypadku skalpu warto zrobić sobie ziołowe maceraty, czyli wzbogacić tani rafinowany olej w różne wartościowe substancje z roślin. Szczegółowy opis jak to zrobić znajduję się tutaj.

Sól - Jako peeling.

Fusy po kawie - Peeling, w dodatku dobrze stymulują wzrost włosów.

Zioła - W zależności od rodzaju ziół, nadają się do mycia, kondycjonowania, zapuszczania, czy na wypadanie. W formie płukanek lubię tatarak, skrzyp, pokrzywę, łopian i bylicę. O zapuszczaniu pisałam tutaj, zerknijcie. Można też nimi myć i to z kolei opisałam szczegółowo w tym wpisie. Za ich pomocą można także trwale farbować włosy na różne kolory (henna, cassia, senes, indygo, katam itp).


Przykładowy plan pielęgnacyjny z wykorzystaniem tylko tanich składników lub surowców:

  • Mycie na przemiennie mąką żytnią lub naparem (np. glutem lnianym, yerbą, pokrzywą) - jednego dnia mąka, innego dnia napar.
  • Olejowanie - Włosy olejujemy olejem, który im odpowiada, dla skalpu robimy wersję ziołową. Olej nakładamy na podkład z wody z miodem (pół szklanki wody, łyżeczka miodu) albo na podkład z glutka lnianego (albo jaki tam lubicie) około 1-2 razy w tygodniu lub częściej.
  • Maski - w zależności od tego czy włosy potrzebują protein, humektantów, emolientów czy wszystkiego na raz, możecie skleić maski zawierające te konkretne składniki. Wszystko znajduje się w poście o domowych maskach do włosów. Powiedzmy, że robimy maskę raz, dwa razy w tygodniu - najlepiej przed myciem włosów, gdyż maski te z reguły zawierają tłuste składniki, nie mają natomiast emulgatorów i detergentów, które sprawiają że sklepowe maski można stosować po myciu, a nie przed.
  • O skalp dbamy albo maceratami, albo olejem zmieszanym z przyprawami (cynamon, imbir itp), albo ziołowymi naparami (kozieradka, pokrzywa, bylica).
  • Końcówki zabezpieczamy malutką ilością oleju - dosłownie kropla czy dwie, bo płynne oleje lubią strączkować włosy. 

Pielęgnacja twarzy

W tym przypadku możemy użyć wszystkich składników, jakie wymieniłam wyżej. Opiszę to jednak trochę inaczej, żeby się nie powtarzać. Tyczy się to jedynie składników pielęgnacyjnych - pomimo wielu błyskotliwych tutoriali nie da się stworzyć trwałego i bezpiecznego makijażu z produktów spożywczych. To z resztą głupie - widziałam jak ktoś próbował robić cienie i pigmenty z cynamonu czy papryki - uwierzcie, nie chcecie mieć czegoś takiego w oku. W niektórych przypadkach lepiej darować sobie domowe sposoby. Można jednak wykorzystać drobno mielone mąki, glinki, kakao żeby stworzyć kosmetyki matujące. Za puder może posłużyć zwykła mąka owsiana czy ryżowa, ale za pomocą kolorowych dodatków unikniecie efektu gejszy.

Demakijaż - Każdy zna OCM - czyli zmywanie makijażu za pomocą oleju i ciepłej szmatki. Osobiście kocham tą metodę, ale często jestem zbyt leniwa żeby to aż tyle trwało. Makijaż zmyjecie każdym olejem, a jednocześnie zadbacie o rzęsy - np. bazując na rycynie.

Mycie - Do tego celu najlepiej sprawdzają się u mnie glinki i mąki - tworze sobie pudry myjące (więcej w tym wpisie), które są na tyle delikatne, że można ich używać codziennie. Uwielbiam je, bo nie napinają mi skóry, myją bardzo delikatnie. Napary saponinowe także się nadają, ale są mało praktyczne - lepiej nabrać porcję pudru ze słoiczka, niż specjalnie przygotowywać napar. Co do używania jajek w tym celu - trochę głupio marnować codziennie po jajku, które i tak w większości się zmarnuje.

Peelingowanie - Samo codzienne mycie glinkami delikatnie peelinguje. Otręby i płatki owsiane są równie delikatne. Mocniej działają twarde peelingi na bazie soli, cukru albo fusów kawy - najprościej rozrobić je z porcją oleju, żeby nie szorować nimi jak papierem ściernym bez poślizgu.

Tonizowanie - Najlepiej stworzyć sobie domowy hydrolat, odparowując wodę z jakimiś surowcami (kiedyś podam kilka przepisów). Hydrolaty są z reguły najdelikatniejsze. Można też używać do tego celu naparów, aczkolwiek z ich Ph bywa różnie. Osobiście polecam zrobić sobie tonik z octu jabłkowego, ale miejcie na uwadze fakt, że to jest silny kwas i przecieranie surowym octem twarzy nie skończy się dobrze na dłuższą metę. Ja rozcieńczam go z wodą co najmniej pół na pół, ale najlepiej żeby wody było dwa razy więcej. Robię niewielkie porcje na kilka dni. Taki tonik sprawdza się u mnie genialnie i zawsze kondycjonował mi skórę kiedy robiła się kapryśna i pojawiały się wypryski. Możliwe że ma też lekkie działanie rozjaśniające. Ocet można zrobić samemu i to bardzo łatwe, ale jeśli z jakiegoś powodu wolicie kupić, to szukajcie w sklepach z eko żywnością. W składzie ma być sam ocet bez konserwantów - ocet to konserwant sam w sobie i nie zepsuje się jeśli jest prawidłowo zrobiony. Unikajcie też przypraw w octach sklepowych, bo potem twarz capi bigosem ;V

Nawilżanie i zabezpieczanie - Wiele osób praktykuje pielęgnacje skóry jedynie za pomocą olejów. Według mnie to kiepska opcja na dłuższa metę - bo choć nierafinowane oleje są bogate w mnóstwo cud składników odżywczych, to nie są w stanie nawilżyć skóry. Mogą jedynie zatrzymać w skórze wodę. Ale nawilżanie musi odbyć się inaczej. Można to rozpracować na kilka technik - nakładanie składników nawilżających pod olej, lub łączenie ich od razu z olejem, na przykład na noc, a na dzień stosowanie na przykład samego, niezbyt ciężkiego oleju (lub na odwrót). Co nadaje się pod olej? Najlepiej kupić sobie jakieś gotowe tanie surowce - kwas hialuronowy albo D-panthenol. Na upartego nada się też glutek lniany lub przecieranie nawilżającym naparem albo hydrolatem (z tym że to może być niewystarczające nawilżenie). Jeśli chodzi o maseczki - glinki, mąki, nawet przyprawy (np. kurkuma), utarte zioła (np. neem), algi (np. spirulina, laminaria, chlorella) można rozrabiać z wodą, naparem lub hydrolatem, olejami, olejkami eterycznymi, ekstraktami, glutkiem czy miodem.

Matowanie - Tak jak mówiłam, nie polecę Wam tworzenia cieni czy pomadek z kolorowych przypraw, ale możecie stworzyć pudry. Bazą jest mąka - a jest ich wiele. Najlepiej wykorzystać ryżową lub owsianą, kolor można podkręcać dodając mąkę kukurydzianą, kakao, glinki, ewentualnie kurkumę jeśli nie będziecie wpychać tego do oczu. Takich pudrów lepiej używać niewiele, bo możecie mieć awarię i będziecie wyglądać jak prosto z młyna. Ich trwałość też jest ograniczona.

Pielęgnacja ciała

Przyznaję się bez bicia, że ciału poświęcam ostatnio znacznie mniej uwagi - może to dlatego, że po prostu nie przepadam za uczuciem lepkości po balsamach czy olejach. Również można o nie dbać tanio i domowo wykorzystując wszystkie wyżej wspomniane produkty.

Mycie - Najlepiej sprawdzają się saponinowe napary, i są w tym przypadku bardzo wydajne - lepiej zużyć litr naparu z dwóch łyżek dowolnego zielska niż np. miskę mąki. W ogóle mycie mąką na upartego tu przejdzie, ale osobiście bym tego nie próbowała, trochę to nie opłacalne. Pewnych ziół można używać nawet do higieny intymnej (na przykład jaskółcze ziele polecane przy różnych infekcjach).

Peelingi - Takie jak w przypadku ciała, tylko więcej. Najlepiej według mnie wypadają mieszanki z fusów kawy, z dodatkiem przypraw (cynamon, imbir itp), bo to pewnego rodzaju recykling, który dodatkowo stymuluje krążenie, więc jeśli macie cierpliwość, to może nawet lekko zniwelują cellulit. Ja jednak jestem wierna masażowi na sucho - o którym kiedyś napiszę więcej, bo swego czasu dzięki niemu mój celullit i kawałek rozstępów odeszły w zapomnienie. Taki masaż wykonuje się na całym ciele szczotką z naturalnego włosia i nie tylko poprawia wygląd skóry, ale poprawia krążenie. Poza tym jest o wiele przyjemniejszy niż peelingi, szczególnie jeśli robi go wam inna osoba.

Depilacja - W zasadzie inwestycja w golarkę z wymiennymi żyletkami powinna załatwić sprawę, ale skoro chcecie być tak turbo pro eko i nie wydawać na to kasy, to pozostaje pasta cukrowa. Pod warunkiem, że uda Wam się ją zrobić. Ja od wielu lat próbuje i legenda głosi, że to działa. Moja pasta cukrowa niestety zawsze staje się lizakiem i nie da się tym absolutnie nic ogolić. Pastę robi się z cukru, wody i soku z cytryny - trzeba to ugotować. Ma z tego wyjść coś na kształt plasteliny. Mi jeszcze nigdy nie wyszło i nie wiem co robię źle. Ewentualnie możecie zmajstrować jakieś prowizoryczne plastry woskowe z taką lizakową mazią, ale myślę że to nie wypali.

Dezodoranty i perfumy - Nie napisze Wam jak zrobić antyperspirant, bo chyba nie bardzo je popieram. W zasadzie to nie wiem czy popieram czy nie - z jednej strony pocenie się jest naturalne i nie powinno się organizmowi odbierać tej możliwości, z drugiej strony, pocić nie chcemy się głównie pod pachami - to tam zwykle używamy antyperspirantów, wobec tego nasuwa się myśl, że to niewielki procent ciała, które ma zablokowaną możliwość pocenia się. Najpopularniejszy naturalny dezodorant, to soda z olejem kokosowym - generalnie działa okej dopóki Was nie podrażni. Jeśli totalnie musiałabym tego używać, to dodałabym tu jeszcze jakiegoś nawilżacza (panthenolu na przykład). Jest jeszcze ałun - pamiętajcie jednak że ałun to też aluminium, którego tak się boicie w sklepowych kosmetykach. W tej formie można używać też antybakteryjnych olejków eterycznych. Poza tym można stworzyć z nich prowizoryczne perfumy - wodno - olejową mgiełkę z ich dodatkiem.

Nawilżanie - Wydaje mi się, że smarowanie całego ciała nawilżaczem, a potem jeszcze olejem jest zbyt pracochłonne. Jeśli koniecznie nie chcecie używać gotowych balsamów, to zróbcie sobie dwufazowy olej - z dodatkiem kwasu hialuronowego, panthenolu albo innego surowca.

Zapraszam do nas na grupę - Laboratorium Leśnych Wiedźm



sierpnia 06, 2018

(#3 zioła) - Tarczyca bajkalska - czy da się zahamować proces starzenia?

(#3 zioła) - Tarczyca bajkalska - czy da się zahamować proces starzenia?
Tarczyca bajkalska to ziółko, które skradło moje zimne serduszko i dziś trochę o nim opowiem. Roślinka ta pochodzi z terenów Rosji i Mongoli, ale jest zwykle dostępna w polskich zielarniach w formie całego bądź sproszkowanego korzenia. Można stosować ją w formie naparów, w formie ekstraktu lub zjadać sproszkowany korzeń - ja jednak używam jej także zewnętrznie.

Co do towarzyszy tarczycy bajkalskiej, po prawej stronie stoi epipremnum Marble Quenn, a po lewej scindapsus pstry

Co zawiera tarczyca bajkalska?

Tarczyca bajkalska (Scutellaria baicalensi) składa się z ponad 20 flawonów - z czego najlepiej zbadane są bajkalina, bajkaleina i wogonina.


Tarczyca jako lek


  • Działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, zmniejsza ból i obrzęki
  • Wspomaga organizm przy alergiach i astmie 
  • Działa uspokajająco
  • Jest silnym antyoksydantem - hamuje nadmierny rozwój wolnych rodników
  • Działa przeciwmiażdżycowo - obniża poziom trójglicerydów i uszczelnia naczynia krwionośne
  • Działa antynowotworowo - Niżej poznacie kwestię przedłużania żywotności komórek za pomocą bajkaliny - w przypadku komórek nowotworowych ich rozwój jest hamowany, bo komórki nowotworowe są przez flawonoidy zmuszane do apoptozy.
  • Przedłuża życie? - Nie znalazłam niestety żadnych badań na ten temat, jedynie jakąś wzmiankę o tym, że organizmy na których przeprowadzano badania żyły do 25% dłużej. Bajkalina ma jednak potwierdzone działanie przedłużające żywotność komórek o czym napisałam niżej (nie licząc komórek macierzystych i nowotworowych) wobec tego uznaję to za całkiem wiarygodną informację na tą chwilę.


Tarczyca jako kosmetyk - jak zahamować starzenie?

Przechodzimy do najbardziej interesującego nas tematu - kwestii hamowania starzenia komórek organizmu, między innymi skóry. Czy jest to w ogóle możliwe?

Działanie przeciwstarzeniowe tarczycy można wytłumaczyć na zasadzie przedłużania telomerów za pomocą enzymu telomerazy, który zawiera bajkalina. Proces starzenia komórek polega na skracaniu się telomerów za każdym razem, gdy komórka ulega podziałowi - a biorąc pod uwagę fakt, że komórka może podzielić się kilkadziesiąt razy (50-70), z każdym kolejnym podziałem telomery są coraz krótsze. Na samym końcu tej drogi komórka traci zdolność podziału - następuje tak zwana senescencja, która skutkuje między innymi zmniejszeniem syntezy kolagenu i elastyny.

Aktywacja telomerazy jest w stanie nadbudować skrócone telomery, dzięki czemu komórka dostaje szansę na przeprowadzenie jeszcze kilku podziałów (dokopałam się do informacji, że zyskuje zdolność do 5 podziałów) w przyszłości, a co za tym idzie - będzie żyła dłużej. Mówiąc wprost - stosowanie bajkaliny zewnętrznie i wewnętrznie może w przybliżeniu odmłodzić komórki o 10 lat, dając im możliwość przeprowadzenia kilku dodatkowych podziałów. Zastanawia mnie jednak coś co nie do końca pojmuję - czy regularne stosowanie bajkaliny mnoży tą ilość i stale odmładza komórki, czy ma pewne ograniczenia. Z tego co można wyczytać - bajkalina wydłuża telomery jedynie w komórkach, którym została już niewielka ilość podziałów, co mogłoby wskazywać na to, że nie ma sensu jej używać na młodej skórze.

Należy też pamiętać, że cały ten proces nie sprawi, że pomarszczona skóra nagle zacznie wyglądać 10 lat młodziej - nasze komórki dzięki bajkalinie zyskują możliwość dłuższego dzielenia się, a więc dłuższego życia, nie jest jednak powiedziane, że wiąże się to z widocznym odmłodzeniem całej skóry. Oczywiście jej stan wizualnie się poprawi, ale nie na tyle, by 50 letnia osoba miała skórę 20 latki. Nie da się zatrzymać procesu starzenia - można go jedynie spowolnić.

Sam suszony korzeń zawiera niewielką ilość bajkaliny - zdecydowanie lepiej jest postawić na ekstrakt bajkalinowy np. Vitasource, który kupuję na Mazidłach. Ja łączę zarówno skoncentrowany ekstrakt, jak i zamacerowany korzeń, który oprócz samej bajkaliny, zawiera jeszcze inne przydatne składniki. Tarczyca bajkalska ma wpływ także na ujędrnianie skóry, jest silnym przeciwutleniaczem (między innymi za sprawą innej substancji, bajkaleiny), istnieje też szansa że w niewielkim stopniu chroni przed promieniowaniem UV. Ekstrakt z tarczycy ma również działanie rozjaśniające skórę.




Co robię z tarczycy?

Serum - Planuję podać przepis w oddzielnym wpisie. Serum to jedna z najlepszych form wykorzystania tarczycy jeśli chodzi o działanie przeciwstarzeniowe, wymaga macerowania surowca i łączenia ich z różnymi dodatkami.

Maski - Tarczyca jest obecnie składnikiem moich suchych baz maseczkowych, ponownie zapraszam do wpisu na ten temat

Dodaje do henny - Używam jej do zagęszczania henny lub senesu. Nie wpływa na kolor, a ma dobry wpływ na skórę głowy.

Element wcierek alkoholowych - Jest także dodatkiem moich maceratów olejowych i alkoholowych, które następnie służą mi jako wcierki.

Herbata - Suszony korzeń zdarza mi się pić - zalewam łyżkę suszu wrzątkiem. Planuję stworzyć sobie zdrową mieszankę z połączenia tarczycy z ziołami takimi jak kobylak czy wierzbownica.

Macerat - Rozpuszczalność bajkaliny w wodzie jest bardzo słaba, a w dodatku umiera w ph wyższym niż 5, wobec czego napary są dość ubogie w tą substancje (ale wciąż są pożyteczne ze względu na inne flawony), dlatego lepiej przyswajalne są wyroby olejowe. Nie jestem pewna czy czysty ekstrakt można spożywać, ale maceraty jak najbardziej.


Znacie tą roślinkę? Lubicie? Dzielcie się wrażeniami w komentarzach, a ja zapraszam na moje social media - Instagram oraz Facebook i życzę miłego wieczoru!
Copyright © 2016 gnome household , Blogger