lipca 30, 2018

Artefakty - lipiec 2018 - skrzat otwiera warsztat i zostaje kowalem

Artefakty - lipiec 2018 - skrzat otwiera warsztat i zostaje kowalem
Tak, zachciało mi się zabawy w kowala. Rzuciłam rysunek kilka lat temu, bo byłam zbyt leniwa, ale brakuje mi jednak tworzenia i postanowiłam spróbować w trochę innej dziedzinie. Dlatego w ostatnim czasie przybyło mi sporo sprzętu, narzędzi i materiałów do tworzenia biżuterii. Niestety mam totalnie niewielkiego skilla i sporo obaw że nie dam rady tego ogarnąć. Brakuje mi jeszcze jakiegoś dobrego palnika, skamoleksu i innych rzeczy do pracy z tak wysoką temperaturą, a poza tym przydałoby się miejsce lepsze niż balkon, ale każdy orze jak może. Dlatego już na wstępie zaznaczę, że jeśli macie jakieś wartościowe artykuły, książki czy rady, chętnie przeczytam.


Narzędzia do tworzenia błyskotek

Na razie jest tego niewiele - tania baza lutownicza i palnik za parę złotych (spontaniczny zakup, rozglądam się za lepszym palnikiem), szczypce, zaciskacze i tym podobne, gesztelka, pilniki i kilka innych pierdół. Moja wishlista wciąż jest ogromna, ale udało mi się już zgromadzić tyle, żeby móc cokolwiek zrobić.


Materiały

Kupiłam póki co sporo tanich półfabrykantów do ćwiczeń - bazy, łańcuszki, zapięcia. Mam też trochę miedzi i cyny, kamienie i minerały.

W dalszej kolejności muszę sprowadzić dodatkowy stół i trochę półek, bo nie mam już miejsca. Na stole chcę usadowić starą maszynę do szycia mamy -  mam co do niej pewne plany, o których na razie jeszcze nie mówię, żeby nie zapeszać. Potrzebuje jak wyżej wspominałam, silikonu, palnika i muszę ogarnąć balkon, tak by nadawał się do zabaw z ogniem.


Żywica

Moją zamówiłam na Allegro - rozrabia się ją 2:1 z utwardzaczem. Chcieliście wpis o roślinkach zalanych żywicą, ale stwierdziłam, że to zbyt proste na oddzielny wpis. Jeśli chcecie możecie to bardzo łatwo ogarnąć sami. Wystarczy kupić bazy do kaboszonów w sklepie z półfabrykantami oraz zestaw żywica + utwardzacz, a także nazbierać trochę roślinek. Żywicę rozrabia się według instrukcji i można zalewać. Tylko małymi kropelkami, żeby się nie wylało. To takie dość łatwe bo nie będziecie się bawić w silikon i odlewy, tylko od razu wypełnicie sobie naszyjnik.



I to na razie tyle jeśli chodzi o mój "warsztat".

Nowe zielsko

Tym razem trafiło do mnie sporo badyli - polyscias, alokazja, fatsja i ficus lyrata, które są po prostu cudowne, a także śliczna shefflera, która niestety została zabita przez inwazję wciornastków. Dorwałam jeszcze jedną i tym razem trzyma się dobrze. Oprócz tego dostałam też dwa prezenty - araukarię wyniosłą i aechmeę! Na razie robię sobie przerwę z badylami - moja wishlista jest oficjalnie zamknięta. Prawdopodobnie jak zobaczę coś ładnego, to i tak kupię ale czas teraz zadbać o moje nowe dzieci. Nie wszystkie jeszcze przesadziłam i ogarnęłam. Większość z nich dorwałam w Biedronce - roślinki mają tam coraz lepsze, choć niestety jedna z nich miała lokatorów.




Alokazja Polly (po lewej), Fatsja japońska (po prawej), ficus lyrata (góra)


Maleństwo - shefflera, Aechmea (lewa góra), Araukaria wyniosła (po prawej)


Polyscias (po lewej), Fikus lyrata (po prawej)

Książki

Na Instagramie chwaliłam się już "Poradnikiem podróżnika", dorwałam oprócz tego długo planowany zakup w postaci "Sekretów urody Koreanek".



Tunele i plugi

Na koniec moje małe cudeńka. Niestety jeszcze nie mogę ich nosić, bo mój flak ma za mały otwór, a tu plugi i tunele mają od 14 do 16 mm. Na razie więc mogę je sobie co najwyżej pomacać. Pięknie prawda?



Miłego dnia :D

lipca 27, 2018

Przeciwzmarszczkowe serum z Biolavenu - bardzo spóźniona recenzja

Przeciwzmarszczkowe serum z Biolavenu - bardzo spóźniona recenzja
Hejo, mam wrażenie, że moje posty z recenzjami kosmetyków póki co mocno kuleją, między innymi dlatego, że zanim zdążę dobrze przetestować daną rzecz, to w internetach jest już miliard wpisów na ich temat i tak na prawdę nie powinnam już dokładać swojej cegiełki do tego muru postów na temat kosmetyku X. Postanowiłam jednak uparcie wypychać luki bloga takimi wpisami, bo tworzenie dłuższych tematycznych postów jest bardzo pracochłonne i żmudne - a żeby blog nie świecił pustkami w okresie, gdy nad nimi pracuję, będę wpuszczać krótsze, prostsze posty tego typu. Ostatnio bardzo dużo myślę nad założeniem także kanału na YT, bo domyślam się że część z Was wolałaby słuchać jak mówię niż czytać moje wypociny, ale nie wiem czy dam radę pokonać ten okrutny strach przed pokazaniem się (dajcie mi motywację, plis ;v).



Przejdę już do tematu, bo zaczynam pierdzielić - a więc serum z Biolavenu!

Nie pamiętam już kiedy je w ogóle kupiłam, ale nie miałam wobec niego wielkich oczekiwań. Ot, zwykły olej z dodatkami.

Znowu wyjdzie, że liczy się dla mnie tylko zapach, ale no cóż - kocham lawendę, i gdy coś tak intensywnie daje po nozdrzach takim zapachem, to nie sposób tego nie lubić.

Serum nakładałam zwykle wieczorem - najczęściej na warstwę kremu lub mieszałam go z kremem i kwasem hialuronowym. Nie trzymałam się zasady "serum tylko 3 razy w tygodniu", bo jego skład nie jest na tyle bogaty, by używać go tak rzadko. Raczej nie nadaje się do używania solo jeśli musicie mocno nawilżać skórę - składa się w zasadzie tylko z substancji emolientowych, dlatego był wykorzystywany tak, a nie inaczej. Czasami jednak kropelkę serum nakładałam na suchą twarz rano, najczęściej w dni, kiedy nie chciało mi się robić nic więcej. Zdarzało się też, że kilka kropli serum wędrowało do domowej maseczki, zwykle robionej na gotowej bazie (pisałam o tym w poście o domowej bazie do masek).

Nie miało ono jakiegoś wybitnie zbawiennego wpływu na skórę - dobrze zabezpieczało i podkręcało mniej tłuste kremy w zimie. Nie nawilżało - bo nie miało za bardzo czym, ale używanie go sprawiało mi przyjemność. Teraz, gdy tworzę jakieś serum do twarzy, prawie zawsze wpycham tam lawendę - pachnie wtedy wybitnie i mam przy okazji mini aromaterapię.

Czy kupie ponownie? Raczej nie - od serum wymagam jednak czegoś więcej - tu mamy głównie olej sojowy i z pestek winogron, jak mniemam są one rafinowane. Pozostaje więc olej arganowy, skwalan i takoferol - a to raczej proste i łatwo dostępne składniki. Zdecydowanie wole domowe serum bajkalinowe albo produkty z olejową witaminą C, co nie zmienia faktu, że zdecydowanie wolę ten produkt niż drogeryjne ulepki z silikonem.

Skład: Glycine Soja Oil (Olej sojowy), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Squalane (skwalan, emolient), Tocopheryl Acetate(przeciwutleniacz), Lavandula Angustifolia Oil(olejek lawendowy), Linalool, Limonene, Geraniol, Citronellol (4x zapach).

Cena to zwykle około 30 zł - a więc całkiem sporo jak na kosmetyk z dość prostym składem. Spotykałam jednak droższe produkty z bardzo złymi składami, więc w porównaniu z nimi Biolaven wypada nie najgorzej. 

Na dziś to tyle, miłego dnia :D


lipca 26, 2018

Czy popularną roślinę doniczkową można wykorzystać kosmetycznie? - kilka ciekawostek na temat juki

Czy popularną roślinę doniczkową można wykorzystać kosmetycznie? - kilka ciekawostek na temat juki
Ten post być może wyda Wam się trochę śmieszny, ale okazuje się że juka, popularny badyl doniczkowy, który Wasza babcia ma w domu na 95%, można wykorzystać na wiele sposobów - zarówno kosmetycznie, jak i leczniczo. Kilka tygodni temu pokazywałam pierwsze testy zabaw z juką i czas wreszcie o niej napisać. Tu, gdzie juka jest tylko egzotyczną rośliną, postrzegamy ją jako ozdobę - a ozdoby nie są jadalne. Tymczasem spora część roślin doniczkowych ma jakieś właściwości lecznicze, nawet ich trucizny bywają pożyteczne w medycynie, ale jesteśmy tego nieświadomi. Zapraszam więc do mojego zbioru ciekawostek na temat juki, być może zaczerpniecie trochę dobra z tego niezbyt urodziwego badyla stojącego w kącie!


Saponiny - czy juka myje?

Saponiny mają różne właściwości medyczne, ale oprócz tego działają jak naturalne detergenty, o czym pisałam już co najmniej 100 razy, na przykład TUTAJ. Można jej więc użyć jako domowy szampon albo płyn do mycia twarzy i ciała. Ja pocięłam na kawałki dwa surowe liście juki i zalałam je wrzątkiem. Odstało to sobie aż przestygło i umyłam włosy tym płynem. Liście można też zmiksować i odsączyć przez gazę sok (chyba że macie blender, który zrobi z nich idealną papkę). Taką papką także można myć kudły albo skórę.

Strasznie fajny efekt uzyskałam myjąc w ten sposób włosy po emulgowaniu (najpierw odżywka, potem mycie). Liście można oczywiście ususzyć - podejrzewam że wtedy samo przygotowanie naparu będzie przyjemniejsze. Mam wrażenie, że saponiny topornie wychodzą ze świeżych listków - nie mam jak tego sprawdzić, ale taki napar na przykład nie zmienia w ogóle koloru wody, jak to się zwykle dzieje w przypadku suszu. Wpis o tym jak suszyć zioła jest zaplanowany na późne lato, dlatego póki co powiem jedynie tyle, żeby raczej nie suszyć ich na słońcu, a w jakim wentylowanym ale suchym pomieszczeniu. Powinno się udać.

Resweratrol

To bardzo ciekawa substancja, która występuje jeszcze w winogronach, pożeczkach i w morwie. Badania wykazały, że ma właściwości kardioprotekcyjne, przeciwzapalne, antygrzybiczne, przeciwcukrzycowe i prawdopodobnie przeciwnowotworowe. Działa też profilaktycznie jeśli chodzi o przybieranie na wadze (badania na lemurach). Intrygujące jest, że ta substancja przedłużała w badaniach życie muszek owocówek, nicieni, drożdży, a także ryb i myszy.

Juka a dracena, jak odróżnić?

Wiele osób myli jukę z draceną szerokolistną - jeśli się jednak wpatrzycie, wyglądają zupełnie inaczej. Nie musicie się jednak obawiać jeśli je pomylicie - bo dracena również ma saponiny i myje. Niektóre gatunki zwierząt wcierają sobie jej liście w obolałe miejsca :D. Oczywiście jak ze wszystkim - róbcie testy skórne dla pewności.

Dracena ma bardziej pomarszczone liście, są także szersze i ciemniejsze niż u juki. Juka z kolei ma je trochę dłuższe i prostsze. Popularne są też juki "na pniu" - gruby ucięty konar z którego wyrastają listki. To ta sama roślina co na zdjęciu pierwszym, tylko wyrosła ze starego pnia (albo została jakoś w niego wszczepiona).



Saponiny z roślin - trucizna dla kotów

Na wszelki wypadek wspomnę, że saponiny działają toksycznie na koty dlatego jeśli koniecznie zależy Wam na trzymaniu takich badyli w domu przy kocie - pozbądźcie się dolnych liści u wyższej rośliny, żeby zwierzak nie miał do niej dostępu. Oczywiście w dużych dawkach są szkodliwe nawet dla ludzi (mówimy o stosowaniu wewnętrznym), ale biorąc pod uwagę, że codziennie jemy zboża i tym podobne, które też zawierają saponiny, to te dawki szkodliwe są dość duże.

Tu możecie sobie poczytać o zatruciach dracenami u kotów - klik.

Juka w kuchni

Na jakimś blogu (ups, nie mogę teraz znaleźć linka, jak ktoś kojarzy to piszcie do mnie) czytałam o pieczonych owocach juki i innych przysmakach. To raczej nierealny dla mnie przysmak, bo juka tu nie zaowocuje. W każdym razie owoce przypominają trochę jakieś ziemniako-podobne bulwy i prawdopodobnie mają podobną konsystencję. Autorka bloga najpierw je gotowała, potem blendowała a na końcu robiła z nich kotleciki.

Przykładowe przepisy z juki

#1 Szampon
 Mąkę żytnią rozrabiamy na ostudzonym naparze z juki, myjemy tak samo jak zwykłą mąką.

#2 Szampon
6 liści juki doprowadzamy do konsystencji pasty (blender, mikser) i wmasowujemy ją w skalp. Zmywamy tak jak szampon.

#3 Oczyszczająca maska do twarzy
Dwa liście juki blendujemy lub miksujemy, dodajemy odrobinę białej glinki żeby to zagęścić i nakładamy na kilka minut na twarz.

Moja juka została więc już trochę oskubana, planuję jednak zostawić ją w spokoju i poczekać z kolejnymi eksperymentami aż mnie przerośnie. Mam nadzieję, że wpis był przydatny :D





lipca 24, 2018

Bepanthen Sensiderm - mój ulubieniec ostatnich miesięcy

Bepanthen Sensiderm - mój ulubieniec ostatnich miesięcy
Krem trafił do mnie zupełnym przypadkiem - szukałam jakiegoś parafinowego ulepka na szybko kilka dni przed tatuowaniem, bo jestem pierdołą i nie zamówiłam czegoś lepszego kiedy był na to czas. Nie sprawdziłam jednak dokładnej nazwy kremu od Bepanthen, który muszę kupić, więc wzięłam pierwszy lepszy jaki zobaczyłam w aptece. Początkowo się wściekłam, bo w domu przeczytałam ulotkę, a tam informacja, że nie wolno używać go na świeże rany. Tatuaż to jedna wielka rana kurde bele! I wtedy doczytałam który Bepanthen powinien mnie interesować... Zostałam więc z kremem, którego nie mogłam użyć w celu w jakim został kupiony i przeczytałam skład. I to było kolejne zaskoczenie, bo spodziewałam się jakiegoś syfu, jaki to zwykle miewają kosmetyki apteczne, tymczasem skład tego kremu jest całkiem dobry.



Uznałam więc, że zużyje go do twarzy i tak minęły nam dwa miesiące. Skład wygląda bardzo zachęcająco. Używam do zarówno na dzień jak i na noc, wchłania się w zasadzie od razu i kompletnie go nie czuć na skórze. Myślę że gdyby była zima, to dodawałabym do niego oleju - robię to czasami na noc, bo wolę coś bardziej treściwego. Nie zapycha mnie i nie ma zapachu. Ma w sobie jednak oliwę, shea i glicerynę a mam wrażenie, że one mogą niektórych zapchać.

Zaznaczę jeszcze, że jest to krem raczej dla ludzi z jakimiś problemami skórnymi - z atopowym zapaleniem skóry, alergiami itp. Przejrzałam opinie ludzi z tymi schorzeniami i wygląda na to, że jest bardzo skuteczny, aczkolwiek nie mogę za te opinie poświadczyć. Ma sporo regenerujących i uzupełniających składników.

Skład: Woda, triglicerydy kwasu kaprylowego i kaprynowego (zmiękczenie i wzmocnienie naskórka), gliceryna, glikol pentylenowy, oliwa z oliwek, pantenol, alkohol cetearylowy, masło shea, cytrynian stearynianu glicerylu, olejek z nasion Limnanthes alba (rzeżucha łąkowa), glikol butylenowy, uwodorniona lecytyna, ceramid 3 (składnik lipidów skóry), sól sodowa PCA, skwalen, glicyryzynian stearylu, karbomer, karbomer sodowy, guma ksantanowa, kwas hydroksyfenylopropamidobenzoesowy.

Nie chciało mi się opisywać znowu każdego składnika, bo większość to emolienty i humektanty. I to tyle, lecę pisać kolejny wpis, miłego dnia ;D

A tutaj mój Instagram oraz Facebook!

lipca 22, 2018

Krótka historia o tym jak zazieleniłam sobie włosy - czyli jak nie używać senesu i cassi

Krótka historia o tym jak zazieleniłam sobie włosy - czyli jak nie używać senesu i cassi
Teraz prawdopodobnie uważacie mnie za Hennowego Maga, Arcykapłana Senesu i Władcę Ziołowej Cytadeli w Centrum Ziołowego Zielarstwa i nieskromnie powiem, że macie w tym trochę racji, aczkolwiek nic nie przychodzi od razu - i nawet ja popełniałam błędy z niewiedzy i lenistwa. Dzisiaj chcę Wam opisać krótką historię jak skończyłam z glonem na łbie, bo moja przygoda z senesem zaczęła się niestety od dupy strony i miała nieciekawe skutki.

Naczytałam się wpisów o senesie i o tym jak cudownie pogrubia włosy. Naczytałam się też, że można sobie kupić taczkę liści za grosze i samemu zmielić zamiast wydawać 2 dychy za nędzne 100 gramów mielonej cassii, która swoją drogą nie powaliła efektami na kolana (może dlatego, że też była źle używana). Przejdźmy zatem do obserwacji jełopa w jego naturalnym środowisku:



Co zrobiła Klaudia? Natychmiast zamówiła pół kilo senesu. Pełna entuzjazmu podwinęła kuper i usadziła go na grzędzie ze ściółki, uprzednio przyszykowawszy sobie malutki kamienny moździerz. 

To było jeszcze w czasach kiedy nie wiedziała o istnieniu blenderów i młynków do kawy.

Czekała tak dopóki nie usłyszała dzwonka do drzwi. Obwąchała starannie kuriera, naskrobała szybki podpis i w zębach zaniosła paczkę prosto do wnętrza pieczary. A potem na swoje nieszczęście, zabrała się za przyrządzanie ziół, uważając się oczywiście za Druida Pierwszego Rzędu.

Siedziała więc sierota 4 godziny i ucierała to toporne zielsko w miniaturowym moździerzu, klnąc w jakimś starodawnym języku na obolałe ręce, a potem przesiewała senes przez sitko po to żeby i tak uzyskać słabo rozdrobniony proszek. Tak było.

Najgorsze jednak miało wydarzyć się potem - kiedy senes był już gotowy do zainstalowania na głowie, Klaudia zrobiła wszystko, by zignorować absolutnie każdą istotną informację jak to zrobić dobrze. Zakwasiła sobie ziółko cytryną, a potem nałożyła je na głowę. Tak po prostu. Nie bardzo interesowała ją kwestia chelatowania, bo przecież w środku pradawnej puszczy nie ma mowy o twardej wodzie. Zadowolona ze swojej zaradności i skilla w zielarstwie zabrała się za planowanie kolejnych mikstur. 

Gdy przyszedł czas, by wreszcie zmyć błotko z włosów i cieszyć się dwa razy grubszą sierścią, zagotowała kilka wiader wody i wylała je do swojej żelaznej balii zagrabionej z cudzego drakkara (a tak naprawdę to była chyba jakaś galera, wikingowie się przecie nie myją w balii na środku morza). Dorzuciła do wody trochę płatków kwiatowych i suszonej lawendy, coby się przez chwile poczuć jak te wiccańskie kobity z Instagrama i zabrała się za kąpiel. Była jeszcze nieświadoma tego co ma na głowie. 

I wtedy zmyła włosy. Płukała i płukała, a kiedy w lustrze dostrzegła całkiem zielonkawe kudły, wlazła do wanny jeszcze raz i moczyła głowę prawie godzinę. Przy okazji nie mogła pozbyć się fusów senesu. Moczenie okazało się mało skuteczne, postanowiła jednak że zieleń na pewno zniknie po zmyciu szamponem. Umyła nim włosy dwa razy, niestety zielono żółta poświata nadal się trzymała. Co było dalej? Czy próbowała robić maski chelatujące? Absolutnie, lepiej chodzić z glonem na głowie tydzień i liczyć, że odparuje.

Co poszło nie tak?

To o czym piszę wyżej przytrafia się wielu osobom i winą obarczają same zioła. W rzeczywistości same zioła nie dają koloru zielonego. Dają go nadbudowane na włosach minerały z twardej wody, które zabarwiają się na zielono. Dlatego tak ważne są maski lub płukanki chelatujące przed, ich zadaniem jest rozpuścić te minerały i je usunąć. Podałam dwa przepisy na takie maski Tutaj. Jeśli jednak przytrafi Wam się senesowy glon, umyjcie włosy i chelatujcie, powinno pomóc.

Zieleń można uzyskać także po indygo - jeśli nałożycie je na rozjaśniane włosy, lub rozjaśnicie włosy z indygo. Sama henna (bez dodatku indygo) nie daje zielonego, to mit, który ciągnie się za nami od dawna.

Na dziś koniec - uczcie się na cudzych błędach robaki <3

lipca 20, 2018

Donice z betonu - DIY

Donice z betonu - DIY
Jestem strasznie podekscytowana tym postem, bo miałam niesamowitą frajdę robiąc donice - i w planach mam już miliony kształtów i materiałów, z którymi będę się wkrótce bawić. Pomysł na donice z taniej masy murarskiej zrodził się z desperacji - ilość roślin w moim domu powiększa się w zatrważającym tempie, a mój portfel protestuje na każdych zakupach doniczkowych w sklepach budowlanych. Doniczki może nie są wybitnie drogie, pod warunkiem że kupuje się jedną czy dwie, a nie piętnaście.




Początkowo pomyślałam o glinie - i tego sobie nie odpuszczę, bo glina daje znacznie więcej możliwości niż beton. Nie mam jednak pieca do jej wypalenia i nie wiem jak to ogarnąć. Dlatego zdecydowałam się na zaprawę cementową. Efekt jest według mnie genialny, szczególnie do minimalistycznych wnętrz albo do ogrodów.

Czego potrzebujemy?

  • Cement
  • Kartony
  • Taśma, najlepiej jakaś mocniejsza 
  • Woda
  • Ewentualnie jakieś donice plastikowe lub butelki, jeśli chcecie kombinować z kształtem form
  • Trochę oleju/tłuszczu (opcjonalnie)
  • Papier ścierny

A więc zaczynajmy - najpierw trzeba przygotować formy. Można zrobić je samemu z kartonów, albo wykorzystać do tego pojemniki i naczynia różnej wielkości. Te pierwsze oznaczają nierówną, nieregularną fakturę donic, te drugie wyją gładko.

Formy tekturowe trzeba dokładnie obkleić taśmą. Możliwe, że konieczne będzie jeszcze obklejenie form po zalaniu, bo ciężar betonu może odkształcać formy. Moje akurat trzymały się same.

Kiedy formy są gotowe, rozrabiamy beton zgodnie z instrukcją i zalewamy pierwszą formę gdzieś do połowy - potem w to błoto wpychamy drugą formę lub naczynie. Jeśli to jakiś pojemnik lub butelka, warto wysmarować ją olejem, wtedy powinna się łatwiej wyjmować. Jeśli cementu jest za mało, można go już miejscowo dodać.

Po mniej więcej dwóch dniach delikatnie zdejmuję formy. Beton nie jest jeszcze dobrze utwardzony, choć tak nam się może wydawać - będzie dojrzewał nawet cały miesiąc. To opcja dla niecierpliwych. Jeśli jednak chcecie uzyskać lepsze efekty, to dobrze jest wsadzić nasze formy do foliowych worków, żeby ograniczyć dopływ powietrza i spowolnić utwardzanie - bo im wolniej się utwardza, tym trwalszy będzie. Po wyjęciu moich donic zraszam je też wodą ze spryskiwacza, to też pomaga w utwardzaniu.












Następnie donice warto trochę przetrzeć papierem ściernym, żeby pozbyć się ostrych krawędzi. Ja nie robiłam tego dokładnie, bo podoba mi się surowy beton.

Można je też malować - szczególnie fajnie wygląda przecieranie białym akrylem za pomocą suchego pędzla. Ja chciałam żeby moja donica wyglądała surowo więc nie malowałam.

Ciekawa jestem jak efekt wyglądałby po pokryciu ich kilkoma warstwami wikolu i pomalowaniu - chyba będę tak ozdabiać kolejną partię.

Pozostaje tylko wsadzić do nich badyle albo zioła.

Zapraszam na mój INSTAGRAM a poniżej reszta zdjęć ;D




     



lipca 18, 2018

Brandon Sanderson - dlaczego każdy fan fantastyki powinien poznać jego twórczość?

Brandon Sanderson - dlaczego każdy fan fantastyki powinien poznać jego twórczość?
Chwila oddechu od postów ziołowych - dzisiaj chcę Was zarazić twórczością Sandersona, bo to dobry chłopak jest i produkuje kolejne książki z prędkością zbliżoną do tej, w której się poruszam, gdy zobaczę jakiegoś ładnego badyla w biedronkowej gazetce. A co najlepsze - wszystkie są genialne i wcale nie widać w jakości, że autor nie śpi i nie je, tylko rodzi kolejne powieści. Gdyby Martin pisał książki z taką prędkością, to "Wichry Zimy" czytalibyście już 4 lata temu.


Na Sandersona robi się już całkiem niezły hajp (chlip, jak zwykle mogę powiedzieć, że czytałam coś zanim stało się modne), ale w tym wypadku bardzo mnie to cieszy, bo gość naprawdę zasługuje na składanie mu ofiar. W duchu modlę się żeby ktoś wreszcie zekranizował którąś z jego książek. 


Jeśli nie znacie żadnej książki, a kojarzycie nazwisko, być może czytaliście "Koło czasu" - Sanderson kończył pisać ten cykl po śmierci Roberta Jordana.

Skupię się w szczególności na kilku jego najlepszych dziełach, które stawiam chyba nawet na równi z Tolkienem (tak wiem, to praktycznie niemożliwe, istnieje szansa, że rzygam już Śródziemiem i dlatego tak mówię ;v).

Wiecie co jest najbardziej intrygujące w jego pracy? Stworzył wiele światów fantasy, z czego każdy z nich jest zupełnie indywidualny, a jednak łączą je pewne cechy wspólne - wszystkie znajdują się w jednym uniwersum - Cosmere, które powstało po jakimś wybuchu (o ile pamiętam Endolisium), w wyniku którego Ostrza Odprysku rozsypały się po różnych światach i na nich opierają się zasady magii konkretnych powieści. To taki sandersonowy Wszechświat, akcje różnych jego powieści mają miejsce na różnych jego planetach. Na przestrzeni następnych kilku lat może się okazać, że jego dzieła mają znacznie więcej wspólnych elementów, bo generalnie Cosmere jest uzależnione od pewnych ważnych zasad związanych z Odpryskami, a na każdej planecie ich moc przejawia się trochę inaczej.

Ciekawostką jest, że pewna z pozoru całkiem nie istotna postać pojawia się chyba we wszystkich jego nie związanych ze sobą fabularnie utworach - a jest nią podróżujący po światach Hoid, który często pojawia się jako żebrak, podróżnik i tak dalej. Nie będę jednak zdradzać jego bardziej istotnego wcielenia w "Archiwum", nie odbiorę Wam tej przyjemności!

Cykl "Z mgły Zrodzony"

Widziałam jakieś jej stare wydanie kilkanaście lat temu w bibliotece miejskiej - i w tym przypadku chamsko oceniłam ją po niezbyt atrakcyjnej okładce. Przeczytałam dopiero kilka lat temu, kiedy ukazało się nowe wydanie od MAGA i mnie zainteresowało. Zorientowałam się o tym po tytule drugiej części - "Studni Wstąpienia", I jakoś skojarzyłam nazwę z tamtą sytuacją. Nie to jest jednak istotne, a jej treść - chyba nie muszę tłumaczyć jak zajebista jest? Dobra, i tak wytłumaczę. Sanderson ma to do siebie, że potrafi wymyślić funkcjonowanie świata, pogodę, zasady magii na danej planecie w taki sposób, że są one zupełnie "nowe" dla czytelników. Nie ma u niego pierdów z różdżkami, zaklęciami, magicznymi księgami i inną teleportacją, magia funkcjonuje inaczej, naturalniej i ma swoje ograniczenia i zasady. W tym przypadku zupełną normalnością są złowieszcze mgły pojawiające się nocami oraz popiół nieustannie sypiący się z nieba, magią natomiast jest między innymi allomancja - czyli umiejętność czerpania mocy z różnego rodzaju metali nadających konkretne umiejętności. Życie bohaterów jest uzależnione od zasad jakie stworzył im Sanderson - normalne są parasolki chroniące ubrania przed popiołem, specjalny system uprawiania ziemi, zabobony, strach przed mgłami i tym podobne. Struktura społeczeństwa dzieli się na najniższą grupę - skaa, czyli ludzi pozbawionych wszelkich praw, niemal niewolników, arystokrację, która zarządza skaa oraz na obligatorów - pewnego rodzaju kapłanów i urzędników Stalowego Zakonu, na czele którego władzę pełni Ostatni Imperator. Jest tyranem uznawanym za boga i nie da się go zabić - a jego panowanie trwa już podobno tysiąc lat. Nasi bohaterowie mieszkają sobie w Luthadelu, mieście pełnym rynsztoków zasypanych popiołem i wielkich willi szlachty w zadbanych dzielnicach, a wywodzą się między innymi ze skaa (z arystokracji trochę też!), ale nie będę pisała o ich osiągnięciach, bo musicie je poznać sami. Zachwyca mnie to, jak świat Sandersona różni się od naszego - nie ma w nim niebieskiego nieba i zielonych roślin, z drugiej jednak strony nie ma jakiegoś wymyślonego na siłę nienaturalnego dziadostwa, które tak mnie irytuje <UWAGA, ZARAZ POLECĄ KAMIENIE> u Lema (Nie bijcie!).

Polecam ten cykl do przeczytania jako pierwszy - choć nie umiem powiedzieć które z jego dzieł są najlepsze, to ten jest grubszy od "Elantris" i skończony, w przeciwieństwie do "Archiwum", którego Sanderson urodzi jeszcze kilka części.

Wyszły też kolejne trzy książki będące kontynuacją serii ("Wax i Wayne") - ten sam świat, te same zasady i zjawiska panujące na nim, ale inni bohaterowie, bo akcja toczy się dużo dużo później, kiedy postacie z pierwszej trylogii są wręcz czczeni. Czytało się ją bardzo przyjemnie, ale zmiany cywilizacyjne jakie zaszły na świecie sprawiają, że powstał z tego taki kryminalny western z elementami magii - co osobiście trochę mnie boli (bo miecze zostały wymienione na rewolwery), ale z drugiej strony zachwyca jak Sanderson to sobie zaplanował i poprowadził. Warto przeczytać, tylko litości, nie zaczynajcie przygody z serią "Waxa i Wayne'a" (tak, znam jednego delikwenta, który dostał je w prezencie i odebrał sobie szansę na zrozumienie większości "smaczków" i symboli jakie się tu pojawiają, bo nie znał pierwszych trzech części). Znajomość początkowych części jest konieczna, pomimo że fabuła i cele bohaterów są tu już zupełnie inne.

Archiwum Burzowego Światła

Tak jak mówiłam, każde uniwersum jakie tworzy Sanderson, jest czymś bardzo indywidualnym, niespotykanym i pozbawionym bezsensownych magicznych zapychaczy, z jakich słynie większość utworów fantasy. Może ja trochę przesadzam, bo wymagam od fantastyki czegoś więcej niż latający dywan, krasnolud i abra kadabra, ale cóż - musicie sami sprawdzić, bo nie sposób opisać to dokładnie. Tym razem akcja toczy się na Rosharze - kontynencie słynącym z Arcyburz, od których znowu uzależnione jest wszystko inne - sposób upraw, podróży, handel i życie w ocałości. Arcyburza to taki całkiem normalny atmosferyczny rozpierdol, który przychodzi raz na jakiś czas, ale nie tylko niszczy - również nawadnia, daje życie i niezwykle ważne burzowe światło. Światło to jest potem używane zarówno do oświetlania pomieszczeń, ale także jako...waluta - no może nie do końca światło, a szklane kule, które wystawia się w czasie burzy, by napełniła je światłem. Przyroda Rosharu jest bardzo specyficzna - charakteryzuje się tym, że większość roślin i zwierząt ma jakieś cechy przypominające skorupiaki - chitynowe pancerze, szczypce, skorupy. Bydłem rosharu na przykład są chulle, wielkie powolne stworzenia przypominające kraby. Są też przepastne bestie - wielkie niebezpieczne kurwie żerujące z Rozpadlinach, wyglądające jak jakaś monstrualna langusta, których zabicie zwykle przynosi komuś sławę. Genialne co? Rośliny przypominają lądowe ukwiały i pąkle, chowają się w skorupkach w niewygodnych warunkach atmosferycznych albo przez dotyk. Są jeszcze spreny - to zarówno oczywisty element przyrody, ale mają w sobie także jakąś pierwotną magię. To różne, jak ja to nazywam, kolorowe mini duszki, które pojawiają się w konkretnych sytuacjach - na przykład życiospreny, deszczospreny, spreny związane z odczuwaniem przed ludzki konkretnych emocji - wściekłospreny i inne wkurwospreny. Niektóre spreny ewoluowały do istot posiadających świadomość i rozum, i towarzyszą niektórym bohaterom - Kaladin ma swoją Syl, a Shallan towarzyszy Wzór.

W społeczeństwie istotną rolę odgrywałby kolor Twoich oczu - jeśli tęczówka jest jasna, czuj się jak uprzywilejowana szlachta. Jeśli jednak urodziłeś się z ciemnymi, brązowymi oczyma -  jesteś nikim i możesz co najwyżej orać pole albo gotować żarcie jasookiemu. Są też Parshendi i parshmeni - jedni i drudzy mają cętkowaną skórę, Ci pierwsi jednak są ludem prowadzącym z ludźmi wojnę, Ci drudzy natomiast są wywodzącymi się od nich, pozbawionymi wolnej woli niewolnikami ludności Rosharu.

A co z magią? Znowu - bardzo nietypowa i specyficzna. Pomijam całą historię Świetlistych, bo wciąż wiemy o nich za mało, mamy natomiast fabriale - inaczej duszniki, czyli dziwne urządzenia mogące zmieniać materię, mamy Pancerze oraz Ostrza Odprysku, czyli niezwykle cenny i zabójczy rynsztunek, który jest pozostałością po starożytnych, pewnego rodzaju, bogach. I mamy bohaterów z różnych grup społecznych - zarówno lordów, niewolnika, skrytobójcę, jak i młodą nieśmiałą uczennicę. W początkowych częściach trafiamy między innymi na wojnę na Strzaskanych Równinach, które są miejscem tak specyficznym, że ponownie, uzależniają w sposób bardzo okrutny funkcjonowanie bohaterów - konieczne jest na przykład werbowanie drużyn "mostowych", sklejonych głównie z niewolników i ciemnookich, którzy odpowiedzialni są za przenoszenie i ustawianie między rozpadlinami ciężkich mostów, po których przechodzi wojsko. Widzieliście kiedyś coś takiego? Ja też nie, Sandersonie, jesteś geniuszem.

Ukazały się póki co trzy wielkie części "Archiwum Burzowego Światła", ma ich być podobno dziesięć. Oznacza to, że zanim Martin wyda kolejną część "Pieśni Lodu i Ognia", my będziemy mieć już na półkach mur z dziesięciu cegieł "Archiwum". Jeśli szukacie czegoś opasłego na dłużej, to pozycja obowiązkowa.

Elantris

Tu z kolei mamy pojedynczą powieść (niestety), która jest zdecydowanie za krótka, ale dzięki temu pozbawiona nudnych zapchaj-dziur. Po opisie na okładce miałam zupełnie inne wyobrażenie co do jej fabuły, wydawało się to totalnie nie ciekawe i proste. Spokojnie, będziecie miło zaskoczeni, bo Sanderson zaplanował to sobie zupełnie inaczej. Czy ja wspominałam już dzisiaj o indywidualności każdego świata jaki sobie wymyśla? Elantris to brudne, zgrzybiałe miasto okryte, tak jak jego przeklęci mieszkańcy, mocą Shaodu. Shaod, który kiedyś dawał ludziom boską moc chyba trochę się zepsuł, bo nagle zaczął tworzyć z ludzi trędowate kreatury, które wiecznie odczuwają ból i nie mogą umrzeć. Gdy człowiek został potraktowany mocą Shaodu, był kasowany ze społeczeństwa i wrzucany do Elantris. Problem pojawia się jednak, gdy zdarza się to głównemu bohaterowi, księciu Arelonu - Raodenowi. Przypał, co nie? Świat nie przypomina innych jego planet, może poza jednym elementem - mamy tutaj też coś na wzór świadomych sprenów, jeden z nich towarzyszy i pilnuje księżniczki Serene.

Jedyny minus jest taki, że chyba nie zrozumiałam zakończenia - miałam wrażenie, że nic go nie wyjaśnia i jest poprowadzone zbyt prosto, ale może przegapiłam jakiś ważny element.

Skupiłam się na trzech ukochanych utworach, jest ich jednak więcej. Powstały nawet komiksy i pojedyncze opowiadania z różnych, póki co mało poznanych światów. Polecam jeszcze koniecznie przeczytać między innymi:

  • "Rozjemca" - dwie części
  • "Biały piasek" - komiks
  • "Bezkres magii"


Obecnie nie znam autora, który w takim tempie pisze stosy tak dobrych książek. Jeśli jeszcze go nie znacie, koniecznie zmieńcie tą postać rzeczy ;D

I standardowo, zapraszam na mój Fanpage oraz Instagram.

lipca 16, 2018

BARF - jak samemu zrobić kotu jedzenie?

BARF - jak samemu zrobić kotu jedzenie?

Dzisiaj nareszcie przyszedł czas na wpis o tym jak samemu zrobić kotu odpowiednie jedzonko, które będzie zdrowszą alternatywą dla gotowych karm. Zanim jednak przejdziemy do rzeczy, coś sobie wyjaśnijmy.

"Ja mojemu kotu/psu sam gotuję zdrowe jedzonko. Trochę ryżyku, gotowane mięsko, marcheweczka i makaronik."

Pewnie nie raz to słyszeliście i myśleliście sobie - "Wow, ale on musi kochać tego sierściucha". I nie wątpię, że tak jest, niestety należy tych ludzi wyprowadzać z błędu. Wydawać by się mogło, że taki pokarm jest zdrowy - bo pozbawiony konserwantów, polepszaczy smaku i soli. Może i jest zdrowy, ale na pewno nie dla kota czy psa i zaraz postaram się to wyjaśnić.



Włos mi się jeży na głowie, gdy słyszę o takich potrawach dla pupila, tym bardziej że właściciel jest nieświadomy, jak w dobrej wierze szkodzi swojemu zwierzakowi. Gotowane posiłki i dodatek zbóż w postaci makaronów i ryżyków nie są ani trochę zdrowsze od kiepskiej jakości karm sklepowych - ustawiłabym je na równi, z tą różnicą, że te pierwsze są gotowane z, powiedzmy, dobrej jakości składników, a te drugie z odpadów. To jedyna przewaga gotowanego w domu jedzenia. Psy i koty zostały stworzone do jedzenia mięsa - i o ile jeszcze w przypadku psów dodatek warzyw czy owoców (nie zbóż!) jest dopuszczalny, tak kot jest ścisłym mięsożercą i surojadem i rośliny są mu w diecie całkowicie zbędne, a zboża szkodliwe. Poza tym, gotowane jedzenie w różnej postaci jest pozbawione suplementacji - a jest ona konieczna i mają ją z reguły nawet kiepskie karmy. Suplementacja jest bardzo istotna, bo musi "naśladować" naturalny pokarm kota - ofiary w całości zawierające żelazo z krwi, wapń z kości i inne ważne składniki oraz niezbędną do życia taurynę, której nie ma w domowej brei z ryżu.

Są oczywiście dobrej jakości karmy z odpowiednią suplementacją, istnieje jednak jeszcze zdrowszy model karmienia - BARF (Biologically Appropriate Raw Food, nie mylić z Rzygiem). W zależności od gatunku zwierzęcia, BARF wygląda inaczej - dla kota będzie oparty na surowym mięsie, dla konia na surowej trawie czy innym zielsku. Skupmy się jednak na kotach i tym w jaki sposób odpowiednio bilansować jedzenie. Na koniec podam Wam tez kilka ważnych linków, które będą bardzo pomocne w nauce - bo niestety w przeciwieństwie do innych moich wpisów, ten nie da Wam gotowego przepisu i nie sprawi, że od razu będziecie gotowi zrobić pierwszą mieszankę.

Jak to działa?

Barfa dla kota przygotowuje się na zapas - mieszanki robi się na kilka dni, tygodni, na miesiąc lub ewentualnie dwa. Spokojnie, nie musicie codziennie grzebać się z żarciem dla kota. To by było z resztą nie możliwe - bo wtedy trzeba by było dodawać mikroskopijne ciężkie do zważenia ilości suplementów. W skrócie polega to na stworzeniu mieszanki, która jest połączeniem surowych mięs, podrobów i suplementów, które następnie się porcjuje i mrozi. W pewnych sytuacjach zamiast mięsa surowego dodaje się gotowane - na przykład gdy kot jest chory na trzustkę - nie jestem jednak dietetykiem ani lekarzem i skupiam się na pokarmie dla zdrowego kota. Mieszankę oblicza się w specjalnym kalkulatorze do barfa, o którym napiszę niżej.

Dlaczego barf jest lepszy niż karmy?

Jest to zdecydowanie bardziej treściwy i sycący posiłek - mięso jest kaloryczne, syci kota na długo. Jest też bardziej wartościowy - bo mięso bez obróbki termicznej nie traci tyle składników co gotowane mokre karmy lub wypalone na wiór chrupki. Koty na odpowiednio zbilansowanym barfie dochodzą do idealnej wagi i są zdrowsze - szczególnie jeśli chodzi o ich delikatny układ moczowy (który cierpi na karmach suchych na przykład), który otrzymuje odpowiednią ilość wody - a przypominam, że koty jako zwierzęta pustynne, większość wody pobierają z pokarmu. Jest jeszcze jeden argument za tym modelem karmienia - zapach w kuwecie. Odkąd Sajgonka przeszła na barfa skończyły się czasy cuchnących odpadów radioaktywnych i luźnych kup. Od tego czasu jej kupy są totalnie bez zapachu i nie mamy żadnych problemów z biegunkami - a robi je co 3-4 dni, a nie codziennie lub dwa razy dziennie jak było kiedyś. Dzieje się tak ze względu na to, że ten rodzaj pokarmu trawi się niemal w całości - nie ma tu zbędnych zapychaczy pokroju zbóż, które przechodzą przez kota na wylot. Na większość osób działa ten argument - koty które zostawiały w kuwecie cuchnące bomby apokalipsy zaczadzające całą chałupę w mgnieniu oka, nagle załatwiają się tak, że zorientujemy się o tym dopiero gdy spojrzymy na kuwetę. Życie bez codziennych odruchów wymiotnych podczas sprzątania po kocie jest naprawdę bardzo przyjemne. Pozostaje jeszcze kwestia ceny - choć barf na początku wydaje się kosztowny ze względu na konieczność zainwestowania we wszystkie potrzebne suplementy i sprzęty, tak potem kosztuje zdecydowanie mniej niż karmienie gotowymi karmami. Suplementy wystarczają na wiele miesięcy, niektóre nawet lat - jedyne co pozostaje uzupełniać to różne rodzaje mięsa. U mnie przygotowanie mieszanki dla 3 kilowego kota około na 25-35 dni kosztuje zwykle w granicach 40-60 zł, w zależności od tego jakie mięsa uda mi się kupić - na karmy wydawałam ponad stówę, a niektórzy grubo ponad dwie stówy. Warto jeszcze dodać, że kot zjada zdecydowanie mniej barfa niż gotowej karmy, że względu na to że jest bardziej sycący - u nas kot jedzący dziennie 200 g karmy, je około teraz 120 g mięsa dziennie. Jest to więc fajna opcja np. gdy trzeba wykarmić sporą ilość kotów - cieszy mnie że niektóre fundacje powoli przekonują się do barfa.

Czy to bezpieczne?

Oczywiście. Miejcie na uwadze, że kot to surojad. Jego układ pokarmowy jest stworzony do trawienia surowego mięsa. Zgadza się, że kot domowy w stanie dzikim zjada małe gryzonie czy ptaki, a nie kawał świni - ale do gotowej karmy nikt nie wrzuca szczura i wróbla, tylko właśnie jakieś części lub resztki większych zwierząt, a po to jest suplementacja, by były bardziej wartościowe niż samo mięso i by przypominały ofiarę kota w naturze. Koci żołądek radzi sobie z bakteriami doskonale. Jeśli natomiast chodzi o możliwe pasożyty, mięso sklepowe - z produktami dla ludzi jest przebadane i nie ma możliwości żeby trafiło za ladę jeśli jest zarażone. Należy jedynie unikać mięsa dzika oraz dla bezpieczeństwa wieprzowych podrobów ze względu na możliwość zarażenia wirusem Aujeszkiego. Mięso wieprzowe jest bezpieczne od kilku lat, ale dla pewności unika się samych podrobów, bo w razie czego, to właśnie tam będzie skupiony wirus.

Czy barf ma jakieś wady?

Ma - nie ukrywajmy, jest trudny. To niestety nie jest książka kucharska z gotowymi przepisami. Każdy przepis tworzy się samodzielnie - a jeśli z jakiegoś powodu nie dacie rady tego pojąć, albo nie chce wam się tego nauczyć, można to zlecić odpłatnie dietetykowi, który na podstawie informacji o Waszym kocie ułoży kilka przepisów. Dlaczego nie można korzystać z gotowych przepisów? Bo mieszankę liczy się pod własnego kota/koty - w oparciu o jego wagę, wiek, możliwe choroby. To niestety nie wygląda tak, że usiądziecie przed specjalnym kalkulatorem do barfa i na pstryknięcie palcem ułożycie mieszankę - to wymaga ćwiczeń i kombinowania w ilości dodatków, tak by wszystkie normy zostały zachowane. Pocieszę Was jednak - jeśli taki gamoń jak ja się tego nauczył, to każdy się nauczy :D

Czego potrzebujemy?

Zanim zrobicie pierwszą mieszankę, będzie trzeba się wyposażyć w różne gadżety. Należą do nich między innymi:


  • Kalkulator do barfa - Bez niego nic nie zrobicie. Można go zdobyć na forum Barfny Świat, niżej macie link. Trzeba się zalogować i napisać wiadomość do adminki Hebe - wyśle Wam kalkulator, gdy wpłacicie przynajmniej 5 zł na fundację. Mieszanek absolutnie nie wolno robić na oko, wszystko musi być wyliczone w kalku.
  • Waga kuchenna - Do ważenia mięs i większych ilości supli.
  • Waga jubilerska - Do ważenia malutkich ilości supli.
  • Pojemniki lub woreczki strunowe - można oczywiście pakować w zwykłe małe reklamówki, ale to niewygodne poza tym to masa śmieci. Najlepiej kupić pudełeczka wielokrotnego użytku, jeśli natomiast macie za małą zamrażarkę, woreczki strunowe, które można potem rozpłaszczyć i zmieścić ich sporo, a nawet użyć ponownie.
  • Opcjonalnie maszynkę do mielenia mięsa - przy większej ilości kotów jest to konieczne (w sumie to nie jest konieczne, ale powodzenia w pokrojeniu 30 kilo mięsa na raz).
  • Suplementy - tak jak mówiłam, są obowiązkowe. Samo mięso mięśniowe jest pozbawione składników, które kot w naturze przyjmowałby z wnętrznościami, krwią, kośćmi, mózgami swoich ofiar. Naturalne suplementy mają sprawić, że mieszanka będzie możliwie jak najbardziej przypominała prawdziwą zdobycz. Niektórych nie trzeba kupować - można zrobić. Kości czy skorupki jaj można samodzielnie zmielić, zamiast hemoglobiny możecie zdobyć z dobrego źródła czystą krew itp.

Suplementy 

Jest ich sporo i nie wszystkie są konieczne, ale niektóre są podstawowe - tauryna, hemoglobina/krew, mączka ze skorupek jaj (którą można zrobić samemu), mączka kostna, drożdże browarnicze, mączka z alg, witamina E, jakiś olej rybny - u mnie z dzikiego łososia, sól himalajska (sód). Są jeszcze inne suple, oleje omega, olej z kryla i tak dalej. Musicie stworzyć listę potrzebnych supli i je zamówić. Nie polecam zamawiać "gotowych" mieszanek, które niby mają już w sobie to co powinny, bo w rzeczywistości nie do końca tak jest i mieszanka będzie wybrakowana.

Jak tworzyć mieszankę na kalkulatorze?

Tu zaczynają się schody, bo jest wiele zasad, których trzeba przestrzegać. Trzeba przeliczać białko na wagę kota i ilość dni, powinno być jak najbardziej zbliżone 5.0. Trzeba przestrzegać stosunków wapń/forsfor - ma wyjść 1,15, oraz potas/sód - ma wyjść 1,35. Tłuszcz może być do 40%. Jest jeszcze sporo innych wytycznych, które poznacie ze źródeł jakie Wam podam. Kalkulator nie jest idealnym narzędziem i jeśli wyniki nie palą się na czerwono, nie oznacza że mieszanka jest ułożona dobrze - trzeba się niestety bardziej wysilić. Na początku dużo ćwiczcie "na sucho" - wymyślajcie sobie jakie mięsa teoretycznie możecie wykorzystać, wybierajcie je w kalku i starajcie się do tego dopasować suple - zmieniajcie ilości tak, by stosunki się zgadzały. Mi zajęło kilka dni zanim to pojęłam.

Jak przygotować mieszankę?

To już najprostsza kwestia. Załóżmy że już macie gotowy przepis i kupione wszystkie składniki. Najpierw trzeba zważyć odpowiednie ilości mięsa i je pokroić albo zmielić. To samo z podrobami - tylko je najlepiej pokroić bardzo drobno, żeby równomiernie wymieszały się z mięsem. Następnie odsypujemy suplementy - jak lubię je odmierzać do wspólnej miseczki i potem rozrabiać z wodą. Hemoglobina lubi się grudkować. Następnie łączymy je z mięsem, wrzucamy surowe żółtka, ewentualnie jakieś inne dodatki z przepisu (np. smalec) i wodę. Woda nie jest konieczna od razu, można wlewać ją po nałożeniu porcji barfa do miseczki. Jeśli macie w mieszance dużo wody to otrzymacie taką zupę, którą ciężko będzie nałożyć do pojemników. Jak wybieram opcje po środku - odmierzam sobie do miski potrzebna ilość wody, wkładam mieszankę do pojemników, a potem dolewam do nich wody. I koniec - porcjujemy i mrozimy - kalkulator orientacyjnie pokazuje Wam na ile dni wystarczy mieszanka i ile mniej więcej dziennie ma zjeść kot. Każdego wieczora wyciągacie jedno opakowanie do lodówki, żeby tam powoli się rozmrażało. Na drugi dzień jest gotowe do podawania ( nie na raz, tak samo jak karmę w kilku posiłkach w ciągu dnia). Jeśli na przykład dużo pracujecie i nie dacie rady karmić kota 4 razy dziennie albo boicie się że, mięso przez leżenie cały dzień w misce zgnije, można wrzucić do michy zamrożonego na kość barfa - będzie się rozmrażał powoli, a kot będzie zjadał to co już się rozmrozi.

Ważne linki:

1. Grupa - barf dla kota
2. Grupa - barf dla psa
3. Forum Barfny Świat


Inne moje wpisy o karmieni kotów:

lipca 14, 2018

Spis najczęstszych hennowych i senesowych problemów

Spis najczęstszych hennowych i senesowych problemów
Na początku przygody z ziołami zazwyczaj spotykamy się z całą masą pytań i problemów, od nieodpowiedniej konsystencji pasty, po problemy ze zmywaniem, swędzeniem i całym mnóstwem innych niedogodności. Postaram się dziś rozwiać wasze wątpliwości co do większej części z nich. Będę ten post aktualizowała co jakiś czas, bo prawdopodobnie coś przegapiłam. Jeśli po przeczytaniu tego posta nadal nie znajdujecie rozwiązania swojego problemu, pytajcie w komentarzach - postaram się pomóc na ile to możliwe.

Jako że skupiam się tylko na hennie, cassi i senesie, post dotyczy głównie tych ziół - nie wszystkie rady będą odpowiednie w kwestii zabaw np. z indygo albo katamem - o nich napiszę dopiero, gdy sama zdobędę większą wiedzę na ich temat.

Zanim zaczniesz czytać ten post, zajrzyj jeszcze TUTAJ - opisałam tu informacje podstawowe dotyczące tego czym w ogóle są te zioła i na czym polega ich działanie.

Błotko wyszło zbyt rzadkie

Przy robieniu mieszanki trzeba wyczuć ile płynu nalać by miała odpowiednią konsystencję - a odpowiednia konsystencja przypomina śmietanę. Mi na 60-80g ziół schodzi zwykle cała szklanka, ale trzeba lać powoli i stopniowo, żeby nie przesadzić. Jeśli jednak mieszanka wyszła Wam zbyt płynna i obawiacie się, że spłynie Wam z włosów, można ją bez problemu zagęścić takimi dodatkami jak - mąka ziemniaczana (żadna inna oprócz tej, może ewentualnie tapioka ale nie jestem pewna), mielona kozieradka, neem, brahmi, bringraj, można także po prostu dosypać odrobinę suchej henny czy senesu.

Jak się pozbyć grudek?

W przypadku grudek można próbować zgniatać je łyżką o ścianki naczynia - ale to dość upierdliwe i żmudne. Jeśli bardzo Wam przeszkadzają, to użyjcie blendera albo miksera, ale prawda jest taka, że to nie zawsze konieczne - grudki zwykle same się rozpuszczają, gdy postoją kilka godzin. Możecie więc odstawić mieszankę z grudkami i co kilka godzin kontrolować jej stan - jeśli grudki pozostaną, wtedy ewentualnie ratujcie się blenderem.

Błotko nie wydzieliło barwnika

Najprawdopodobniej przyczyną jest zbyt krótkie odstanie, zwietrzałe, stare zioła, brak dodatków zakwaszających (lub zbyt mała ilość - tylko nie mówimy o indygo, w jego przypadku nie kwasimy) lub zbyt niska temperatura.

Na ile odstawiać zioła?

Cassia/senes/senna - najlepiej co najmniej 10 godzin, do 24 godzin (osobiście wybieram granicę 15-20 godzin, patrz na punkt o pleśnieniu)

Henna - zwykle szybciej, od 2-3 godzin, do, powiedzmy 8-10 godzin. Więcej nie powinno jej zaszkodzić (tak do 20-24h), ale myślę że trzymanie tak długo jest zbędne.

Czy można pogrzać zioła w piekarniku żeby szybciej "doszły"?

Oczywiście - wstawiamy piekarnik na temperaturę około 40-50 stopni i wkładamy do niego zakwaszone zioła. Piekarnika najlepiej nie zamykać do końca. Cassia/senes/senna powinny dojść w ciągu 4-6h, henna po godzinie, dwóch. Metoda dla osób, które się śpieszą.

Czy zioła bez zakwaszania złapią?

Niektórzy przygotowują zioła bez zakwaszania, ale według mnie to marnotrawstwo. Bardzo często na opakowaniach nawet dobrej jakości ziół, w instrukcji nie ma żadnej wzmianki o konieczności zakwaszania - i zwykle nieświadoma osoba postąpi zgodnie z tą instrukcją. Może to kwestia niewiedzy producentów, a może specjalny zabieg, który ma na celu zmuszenie klientów do częstszego farbowania (bo kolor może się szybciej wypłukiwać i trzeba częściej powtarzać). Kolor hennowy najczęściej złapie - ale może być mniej trwały i wymaga większej ilości hennowań. Z kolei cassia i senes według mnie nie łapią bez kwasu, choć nie wiem jaki efekt byłby na całkiem białych albo mocno rozjaśnianych włosach. Brak kwasu, to mniej barwnika, a mniej barwnika to mniej pogrubienia i kondycji. Jeśli ktoś ma dostęp do dużej ilości ziół to może sobie wykorzystywać je na różne sposoby i mieć z tego dobre efekty. Ja nie chce marnować ich potencjału.

Nakładanie na suche czy mokre włosy?

Można i tak i tak - z tym że ja zdecydowanie bardziej polecam na mokro, szczególnie jeśli macie długie albo bardzo gęste czy kręcone włosy. Dlaczego? Po pierwsze, schodzi wtedy mniej mieszanki - suche włosy będą piły wilgoć z błotka na potęgę i będzie trzeba nałożyć więcej ziół. Po drugie, na mokro łatwiej się nakłada - włosy nie stają się taką toporną twardą masą i można łatwiej dotrzeć do skalpu. Po trzecie, przed ziołami konieczne jest umycie i ewentualnie chelatowanie włosów - opcja na mokro nie wymaga więc suszenia kudłów i oszczędzacie czas. A jednak są ludzie, którym wygodniej nakładać na sucho - najczęściej za pomocą pędzelka. Musicie sami to wyczuć, ale myślę że większość zdecydowanie woli na mokro.

Problemy z nakładaniem

Trzeba wypracować sobie własną technikę nakładania, a tych jest kilka. Jeśli decydujecie się na nakładanie na sucho, to najrozsądniej będzie to robić za pomocą pędzla do farbowania - wtedy musicie być dość precyzyjni i pracować pasmo po paśmie. Dla mnie to zabawa kompletnie bez sensu, bo mam za długie włosy, żeby sobie samodzielnie nakładać błoto pędzlem po całej długości. Myślę więc, że to się nadaje albo dla krótkowłosych, albo gdy macie kogoś kto Wam nałoży zioła. Nakładanie na mokro z kolei jest według mnie prostsze - możecie zaszaleć i nakładać błotko dużymi porcjami zaczynając od skalpu i nie pilnując za bardzo czy każdy włos jest odpowiednio pokryty (ale wówczas błotko powinno być trochę rzadsze, za gęste ciężko rozprowadzić w ten sposób, poza tym, to może być mało delikatne i może przyczynić się do wypadania - najlepiej to robić przy cieńszych włosach). Drugą opcją, jest nakładanie błotka pasmo po paśmie od skalpu w dół - tak robię ja. Zaczynam od czoła, wydzielam sobie pasma i palcami pokrywam je błotem dokładnie i trochę ugniatam, żeby dotarło wszędzie. Pasma już pohennowane przerzucam sobie na twarz, tak żeby nie mieszały się z resztą. To jest zdecydowanie dokładniejsze i bardziej precyzyjne.

A co z miejscem nakładania? Jak to robić humanitarnie i nie tworzyć syfu w całej łazience? Wszystko zależy od jakości zmielenia ziół - z henną jest tu łatwiej, można ją nałożyć na stojąco nie robiąc bajora w całej łazience. Gorzej jest z senesem, szczególnie takim samodzielnie zmielonym - bo z reguły jest zmielony kiepsko i sypie się z włosów wszędzie. Dlatego ja, jako że używam mieszanki takiego senesu z henną, widzę tylko jeden sposób nakładania ziół - siedząc szczelnie zamknięta w prysznicu albo w wannie nago. Miejsce to potem wygląda jak przewrócony i postawiony z powrotem toj toj na Openerze.

Jeśli się nudzicie i chcecie mieć zajęcie w postaci mycia łazienki na wszystkich jej płaszczyznach, polecam nakładać średnio zmielony senes na stojąco przy umywalce. Niezapomniane wrażenia!

Nadmierne wypadanie po ziołach

Przyczyn może być wiele i warto sobie przeanalizować i wykluczyć różne możliwości.

Przyczynami wypadania włosów po ziołach mogą być:

  • Zbyt mocne szarpanie i ciągnięcie kudłów przy nakładaniu - to dość częsty powód wypadania. Przy zbyt mocnym inwazyjnym szarpaniu podczas aplikowania ziół możemy sobie sporo włosów powyrywać, dlatego ważne jest to żeby włosy rozczesać o ile to możliwe przed nakładaniem i robić to w miarę delikatnie.
  • Zbyt mocne zakwaszenie/ za silny kwas/podrażnienie - Nie przesadzajcie z ilością kwasu. Jeśli w proporcjach podano pół łyżeczki dodatku zakwaszającego na daną ilość ziół, nie sypcie dwóch łyżeczek. Unikajcie też cytryny czy octów - według mnie to są dość mocno podrażniające kwasiaki.
  • Podejrzane produkty hennopodobne - Używajcie sprawdzonych produktów. Bardzo często wypadanie pojawiało się po Fitokosmetik, Eldzie, Venicie, Banjaras i tym podobnych produktach, które zawierają podejrzane dodatki i udają "hennę" i inne zioła.
  • Zbyt długie trzymanie/odparzenia/przegrzanie - To też może być przyczyna wypadania. Jeśli wszystko inne wykluczyliście, spróbujcie potrzymać zioła krócej niż dotychczas. Ja po całej nocy z ziołami na głowie nie widzę negatywnych skutków, ale są one możliwe, szczególnie w czasie upałów, kiedy można sobie odparzyć skalp pod folią.

Jest jeszcze teoria, że słabe cebulki po hennie wypadają po to by wyrosnąć od nowa jako silniejsze - ale jakoś mi ona nie pasuje. Teoretycznie powinny w ten sposób wypaść wszystkie włosy, bo wszystkie były przed hennowaniem słabsze niż po hennie - a tu rozchodzi się przecież o cebulki. Nie sądzę, żeby "zbawienne" substancje henny działały w ten sposób - myślę że wzmacniają po prostu słabą cebulkę, o ile w ogóle są w stanie ją wzmocnić jakoś konkretnie.

Pleśnienie

Dzieje się to najczęściej w przypadku cassi i senesu - czyli ziół, które potrzebują dość dużo czasu na wydzielanie barwnika. Z mojego doświadczenia i obserwacji przypadków innych osób wynika, że najczęściej pleśniał senes, który stał około 20 godzin wzwyż. Mieszanka, która spleśniała jest już niestety w całości do wyrzucenia, ale wcale jeszcze nie musicie wywalać całego produktu - proponuje najpierw odstawić go na krócej (np 10-15h) i sprawdzić jak się wówczas zachowuje. Nie każdy senes oczywiście pleśnieje po 20 godzinach, ciężko w ogóle powiedzieć czy odpowiada za to jego skład czy warunki odstawienia. W praktyce zdarza się to rzadko - najczęstsze przypadki to pleśnienie ziół, które był odstawione aż na dwa, trzy dni - to zdecydowanie za długo i pleśń  w takim wypadku ma święte prawo zabrać sobie Wasze błotko lenie! I jeszcze jedna ważna rzecz - czasem zdarza się, że zioła stoją już kilkanaście godzin, a Wam coś wypadnie i muszą postać kolejne kilka - można je wtedy włożyć do lodówki, żeby tam dokończyły oczekiwanie aż znajdziecie dla nich czas.


Zioła nie chcą się zmyć/we włosach zostają fusy

Kolejnym problemem jest niedokładne zmywanie ziółek, czego skutkiem może być swędzenie, puch, siano i włosy pozbawione blasku, a także fusy spadające z głowy. Po pierwsze, jeśli macie wannę, najlepiej się w niej uwalić i zanurzyć głowę w wodzie tak, żeby zielsko sobie wypływało - większości to pomaga (tylko nie dolewajcie do wody płynów czy mydła). Jeśli natomiast mamy do czynienia z niedokładnie zmielonym senesem, samo płukanie i leżenie w wannie nic nie da - polecam wtedy robić to moim sposobem. Najpierw włosy płuczę aż poczuję, że domyłam większość. Chwilę suszę je pod ręcznikiem, a potem nad prysznicem otrzepuję je głową w dół. Wylatuje wtedy mnóstwo senesowych fusów, których nie ma szans domyć strumieniem wody. Potem jeszcze raz spłukuje włosy i dla pewności jeszcze raz osypuje. Gdybym tego nie robiła, to zostawiałabym po domu ziołową ścieżkę.

Skóra po hennowaniu lub senesowaniu swędzi

Patrz wyżej - może się tak dziać ze względu na niedokładne zmywanie. Zdarzało mi się nie domyć dobrze ziół (prawda jest taka, że tak czy inaczej ciężko je domyć w 100% samą wodą, więc zawsze coś tam może zostać) i kiedy przejeżdżałam paznokciem po skalpie gdy się drapałam, pod paznokciem zostawał zielony syf z henny. Swędzenie znikało dopiero po zmyciu włosów detergentem na drugi dzień. Leżenie w wannie z głową w wodzie może pomóc, ja wanny nie mam, więc niestety muszę sobie jakoś radzić. Źle dobrane dodatki zakwaszające lub zbyt duża ich ilość też mogą powodować swędzenie. Ostatnio też były jakieś doniesienia, że skalp swędzi po Satvvie - u mnie żadnego swędzenia nie było (a po innych jest xD), natomiast moja mama drapie się po niej cały dzień. Warto dodawać gluta czy inne nawilżacze w takim wypadku, żeby to trochę złagodzić.

Błotko cieknie po szyi i czole

Tak wiem, to turbo upierdliwe i ciężko tego uniknąć, szczególnie jeśli tak jak ja, wolicie nakładać na mokre włosy. Ale można się ratować, ja wypycham sobie luki czapki chusteczkami, ale widziałam że niektórzy używają w tym celu...podpasek XD. A jeśli śpicie z ziołami na głowie to obowiązkowo zainstalujcie ręcznik na poduszce.

Skóra na czole i na uszach się zafarbowała + zapobieganie

Żeby uniknąć zafarbowania skóry, przed nakładaniem ziół zabezpieczajcie ją czymś tłustym - np olejem. Ja najlepiej lubię do tego celu masła, mam przetopione masło shea z olejem konopnym i jojobą, dzięki czemu nie jest takie twarde jak samo shea. Smaruję nim uszy, czoło i kark. Olej odizoluje barwniki od skóry. Ręce zabezpieczajcie rękawiczkami. Jeśli jednak nie umiecie pracować w rękawiczkach tak jak ja (niewygodnie mi, rękawiczka upośledza czucie w palcach i nie radzę sobie z rozprowadzaniem ziół) to od razu po nakładaniu umyjcie łapy kilka razy wodą z mydłem. Ja lubię je też trochę wymoczyć i wysmarować czymś tłustym (choć to jako tako działa, to henna i tak powłazi między paznokcie i skórki i będziecie wyglądać jakbyście się przed chwilą bawiły w ręczny rozrzutnik gnoju ;V).

Przesuszenie po ziołach

I znowu, najczęściej jest efektem niedokładnego zmycia lub zbyt silnych dodatków zakwaszających. Widzicie ile problemów można rozwiązać jak się zadba o te dwie sprawy? Jeśli pomimo tego nadal macie przesusz, polecam dodawać do henny nawilżacze - gluta lnianego, miód, napary nawilżające (np. rumianek, lipa, nagietek), skrobia ziemniaczana itp.

Jeśli jednak już macie przesusz, możecie albo włosy jeszcze raz przepłukać wodą, albo zrobić płukankę nawilżającą - przelać je wodą z glutem lub jakimś naparem nawilżającym. Powinno pomóc.

Odparzenia głowy po zbyt długim noszeniu ziół, upały

Unikam raczej hennowania w trakcie upałów - szczególnie w dzień i na długo. Były przypadki odparzeń skóry albo uszu, pod workiem i czapką można się poważnie ugotować. Więc jeśli jednak się na taki krok decydujecie to kontrolujcie sytuację pod czapką co jakiś czas, żeby potem nie było niespodzianki. Odparzenie może być powodem późniejszego wypadania.

Włosy się nie błyszczą i nie widać efektów

Tu zależy co dla kogo jest efektem i czego oczekujecie. Cassia czy henna nie są nabłyszczaczami - i włosy nie musza się po nich błyszczeć, choć w praktyce najczęściej to robią. Zioła mają zmieniać kolor, pogrubiać i kondycjonować. Ale co jeśli tego nie robią? Wytłumaczeń może być wiele i zależy to od tego jak były użyte - czy odpowiednio długo odstały, czy wydzieliły barwnik, czy były dobrej jakości, czy odpowiednio długo były trzymane na włosach i zmyte, czy dobrze oczyszczono włosy z minerałów przed i tak dalej. Warto też dać sobie czas dnia czy dwóch na obserwacje włosów po ziołach - barwniki wciąż się utleniają, wciąż pracują, włosy wcale nie muszę w tych dniach wyglądać dobrze. Często efekty widzimy dopiero po umyciu włosów ponownie po kilkudziesięciu godzinach. Jeśli nadal nie widzimy efektów, nie czujemy pogrubienia, kolor włosów nie zmienił się zupełnie, to warto się zastanowić czy na pewno wszystko zrobiliśmy prawidłowo. Nie można tez od ziół oczekiwać cudownego działania na zawołanie - jeśli ktoś spodziewa się, że po użyciu cassii będzie miał dwa razy więcej włosów, to niestety mocno się zawiedzie.

Niektórzy nie widzą efektu pogrubienia - myślę że trzeba patrzeć trzeźwo i nie oczekiwać cudów. Nie można spodziewać się dwukrotnie większej ilości włosów, bo to po prostu nie jest możliwe. Trzeba wziąć też pod uwagę jak zniszczone były włosy przed henną. I co najważniejsze, patrzcie z przymrużeniem oka na fotki pojedynczych włosów przed i po hennie czy senesie - włosy na głowie są różnej grubości niezależnie od tego czy były hennowane czy nie, wobec tego takie porównanie jest mało wiarygodne. Poza tym, włos ciemniejszy po hennie wydaje nam się dużo grubszy niż przed henną, a to kwestia głównie tego, że jest bardziej widoczny.

Ile wody, naparów lub gluta dodawać?

Tyle żeby konsystencja była odpowiednia - na 60g ziół wychodzi mi zwykle około szklanka naparu/glutka lnianego. Trzeba mieć na uwadze, że błotko może trochę zgęstnieć po odstaniu, bo zioła wchłoną sporo wody i możliwe że konieczne będzie dolanie trochę płynu przed użyciem. Ale wyczujecie w końcu ile wasze błotko wymaga wody. Pisze woda - a mam na myśli jakikolwiek płyn. Jeśli robicie na naparze albo na glucie, to wody już nie dodajecie. Dodam jeszcze, że napary muszą trochę przestygnąć - nie lejcie do błotka wrzątku.

Odrost ma inny kolor niż reszta włosów

To jest chyba temat na oddzielny post, bo można na tu wiele powiedzieć. Jeśli jasne włosy były hennowane wielokrotnie, to odrost z reguły będzie jaśniejszy, bo ma mniej warstw ziół. Opcja jest taka, że albo nakładamy na odrost kilka warstw w krótkim odstępie czasu (np 3 dni pod rząd), albo dodajemy przyciemniające dodatki (np jabłko, amla, kalpi tone), ale trzeba się liczyć z tym, że to dodatki, które mogą "brązowieć", a więc trzeba uważać przy jasnych rudościach. Można oczywiście iść o krok dalej i zainteresować się indygo albo katamem (ale też pod warunkiem jeśli celujecie w brązy, albo macie już bardzo dużo warstw henny). Bardziej przesrane jednak mają osoby, które muszą rozjaśniać odrost, żeby na przykład z ciemnych włosów utrzymać hennowe rudości. Rozwinę to kiedy indziej!

Protip niektórych ludków: wygodne do robienia odrostu są takie śmieszne butelki zakończone "grzebieniem" z Aliexpres (znalazłam coś takiego na Alie - klik).

Włosy wyszły zielone - co robić 

Najlepiej od razu je umyć ze dwa razy jakimś mocnym detergentem i zrobić maskę chelatującą - z kwasku i witaminy C. To powinno pomóc - jeśli nie pomoże, to worek na łeb i nie wychodźcie z domu. A tak na poważnie, maskę można jeszcze powtórzyć. Oczywiście mówimy tu o zieleni, która wyszła po senesie albo cassii przez minerały na włosach. Jeśli macie zieleń po indygo na rozjaśnianych włosach, to pozostaje je albo ściąć, albo walić henny ile wlezie, żeby to jakoś zakryć (ale nie będę zbyt pomocna z indygo póki co, bo nie umiem w indygo).

Co się stanie, gdy umyję włosy zanim minie czas utleniania barwnika?

Kolor może być mniej trwały, kolor może przestać się utleniać (a więc jeśli coś Wam się nie podoba w uzyskanym kolorze, warto umyć włosy żeby trochę zahamować proces utleniania i ciemnienia koloru). Efekt po prostu może być słabszy. Ale generalnie jeśli koniecznie musicie to zrobić, to głowa Wam nie odpadnie. Najlepiej jednak odczekać chociaż 10 godzin (choć optymalny czas to 48h).

Dlaczego nie mogę dodać oleju albo odżywki?

Bo zależy Ci na możliwie jak najlepszych efektach, a olej lub odżywka wszystko zepsują, blokując ziołom możliwość wnikania do włosów lub utleniania się koloru. Nie chodzi tylko o dodawanie ich do błotka, ale również o używanie ich w czasie pierwszych 20-50 godzin po zmyciu ziół. Myślę że da się przeżyć dwa dni bez serum czy oleju na końcówkach.


Senes nie chce się dokładnie zmielić

Obawiam się że żadne młynki i blendery nie zmielą go idealnie. Może jakieś droższe młynki dałyby radę, z tego co mówią ludzie, Termomix robi idealny proch, ale to już spora inwestycja. Najlepiej znaleźć kogoś kto go ma, i zmielić naraz większą ilość na zapas. Jeśli nie macie możliwości - pozostaje jeszcze mielenie i przesiewanie przez drobne sito albo bledowanie na sucho, a potem na mokro (już z zakwaszaczem i innymi dodatkami). To bardzo ciężka praca, a i tak czasami traficie na jakieś większe odpadki. Myślę, że innego wyjścia po prostu nie ma. Można mieć tani senes albo dobrze zmielony senes.

Kolor bardzo szybko się wypłukuje

Jeśli mówimy o hennie - zwykle to wina kiepskiej jakości ziół, nieodpowiedniego ich przygotowania albo zbyt małej ilości warstw. Dobra henna i kilkukrotne, prawidłowe hennowanie gwarantuje w zasadzie dożywotni kolor, który po tygodniach czy miesiącach może jedynie lekko zblednąć czy zmienić odcień, ale nie ma szans żeby całkiem się wypłukał. Jeśli chodzi o cassie czy senes, trzeba się pogodzić z tym, że są znacznie mniej trwałe i trzeba naprawdę wielu wielu warstw, żeby sensownie się nadbudowały (o ile to w ogóle możliwe). Najlepiej więc co jakiś czas powtarzać cassiowanie/senesowanie.


I na koniec podaje jeszcze LINK do sklepu, gdzie możecie kupić hennę i nie tylko. Jeśli poprzez ten link coś od nich zamówicie, dajecie mi szansę zarobić parę groszy z programu partnerskiego. Będzie mi bardzo miło jeśli wspomożecie moją pracę! Tylko nie kupujcie ziół z Fitokosmetik, nie są bezpieczne.

Tak jak napisałam, lista będzie aktualizowana, gdy tylko uznam że jakiś problem powtarza się na tyle często, że warto o nim wspomnieć.



lipca 10, 2018

Najlepsza sałatka świata - szpinak, ser pleśniowy i pieczona gruszka

Najlepsza sałatka świata - szpinak, ser pleśniowy i pieczona gruszka
Hejo, chętni dostali już ten przepis na Insta Story, ale napisałam go jeszcze tutaj, żeby nie zniknął. Poznałam go u Oli, która pewnie właśnie to czyta, tylko trochę zmieniłam. To totalnie najlepsza sałatka jaką jadłam w życiu. Od paru tygodni robię co kilka dni porcję na cały dzień i potrafię wtedy nie jeść nic innego. Smakuje jeszcze lepiej niż wygląda, jest prosta i szybka. Polecam nawet wszystkim antyfanom serów pleśniowych i szpinaku.



Składniki:
- Pół piersi kurczaka (ok. 200-300g)
- Przyprawa do złocistego kurczaka
- Paczka szpinaku
- Gruszka, najlepiej miękka (albo dwie)
- Ser pleśniowy Blue (polecam ten "Delikate" z Biedronki, ale nie w kartoniku, tylko w plastiku z figą na zdjęciu)
- Łyżka miodu
- Łyżka octu jabłkowego
- Łyżka musztardy
- Łyżka oleju

Opcjonalnie:
- Prażone pestki słonecznika, dyni, orzechów lub migdałów - mi znacznie bardziej smakuje bez nich

Jeśli nie możecie znaleźć szpinaku, to polecam jej NIE robić z sałatą lodową, bo wtedy trzeba ją zjeść od razu. Sałatka ze szpinakiem przetrwa do następnego dnia, z lodowej po kilku godzinach jest niejadalna i zamienia się w ciecz. Poza tym, sałata lodowa smakuje zupełnie inaczej z tymi dodatkami. 


Przygotowanie:

Najpierw kroję gruszkę w paski i smażę na suchej patelni. Można oczywiście nie być leniwą ciotą i po ludzku ją upiec, ale smakuje identycznie w obu przypadkach. Im miększa gruszka tym lepiej - tym więcej słodkiego soczku, który tak świetnie łączy się z resztą sosu. Smażymy ją delikatnie, ma się zrobić miękka i glutowata, a nie spalona - w praktyce wychodzi około 5-8 minut.

Gruszkę przekładam do ostygnięcia i na tej samej patelni (tylko z olejem) smażę kurczaka pokrojonego w kostkę i utaplanego mocno w przyprawie. Kiedy będzie stygł, zabieram się za resztę sałatki.

Nie bawię się w miseczki na sosiki, dresing rozrabiam już bezpośrednio w dużej misce na sałatkę. Mniej garów do mycia. Dodaje miód, musztardę, olej i ocet i mieszam.

Potem szpinak myję i kroje. Wrzucam do michy i mieszam z sosem, a potem dorzucam ser, gruszkę i kurczaka (jak są już zimne). Mieszam wszystko i tyle. Nie ma potrzeby już doprawiać. Smacznego!

Jak interesuje Was więcej pokarmów skrzatów, to zerknijcie na bardzo jadalny chlebek paleo lub pyszną gorącą czekoladę.

lipca 07, 2018

Krótkie recenzje seriali historycznych z ostatnich lat - mój ranking

Krótkie recenzje seriali historycznych z ostatnich lat - mój ranking

Większość seriali i filmów jakie oglądam to utwory fantasy albo historyczne. Dobry serial dla mnie to taki, który składa się z jakiegoś krasnoluda, żelastwa, kiecki z gorsetem i braku toalet, ewentualnie jakieś post apo, chociaż musi być naprawdę wyjątkowe, żeby mnie urzec. 


Dzisiaj zajmę się tylko serialami historycznymi - istnieje ryzyko, że o jakimś po prostu zapomniałam, ale najwyżej zrobi się część drugą (raczej na pewno, bo jeszcze wielu nie widziałam). Niektóre z tych seriali mają jakieś niewielkie elementy fantasy, ale jako że wydarzenia mają miejsce na Ziemii, darowałam sobie taką klasyfikację. Przybywam z mini rankingiem, kiedyś zrobię jeszcze spis seriali fantasy i lecimy z filmami, zapraszam!

(Jeśli chcesz wiedzieć, które są moimi ulubionymi, a boisz się że zaśniesz czytając te wypociny, zacznij od końca! Jechałam od najgorszego do najlepszego).



Rodzina Tudorów

Twarz głównego bohatera tak bardzo mnie odpycha, że nie jestem w stanie tego oglądać. A tak na serio, to dziwi mnie czemu nie potrafię skończyć tego serialu. Klimat jest dla mnie w sam raz, a jednak mimo wielu podejść, nadal go nie obejrzałam. Czy ktoś potrafi mi to wytłumaczyć? Fabularnie jest według mnie dość ubogi i nie mogę się w niego wciągnąć. Nie będę więc rozpisywać się więcej na jego temat - w końcu nie wiem nawet o czym ;v

Filary Ziemi

Tak jak Rodzina Borgiów podobała mi się cholernie, tak to tyłka nie urwało, a czytałam też książkę (która też nie urwała ;). Obejrzałam całość, nie odpadłam, były ciekawsze momenty, ale to zdecydowanie nie to co lubię. Poza tym nie przepadam za opowieściami, które trwała kilkadziesiąt lat, a wszyscy bohaterowie się starzeją. W książce budowa kościoła trwała, o ile pamiętam, 40 lat, więc wszyscy się zestarzeli. Nie wiem czy tylko mnie to razi, ale zdecydowanie wolę jak bohater jest od początku do końca w tym samym wieku.

Troja: Upadek miasta

Niska ocena tego serialu jest wywołana na Filmwebie głównie z powodu czarnoskórego Achillesa i Zeusa, i pomimo że nie przepadam za wciskaniem poprawności politycznej wszędzie tam, gdzie tylko się da, to uważam, że taki obrót spraw jest mimo wszystko całkiem wiarygodny. Historycy też tak twierdzą - jako odbiorcy patrzymy tu przez pryzmat współczesnego świata i człowieka. A niestety mało prawdopodobne jest żeby w tamtym okresie rzeczywisty Achilles był lśniącym Bradem Pittem z farbowanym blondem. Ludy śródziemnomorskie miały w rzeczywistości znacznie ciemniejszą karnację. Dlaczego więc oburzamy się na widok czarnoskórego Boga, a nie widzimy nic złego w innych mało pasujących elementach? Kolejną kwestią jest to, że w tamtym okresie Europa nie była sklejona tylko z białych ludzi - nawet w mitach niejednokrotnie można spotkać Etiopczyków. Mi serial jednak niezbyt przypadł do gustu ze względu na fabułę, choć miał ładną "oprawę". Znacznie bardziej podobał mi się film z 2004 roku (swoją drogą też kiepsko oceniany z tego co pamiętam) - być może dlatego, że był po prostu krótszy.

Wikingowie (spojlery!)

Wszyscy raczej znamy. Choć Ragnary zalały już wszystkie zjazdy reko, tak ja nie specjalnie lubię ten serial. Wow, co nie? Ale jako, że teoretycznie obracam się w takich klimatach, dostał trochę dłuższą rozkminę. Sama otoczka i muzyka są okej (Wy już wiecie że jestem psychofanką Wardruny). Natomiast fabuła z sezonu na sezon podupada. Pojawiają się jakieś magiczne niewyjaśnione pierdoły i wątki pozbawione logiki i sensu. Serial pełen jest bezsensowych i nie istotnych wydarzeń. A szkoda, bo obecnie to najbardziej popularna produkcja o wikingach. Mają dużą siłę przebicia i tworzą nudną fabułę w ładnym opakowaniu. Poza tym, mam wrażenie że wszyscy są tam...źli. Przez wszystkie te sezony nie poznałam chyba postaci, która nie była by taka sama jak cała reszta - dwulicowa, zdradliwa i okrutna (nie licząc Athelstana, którego nam zabrali - był jedyną szczerą postacią, a zmieniał strony nie ze względu na swoją zdradliwą naturę, a przywiązanie i oddanie wobec "obu" grup). Może ktoś widzi w tym zaletę, ja nie, bo mam wrażenie że bohaterowie mają te same, przewidywalne cechy. Ciężko sobie znaleźć jakiegoś ulubieńca w tym serialu. I nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo lubię czarne charaktery - pod warunkiem, że mają szansę się wyróżnić. Tu wszyscy są identyczni - zabijanie i zdradzanie swoich przychodzi im równie łatwo co zalewanie sobie herbaty i mam wrażenie, że jest całkowicie pozbawione emocji. Strasznie mnie to razi, bo nie wiadomo po czyjej stronie stawać, komu kibicować - wszyscy są, kolokwialnie mówiąc, chuja warci.

(SPOJLER: Do dziś nie jestem w stanie pojąć, dlaczego nikt, nawet sam Bjorn, nie przejął się bezsensowną śmiercią swojej córki w jakimś rowie, a cała ta sytuacja była równie istotna co moje dzisiejsze wyjście do sklepu po bułki i masło. Mam wrażenie że scenarzyści zapomnieli, że właśnie kogoś uśmiercili, a fabuła toczy się dalej jakby nigdy nic. W rowie leży jedyne i martwe dziecko jednej z ważniejszych postaci serialu, ale tak jakby wszyscy mają to w dupie. Równie idiotyczna była śmierć Yidu - przecież mogła umrzeć dużo wcześniej albo w ogóle nie istnieć, i tak nie robiła nic pożytecznego poza dostarczaniem towaru ćpunowi. Może to ja tu czegoś nie rozumiem, może coś przegapiłam? v;).

Plus, tak jak w "Filarach Ziemi", strasznie nie lubię dużego przeskoku w wieku bohaterów.

Piraci

To coś zupełnie innego i zdecydowanie muszę obejrzeć od nowa i dokładnie. Kiedy oglądałam go pierwszy raz byłam chora i połowę serialu spałam, a połowę siedziałam na telefonie. Leciał gdzieś w tle i mnie nudził, bo traciłam rachubę i nie wiedziałam co się dzieje. Ale po samej kreacji świata, kostiumach i klimacie prawie na pewno wiem, że będzie całkiem przyjemny. I gra tam ten fajny aktor, który był królem Azgedy w "the 100"!

Reign

Serial jest w porządku, choć znowu - mocno irytowały mnie zachowania głównej bohaterki, która nie wiedziała za bardzo komu ma udostępnić swoje wejście USB (if u know what i mean ;V). Oglądałam go tak dawno temu, że pamiętam chyba tylko ten szczegół. Ale pamiętam też, że oglądałam kilka odcinków za jednym zamachem, a to musi coś znaczyć.

Marco Polo

Zupełnie nie wiem co o nim myśleć - nie przywykłam do takich Azjatyckich klimatów, normalnie z własnej woli bym go nie obejrzała, ale miałam okres, gdzie nie było do wyboru nic lepszego. Miejscami mnie ciekawił, miejscami bardzo nudził i irytował. Fanom takich klimatów spodoba się na pewno, bo według mnie otoczka jest przepiękna, ale dla kogoś kto zwykle wybiera klimaty nordyckie, to zbyt duża przepaść i prawdopodobnie nie umiem go docenić. Mimo to obejrzę kolejny sezon gdy się pojawi! (I duży props za postać księcia Jingima, który swoją drogą strasznie przypomina mi z wyglądu Mulan!)

Muszkieterowie

Serial przedstawiający historię czterech cieciów w kapeluszach i skórzanych wdziankach. Bardzo go lubię, oglądałam dwa razy, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądał zachęcająco. Mocno wciąga i lekko zahacza o kryminał, bo sporo tam zagadek i tajemnic. I zdarza się też sporo śmieszków.

Upadek królestwa 

Tu z kolei mamy historię Uthreda, który może jest fajną dupą, ale niemiłosiernie mnie irytuje swoim zachowaniem. Chyba przypomina mi to Wikingów i ich zdradliwe dwulicowe mordy. Obejrzałam tylko jeden sezon tego serialu, bo Netflix uparcie nie chce udostępnić nam drugiego - ale znalazłam go już gdzieś w necie po angielsku i planuję niedługo łyknąć. Sama fabuła jest znacznie lepsza niż w Wikingach, a poza tym Eivor nagrała im kilka cudnych soudracków. Jeśli miałabym polecić dobry serial o Normanach, to byłby właśnie ten, o ile potraficie znieść wybryki tego kmiota, głównego bohatera.

Outlander 

W zasadzie ten serial łączy elementy fantasy, ale ogólnie jest serialem historycznym. Jest oparty na powieści Diany Gabaldon ("Obca" jest pierwszą z kilku części), którą miałam okazję czytać. W skrócie, przedstawia historię Claire Randall, która przypadkiem przeniosła się w czasie do Szkocji 200 lat wstecz i okazało się, że podoba jej się tam bardziej niż w dwudziestym wieku. Tylko trafiła na trochę kiepski dla Szkocji okres. Pomimo że klimat jest genialny od samego początku, jakoś nie mogłam się wkręcić przez kilka pierwszych odcinków. A potem nie mogłam znieść, że muszę czekać na czwarty sezon. To takie trochę romansidło, i z reguły takie rzeczy mnie nie kręcą, ale biorąc pod uwagę podróże w czasie i wojnę w pakiecie, daje 11/10. Aha, jeśli tak jak ja pół sezonu zastanawiacie się skąd kojarzycie twarz Randalla, to uwolnię Was od tego cierpienia - widzieliście go w "Grze o tron" jako brata Catelyn, Edmure'a.

Rodzina Borgiów

Obejrzałam go trzy razy i chyba było to na tyle dawno temu, że mogę obejrzeć ponownie. Nie przepadam za filmami o kościele, więc sama się dziwie, że podoba mi się takie combo o papieżu. Może to przez wzgląd na to, że serial obnaża sporo kościelnych tajemnic. I to nareszcie coś dobrego fabularnie, cokolwiek by się tam nie działo, mnie ciekawi. I nareszcie dostrzegam logikę działania i jakieś wewnętrzne dobre cechy w bohaterach, którzy mają sporo za uszami. Nie mogę się doczekać kontynuacji. Polecam motzno!

Spartacus 

Mój zwycięzca. To serial mocny fabularnie - bo efektami specjalnymi dupy nie urywa. W zasadzie można się mocno zniechęcić oglądając kilka pierwszych odcinków - w serialu wykorzystują między innymi zabieg wciskania przerywników, w których leje się komputerowa krew. Wygląda to trochę kiczowato i nie serialowo. Dopiero gdy porwała mnie fabuła, przestało mnie to rozpraszać. Serial ma cztery sezony - po pierwszym zrobili sequel i opowiedzieli historię Gannicusa, ponieważ zmarł główny aktor pierwszego sezonu. Zastąpił go nowy Spartacus w trzecim i czwartym sezonie - ciężko się było przyzwyczaić, ale są nadal zajebiste. Wystarczająco zajebiste, żebym miesiąc po skończeniu ostatniego sezonu nadal nie mogła odnaleźć sensu życia po tym jak się zakończył. I tak, znam historię, wiem że nie mógł zakończyć się dobrze, ale to takie przykre ;_;. Bardzo mocno Wam polecam zacisnąć zęby i przebrnąć przez kilka pierwszych odcinków, bo czeka Was mnóstwo zagadek, tajemnic, knucia, pornosów, płaczu i depresja na koniec.


Tak wiem, profesjonalnym recenzentem nigdy nie będę :D

Za kilka dni wrzucę więc recenzję serum z Biolavenu, żeby ćwiczyć dalej :D (jeśli kogokolwiek to interesuje ;v). Żegnam się, papa :D

Przypominam o starych wpisach:

Najlepsze zespoły folkowe

Ulubione albumy muzyczne



Copyright © 2016 gnome household , Blogger