czerwca 29, 2018

Encyklopedia domowych masek do włosów - 32 przepisy!

Encyklopedia domowych masek do włosów - 32 przepisy!

Dobrze wiecie, że jestem fanką kosmetyków "na zapas" - nie przepadam za babraniem się non stop z niewielką ilością kosmetyku, wolę zrobić większą ilość, która wystarczy mi na kilka tygodni. Postanowiłam jednak stworzyć spis domowych i prostych masek do włosów, bo mam sporą praktykę w testowaniu ich, a wiem że większość z Was woli takie przepisy niż tworzenie trudnego kosmetyku na emulgatorze.

I standardowo, mam dla Was kilka przydatnych informacji związanych z tematem. Mam nadzieję, że coś przypadnie Wam do gustu. Jeśli chcecie, mogę w przyszłości stworzyć podobny post o maskach do twarzy.




Efekty masek i odżywek 

To chyba najważniejszy punkt tego wpisu. Maski, pomimo że bywają potrzebne, nie są magiczną bronią przeciwko wszystkim włosowym problemom. Kiedy wchodzę na pierwszą lepszą grupę włosową widzę od razu pytania początkujących: "A jaka maska jest najlepsza?", "A jaka maska najlepiej nawilża?", "A poleci ktoś maskę na zniszczone końcówki?", "Najlepsza maska do suchych włosów to?". Moi drodzy - nie ma czegoś takiego jak najlepsza maska na suche, mokre, ciemne, słabe, zniszczone, czy inne włosy, nie ma czegoś takiego jak najlepsza maska w ogóle, bo zależnie od indywidualnych problemów i typu włosów, maska może mieć różne efekty u różnych osób. Musicie się nauczyć, że są TYPY masek, wykorzystywane przy konkretnych problemach skórnych czy włosowych i w zależności od tego co chcemy osiągnąć, powinniśmy wybierać właśnie typ maski, a nie markę maski. Zamiast pytać jaka jest najlepsza maska świata, spytaj na przykład o typy masek humektantowych (nawilżających), albo proteinowych. Maska to niestety nie jest coś, co rozwiązuje wszystkie problemy z włosami - jeśli Twoja pielęgnacja leży, nie stosujesz zasad równowagi PEH, codziennie rypiesz włosy detergentami i wysoką temperaturą, żadna pojedyncza maska nie jest w stanie Cię uratować. Trzeba tez mieć na uwadze, że większość gotowych produktów - odżywek i masek ma w składzie silikony i inne substancje oblepiające. Odpowiadają one za ładny wygląd włosa - a nie jego rzeczywisty stan. Włos nadal jest zniszczony, ale oblepiacze to maskują. I to powoduje, że bardzo często wpadacie w pułapkę, gdy ktoś Wam coś poleci - maska ma wizualnie super działanie, a w rzeczywistości nie wiecie jak działa i czy w ogóle działa, bo nie czytacie składów i nie umiecie wyróżnić w niej poszczególnych typów produktów. I przede wszystkim - możecie kupić tanią maskę, która nie urywa dupy składem, ale ma ma np. silikonów i filmformerów i samodzielnie wzbogacać ją o składniki nawilżające, proteinowe i tak dalej.


Błędy popełniane w tworzeniu i używaniu masek

Najbardziej znany nam przepis na domową maseczkę składa się z żółtka, oleju rycynowego, kilku kropli witaminy E oraz nafty. Taką maskę robiły nasze babcie i mamy, i naprawdę bardzo ciężko nie znać tego przepisu. I wszystko byłoby super, gdyby nie jeden składnik, który w ogóle nie powinien się w niej znaleźć! Nafta jest substancją podobną do parafiny, wazeliny i innych substancji będących pochodnymi ropy naftowej. Dawniej była w kosmetyce absolutną koniecznością, bo ludzie nie zdawali sobie sprawy, że to dodatek zupełnie zbędny i szkodliwy. Nafta to filmformer. Nie ma w sobie NIC co mogłoby służyć skórze albo włosom. Po użyciu jej zazwyczaj ludzie czują jednak, że włosy są aksamitne i wyglądają zdrowo. W czym więc tkwi jej sekret? Ano właśnie - włosy wyglądają zdrowiej. Nie są jednak zdrowsze, a oblepione do następnego mycia (choć teoretycznie rypacz ją domyje to jednak mam wątpliwości czy dokładnie, niestety kilka lat temu używałam jej namiętnie). Podobnie działa parafina. Wizualnie poprawiają wygląd włosów, ale w żaden sposób ich nie naprawiają ani nie odżywiają. Mało tego,  mogą blokować wchłanianie innych składników, bo tworzą warstwę oblepiającą - nie ma więc sensu marnować żółtka i witamin - włosy i skalp i tak niewiele tego zjedzą, bo nafta prawdopodobnie zamknie drogę do włosa i zablokuje pory skóry. Co prawda oleje i tłuszcze także mogą blokować wchłanianie innych substancji (między innymi dlatego nie są polecane do henny, senesu czy cassi), ale przynajmniej mają w sobie związki cenne dla skalpów i kwasy tłuszczowe cenne dla włosów, no i łatwiej je zmyć.

Kolejnym błędem jest nieumiejętne dobieranie składników do włosów - pisałam o tym wyżej. Dobrze jest mieć świadomość co dokładnie ma robić maska. Nakładanie różnego rodzaju ekstraktów czy witamin na włos (nie skalp) trochę mija się z celem, bo włos jest martwy, tak czy inaczej ich nie wykorzysta.


Jak długo trzymamy maski na włosach?

Ciężko mi się ustosunkować do tego, że trzymanie maski dłużej niż 20 minut powoduje rozpulchnienie włosa. Tak naprawdę samo zmoczenie włosa już go rozmiękcza. Ale głównie robią to silne zasady lub silne kwasy (a więc zabiegi typu trwała, rozjaśnianie itp). Zbyt długie trzymanie odżywek lub masek (kilka godzin) w przypadku części osób kończyło się rozpulchnieniem - włos stawał się miękki i przypominał gumę. Osobiście nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, nie mam też sprzętu laboratoryjnego żeby to sprawdzić, ale próbuję to sobie rozsądnie analizować. Skoro sam olej włosa raczej nie rozpulchni (bo po nocy z olejem na głowie nikt takich skutków nie ma a większość olejów nie wnika) to wyjaśniam to sobie albo winą humektantów, samej wody, lub nieodpowiedniego ph produktu. Szkoda, że nie mamy dokładnych testów konkretnych produktów, które wywołały taki efekt. Miejmy też na uwadze fakt, że niektóre produkty trzymamy na włosach bardzo długo i również rozpulchnienie się nie pojawia - mówię tu o ziołach koloryzujących, których barwniki potrzebują kilku godzin, żeby przejść do włosa i ulokować się między keratyną. Myślę więc, że bezwzględne trzymanie się tych 20 minut z zegarkiem w ręku to lekka przesada, aczkolwiek sama nie przepadam za trzymaniem masek na głowie przez kilka godzin. Na ta chwilę niestety nie umiem powiedzieć, czy zbyt długie ich trzymanie jest w stanie na dłuższą metę niszczyć włosy przez rozpulchnienie. Decyzja należy do Was w co wierzycie, ja osobiście trzymam maski około 20-40 minut. Jeśli natomiast chodzi o maski do skalpu - można je trzymać znacznie dłużej pod warunkiem, że nie odczuwacie nieprzyjemnych dolegliwości (pieczenie, ból, zaczerwienienie, szczypanie) - jeśli je odczuwacie bezpieczniej będzie je zmyć. Oczywiście wcześniej róbcie testy skórne. Maski peelingujące nie muszą być długo trzymane, chyba że mają też składniki na porost - ważny jednak jest w ich przypadku masaż skalpu.


Rodzaje masek:

  • Proteinowe - wypełniające, w pewnym sensie odbudowujące.
  • Emolientowe - "oblepiające", zabezpieczające.
  • Humektantowe - nawilżające.
  • Mieszane - czyli takie, które mają zarówno składniki masek powyżej. Rzadko bywa, że maska jest tylko i wyłącznie nawilżająca, proteinowa czy emolientowa.
  • Peelingujące - do skalpów, a nie włosów. Protip: nie polecam robić ich z cukru do skalpów, to świetna pożywka do grzybów i bakterii. Zaproszenie dla łupieżu i innych ciekawostek. 
  • Na porost - Jak wyżej.
  • Chelatujące - Służy do oczyszczania włosów z nadbudowanych minerałów pochodzących ze zbyt twardej wody. Maski używa się głównie przed farbowaniem włosów henną, senesem, cassią czy innymi ziołami - ma to nie tylko zapobiegać osadzaniu się barwnika na minerałach (co skutkuje w przypadku cassi czy senesu zielonym poblaskiem) ale także ma ułatwiać ziołom przenikanie do włosów. Można jej jednak używać co jakiś czas nawet jeśli nie używacie wspomnianych ziół - bo zbyt duża warstwa osadzonych minerałów skutkuje tym, że włosy robią się matowe i smutne. 
  • Gloss - To maska, która powstaje przy połączeniu ziół koloryzujących z dodatkami takimi jak odżywki, oleje i inne pierdoły. Gloss może podbijać kolor, ale sam w sobie bywa nieprzewidywalny. No i trochę szkoda marnować potencjał ziół, które solo i zakwaszeniem mają większą moc barwiącą i kondycjonującą. Ale jak komuś bardzo zależy, to czemu nie.
  • Koloryzacyjne - Tu już biorą udział same zioła koloryzujące i dodatki muszą być odpowiednio przemyślane, zależy to między innymi od efektu który chcemy osiągnąć. Pisałam o tym TUTAJ. Zwykle nie nazywa się tego maską, ale powiedzmy, że można ją tu zaklasyfikować jako forma maski. Barwniki tych ziół są w stanie realnie pogrubić włosy.

Wskazówki - WAŻNE

Nie będę przy każdym przepisie rozpisywać jak dokładnie zrobić maskę. Po prostu mieszacie je razem i tyle. Ale przeczytajcie te podpunkty, żeby wiedzieć jak traktować poszczególne produkty podczas tworzenia masek.

  • Woda/napar - dodajemy tyle, żeby konsystencja była dla nas odpowiednia, nie bawię się w dokładne podawanie ilości, bo dla każdego ta ilość może być inna - maska nie powinna być zbyt gęsta, ciężej wtedy nałożyć. Z drugiej strony, gdy będzie zbyt wodnista to spłynie Wam z głowy.
  • Maski na porost raczej nie powinny być nakładane na włosy na długości i końcówki, ze względu na to, że zawierają dość drażniące składniki i mogą (choć nie muszą) przesuszać. To samo tyczy się masek peelingujących - włosy ich nie potrzebują.
  • Maski chelatujące natomiast, nakładamy tylko na włosy, bo tam osadzają się minerały.
  • Żelatyna/agar - rozpuszczamy je w wodzie przed dodaniem do maski
  • Wszystkie produkty suche typu mąki, glinki, algi też najlepiej wcześniej rozpuścić w niewielkiej ilości wody, żeby potem nie powstawały grudki.
  • Glut lniany do maski najlepiej gotować płynny (więcej wody, mniej ziaren), zbyt gęsty ciężko ładnie wymieszać z resztą składników - ale jeśli wyszedł wam gęsty, możecie go zblendować.

Przepisy 

#1 Maska proteinowa
- Żółtko
- 3 kapsułki witaminy E
- Mocny napar z pokrzywy
- 4 łyżki mąki owsianej

#2 Maska odbudowująca/proteinowa (domowy Olaplex)
- Pół łyżeczki cysteiny
- Pół łyżeczki wody (do rozpuszczenia cysteiny, choć nie jest to konieczne)
- 2 łyżki odżywki bez silikonów

#3 Maska proteinowa
- Łyżka żelatyny
- Ciepła woda (do rozpuszczenia żelatyny)
- 2-3 łyżki śmietany

#4 Maska proteinowa (Wegańska)
- Łyżka agaru
- Ciepła woda (do rozpuszczenia agaru)
- Łyżka mąki owsianej
- Mleko kokosowe

#5 Maska proteinowa
- Łyżka spiruliny (mogą być inne algi, np. laminaria albo fucus)
- Woda
- 4 łyżki jogurtu naturalnego

#6 Maska proteinowa
- Łyżka ziemi okrzemkowej
- Żółtko
- Woda
- 2 łyżki odżywki bez silikonów

#7 Maska proteinowa
- Łyżka hydrolizowanej keratyny
- 3 łyżki mąki owsianej
- Woda
- Łyżka gęstej śmietany lub jogurtu

#8 Maska proteinowa
- Trzy łyżki mąki ryżowej
- Żółtko
- Mleko (może być roślinne)
- Szczypta cysteiny

#9 Maska na porost
- Mocny napar z łyżki łopianu, łyżki pokrzywy, łyżki bylicy bożego drzewka i łyżki tataraku
- Dwie kapsułki witaminy A+E
- Łyżka oleju rycynowego lub dowolnego maceratu na POROST.
- Łyżka brahmi

 #10 Maska na porost
- Dwie łyżki soku z czarnej rzepy
- Dwie łyżki naparu z pokrzyw
- Skrobia ziemniaczana (łyżeczka)
- Dowolny olej
- Szczypta cynamonu

#11 Maska na porost 
- Po łyżce soku z czarnej rzepy, imbiru i chrzanu
- Łyżka wody
- Łyżka neem
- Łyżka miodu
- Szczypta imbiru

#12 Maska na porost
- Dwie łyżki maceratu na porost lub oleju
- Pół łyżeczki cynamonu
- Szczypta ostrej papryki
- Łyżka miodu

#13 Maska na porost
- Kilka kropli wyciągu ginko biloba
- Dwie łyżki maceratu na porost
- Dwie krople olejku lawendowego
- Pół łyżeczki suszonego imbiru

#14 Maska na porost (śmierdząca)
- Trzy łyżki soku z rzepy
- Trzy łyżki soku z cebuli

#15 Maska na porost
- Kilka kropli witaminy A+E
- Kilka kropli witaminy D
- Kilka kropli witaminy C
- 2-3 łyżki maceratu na porost lub dowolnego oleju

#16 Maska na porost
- Trzy łyżki zaparzonej kawy (nie rozpuszczalnej)
- Woda
- Miód
- Łyżka oleju
- Szczypta imbiru

#17 Maska emolientowa (tu droga jest prosta, dodanie oleju do maski już czyni ją maską emolientową)
- Trzy łyżki oleju
- Kilka kropli witaminy E
- Woda
- Dwie łyżki maski bez silikonów
- Kilka kropli biofermentu z bambusa

#18 Maska emolientowa
- 3 łyżki roztopionego masła shea
- Hydrolat
- Łyżka neem
- Łyżka miodu
- Dwie łyżki maski bez silikonów

#19 Maska nawilżająca
- Łyżka skrobi ziemniaczanej
- Woda
- Kilka kropli panthenolu
- Miód

#20 Maska nawilżająca
- Łyżka miodu
- Kilka łyżek niezbyt gęstego gluta lnianego
- Duża łyżka neem

#21 Maska nawilżająca
- Łyżeczka kwasu hialuronowego
- Łyżka skrobi ziemniaczanej
- Woda
- Łyżka odżywki bez silikonów

#22 Maska nawilżająca
- Mocny napar z nagietka, rumianku i lipy
- Cztery łyżki neem
- Kilka kropli panthenolu
- Łyżka odżywki bez silikonów

#23 Maska peelingująca
- Łyżka zielonej glinki
- Woda
- Łyżka oleju
- Kilka kropli olejku lawendowego

#24 Maska peelingująca
- Dwie łyżki fusów z kawy
- Dwie łyżki śmietany
- Łyżka oleju
- Kilka kropli witaminy A

#25 Maska peelingująca
- Łyżka białej glinki
- Łyżeczka soku z cytryny
- Woda
- Dwie łyżki oleju

#26 Maska peelingująca
- Łyżka drobnej soli
- Olej

#27 Maska chelatująca (m.in. przed używaniem henny, cassi lub senesu)
- Pół łyżeczki kwasku cytrynowego
- Tabletka witaminy C
- 2-3 łyżki odżywki bez silikonów i innych filmformerów

#28 Maska chelatująca ( -//-)
- Pół łyżeczki kwasku cytrynowego
- Pół łyżeczki aceroli
- 2-3 łyżki odżywki bez silikonów i innych filmformerów

#29 Maska typu gloss/henna
- Łyżka henny
- Łyżka odżywki bez silikonów
- Skrobia ziemniaczana
- Woda

#30 Maska typu gloss/senes/cassia
- Łyżka senesu lub cassi
- Łyżka odżywki bez silikonów
- Woda

#31 Maska mieszana (całe PEH)
- 3 łyżki śmietany
- Łyżka oleju
- Kilka kropli panthenolu
- Mocny napar z nagietka
- Szczypta cysteiny

#32 Maska mieszana (całe PEH)
- Łyżka oleju
- Kilka kropli kwasu hialuronowego
- Napar rumiankowy
- Łyżka neem
- Łyżka głożyny
- Łyżeczka spiruliny
- Kilka kropli keratyny hydrolizowanej


I tak jak napisałam wyżej - to jedynie moje propozycje, które mają ułatwić Wam zadanie. Ale uprzedzając pytania - takie, a nie inne składniki masek absolutnie nie muszą iść ze sobą w takich połączeniach. Możecie je łączyć jak chcecie.


czerwca 25, 2018

(#2 zioła) - bylica piołun, czyli morderca pasożytów i chorób skórnych

(#2 zioła) - bylica piołun, czyli morderca pasożytów i chorób skórnych
Do napisania tego postu zainspirowała mnie obecność kleszcza w moim domu, co pewnie niektórzy z Was mogli obserwować na mojej instagramowej relacji. Chatę, zgodnie z tym co mówiłam, profilaktycznie spaliłam i tymczasowo mieszkam w jakiej jamie nieopodal, ale zdążyłam też wypsikać wszystko naparem z piołunu, tak just in case. I oto jestem, bo piołun to bardzo ciekawa roślinka, którą powinno się mieć pod ręką. Zapraszam do czytania, i na mój INSTAGRAM lub FANPAGE!

Bylica piołun to pospolity chwast, który rośnie niemal wszędzie. Nie zdajemy sobie często sprawy, że zielsko, które pielimy i kosimy może okazać się tak pożyteczne!



ziolabalkonowe

Czy piołun jest niebezpieczny?

Na samym wstępie zacznę od ostrzeżenia - piołun, podobnie jak wrotycz czy szałwia może mieć wiele skutków ubocznych i może działać jak trucizna, jeśli nie umiemy go używać prawidłowo. Zawarte w jego olejku eterycznym tujon i tujol działają między innymi jako środki poronne (we wczesnych miesiącach wywoływały poronienie, w ostatnim miesiącu ułatwiały poród) - rozpuszczają się w alkoholu i olejach, ale dla świętego spokoju będąc w ciąży darowałabym sobie tą roślinę w ogóle, nawet w naparach, tak na wszelki wypadek. Zioła mogą być równie niebezpieczne co pożyteczne. Oprócz tego duże dawki mogą wywoływać halucynacje.

Wiedzieliście, że absynt zawiera w sobie między innymi piołun?


Jednym ze składników absyntu jest własnie bylica piołun. Ten popularny alkohol, który powstał w Szwajcarii był wielokrotnie obarczany winą za zgony, halucynacje i silne pobudzenie psychiczne. Jak napisałam wyżej - substancje zawarte w tej roślinie przy odpowiedniej dawce mają działanie halucynogenne i pobudzające. Ale nie ma dowodów, że to bylica ponosiła odpowiedzialność za te zgony, a raczej sam alkoholizm. Z drugiej strony, napar z bylicy działa uspokajająco.

Śmierć dorosłego człowieka po "przedawkowaniu" tych substancji raczej nie jest możliwa - bo bylica jest tak gorzka, że nie da się jej bez rzygania wypić za wiele. Gorycz jest tak silna, że samo czucie jej na języku wywołuje odruchy wymiotne (mój język potwierdza tą informację). Także obawiam się, że jeśli chcieliście popijać sobie ją w filiżance do śniadanka, to się grubo przejedziecie ;D


Co zawiera ten chwast?

Jest tego sporo, poza tujonem i tujolem zawartym w olejku eterycznym, piołun zawiera także glikozydy (abstyntynę, anabsyntynę, artabsynę) i związki kumarynowe (izofraksydynę, skopolinę i kalikantozyd). Oprócz tego żywice, garbniki, kwasy organiczne, azulen, kandinen, felandren i flawonoid artemitynę w kwiatach. Nic Wam to nie mówi? Spokojnie, mi też. Część z nich działa bakteriobójczo, przeciwzapalnie, regenerująco i antyalergicznie.


Jakie super moce ma bylica piołun?

  • Działanie przeciw pasożytnicze - piołun, w szczególności jego trujące związki, bardzo dobrze radzi sobie zarówno z pasożytami wewnętrznymi, jak i różnymi robalami typu komary, kleszcze etc. A skoro trujące związki zawarte w olejkach eterycznych nie są rozpuszczalne w wodzie, sam napar może być za słaby z tą walką - i sam napar bywa w tej kwestii po prostu nieskuteczny. Pewnie zastanawialiście się dlaczego na zdjęciu tego posta są moje balkonowe zioła a nie piołun? Ano dlatego, że po pierwsze nie udało mi się znaleźć w okolicy żadnego piołunu, a po drugie - na moich kochanych ziołach żerują właśnie jakieś gąsienice. I tak - napar był chyba nieskuteczny, choć robaki zniknęły mi z oczu, to mam wrażenie, że to siła pryskania zmyła się z rośliny, a nie sam napar. Trochę obawiam się oprysku alkoholowego, dlatego myślę że wykorzystam jakiś macerat. Tak samo nieskuteczne jest sadzenie bylicy w ogrodzie - choć mówi się, że uchroni to rośliny przed szkodnikami, niejednokrotnie widziałam mszyce, które żerowały na samej bylicy! Jak to się więc dzieje, że bylica w stanie świeżym nie działa, a wyroby alkoholowe i olejowe mają potwierdzone działanie anty robalowe? Nie mam pojęcia, podejrzewam, że to kwestia stężenia olejków eterycznych. 
  • Malaria - W Chinach wykorzystywano go jako skuteczny lek przeciwko malarii, jako że ta choroba jest wywoływana przez pierwotniaki. 
  • Działanie na układ pokarmowy - piołun pobudza czynności wydzielnicze żołądka i innych narządów, wspomaga wydzielanie żółci, poprawia trawienie i działa rozkurczowo. Tu raczej poleca się sam napar - zbyt dużo nie dacie rady go wypić i sam w sobie jest stosunkowo bezpieczny. Do tego wzmaga apetyt - więc jest polecany dla niejadków (haha, już to widzę, że jakiś niejadek tknie coś tak obrzydliwego), a nawet dla osób z anoreksją. 
  • Łagodzenie problemów skórnych, łupieżu itp. - Piołun dzięki swojemu działaniu antybakteryjnemu, antyseptycznemu, regenerującemu nadaje się do cer i skalpów problematycznych. Możecie próbować płukanek, wcierek, toników itp.
  • Regulacja skurczów macicy - Sama nazwa tej bylicy, Artemisia, pochodzi od greckiej bogini kobiet, porodów i łowów - Artemidy. Dawniej używano jej nie tylko jako środka poronnego (lub pod koniec ciąży jako coś, co przyspieszało poród), ale także przy problemach miesiączkowych. Myślę że stosowanie naparu przy problemach miesiączkowych będzie dość bezpieczne, ale mimo to nie bawcie się w lekarzy i nie leczcie takich problemów w ciemno bez wcześniejszych badań.
  • Działanie uspokajające - Toksyny rozpuszczalne w alkoholach działają pobudzająco na układ nerwowy, napar jednak jest polecany w celach uspokajających i kojących. 
  • Działanie przeciwnowotworowe - Powstały już badania wskazujące ze artemidyna jest w stanie niszczyć komórki nowotworowe. Wygrzebałam takie źródła - KLIKKLIK

      Niektóre źródła podają też działanie wspomagające leczenie depresji - traktowałabym to jednak z przymrużeniem oka, choć może coś w tym jest ze względu na działanie pobudzające i uspokajające jednocześnie - takie łechtanie układu nerwowego. Tylko na Boga, nie leczcie depresji samodzielnie.


      Co można stworzyć z piołunu?

      • Napar z piołunu - najprościej po prostu zalać go wrzątkiem i pić. Napój jest tak gorzki, że wypicie szklanki w ciągu dnia graniczy z cudem. Nawet wypicie łyżeczki jest traumatycznym przeżyciem. Napar oczywiście może być używany jako tonik do przecierania twarzy, do opryskiwania roślin i ciała w celu ochrony przed robalami, może być też dolewany do kąpieli.
      • Macerat olejowy - Tu standardowo odsyłam do wpisu o tworzeniu maceratów. Taki produkt może być używany podobnie jak napar, z tym że ma prawdopodobnie silniejsze działanie ze względu na przechodzenie tujonu do oleju. W naparze te związki się nie uwalniają (wobec tego napar jest bardziej bezpieczny niż maceraty czy nalewki).
      • Macerat alkoholowy - Tu sprawa wygląda identycznie, zamieniamy tylko olej na alkohol. Tujon najlepiej rozpuszcza się w alkoholu, wobec tego dawkowanie doustne powinno być bardzo ostrożne (nie przekraczajcie 15 ml dziennie i nie dawajcie dzieciom). Nalewki i maceraty alkoholowe mają silniejsze działanie między innymi w zabijaniu robali, bo dopiero tu trucizny się "uwalniają". Nie powinno się też przyjmować ich często i regularnie (niestety na grupach zielarskich sporo ludzi praktykuje używanie takich preparatów jako codzienny suplement diety).
      • Ocet z piołunu - Najprościej zalać świeże ziele jakimś dobrym, najlepiej domowym octem (byle nie spirytusowym, jeśli ma być przeznaczony do użytku wewnętrznego), na przykład jabłkowym i potrzymać miksturę przez dwa tygodnie, codziennie mieszając, a potem odcedzić. Jednak można zrobić z niego ocet także od podstaw - zalać ziele wodą, dodać cukru i odstawić do fermentacji w uchylonym słoju na kilka tygodni. Sama jeszcze czegoś takiego nie robiłam, nie licząc octu jabłkowego, więc nie do końca opanowałam jeszcze tworzenie octów ziołowych, ale zamierzam ten stan rzeczy zmienić, bo aż wstyd.
      • Oprócz tego piołun można dodawać do wszelkich kosmetyków - do domowych kremów (maceraty, wyciągi, napary), peelingów, toników, do kąpieli, nawet jako bazowy napar do henny czy senesu (jak macie łupież w szczególności). Można używać go jako środek zabezpieczający przed kleszczami, komarami i szkodnikami roślin (z tym że sam napar jest tu mało skuteczny, i lepiej korzystać z czegoś na alkoholu, można tez go w tym celu łączyć z innymi "śmierdzącymi" produktami, np. anyż, czarnuszka, cytrusy, olejki eteryczne itp.).


      Pewnie ma jeszcze masę zastosowań, o których nie wiem - w każdym razie to bardzo pożyteczny chwast, jak wszystkie bylice z resztą. To tyle na dziś, papaaaa.

      czerwca 22, 2018

      Chemiczne zabójcze kosmetyki - krótki wpis o świadomej pielęgnacji

      Chemiczne zabójcze kosmetyki - krótki wpis o świadomej pielęgnacji
      Standardowo posłużyłam się odrażającym clickbaitem, żeby Was tutaj zwabić.

      Dlatego już na wstępie wyjaśnię pewną kwestię - wszystko jest chemią. Natura też nią jest. Przyjęło się, że błędnie mianem "chemii" nazywamy złe i szkodliwe substancje, ale prawda jest taka, że chemia to wszystko co nas otacza.


      Dzisiaj chciałabym napisać co nieco o moich przemyśleniach dotyczących rzeczywiście szkodliwych substancji oraz strachu przed innymi syntetycznymi składnikami z punktu widzenia osoby, która ich nie używa, ale też z punktu widzenia kogoś, kto się ich nie boi.



      Absolutnie nie jestem z tych, co unikają każdego składnika, który nie wyrósł w ziemi, a na myśl o parabenach albo pegach dostaje gęsiej skórki. Nie wszystko co naturalne jest dobre i nie wszystko co syntetyczne jest złe - ale ja wybieram naturę świadomie i raczej z pasji, a niekoniecznie z jakiejś chorej obsesji i strachu przez składnikami syntetycznymi. Nie umrę od użycia SLSA i nie dostanę raka prostaty od zrobienia tapety kosmetykiem nie mineralnym. Ale jeśli mam wybór, wybiorę naturę i nie jest to spowodowane strachem, a zwykłym zainteresowaniem.

      Kiedy zaczyna się przygodę z kosmetykami naturalnymi, bardzo często ma się podejście: "Albo natura, albo nic". Powstaje tendencja do negowania wszystkiego co nie naturalne i straszenia tym jak okropne są to substancje. Dopiero z czasem dostrzega się o co tak naprawdę chodzi w świadomej pielęgnacji - a nie chodzi o strach przed użyciem czegoś co potencjalnie może nam szkodzić, tylko o rozsądek i analizowanie źródeł zanim posądzimy jakiś składnik o wywoływanie autyzmu i ciąży pozamacicznej.

      I nie zrozumcie mnie źle - jest naprawdę masa składników, które nie powinny się znaleźć w kosmetykach, które realnie mogą szkodzić, przenikać do skóry, wywoływać jakieś choroby, zwiększać ryzyko chorób nowotworowych, wręcz przyspieszać starzenie skóry. I bardzo dobrze, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, które to składniki. Ale większości z nich nie ma sensu się bać. Unikać - jasne, ale nie demonizować.

      Kolejna kwestia to umiejętność unikania konkretnych składników w konkretnych sytuacjach. Za przykład weźmy silikony. Czy są to składniki złe i szkodliwe? Z punktu widzenia pielęgnacji skóry mogą być - bo niektóre są komedogenne, bo mogą blokować wchłanianie, i wiele innych. Ale z punktu pielęgnacji włosów (nie skalpów!)? Ci co mnie czytają, wiedzą że ich unikam i każdemu radzę ich unikać w pielęgnacji włosów - a wynika to głównie z tego, że silikonów w pewnym sensie trzeba się nauczyć i dlatego, że lubią "oszukiwać" naszą psychikę. Co mam na myśli? To, że trzeba wiedzieć jak je potem odpowiednio zmyć, że są silikony łatwo zmywalne i te które trzeba zrypać mocnym szamponem, trzeba pamiętać, że kosmetyki pielęgnacyjne na silikonie nie mają szansy dotrzeć do wnętrza włosa i tak dalej. Oprócz tego stwarzają iluzję zdrowszych włosów po użyciu, przez co wydaje nam się, że wcale nie są takie zniszczone. Dla mnie to zbędna zabawa. Wole nie używać silikonów i nie musieć się martwić tym, że potem muszę używać silnych detergentów żeby je zmyć. Ale same w sobie do użytku na włosach i końcówkach nie są specjalnie szkodliwe i nie demonizujmy ich - to po prostu syntetyczne emolienty, nie odżywią włosów i ich nie naprawią, a jedynie zabezpieczą i ewentualnie maskują ich zły stan. Włos jest martwy - nie wchłania witamin ani substancji szkodliwych i nie przekazuje ich do organizmu.

      Oczywiście całkowicie rozumiem podejście pod tytułem "Nie bardzo znam się na konkretnych składnikach, dlatego wolę dla bezpieczeństwa unikać wszystkich nie naturalnych" - spoko. Sama długo kierowałam się takim podejściem i wybierałam marki, które są na bank naturalne i nie muszę analizować ich składu. To dobra droga na początek, w końcu nie musimy znać każdego składnika na pamięć. Ale jeśli wychodzicie z takiego założenia, darujcie sobie demonizowanie syntetyków, możecie poważnie wprowadzić w błąd. Nie róbcie tego ;D

      Jest jeszcze kwestia stężenia - w wielu przypadkach, jakiś składnik może szkodzić w konkretnych stężeniach, a w stężeniach mniejszych jest uznawany za bezpieczny. Kiedyś wychodziłam z założenia, że jeśli coś szkodzi po osiągnięciu tylko konkretnego stężenia, to ja będę tego unikać i używać tylko składników, które nie szkodzą nawet w ogromnych stężeniach. Tylko że, ups - spora większość składników może w większych ilościach szkodzić na różne sposoby, i składniki pochodzenia naturalnego również. Zbyt duża ilość olejków eterycznych może wywołać podrażnienie, zbyt duża ilość kwasów może Wam spalić twarz i kudły (nie bez powodu taki niby nieszkodliwy ocet jabłkowy czy inne "domowe" kwasy trzeba rozcieńczać), zbyt duża ilość olejów w produktach do mycia włosów, może sprawić, że będą obciążone i tłuste po myciu. I tak dalej. Wszystko może działać inaczej niż powinno w dużych ilościach i stężeniach. Wobec tego czy takie podejście ma sens? Zostawiam to już Waszej ocenie.

      No, to skoro już to sobie wyjaśniliśmy, to ponarzekajmy trochę w druga stronę - faktem jest, że w drogeriach większość kosmetyków to sklejone ze szkodliwych substancji ulepki, które może wizualnie po użyciu wydają nam się genialne i polepszające nasz stan, ale wynika to jedynie z ich przyjemnej konsystencji, zapachu i tak dalej - realnie na dłuższa metę są to kosmetyki, które robią więcej szkody niż pożytku. I przykro się ogląda film pewnej vlogerki, która poleca krem X z Sephory czy innego Douglasa za półtora tysiąca złotych, a jego skład wygląda gorzej niż skład pasty do butów - a takich nieświadomych autorytetów jest w sieci mnóstwo.

      Darujmy sobie tutaj teksty " Ale u mnie działa, moja skóra lubi" - i umówmy się - jeśli coś jest realnie szkodliwe, to szkodzi każdej skórze, nawet Twojej. Niestety świat nie wygląda tak, że alkohol, fajki i narkotyki szkodzą tylko wybrańcom. To że Twój kot nie wydala własnego odbytu po wypiciu krowiego mleka wcale nie oznacza, że powinien je dostawać i że jest dla niego zdrowe. I tak samo, to że nie widzisz na swojej skórze negatywnych skutków używania donorów formaldehydu nie czyni ich składnikami bezpiecznymi. I jasne, masz wybór czego chcesz używać na własnym ciele. Możesz posługiwać się dobrym kremem, albo smarem do zawiasów - nikomu nic do tego. Ale znowu - nie wprowadzaj ludzi w błąd, nie mów że ten smar jest dobry i bezpieczny, kiedy tak nie jest. Rozumiem, że to jest niestety kwestia świadomości, i większość ludzi mając na myśli "dobry kosmetyk" nie kieruje się jego składem, a działaniem - a złe kosmetyki mają to do siebie, że są mistrzami iluzji i stwarzania pozorów - "działania, polepszania, odmładzania". Dobrze leżący na twarzy silikonowy podkład działa jak należy, więc mówimy że jest dobry.

      Co mogę więc poradzić początkującym? Nie parzcie na ceny. Krem droższy od roweru nie musi być w niczym lepszy od kosmetyku za dwie dyszki, który pomimo bazy z oleju rafinowanego nie ma w składzie całej litanii syfów. Zacznijcie płacić za skład a nie za markę. Zacznijcie czytać składy, a nie ulotki i naklejki na kosmetykach. Szampon z dopiskiem "nawilżający" nie musi mieć w sobie nic co nawilża - z resztą jego zadaniem jest mycie, a nie nawilżanie. Ale z drugiej strony, nie panikujcie i nie demonizujcie w ciemno wszystkiego, co nie jest olejem i wyciągiem roślinnym i uwierzcie, że nawet w tym złym świecie sklejonym z chemikaliów tworzy się jeszcze substancje syntetyczne, których celem nie jest sianie śmierci i zniszczenia, a mają jakieś pożyteczne funkcje. I najważniejsze - natura też bywa szkodliwa, też może uczulać (i w praktyce natura uczula dość często, w końcu mamy do czynienia z ekstraktami roślinnymi i tak dalej).

      I tym skromnym postem chciałabym zapoczątkować serię dotyczącą analizowania składów, którą planuję od dawna!

      A Wy co myślicie na ten temat? Jakie macie podejście do składów?


      czerwca 14, 2018

      Moje ulubione albumy muzyczne

      Moje ulubione albumy muzyczne
      Hejoszka ;v Tym razem skleiłam wpis na temat ulubionych albumów i ciekawostek na ich temat. Jeśli szukacie czegoś nowego, prawdopodobnie ten wpis Wam się przyda. A jeśli jeszcze nie czytaliście wpisu o zespołach folkowych dla początkujących to zapraszam TUTAJ.

      Arkona - "Vo slavu Velikim"

      Album pojawił się w 2005 roku, więc nie jest żadną nowością. Od czterech lat go słucham i nadal mi nie zbrzydł, prawdopodobnie dlatego, że sporo dźwięków pochodzi z instrumentów ludowych. Jest cudowny i dość specyficzny, myślę że to trochę za dużo dla osoby, która nie za bardzo ogarnia jeszcze folk (a folk metal już w ogóle). Istnieje duże ryzyko, że Wam się wówczas nie spodoba. Może Was też razić język, ja byłam już przyzwyczajona, bo znałam już "Zimushke" i "Yarilo". Nie potrafię wybrać ulubionego utworu, bo kocham chyba wszystkie, ale z takich bardziej wpadających w ucho dla folkowych świeżaków polecam zacząć od "Po Syroi Zemle", "Tuman Yarom", oraz od wstawki w minucie 15:30, która potrafi doprowadzić do orgazmu bębenków. Podsumuję go tak: Masza drze japę, w tle jakieś upierdliwe fujarki, jest fajnie (słowa mojej znajomej). Polecam ;v

      Utwory:
      "Intro (Kolymiyka)"  "Skvoz Tuman Vekov (Through the Mist of Ages)" "Rus Iznachalnaya (Primordial Rus)" "Vo Slavu Velikim! (For Glory of the Great)" "Po Syroi Zemle (On the Moist Earth)" "Tuman Yarom" (Ukrainian folk song)" "Zov Bitvy (Call of the Battle)" "Vedy Proshlovo (Vedas of the Past)" "Velikden (Great Day)" "Gnev Vremen (The Wrath of Times)" "Na Svarogovoi Doroge (On a Svarog's Road)" "Vyidi, Vyidi Ivanku..." (Russian folk song) "Vosstaniye Roda (Rod's Uprising)" "Sila Slavnykh (By Virtue of the Glorious)"

      Wardruna - "Runaljod - gap var Ginnunga"

      No tak. Tego nie mogło tu zabraknąć. Wiadomo. Wracamy do Skandynawii. Wardrunę prawdopodobnie wszyscy znacie, a jeśli nie to musicie poznać. Nie ma innej możliwości. Ten album jest zarazem pierwszym albumem trylogii Runaljod (dźwięki run) i ma znacznie więcej moich ulubionych utworów niż Yggdrasil (patrz niżej). Cała twórczość tego zespołu to jest zajebiście klimatyczna rzecz przesączona folkiem i ambientem, ale gap var Ginnunga to po prostu mistrzostwo. Słuchając go przenosicie się do zamszonej mokrej puszczy na jakimś zadupiu w Norwegii i czujecie, że możecie tam zostać na zawsze w chacie zbudowanej z wyrąbanego własnym toporem drewna, jedząc jakieś grzyby zeskrobane z pnia i popijając mlekiem tej jednej kozy, którą kupiliście za etui do srajfona. A potem chce Wam się płakać, bo nie, nadal jesteście w smutnym centrum miasta i możecie sobie co najwyżej zapalić świerkowy olejek. Nie powstało jeszcze nic w tak oryginalnym klimacie. Nie potrafię tego opisać inaczej niż metaforycznie. Najlepsze utwory? Zdecydowanie "Jara" i "Bjarkan", a w dalszej kolejności "Hagal" i "Dagr". Niektóre z nich wykorzystano w "Wikingach".


      Utwory:1.„Ár var alda”
      2.„Hagal”
      3.„Bjarkan”
      4.„Løyndomsriss”
      5.„Heimta Thurs”
      6.„Thurs”
      7.„Jara”
      8.„Laukr”
      9.„Kauna”
      10.„Algir – Stien klarnar”
      11.„Algir – Tognatale”
      12.„Dagr”



      Wardruna - "Runaljod -Yggdrasil"

      Drugi album też jest jednym z moich ulubionych - w przeciwieństwie do trzeciego, Ragnaroka, który inspiruje mnie już znacznie mniej i trochę zmienia klimat na bardziej wojenny (choć nadal jest bardzo dobry, to jednak nie najlepszy - jedyne utwory, które mi się tam bardzo mocno podobają i które według mnie utrzymały się w klimacie, to "Raido" i "Odal"). Ale skupmy się na Yggdrasilu - W "Wikingach" wykorzystano z tego albumu między innymi "Solringen", "Sowelu" i "Gibu", pamiętacie kiedy? ;D Moimi absolutnymi wymiataczami są tu własnie "Solringen" i "Helvegen".


      Utwory:
      1.Roltlaust Tre Fell
      2.Fehu
      3.Naudir
      4.Ehwar
      5.Ansur
      6.Iwar
      7.Ingwar
      8.Gibu
      9.Solringen
      10.Sowelu
      11.Helvegen



      Dead can dance - "Anastasis"


      Jeśli znacie "Dead can dance" to doskonale wiecie, że przechodzimy w dość egzotyczne klimaty. Słucham go kiedy chcę się odmóżdżyć i zrobić sobie przerwę w paleniu wrogich drakkarów. Ich utwory kojarzą mi się z Afryką, choć oczywiście nawiązują do wielu różnych kultur i miejsc świata. W tym przypadku inspirowali się właśnie Afryką, a także między innymi Grecją i Turcją. Jeśli lubicie różne dziwne wschodnie instrumenty (darbuka, cymbały, tom-tomy) to chyba wpadnie Wam w ucho większość kawałków tego albumu. Moim faworytem jest "Kiko", nawiązujący między innymi do kultury indyjskiej, afrykańskiej i indonezyjskiej. Lisa jak zwykle zrobiła robotę swoim głosem, ale to sama muzyka mnie w nim tak intryguje. Polecam słuchać go z teledyskiem (jak każdy utwór DCD z resztą). Jedną z ciekawszych rzeczy jest tradycyjny taniec balijski (od minuty 5:30 w klipie), który ma swoje korzenie jeszcze w starożytnych czasach Indonezji. Nie jestem pewna czy tańczą go tu dzieci, czy dorosłe kobiety, przeraża mnie i podoba mi się jednocześnie. Oprócz tego najbardziej podobają mi się utwory "Amnesia", "Opium" i "Agape".

      Utwory:
      1. "Children Of The Sun" 
      2. "Anabasis"
      3. "Agape"
      4. "Amnesia"
      5. "Kiko"
      6. "Opium"
      7. "Return Of The She-King"
      8. "All In Good Time" 


      Osi and the Jupiter - "Uthuling Hyl"

      Zrobiłam fotkę tego albumu i zapytałam na Instagramie kto zgadnie co to. Piszę to w momencie, gdy są już 4 głosy na "Daudra Dura" (patrz niżej), a wstawiam gdy jest pół na pół. Śmieszne co? I w sumie nawet się nie dziwie, gdybym słyszała ich nie znając nazwy, to chyba bym sobie pomyślała, że Forndom postanowił adoptować jakiegoś skrzypka. Ale do rzeczy - to taka "nordycka" świeżynka z Ameryki, zespół powstał dwa lata temu - a "Uthuling Hyl" jest genialny kiedy chcecie być smutni. Idealny na jakiś pogrzeb czy coś ;v A tak na poważnie - utwory są bardzo przygnębiające i potrafią tak wycisnąć łzy jak ja wyciskam zawartość czekotubki. O samym zespole wiem niewiele, bo nie są jeszcze zbyt znani (chociaż sam album niedługo wbije 500k wyświetleń), ale mam nadzieje, że niedługo znowu coś wyprodukują i oby było równie smutne, bo takie perełki są czasami potrzebne. No ile się może człowiek uśmiechać? Najbardziej wymiatają pierwsze trzy utwory, ale poziom ich smutku może doprowadzić nieświadomą osóbkę do depresji, polecam wyposażyć się w jakieś wiadro chusteczek. Aha - fani skrzypiec, pozycja obowiązkowa dla Was.

      Utwory:
      1. Baldur
      2. Draugadóttinn 
      3. Útiseta 
      4. Ulv Kult 
      5. Ravencraft 
      6. Hlidskjalf 
      7. Empty Moons 
      8. Old Dead 
      9. Landvœttir

      Forndom - "Dauðra dura"


      Na koniec zostawiłam to małe cudo Forndomu (dawniej Heathen Harnow). "Daudra dura" to taka mieszanka bardzo mrocznych, smętnych i powolnych utworów. Przeczytałam kiedyś jak ktoś porównywał śpiew w tych utworach do chórków mnichów, i rzeczywiście coś w tym jest, ale trochę "inaczej". Ta muzyka ma w sobie chyba coś z ambientu, słychać w niej jakieś niespokojne, melancholijne brzęczenie i szuranie. Ten album o dziwo przypadł mi do gustu znacznie bardziej niż "Flykt" (ale skoro już o nim wspominam, to posłuchajcie sobie pierwszego utworu, "För världarna nio", i zwróćcie uwagę szczególnie na to co się dzieje w minucie 2:45, potem możecie zacząć gwałt na replayu. Plus, "Aterkomst" też wymiata). Poza tym - i tu zwracam się szczególnie do ludzi, którzy lubią moje zdjęcia - polecam zaobserwować ich Instagrama. Zobaczycie wtedy co to znaczy mieć ładne zdjęcia. Nie wiem kto im prowadzi ten profil, ale mogłabym mu za to płacić.

      Utwory:
      1. Nio natters led 2. Den grymma hästen 3. Resan 4. När gudarna kalla 5. Svitjod 6. Jag vet ett temple stå 7. I Hel’s sköte

      To tyle na dziś. Nie pytajcie czemu czcionka się zmienia. Nie mam pojęcia ;v
      Dajcie mi znać czy znacie tą muzykę i koniecznie podzielcie się swoimi ulubionymi w podobnym klimacie, chętnie poznam coś nowego (choć nie wiem czy coś się przede mną jeszcze ukryło ;D). Miłego dnia!






      czerwca 08, 2018

      Vianek - recezja ogólna serii odżywczej

      Vianek - recezja ogólna serii odżywczej
      Cześć robaki! Korzystając z faktu, że wyczyściłam już prawie wszystkie opakowania z Vianka, a chciałabym też pisać o dobrych markach naturalnych kosmetyków (a nie tylko o kremach zrobionych z grzybów i mchu w jakiejś dziupli), stworzyłam małe podsumowanie. Jeśli nie wiecie czy warto, może moja opinia Wam w tym pomoże. Zapraszam!


      Miałam okazje testować je już od roku, próbowałam różnych z różnych serii, ale najbardziej przypadły mi do gustu produkty z pomarańczowej serii odżywczej. W zasadzie wszystkie produkty z pewnymi wyjątkami bardzo polubiłam. Pewnie nie kupiłabym ich znowu, bo mam już rozbudowaną listę kolejnych rzeczy do testowania, ale były całkiem przyjemne, nie licząc jednego mankamentu.

      Dużym minusem każdego z tych kosmetyków jest obecność oleju sojowego na pierwszym miejscu. Nie dość, że sojowy, to z dużym prawdopodobieństwem jeszcze rafinowany, a więc kosmetycznie gorszy. Nie wiem jakie macie podejście do tego produktu, ale wiem, że raczej się go unika. Sama nie boje się nałożyć na twarz czegoś co ma w nazwie słowo "SOJA", ale myślę że to jednak dość tani i niezbyt wartościowy olej stanowiący bazę. Oczywiście wszystkie ich kosmetyki mają taką bazę z dość tanich olejów, jak nie z sojowego, to z pestek winogron itp.

      Znajduje się tu jednak kilka wartościowych składników, których właściwości wypisałam. Tak naprawdę jeśli chodzi o gotowe kosmetyki, zawsze mam rozkminę, ile tych właściwości zostaje, a ile ginie (np. w związku z rozpuszczaniem surowców w celu połączenia ich w jedno itp.). Odnosząc się jednak do czystych, dobrej jakości surowców, ich właściwości w skrócie wyglądają następująco:


      - Olej z pestek moreli: Zawiera nienasycone kwasy tłuszczowe, kwas oleinowy i linolowy, witaminę A i E. Nadaję się da skóry suchej i wrażliwej, ze skłonnościami do podrażnień. Można go oczywiście jeść i tu też ma szereg korzyści, w tym na przykład zapobieganie powstawaniu nowotworów (w ogóle pestki moreli są polecane chorym, by wesprzeć leczenie chemią itp.).

      - Olej z owoców rokitnika: Stosowany wewnętrznie usprawnia pracę mózgu, wzmacnia układ krwionośny oraz ogólną odporność organizmu. Przyspiesza gojenie ran, ma silne działanie regenerujące, nadaję się więc dla cery skłonnej do podrażnień i problemów skórnych. O ile wierzyć informacjom jakie znalazłam, wyróżniono w nim aż 190 substancji aktywnych, w tym flawonoidów, lipidów, witamin, aminokwasów, makroelementów, fenoli i kwasów tłuszczowych.

      - Miód: Jest przeciwutleniaczem, wspomaga regenerację, zawiera sporo różnych korzystnych dla zdrowia związków. Mówimy oczywiście o prawdziwym miodzie, a nie marketowym podrabiańcu od pszczół karmionych cukrem. Ciekawe, który z nich trafia do kosmetyków ;D


      A jak sprawdziły mi się poszczególne produkty?


      Krem do twarzy na dzień

      Jest całkiem przyjemny, chociaż czasami w cieplejsze dni miewam po nim nieprzyjemne uczucie "spoconego miejsca pod nosem". Może brzmi komicznie, ale to bardzo nieprzyjemne uczucie, które zmusza mnie do starcia kremu pod nosem, inaczej go tam czuję jakby to miejsce się pociło. Nie umiem tego wytłumaczyć, szczególnie że nie zawsze mam po nim ten uczuć. Ale mimo wszystko bardzo go lubię, ładnie się wchłania, dobrze nawilża, nie jest zbyt tłusty i nadaje się pod makijaż. Nie rolował się z podkładem. Czasami dodawałam do niego krople oleju i nadal nie było zbyt tłusto. I ślicznie pachnie, ale niżej się przekonacie, że nie on jeden.


      Skład:Aqua(woda), Glycine Soja Oil(olej sojowy), Vitis Vinifera Seed Oil(olej z pestek winogron), Prunus Armeniaca Kernel Oil(olej z pestek moreli), Sorbitan Stearate(emulgator), Sucrose Cocoate(emulgator), Glycerin(gliceryna), Cichorium Intybus Root Extract(ekstrakt z korzenia cykorii), Glyceryl Stearate(emulgator), Stearic Acid(emolient), Lecithin(emulgator, zagęstnik), Cetearyl Alcohol(emolient, poprawia konsystencje), Tocopheryl Acetate(octan takoferylu, forma witaminy E) Xanthan Gum(poprawia konsystencję), Benzyl Alcohol(konserwant), Parfum(zapach), Dehydroacetic Acid(konserwant), Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Lilial, Coumarin(4x zapach).

      (Nie wiem czy kosmetyk przeszedł jakąś aktualizację, bo znalazłam dwie wersje składu INCI i w tej drugiej zamiast ekstraktu z cykorii, mamy ekstrakt z chmielu).


      Krem pod oczy

      Właściwie nie wiem jaki jest sens tego produktu - jego skład jest niemal identyczny jak krem na dzień, nie licząc dwóch składników, których tu nie ma (cykoria i olej z pestek winogron). Jedyna różnica poza tym jaką dostrzegam, to to, że jest mniej tłusty, ale w moim przypadku to niekoniecznie dobrze. Wobec tego wydaję mi się, że to była strata pieniędzy - skoro mam używać kremu pod oczy, to znaczy, że musi on mieć coś czego nie ma krem do całej twarzy. Musiałam go więc podkręcić i dodaje do niego serum albo olejów. Jeśli zależy Wam na kremie pod oczy z Vianka, to proponuję wybrać jakiś z innej serii niż kremy do całej twarzy, żeby uniknąć powtarzania składników i wydawania 2 razy tyle na produkt o prawie takim samym składzie. No chyba, że nie macie nic przeciwko temu, że to prawie identyczna, tylko mniej tłusta wersja kremu na dzień.

      Skład: Aqua (woda), Glycine Soja Oil (olej sojowy), Coco-Caprylate (emolient, polepsza konsystencję), Prunus Armeniaca Kernel Oil(olej z pestek migdałów), Sorbitan Stearate (emulgator), Sucrose Cocoate (emulgator), Glyceryl Stearate (emulgator), Humulus Lupulus Cone Extract (ekstrakt z szyszek chmielu), Glycerin(gliceryna), Stearic Acid(emolient), Cetearyl Alcohol(emolient, poprawia konsystencje), Lecithin(emulgator, zagęstnik), Hippophae Rhamnoides Oil(olej z rokitnika), Tocopheryl Acetate(octan takoferylu, forma witaminy E), Xanthan Gum(poprawia konsystencję), Benzyl Alcohol(konserwant), Parfum(zapach), Dehydroacetic Acid(konserwant), Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal(2x zapach).



      Mleczko do demakijażu

      Zdecydowanie ulubiona rzecz! Spodobała mi się przede wszystkim dlatego, że nie trzeba do niego używać wacika, a po prostu zmyć tym makijaż jak żelem. Nienawidzę zmywania tapety wacikami. Trwa to wieczność. W przypadku tego mleczka wreszcie się nauczyłam, że wcale nie ma takiej potrzeby - nie tylko dlatego, że tak zasugerował producent, ale też przez jego dość płynną konsystencję. Radzi sobie z grubym tynkiem na facjacie i nie wywołuje dyskomfortu z widzeniem na tak długo jak po innych tego typu produktach (między innymi dlatego z nich zrezygnowałam - wolałam nawet zmyć makijaż MYDŁEM niż mleczkiem, bo nie odbierało mi wzroku na 10 minut).


      Skład: Aqua (woda), Glycine Soja Oil (olej sojowy), Prunus Armeniaca Kernel Oil(olej z pestek moreli), Sorbitan Stearate(emulgator), Sucrose Cocoate(emulgator), Glycerin(gliceryna), Linum Usitatissimum Seed Extract (ekstrakt z lnu), Mel Extract(ekstrakt z miodu), Cocamidopropyl Betaine (substancja powierzchniowo-czynna, delikatny detergent), Cetearyl Alcohol(emolient, poprawia konsystencje), Hippophae Rhamnoides Oil(olej z rokitnika), Tocopheryl Acetate(octan takoferylu, forma witaminy E), Benzyl Alcohol(konserwant), Parfum (zapach), Dehydroacetic Acid(konserwant), Benzyl Salicylate, Lilial, Hexyl Cinnamal (3x zapach).



      Peeling do ciała

      Ten również jest moim ulubieńcem. Nie tylko jako jeden z kosmetyków, o których dzisiaj piszę, ale w ogóle - jako jeden z lepszych peelingów jakie miałam. Może to trochę nie fair w stosunku do innych, ale przez ten zapach lubiłabym go chyba nawet gdyby był zrobiony z piasku i gruzu w polewie z mieszanki zapachowej. A nie licząc nieszczęsnego oleju sojowego, jest zrobiony między innymi z cukru, startych pestek moreli, a także oleju z moreli i oleju z rokitnika. Po użyciu go, nie było już potrzeby używania balsamu, tak zwykle bywa, gdy peelingi są olejowe. Zapach utrzymywał się na ciele całkiem długo i chyba się od niego uzależniłam.

      Skład: Glycine Soja Oil (olej sojowy), Sucrose (cukier), Glyceryl Stearate (monostearynian glicerny, emulgator), Prunus Armeniaca Seed Powder (puder z pestek moreli), Glyceryl Laurate (monolauryna, emulgator), Prunus Armeniaca Kernel Oil (olej z pestek moreli), Hippophae Rhamnoides Oil (olej z rokitnika), Tocopheryl Acetate (octan takoferylu, forma witaminy E), Benzyl Alcohol (alkohol benzylowy, konserwant), Dehydroacetic Acid (kwas dehydrooctowy, konserwant), Parfum, Limonene, Linalool. (3x zapach)



      Maseczka peeling do twarzy

      Tu sytuacja jest bardzo podobna jak w punkcie wyżej, bo zapachy są chyba takie same. Różnica jest taka, że ten peeling jest bardziej płynny, szczególnie kiedy trzymacie go w ciepłym pomieszczeniu. Skład ma trochę bogatszy od poprzedniego peelingu - mamy tu jeszcze ekstrakty z lnu i miodu, a oprócz olejów z rokitnika i moreli, masło kakaowe i shea oraz olej z awokado. Zapach też uzależniający, w ogóle strasznie przypomina mi melona.

      Skład: Glycine Soja Oil (olej sojowy), Linum Usitatissimum Seed Extract (wyciąg z lnu), Glyceryl Stearate (monostearynian glicerny, emulgator), Mel Extraxt (wyciąg z miodu), Prunus Armeniaca Kernel Oil (olej z pestek moreli), Theobroma Cacao Seed Butter (masło kakaowe), Persea Gratissima Butter (masło/olej z awokado), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Hippophae Rhamnoides Oil (olej z owoców rokitnika), Tacopherol Acetate (octan takoferylu, forma witaminy E), Benzyl Alcohol (alkohol benzylowy, konserwant), Parfum (zapach), Dehydroacetic Acid (kwas dehydrooctowy, konserwant).


      Olejek do ciała

      Używałam go nie tylko do ciała, ale także do olejowania włosów - akurat przypadł im do gustu. Zapach - jak wyżej, to ta sama kompozycja zapachowa. Myślę, że bardziej nadaje się własnie do olejowania, albo do OCM, bo oleje bazowe - sojowy i pestek winogron (zgaduję że rafinowane) są niezbyt wartościowe. Mimo to na skórze też sprawdzał się przyjemnie - nie spodziewałam się cudów, ale fajnie natłuszczał ciało po goleniu albo po incydentach słonecznych. Mimo to chyba nie kupiłabym go znowu, jestem zwolenniczką czystych olejów nierafinowanych i eterycznych do używania na skórę - w oleju do ciała nie potrzebuje dodatków zapachowych i rafinowanych baz ;D


      Skład: Glycine Soja Oil (olej sojowy),Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Prunus Armeniaca Kernel Oil (olej z pestek moreli), Hippophae Rhamnoides Oil (olej z owoców rokitnika), Tocopheryl Acetate (octan takoferylu, forma witaminy E), Parfum (zapach), Limonene (składnik zapachowy), Hexyl Cinnamal (składnik zapachowy), Linalool (składnik zapachowy).


      Balsam do ciała


      Na koniec zostawiłam kosmetyk, którego nie jestem w stanie używać ze względu na...zapach. Dacie wiarę? Wszystkie kosmetyki z tej serii pachną pięknie morelami i melonami, a tu mamy balsam o zapachu Domestosa albo innego Cifa. Skład jest jak najbardziej okej, składniki głównie te same, co w reszcie kosmetyków z tej serii. Nie wiem skąd im wyszedł taki zapach. To zdecydowanie nie jest zapach starego albo przeterminowanego balsamu. Ale żeby nie było, że jedyne co mnie interesuje w kosmetykach to zapach - jak już mówiłam, skład jest okej. Oprócz powtarzających się surowców balsam ma jeszcze ekstrakty z nagietka i miodunki plamistej. Nie zużyję go chyba do ciała, po prostu nie mogę znieść tego zapachu. Najprawdopodobniej skończy jako mleczko do demakijażu, które będę jeszcze zmywać żelem, wtedy dobiję smród.

      Skład: Aqua(woda), Glycine Soja Oil(olej sojowy), Glycerin(gliceryna), Sorbitan Stearate(emulgator), Sucrose Cocoate(emulgator), Mel Extract(ekstrakt z miodu), Prunus Armeniaca Kernel Oil(olej z pestek moreli), Glyceryl Stearate(emulgator), Pulmonaria Officinalis Extract (ekstrakt z miodunki plamistej), Linum Usitatissimum Seed Extract (wyciąg z lnu), Calendula Officinalis Flower Extract (ekstrakt z nagietka), Stearic Acid(emulgator, przedłuża trwałość emulsji), Cetearyl Alcohol(poprawia konsystencje kosmetyku, emolient), Hippophae Rhamnoides Oil, Lecithin(olej z rokitnika), Tocopheryl Acetate(octan takoferylu, forma witaminy E), Xanthan Gum(guma ksantanowa, zagęstnik), Benzyl Alcohol (konserwant), Parfum(zapach), Dehydroacetic Acid(konserwant), Limonene(zapach), Linalool(zapach).


      Podsumowując, poza tanim olejem sojowym te kosmetyki mają całkiem przyjemne i bezpieczne składy. Myślę, że lepiej kupić sobie taki produkt za dwie dychy, niż dwa razy droższy pierwszy lepszy krem z drogerii, który będzie miał w składzie gorsze syfy niż jakiś tam mało wartościowy olej. Oczywiście są też lepsze kosmetyki, z lepszymi surowcami, ale mimo wszystko, jest całkiem dobrze.

      Miłego dnia <3

      czerwca 01, 2018

      Najnowsze artefakty - "Hugsja", poroże i badyle z biedronki

      Najnowsze artefakty - "Hugsja", poroże i badyle z biedronki
      Dzisiaj będzie na wpół haul i na wpół ulubieńcy - ale musi być po mojemu, dlatego seria będzie się nazywać "Artefakty". Nie sądzę, że będzie w każdym miesiącu, bo moje życie nie jest aż tak ciekawe, ale zobaczę co da się zrobić. Dzisiaj trochę kosmetyków, trochę kultury i trochę zieleni :3


      "Hugsja"

      Od kwietnia jest już dostępny album Ivara Bjornsona i Einara Selvika z Wardruny - "Hugsja". Bardzo kojarzy mi się z muzyką Forndomu. Kiedy pierwszy raz automatycznie włączyła mi się ta składanka, byłam przekonana, że to własnie nowości od Forndomu. W każdym razie na pewno nie skojarzyłabym tego od razu ze stylem Einara czy Ivara. Nie wszystkie utwory przypadły mi do gustu, miejscami odnosiłam wrażenie, że trochę zaszaleli z eksperymentowaniem, ale sama "Hugsja" to coś genialnego i przycisk "replay" został zgwałcony odpowiednią ilość razy. Polecam przesłuchać!


      Drożdżowa Babuszka Agafia

      Maskę mam już od dwóch miesięcy, więc to żadna nowość, ale nie miałam okazji jeszcze się o niej wypowiedzieć. Testuje ja już dość długo, choć nie używam często. Dlatego też nie wypowiem się jak działa na porost włosów - skład jest jednak dość obfity w ekstrakty, więc widzę duży potencjał. Ja używałam jej zarówno do skalpu jak i ja długość. Nie radziła sobie w każdym razie z myciem włosów, więc do tego się nie nadaje. Ma bardzo specyficzny zapach ciastek, nie spotkałam się nigdzie wcześniej z czymś takim :D Niedługo opiszę ją w oddzielnym poście trochę bardziej szczegółowo - wraz z analizą składu.


      Nowe badylki, monstera i sanseviera

      Oczywiście obie udało mi się upolować w Biedronce. Monstera odkąd u mnie jest, wypuściła już 4 listki, z czego 2 już mają dziury! Strasznie mnie to cieszy, zobaczcie jaka jest piękna:



      Butki espadryle

      Te cygańskie-boho piękności dorwałam w Deichmanie i są zadziwiająco wygodne jak na ten sklep. Akurat chciałam kupić espadryle i napatoczyły mi się one. Będą idealne do udawania człowieka poza lasem. Te buty nie są takie zwyczajne, na metce było napisane że dodają + 15 do ukrycia, +30 do umiejętności magicznych i +10 do ataku. No wyjątkowe ;D



      Nowe rogi

      Też wcale nie takie nowe, ale jako że ten post pisze się od kilku tygodni, to zdążyły się jeszcze załapać. Dostałam od koleżanki, bo chyba się nade mną zlitowała, gdy zobaczyła jak bardzo ich potrzebuje do życia. To chyba łoś, są czwarte w mojej kolekcji trupów.


      "Dawca przysięgi"

      Jako że od dawna jestem psychofanką Brandona Sandersona, to przedstawiam też trzecią część "Archiwum Burzowego światła", która ukazała się pod koniec roku 2017. Dopiero teraz miałam chwilę, żeby ją przeczytać i cóż mogę powiedzieć - ludzie, którzy nie czytali tych książek na pewno mają puste i smutne życie. A tak na serio - jak zwykle Sanderson mnie nie zawiódł. Nie podoba mi się jedynie to, że to tylko połowa trzeciej części i trzeba będzie wydać więcej piniondzów.  Tym bardziej że kolejna część też jest już dostępna. Ale dla tych książek warto. Standardowo, Brandon zasługuje na post poświęcony jemu.

      Jakub Babicki 

      Jeśli interesujecie się zielarstwem i szukacie kogoś kto brzmi całkiem rzetelnie i nie kojarzy Wam się z Ziębą, to chyba mogę polecić wykłady Jakuba Babickiego, w szczególności te poświęcone roślinom psychoaktywnym oraz zielarstwu na kanale Cohabitat na Yt. Kuba jest naukowcem i etnobotanikiem, a nie panem Staśkiem z grupy zielarskiej, i ma całkiem obfitą wiedzę nie tylko na temat roślin, ale także w kwestii wszelkich reakcji zachodzących po ich użyciu w organizmie, na temat poszczególnych, opisanych naukowo substancji wytwarzanych przez rośliny, a nawet neurobiologii i procesów psychicznych. Ostatnio słucham go sobie do snu ;v

      Kurcze, dziwnie mi się pisze takie luźne niezbyt merytoryczne posty. Czy ja coś robię źle? ;D
      Copyright © 2016 gnome household , Blogger