czerwca 22, 2018

Chemiczne zabójcze kosmetyki - krótki wpis o świadomej pielęgnacji

Standardowo posłużyłam się odrażającym clickbaitem, żeby Was tutaj zwabić.

Dlatego już na wstępie wyjaśnię pewną kwestię - wszystko jest chemią. Natura też nią jest. Przyjęło się, że błędnie mianem "chemii" nazywamy złe i szkodliwe substancje, ale prawda jest taka, że chemia to wszystko co nas otacza.


Dzisiaj chciałabym napisać co nieco o moich przemyśleniach dotyczących rzeczywiście szkodliwych substancji oraz strachu przed innymi syntetycznymi składnikami z punktu widzenia osoby, która ich nie używa, ale też z punktu widzenia kogoś, kto się ich nie boi.



Absolutnie nie jestem z tych, co unikają każdego składnika, który nie wyrósł w ziemi, a na myśl o parabenach albo pegach dostaje gęsiej skórki. Nie wszystko co naturalne jest dobre i nie wszystko co syntetyczne jest złe - ale ja wybieram naturę świadomie i raczej z pasji, a niekoniecznie z jakiejś chorej obsesji i strachu przez składnikami syntetycznymi. Nie umrę od użycia SLSA i nie dostanę raka prostaty od zrobienia tapety kosmetykiem nie mineralnym. Ale jeśli mam wybór, wybiorę naturę i nie jest to spowodowane strachem, a zwykłym zainteresowaniem.

Kiedy zaczyna się przygodę z kosmetykami naturalnymi, bardzo często ma się podejście: "Albo natura, albo nic". Powstaje tendencja do negowania wszystkiego co nie naturalne i straszenia tym jak okropne są to substancje. Dopiero z czasem dostrzega się o co tak naprawdę chodzi w świadomej pielęgnacji - a nie chodzi o strach przed użyciem czegoś co potencjalnie może nam szkodzić, tylko o rozsądek i analizowanie źródeł zanim posądzimy jakiś składnik o wywoływanie autyzmu i ciąży pozamacicznej.

I nie zrozumcie mnie źle - jest naprawdę masa składników, które nie powinny się znaleźć w kosmetykach, które realnie mogą szkodzić, przenikać do skóry, wywoływać jakieś choroby, zwiększać ryzyko chorób nowotworowych, wręcz przyspieszać starzenie skóry. I bardzo dobrze, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, które to składniki. Ale większości z nich nie ma sensu się bać. Unikać - jasne, ale nie demonizować.

Kolejna kwestia to umiejętność unikania konkretnych składników w konkretnych sytuacjach. Za przykład weźmy silikony. Czy są to składniki złe i szkodliwe? Z punktu widzenia pielęgnacji skóry mogą być - bo niektóre są komedogenne, bo mogą blokować wchłanianie, i wiele innych. Ale z punktu pielęgnacji włosów (nie skalpów!)? Ci co mnie czytają, wiedzą że ich unikam i każdemu radzę ich unikać w pielęgnacji włosów - a wynika to głównie z tego, że silikonów w pewnym sensie trzeba się nauczyć i dlatego, że lubią "oszukiwać" naszą psychikę. Co mam na myśli? To, że trzeba wiedzieć jak je potem odpowiednio zmyć, że są silikony łatwo zmywalne i te które trzeba zrypać mocnym szamponem, trzeba pamiętać, że kosmetyki pielęgnacyjne na silikonie nie mają szansy dotrzeć do wnętrza włosa i tak dalej. Oprócz tego stwarzają iluzję zdrowszych włosów po użyciu, przez co wydaje nam się, że wcale nie są takie zniszczone. Dla mnie to zbędna zabawa. Wole nie używać silikonów i nie musieć się martwić tym, że potem muszę używać silnych detergentów żeby je zmyć. Ale same w sobie do użytku na włosach i końcówkach nie są specjalnie szkodliwe i nie demonizujmy ich - to po prostu syntetyczne emolienty, nie odżywią włosów i ich nie naprawią, a jedynie zabezpieczą i ewentualnie maskują ich zły stan. Włos jest martwy - nie wchłania witamin ani substancji szkodliwych i nie przekazuje ich do organizmu.

Oczywiście całkowicie rozumiem podejście pod tytułem "Nie bardzo znam się na konkretnych składnikach, dlatego wolę dla bezpieczeństwa unikać wszystkich nie naturalnych" - spoko. Sama długo kierowałam się takim podejściem i wybierałam marki, które są na bank naturalne i nie muszę analizować ich składu. To dobra droga na początek, w końcu nie musimy znać każdego składnika na pamięć. Ale jeśli wychodzicie z takiego założenia, darujcie sobie demonizowanie syntetyków, możecie poważnie wprowadzić w błąd. Nie róbcie tego ;D

Jest jeszcze kwestia stężenia - w wielu przypadkach, jakiś składnik może szkodzić w konkretnych stężeniach, a w stężeniach mniejszych jest uznawany za bezpieczny. Kiedyś wychodziłam z założenia, że jeśli coś szkodzi po osiągnięciu tylko konkretnego stężenia, to ja będę tego unikać i używać tylko składników, które nie szkodzą nawet w ogromnych stężeniach. Tylko że, ups - spora większość składników może w większych ilościach szkodzić na różne sposoby, i składniki pochodzenia naturalnego również. Zbyt duża ilość olejków eterycznych może wywołać podrażnienie, zbyt duża ilość kwasów może Wam spalić twarz i kudły (nie bez powodu taki niby nieszkodliwy ocet jabłkowy czy inne "domowe" kwasy trzeba rozcieńczać), zbyt duża ilość olejów w produktach do mycia włosów, może sprawić, że będą obciążone i tłuste po myciu. I tak dalej. Wszystko może działać inaczej niż powinno w dużych ilościach i stężeniach. Wobec tego czy takie podejście ma sens? Zostawiam to już Waszej ocenie.

No, to skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to ponarzekajmy trochę w druga stronę - faktem jest, że w drogeriach większość kosmetyków to sklejone ze szkodliwych substancji ulepki, które może wizualnie po użyciu wydają nam się genialne i polepszające nasz stan, ale wynika to jedynie z ich przyjemnej konsystencji, zapachu i tak dalej - realnie na dłuższa metę są to kosmetyki, które robią więcej szkody niż pożytku. I przykro się ogląda film pewnej vlogerki, która poleca krem X z Sephory czy innego Douglasa za półtora tysiąca złotych, a jego skład wygląda gorzej niż skład pasty do butów - a takich nieświadomych autorytetów jest w sieci mnóstwo.

Darujmy sobie tutaj teksty " Ale u mnie działa, moja skóra lubi" - i umówmy się - jeśli coś jest realnie szkodliwe, to szkodzi każdej skórze, nawet Twojej. Niestety świat nie wygląda tak, że alkohol, fajki i narkotyki szkodzą tylko wybrańcom. To że Twój kot nie wydala własnego odbytu po wypiciu krowiego mleka wcale nie oznacza, że powinien je dostawać i że jest dla niego zdrowe. I tak samo, to że nie widzisz na swojej skórze negatywnych skutków używania donorów formaldehydu nie czyni ich składnikami bezpiecznymi. I jasne, masz wybór czego chcesz używać na własnym ciele. Możesz posługiwać się dobrym kremem, albo smarem do zawiasów - nikomu nic do tego. Ale znowu - nie wprowadzaj ludzi w błąd, nie mów że ten smar jest dobry i bezpieczny, kiedy tak nie jest. Rozumiem, że to jest niestety kwestia świadomości, i większość ludzi mając na myśli "dobry kosmetyk" nie kieruje się jego składem, a działaniem - a złe kosmetyki mają to do siebie, że są mistrzami iluzji i stwarzania pozorów - "działania, polepszania, odmładzania". Dobrze leżący na twarzy silikonowy podkład działa jak należy, więc mówimy że jest dobry.

Co mogę więc poradzić początkującym? Nie parzcie na ceny. Krem droższy od roweru nie musi być w niczym lepszy od kosmetyku za dwie dyszki, który pomimo bazy z oleju rafinowanego nie ma w składzie całej litanii syfów. Zacznijcie płacić za skład a nie za markę. Zacznijcie czytać składy, a nie ulotki i naklejki na kosmetykach. Szampon z dopiskiem "nawilżający" nie musi mieć w sobie nic co nawilża - z resztą jego zadaniem jest mycie, a nie nawilżanie. Ale z drugiej strony, nie panikujcie i nie demonizujcie w ciemno wszystkiego, co nie jest olejem i wyciągiem roślinnym i uwierzcie, że nawet w tym złym świecie sklejonym z chemikaliów tworzy się jeszcze substancje syntetyczne, których celem nie jest sianie śmierci i zniszczenia, a mają jakieś pożyteczne funkcje. I najważniejsze - natura też bywa szkodliwa, też może uczulać (i w praktyce natura uczula dość często, w końcu mamy do czynienia z ekstraktami roślinnymi i tak dalej).

I tym skromnym postem chciałabym zapoczątkować serię dotyczącą analizowania składów, którą planuję od dawna!

A Wy co myślicie na ten temat? Jakie macie podejście do składów?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 gnome household , Blogger