lipca 22, 2018

Krótka historia o tym jak zazieleniłam sobie włosy - czyli jak nie używać senesu i cassi

Teraz prawdopodobnie uważacie mnie za Hennowego Maga, Arcykapłana Senesu i Władcę Ziołowej Cytadeli w Centrum Ziołowego Zielarstwa i nieskromnie powiem, że macie w tym trochę racji, aczkolwiek nic nie przychodzi od razu - i nawet ja popełniałam błędy z niewiedzy i lenistwa. Dzisiaj chcę Wam opisać krótką historię jak skończyłam z glonem na łbie, bo moja przygoda z senesem zaczęła się niestety od dupy strony i miała nieciekawe skutki.

Naczytałam się wpisów o senesie i o tym jak cudownie pogrubia włosy. Naczytałam się też, że można sobie kupić taczkę liści za grosze i samemu zmielić zamiast wydawać 2 dychy za nędzne 100 gramów mielonej cassii, która swoją drogą nie powaliła efektami na kolana (może dlatego, że też była źle używana). Przejdźmy zatem do obserwacji jełopa w jego naturalnym środowisku:



Co zrobiła Klaudia? Natychmiast zamówiła pół kilo senesu. Pełna entuzjazmu podwinęła kuper i usadziła go na grzędzie ze ściółki, uprzednio przyszykowawszy sobie malutki kamienny moździerz. 

To było jeszcze w czasach kiedy nie wiedziała o istnieniu blenderów i młynków do kawy.

Czekała tak dopóki nie usłyszała dzwonka do drzwi. Obwąchała starannie kuriera, naskrobała szybki podpis i w zębach zaniosła paczkę prosto do wnętrza pieczary. A potem na swoje nieszczęście, zabrała się za przyrządzanie ziół, uważając się oczywiście za Druida Pierwszego Rzędu.

Siedziała więc sierota 4 godziny i ucierała to toporne zielsko w miniaturowym moździerzu, klnąc w jakimś starodawnym języku na obolałe ręce, a potem przesiewała senes przez sitko po to żeby i tak uzyskać słabo rozdrobniony proszek. Tak było.

Najgorsze jednak miało wydarzyć się potem - kiedy senes był już gotowy do zainstalowania na głowie, Klaudia zrobiła wszystko, by zignorować absolutnie każdą istotną informację jak to zrobić dobrze. Zakwasiła sobie ziółko cytryną, a potem nałożyła je na głowę. Tak po prostu. Nie bardzo interesowała ją kwestia chelatowania, bo przecież w środku pradawnej puszczy nie ma mowy o twardej wodzie. Zadowolona ze swojej zaradności i skilla w zielarstwie zabrała się za planowanie kolejnych mikstur. 

Gdy przyszedł czas, by wreszcie zmyć błotko z włosów i cieszyć się dwa razy grubszą sierścią, zagotowała kilka wiader wody i wylała je do swojej żelaznej balii zagrabionej z cudzego drakkara (a tak naprawdę to była chyba jakaś galera, wikingowie się przecie nie myją w balii na środku morza). Dorzuciła do wody trochę płatków kwiatowych i suszonej lawendy, coby się przez chwile poczuć jak te wiccańskie kobity z Instagrama i zabrała się za kąpiel. Była jeszcze nieświadoma tego co ma na głowie. 

I wtedy zmyła włosy. Płukała i płukała, a kiedy w lustrze dostrzegła całkiem zielonkawe kudły, wlazła do wanny jeszcze raz i moczyła głowę prawie godzinę. Przy okazji nie mogła pozbyć się fusów senesu. Moczenie okazało się mało skuteczne, postanowiła jednak że zieleń na pewno zniknie po zmyciu szamponem. Umyła nim włosy dwa razy, niestety zielono żółta poświata nadal się trzymała. Co było dalej? Czy próbowała robić maski chelatujące? Absolutnie, lepiej chodzić z glonem na głowie tydzień i liczyć, że odparuje.

Co poszło nie tak?

To o czym piszę wyżej przytrafia się wielu osobom i winą obarczają same zioła. W rzeczywistości same zioła nie dają koloru zielonego. Dają go nadbudowane na włosach minerały z twardej wody, które zabarwiają się na zielono. Dlatego tak ważne są maski lub płukanki chelatujące przed, ich zadaniem jest rozpuścić te minerały i je usunąć. Podałam dwa przepisy na takie maski Tutaj. Jeśli jednak przytrafi Wam się senesowy glon, umyjcie włosy i chelatujcie, powinno pomóc.

Zieleń można uzyskać także po indygo - jeśli nałożycie je na rozjaśniane włosy, lub rozjaśnicie włosy z indygo. Sama henna (bez dodatku indygo) nie daje zielonego, to mit, który ciągnie się za nami od dawna.

Na dziś koniec - uczcie się na cudzych błędach robaki <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 gnome household , Blogger