lipca 27, 2018

Przeciwzmarszczkowe serum z Biolavenu - bardzo spóźniona recenzja

Hejo, mam wrażenie, że moje posty z recenzjami kosmetyków póki co mocno kuleją, między innymi dlatego, że zanim zdążę dobrze przetestować daną rzecz, to w internetach jest już miliard wpisów na ich temat i tak na prawdę nie powinnam już dokładać swojej cegiełki do tego muru postów na temat kosmetyku X. Postanowiłam jednak uparcie wypychać luki bloga takimi wpisami, bo tworzenie dłuższych tematycznych postów jest bardzo pracochłonne i żmudne - a żeby blog nie świecił pustkami w okresie, gdy nad nimi pracuję, będę wpuszczać krótsze, prostsze posty tego typu. Ostatnio bardzo dużo myślę nad założeniem także kanału na YT, bo domyślam się że część z Was wolałaby słuchać jak mówię niż czytać moje wypociny, ale nie wiem czy dam radę pokonać ten okrutny strach przed pokazaniem się (dajcie mi motywację, plis ;v).



Przejdę już do tematu, bo zaczynam pierdzielić - a więc serum z Biolavenu!

Nie pamiętam już kiedy je w ogóle kupiłam, ale nie miałam wobec niego wielkich oczekiwań. Ot, zwykły olej z dodatkami.

Znowu wyjdzie, że liczy się dla mnie tylko zapach, ale no cóż - kocham lawendę, i gdy coś tak intensywnie daje po nozdrzach takim zapachem, to nie sposób tego nie lubić.

Serum nakładałam zwykle wieczorem - najczęściej na warstwę kremu lub mieszałam go z kremem i kwasem hialuronowym. Nie trzymałam się zasady "serum tylko 3 razy w tygodniu", bo jego skład nie jest na tyle bogaty, by używać go tak rzadko. Raczej nie nadaje się do używania solo jeśli musicie mocno nawilżać skórę - składa się w zasadzie tylko z substancji emolientowych, dlatego był wykorzystywany tak, a nie inaczej. Czasami jednak kropelkę serum nakładałam na suchą twarz rano, najczęściej w dni, kiedy nie chciało mi się robić nic więcej. Zdarzało się też, że kilka kropli serum wędrowało do domowej maseczki, zwykle robionej na gotowej bazie (pisałam o tym w poście o domowej bazie do masek).

Nie miało ono jakiegoś wybitnie zbawiennego wpływu na skórę - dobrze zabezpieczało i podkręcało mniej tłuste kremy w zimie. Nie nawilżało - bo nie miało za bardzo czym, ale używanie go sprawiało mi przyjemność. Teraz, gdy tworzę jakieś serum do twarzy, prawie zawsze wpycham tam lawendę - pachnie wtedy wybitnie i mam przy okazji mini aromaterapię.

Czy kupie ponownie? Raczej nie - od serum wymagam jednak czegoś więcej - tu mamy głównie olej sojowy i z pestek winogron, jak mniemam są one rafinowane. Pozostaje więc olej arganowy, skwalan i takoferol - a to raczej proste i łatwo dostępne składniki. Zdecydowanie wole domowe serum bajkalinowe albo produkty z olejową witaminą C, co nie zmienia faktu, że zdecydowanie wolę ten produkt niż drogeryjne ulepki z silikonem.

Skład: Glycine Soja Oil (Olej sojowy), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Squalane (skwalan, emolient), Tocopheryl Acetate(przeciwutleniacz), Lavandula Angustifolia Oil(olejek lawendowy), Linalool, Limonene, Geraniol, Citronellol (4x zapach).

Cena to zwykle około 30 zł - a więc całkiem sporo jak na kosmetyk z dość prostym składem. Spotykałam jednak droższe produkty z bardzo złymi składami, więc w porównaniu z nimi Biolaven wypada nie najgorzej. 

Na dziś to tyle, miłego dnia :D


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 gnome household , Blogger