stycznia 13, 2018

Wszystko na temat zapuszczania włosów

Dziś będzie sporo gadania - polecam wyposażyć się w kubek herbaty, kocyk i coś do pisania, bo temat jest bardzo rozległy, a ja starałam się opisać go jak najbardziej szczegółowo.

Zapuszczanie i przyspieszanie porostu włosów to chyba najbardziej ciekawy temat włosomaniactwa, ale trzeba się do tego odpowiednio zabrać, żeby zobaczyć jakiekolwiek efekty. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że nie zdarzają się żadne cudowne magiczne przypadki, gdzie komuś urosło nagle 10 cm w miesiąc - możemy ten proces delikatnie przyspieszyć, ale nie oczekujcie takich wyników, bo się baardzo rozczarujecie.


Kilka lat zapuszczania nauczyło mnie, że walka o centymetry, przy jednoczesnym ignorowaniu włosów na długości i końcówek przynosi odwrotny skutek do zamierzonego. Skupiałam się przede wszystkim na wcierkach, suplementach i szukaniu magicznych produktów, które w krótkim czasie przyspieszą mi porost. Olejowałam włosy, nakładałam mnóstwo masek i innych kosmetyków - ale była to zupełnie nieprzemyślana pielęgnacja złożona z niewłaściwych produktów, która bardziej mi szkodziła, niż pomagała.

Przykłady?

- Maski czy odżywki potrafiłam trzymać na włosach cały dzień, licząc, że wtedy zadziałają lepiej, tymczasem powinno się je trzymać na włosach maksymalnie 20-30 minut, by nie doprowadzić do  rozpulchniania i niszczenia włosów. Zdarzało mi się także nie spłukiwać ich wcale - było wtedy sporo tak zwanych odżywek "bez spłukiwania".

- Kosmetyki, których używałam miały w sobie mnóstwo nafty, parafiny i silikonów - po ich użyciu bardzo się cieszyłam stanem czupryny, ale był to jedynie złudny efekt zdrowych włosów.

- Nie istniało pojęcie równowagi Peh - nie mieliśmy pojęcia o tym jak i kiedy używać emolientów, humektantów i protein, przez co nie sprawdzałam składów kosmetyków. Pojawiające się często siano było spowodowane nie umiejętnym nawilżaniem lub przeproteinowaniem.

- Spałam w mokrych rozpuszczonych włosach

- Zapuszczałam włosy wiele miesięcy bez podcinania - w praktyce zapuszczałam dotąd, aż stan końcówek robił się na tyle makabryczny, że trzeba było ściąć wszystko co zapuściłam.

Tak zmieniły się moje włosy w ciągu dwóch lat (pisałam o tym TUTAJ ):



Ale do rzeczy. Poniżej rozpiszę kilka istotnych punktów, które mają wpływ na polepszenie bądź pogorszenie stanu i porostu kudłów. Sprawdzi się to także w walce z wypadaniem. Dzięki świadomej pielęgnacji po kilku latach walki z wiatrakami udało mi się wreszcie osiągnąć jakieś zadowalające efekty.

1. WCIERKI

To chyba najważniejsza rzecz. Wcierki są genialne zarówno przy wypadaniu jak przy zapuszczaniu kłaków. Wcieramy najczęściej jak się da - najlepiej codziennie i bez zmywania tego, a można nawet więcej. Niestety trzeba też wybierać wcierki, które rzeczywiście coś dają. Testowałam ich sporo i teraz gdy na to patrze, nie wszystkie nadawały się do tego celu. Oto kilka przykładowych:

Jantar - najbardziej znana wcierka wszechświata. Jeśli ktoś w necie pyta co sądzimy o Jantarze to mam wrażenie, że urodził się wczoraj i ciężko mi wierzyć, że można było o tym czymś nie słyszeć. Używałam Jantara wiele razy, być może coś dawał, być może nie - w każdym razie nie polecam tej wcierki. Ma w składzie silikony, według mnie to substancje które kompletnie nie nadają się do skóry, a jedynie do zabezpieczania włosów. Skład jak dla mnie niezbyt ciekawy - jest tu cała masa ekstraktów, ale odstraszają mnie silikony, które mogą przyblokować wchłanianie.

Saponisc i Radical - jak dla mnie to takie podróby Jantara, które nie pachną męskimi perfumami tylko zielskiem. Ogólnie nic specjalnego.

Seboradin - Składy w większości nieciekawe - na przykład szkodliwe pochodne formaldehydu w niektórych wcierkach. Najlepiej wygląda Seboradin Lotion Niger, ja testowałam go kilka lat temu i w zasadzie nie był zły. Jest mocno alkoholowy, nie dla wrażliwców.

Greem Pharmacy - Mam na myśli wcierki olejowe z łopianu i czerwonej papryki, kiedyś byłam przekonana, że to olej wyciskany z tych roślin (xD), ale to nic innego jak namoczony korzeń łopianu lub ostra papryczka w oleju słonecznikowym(albo ekstrakty). W moim odczuciu lepiej zrobić sobie taki macerat w domu, ale jak komuś się bardzo nie chce, to te olejki są bardzo tanie. TUTAJ pisałam jak to zrobić.

Nami - jak wyżej. Ekstrakty w oleju, internet ją chwalił, ja używałam, ale już nie pamiętam. Skład wygląda ciekawie, ale znowu - ja wole robić sobie takie rzeczy w domu, to łatwe.

Capitavit - jedyna, której nie testowałam, a skład mnie bardzo zachęca. Może kiedyś ją upoluje.

Castor Oil - To jest dopiero hit sezonu. Ma podobno magiczne właściwości jeśli chodzi o porost, ale jego skład nie zachęca. Po pierwsze - parafina i nafta, dwa sztuczne oblepiacze (nie, nie przyspieszają porostu), następnie - coś dla wegan, tłuszcz zwierzęcy (jakieś norki czy inne wiewiórki xD) oraz lanolina, a jedyne substancje które mogą coś zdziałać jest ekstrakt z aloesu, olej rycynowy i witamina E. Oczywiście włosy po tym produkcie są super, z resztą nic dziwnego - kosmetyki parafinowe z reguły tworzą efekt wow o czym będę mówić poniżej. Mimo to jako wcierka wydaje mi się stratą czasu.

Andrea - Nie polecam tego specyfiku z Aliexspresu, w ogóle nie polecam kosmetyków z Aliexspresu, bo raczej nie należą do bezpiecznych. Nie używałam tej wcierki, ale z tego co można wyczytać - po pierwsze składy ma różne i niekoniecznie prawdziwe. Bardziej zaufałabym opcji poniżej:

Kaminomoto - To droga jak **uj japońska wcierka (coś koło 170zl), ale nie spotkałam się chociażby z jedną negatywną opinią, w kwestii porostu radzi sobie podobno bardzo dobrze (około 4 cm w miesiąc). Ma dziwny, nie ziołowy skład, ale część z tych składników ma stymulować cebulki, przyspieszać krążenie i tak dalej. Nie wiem czy wydałabym tyle kasy na wcierkę.

Banfi - Używałam i pomimo, że wszyscy się nią mocno zachwycają, u mnie zrobiła niewiele - ale mną się tu nie sugerujcie, używałam niezbyt regularnie.

Dobrze, więc jakie wcierki polecam?

- Wcierki olejowe - z gotowców na pewno oleje Khadi czy Sesa, olej musztardowy lub rycynowy. Unikajcie oleju Amli - ma w składzie parafinę, która również nie nadaje się do skóry. Możecie też zrobić je sami w domu.

- Napary ziołowe - I tu mam na myśli głównie kozieradkę, która jak nic innego potrafi mi zatrzymać wypadanie włosów z dnia na dzień. Napar robię z niewielkiej ilości ziaren i wrzątku (ilość jaką robię to około kieliszek wrzątku na pół łyżeczki kozieradki). Ostatecznie można zrobić trochę więcej i trzymać w lodówce do trzech dni. Jedynym minusem jest zapach rosołu utrzymujący się na włosach - o ile ja byłam w stanie się do niego przyzwyczaić, to nie dało rady wyjść w tym do ludzi. Dlatego używam zawsze na kilka godzin przed myciem. Możecie też kombinować z innymi naparami, np. z bylicy bożego drzewka czy łopianu.

- Świeże soki - swego czasu codziennie ścierałam sok z kawałka czarnej rzepy. Można do tego celu użyć też soku z imbiru, chrzanu, aloesu, pokrzywy, a nawet cebuli. Jest to jednak dość pracochłonne i upierdliwe, szybko mi się odechciewało takiej roboty. Ale jeśli bardzo wam zależy to polecam, bo taki świeży soczek robi fajną robotę.

- Olejki eteryczne - Np. Olejek rozmarynowy czy lawendowy. Mam oczywiście na myśli czyste olejki kosmetyczne z dobrego źródła, a nie jakieś dziwne mieszanki do odkurzacza.

- Przyprawy - Ostre przyprawy stymulują cebulki, ogrzewają, ale mogą też podrażnić. Wszystkie warto najpierw wypróbować na skrawku skalpu, żeby nie było niespodzianki. Tymi przyprawami są między innymi cynamon, suszony imbir, ostra papryka, gorczyca czy pieprz cayenne. Ja zwykle po prostu dodawałam ich do innych wcierek, głównie olejowych. Wówczas trzymałam je na głowie do godziny, z reguły czułam leciutkie pieczenie. Uwaga - po internecie krążyła kiedyś dziwna historia związana z modą na wcieranie pieprzu cayenne na całą noc (całą noc, kurna -.-). Laska nie zrobiła próby tylko nawaliła tego na skórę, schowała pod czepkiem i poszła spać, a gdy obudziło ją ostre pieczenie i poszła umyć włosy, prawie wszystkie jej wypadły podczas mycia. Nie wiem na ile ta historia jest prawdziwa, i czy to nie jakiś fejk, ale wole ostrzec.

- Inne. Do wcierania fajne są jeszcze "dziwne" produkty apteczne - na przykład maść końska albo krople żołądkowe (ja rozcieńczałam je z wodą na pół, jeśli jesteś wrażliwcem dodaj jeszcze więcej wody). Maść sama w sobie ma niezbyt naturalny skład poza całą masą różnych ziołowych wyciągów, natomiast krople są moim hitem. Składają się z wyciągów z mięty pieprzowej, dziurawca, kozłka lekarskiego i nalewki gorzkiej. Cena kropli to około dwa-trzy złote, to śmieszna cena za wcierkę, która robi lepszą robotę niż inne produkty. Pamiętajcie jednak, że nadaje się tylko do skalpu - jest mocno alkoholowa, trzymajcie z daleka od włosów na długości i końcówek. A jak macie koty, przyzwyczajcie się do tego, że będą wariować przez obecność waleriany. Z tego co wyczytałam, niektórym krople pomogły też przy łupieżu.

- Żel aloesowy - jeśli jesteście zbyt leniwe żeby kilka lat hodować wielkiego aloesa, a potem go skubać i doić, to najlepiej kupić jakiś gotowy żel aloesowy o dobrym składzie. Ja używałam tego z Equillibry. Jest dobry szczególnie do nawilżania i regenerowania skalpu, nie widziałam po nim wybitnie przyspieszonego porostu, ale fajną opcją jest np. mieszać go z innymi wcierkami.

- Ogółem mówiąc warto stawiać na następujące zioła do wcierania: korzeń łopianu, gorczyca, mięta pieprzowa, dziurawiec, tatarak, kozieradka, rumianek, lipa, nagietek, liść brzozy, łupiny chmielu, pokrzywa, rozmaryn, bylica boże drzewko, uczep, wierzbownica, szałwia. Oraz sproszkowane rośliny ajurwedyjskie - bhringraj, neem, tulsi, kapoor kachli, amla (ich nie użyjecie raczej jako wcierek, ja czasem dodaje je do senesu i henny, ale o wiele lepiej jest zrobić z nich macerat).

Możecie oczywiście postawić na kilka rodzajów wcierek i używać ich uzupełniająco lub łączyć.

2. MASAŻ

Przy okazji używania wcierek duże znaczenie ma też masaż skalpu, który pobudza krążenie. Dlatego jeśli to było możliwe starałam się codziennie poświęcić około pięciu minut by go wykonać po nałożeniu wcierki.

3. DIETA I SUPLEMENTY

Ja starałam się przyjmować kilka rzeczy, nie obchodziło mnie, która zadziała najmocniej i myślę, że warto obrać taką taktykę.

Mój standardowy zestaw wspomagania się od środka wyglądał zawsze następująco:

- Olej z czarnuszki bądź lniany - 2 lub 3 łyżki dziennie

- Drożdże - 1/3 kostki dziennie, oczywiście zalane wrzątkiem, żeby nie wyrosła nam w brzuszku pizza (xD)

- Biotebal

- Pestki dyni i orzechy, około garść jednego i pół garści drugiego dziennie

- Krzem - kiedyś piłam skrzyp, który ma tiaminazę - rozkłada w organizmie witaminę B1(tiaminę) - a więc trzeba ją w jakiś sposób uzupełniać. Od jakiegoś czasu testuję ziemię okrzemkową i na razie zapowiada się obiecująco. Krzem jest potrzebny włosom do tworzenia silnej struktury.

- Glut z siemienia lnianego i ziarenka

- Sok z natki pietruszki i jabłka - stosowałam go niestety bardzo nieregularnie. Natka jest bogata w całe multum różnych witamin i pierwiastków. Sok, a raczej koktajl, przygotowywałam z jednej małej natki, jednego jabłka ze skórką i szklanki wody. Problem w tym, że swego czasu trafiłam na jakieś artykuły, że marketowe natki mają w sobie tyle chemii, że taka ilość może być wręcz niebezpieczna, dlatego sugerowałabym je kupować raczej na jakichś bazarkach, a nie w folii z marketu. Niestety nie pamiętam dokładnie o co chodziło.

- Sok z buraka - buraki to bomba żelaza i potasu. W moim przypadku walczyłam nimi z moją niedokrwistością (która skutkowała wypadaniem włosów). Starałam się pić koktajl z połowy buraka codziennie.
- Sok z pokrzywy - Jak wyżej, pokrzywa ma sporo żelaza i innych pierwiastków, które będą miały wpływ na kudły. Najlepiej pić koktajle ze świeżych pokrzyw, ale ciężko jest je zdobyć, szczególnie w mieście. Ja piłam więc sok apteczny, z jakimś nie najgorszym składem - piłam przez około trzy tygodnie i robiłam przerwę.

Czym jeszcze można się wspomagać od środka?

- Skrzypokrzywa - legendarny napar na porost, czyli pokrzywowo-skrzypowe combo. Jedna z niewielu rzeczy, której z jakiegoś powodu nigdy nie wypróbowałam. Jeśli już piję samą pokrzywę, skrzypu jakoś się boje.

Triphala - przypomniała mi o tym jedna dziewczyna z grupy. Triphala to mieszanka sproszkowanych owoców - amli, vibhitaki i haritaki. Kilka lat temu na blogach była hitem, który czarował 7 cm w miesiąc - czy to prawda, nie jestem w stanie potwierdzić na sobie, używałam triphali zdecydowanie za krótko i kupiłam kapsułki, a nie proszek, dlatego dawka i działanie był mniejsze. Myślę, że warto - bo ta mieszanka jest dobra nie tylko na włosy. Ostrzegam - triphala jest totalnie przeohydna w smaku.
Gotowe suplementy - ogólnie raczej ich unikam. Większość z nich ma w składzie całe mnóstwo substancji aktywnych, tyle że jest ich tak dużo, że to jakieś miniaturowe ilości. Poza tym, sceptycznie podchodzę do suplementów syntetycznych, nie ufam im do końca. Przyjrzyjmy się kilku z nich:

- Wyżej wspomniany Biotebal to jeden z niewielu supli, które nie wyglądają mi podejrzanie, zawiera 5mg biotyny. Stosowałam go najdłużej dwa miesiące i widziałam efekty - odstrasza mnie tylko jego cena, bo stacjonarnie kosztuje czasami ponad 3 dychy.

- CP - jeden z tańszych specyfików używanych na porost. Nie wiem jednak czy warto - skład mnie nie zachęca, efekty też nie i użyto w nim talku (chyba jako substancji antyzbrylającej) co niekoniecznie mi się podoba.

- Vitapil - również mnie nie zachęca, również ma talk (nie wiem czy to normalne żreć talk, skoro tak się gimnastykujemy by unikać go w kosmetykach ;v) i jest tam tyle substancji, że każda w mikro ilości. Wole wybrać suplement, który ma tego mniej, a większe dawki.

- Drożdże Lewitan - Próbowałam kilka razy, wglądają obiecująco i chyba mogę je polecić, bo nie są drogie, a mogą zastąpić picie drożdży. Ja piłam aż 9 tabletek dziennie, maksymalnie można brać 12.

Dodam jeszcze coś bardzo ważnego. Dotyczy to wszystkich ziół i herbat. Większość z nich ma działanie oczyszczające - problem w tym, że to co ma moc oczyszczania, z reguły oczyszcza nie tylko "złe" substancje, ale również dobre. Kilka lat temu miałam duży kryzys związany z anemią, spadkiem wagi i wypadaniem - pomimo że jem bardzo dużo. Winowajcą była zielona herbata - piłam jej po prostu za dużo (5-10 szklanek dziennie), a ona wypłukiwała mi z organizmu wszystko co dobre. Teraz staram się nie przekraczać kubka dziennie. Ciekawostka - kilka lat temu, gdy włosomaniactwo raczkowało, zielona herbata była opisywana jako totalny niezbędnik przy zapuszczaniu - i wówczas pisało się by jej pić jak najwięcej. Oczywiście mam tu na myśli także inne tego typu napoje. Nawet z ziołami na porost bym nie przesadzała. I jeszcze jedno - gdzieś trafiłam na informację, która została mi w pamięci do dziś - suplementy u większości osób zaczynają działać dopiero po 2-3 miesiącach z pewnego szczególnego powodu - z powodu niedoborów. Zauważcie, że włosy i paznokcie to nie najważniejsze organy ludzkiego organizmu. W momencie przyjmowania supli, organizm w pierwszej kolejności odżywia ważniejsze narządy, dlatego też większość osób działanie takich wewnętrznych wspomagaczy na włosy obserwuje po dłuższym czasie stosowania.


4. DBANIE O WŁOSY NA DŁUGOŚCI

Bez tego zapuszczanie jest gówno warte. Co z tego, że uda się zapuścić kilka centymetrów, skoro będzie trzeba je wszystkie ściąć, bo stan końcówek będzie opłakany? Ja dbam o włosy na długości następująco:

- Olejowanie - robię to już kilka lat. Rodzaj oleju - to czy jest rafinowany czy nie, nie ma znaczenia jeśli mówimy o włosach na długości. Włosy to struktury martwe, nie wchłoną z oleju żadnych witamin i innych substancji. Jedyne co się tu liczy to kwasy omega i okluzja. Olejowanie służy przede wszystkim temu, by włosy oblepić ochronną warstewką. Z tego powodu możecie do tego celu używać nawet oleju kuchennego albo smalcu (xD) - czyli po prostu tłuszczu. Najbardziej istotna rzecz to dobranie oleju pod własne włosy - pod ich porowatość i tak dalej. Moje włosy najbardziej lubią masło shea, olej rydzowy, musztardowy i lniany. Pamiętajcie jednak, że olej nie nawilża - jeśli zatem zależy wam na nawilżaniu (a warto to robić co jaki czas) olejujcie włosy na podkład nawilżający. Jak to się robi? Rozpuszczamy w wodzie jakiś nawilżacz (np. miód, cukier, aloes, panthenol) i spryskujemy dokładnie włosy. Na to od razu nakładamy olej i trzymamy to na głowie co najmniej godzinę).

- Co jakiś czas robię sobie "domowy olaplex" - o którym postaram się kiedyś napisać. W skrócie - mieszam z odżywką czystą cysteinę i trzymam do 20 minut. Taki zabieg z tego co wyszukałam regeneruje mikrouszkodzenia kudłów - wciąż szukam na ten temat informacji. Po takiej masce robię płukankę octową, bo cysteina jest mocno zasadowa i rozchyla łuski.

- Proteiny - trzeba uważać, by z nimi nie przesadzać. Proteiny również działają na zasadzie wypełniania uszkodzeń włosa, ale w przypadku gdy używamy ich zbyt często, nadbudowują się na włosie i efektem jest szopa stulecia. Moje włosy akceptują proteiny dwa razy w tygodniu. Musicie dokładnie sprawdzać składy odżywek i szamponów - jeśli są w nich proteiny, nie powinno się ich stosować codziennie. Przykładami protein są: keratyna, żelatyna, kolagen, jedwab, algi, żółtka, produkty mleczne, proteiny z mąk i roślin itp.)

- Zabezpieczanie końcówek - w moim przypadku sera silikonowe odpadają, bo wybieram pielęgnację naturalną (silikony są ok, pod warunkiem że nie ma w nich alkoholu oraz gdy są dobrze zmywane przed nakładaniem produktów odżywczych). Używam więc olejów - i najlepiej sprawdzają się tu masła typu shea lub kakaowe, bo niewielka ilość nie strączkuje mi włosów i nie sprawia, że wyglądają na nieświeże.

- Najbardziej narażone na zniszczenia są włosy "ze zewnętrznej" - chodzi o te włosy na wierzchu. Są wystawione na słońce, na temperaturę, to one uszkadzają się najbardziej, gdy kręcisz głową o poduszkę pod czas snu, albo zakładasz sweter. W moim przypadku te włosy były zawsze bardziej suche, trzeszczały pod palcami i szybciej się rozdwajały. Tu nawet odpowiednie nawilżanie i zabezpieczanie nie pomogło - pomógł tylko punkt 9, czyli zioła kondycjonujące. Henna i senes uratowały mi te włosy - aktualnie ich struktura wygląda tak samo porządnie jak reszta włosów, ale o tym zaraz. Dobrym pomysłem jest też zainwestować w satynowe poszewki na poduszki - sama się za takimi oglądam. Włosy wówczas nie uszkadzają się aż tak bardzo jak na poszewkach zwykłych.

- Na wszelki wypadek wspomnę jeszcze o tym, by nie katować włosów prostownicami, lokówkami i suszarkami. Rozjaśnianie i farby chemiczne też niekoniecznie nam w tym pomogą. Oczywiście nic się nie stanie jeśli co jakiś czas się nimi dopicujecie, ale bez przesady.

5. PŁUKANKI

Płukanka jest na głowie zbyt krótko, by mogła zadziałać na porost. Mimo to czasem zdarza mi się w wolnej chwili zrobić mocno ziołową płukankę - a raczej odwar, który rozcieńczam wodą i wlewam do wielkiej miski - i w tej misce kilka minut moczę umyte włosy, skalp i wykonuje masaż. Moja mieszanka składa się z tataraku, łopianu, rumianku, bylicy i pokrzywy - mieszam opakowania, a odwar przygotowuje z około 4 dużych łyżek mieszanki. Uwielbiam jej zapach. Można też zrobić płukankę kawową, bo kofeina pobudza cebulki.

Co jakiś czas robię też płukankę octową - szczególnie, gdy zależy mi na wyrównaniu ph, czyli zwykle po używaniu produktów zasadowych (np. cysteiny). Płukanka octowa robi dobrze i skórze i włosom - przede wszystkim domyka rozchylone łuski. Niedomknięte łuski narażają włos na większe zniszczenia.


6. PEELING

Skóra na głowie też wymaga złuszczania starego naskórka. Ma to również wpływ na kondycje włosów. Ja stawiałam na peeling z fusów kawy - ponieważ oprócz złuszczania mamy tu również element stymulujący dzięki kofeinie. Można też eksperymentować z dodawaniem do takiego peelingu innych pobudzających składników - na przykład cynamonu, imbiru, wcierek, ale trzeba zachować ostrożność. Mój skalp przeżyje nawet bombardowanie, ale dla kogoś innego cynamon lub olejki eteryczne może być bardzo podrażniający. Róbcie próby uczuleniowe na małym kawałku skalpu. Peelingu używamy mniej więcej raz w tygodniu.

Moja propozycja na peeling jest taka:
- Fusy z wypitej kawy - około dwie łyżki
- Świeży sok ze startego imbiru, najlepiej rozcieńczony wodą jeśli nie macie pewności czy to wam nie zaszkodzi
- Olejek rozmarynowy - kilka kropli
- Dowolny olej, u mnie musztardowy

Można oczywiście postawić na sam peeling z kawy, ale nie byłabym sobą gdybym go nie podrasowała. Ogólnie nie jest to jakoś turbo niebezpieczna rzecz, bo na głowie będzie się to znajdować tylko kilka minut. Pamiętajcie żeby nie trzymać kawy na głowie zbyt długo, szczególnie wieczorem, bo się upijecie kofeiną, kilka minut wystarczy - włosy moczymy i breje wsmarowujemy w skalp z delikatnym masażem, a potem spłukujemy.

Do peelingowania skalpu nadają się także czyste glinki - przy czym najmniej inwazyjna jest glinka biała.

7. SZTUCZNE OBLEPIACZE I ICH WPŁYW NA SKÓRĘ

2015
Pisałam to już w punkcie o wcierkach, ale tutaj rozwinę. Chodzi głównie o wszystkie substancje typu parafina, nafta, wazelina oraz silikony. Te substancje nie są niebezpieczne, ale nie nadają się do użytku na skórę - a o skórę dbamy przede wszystkim przy zapuszczaniu. Takie substancje mogą zapychać pory oraz blokować wchłanianie wszystkich pożądanych składników. Ja unikam ich także do stosowania na włosach - choć dobrze zabezpieczają włosy przed uszkodzeniami, to jednak dają nam też złudny efekt zdrowszych włosów, a ja lubię widzieć rzeczywisty ich stan. Dlatego czytajcie składy. Parafina i pochodne to najczęściej takie składniki: paraffinum liquidum, mineral oil (mylna nazwa, wiem), petrolatum, vaselinum, natomiast silikony możemy rozpoznać najczęściej po końcówce -cone - ale to temat a oddzielny post. I PAMIĘTAJCIE NA LITOŚĆ BOSKĄ - NAFTA NIE PRZYSPIESZA POROSTU. Gdy widzę coś takiego aż mnie skręca w jelitach. Równie dobrze można by o takie właściwości posądzić wodę z kranu.
                                                                                                       

8. DROBNE CIĘCIA

Tak, wiem że to wkurzające. Wiem, że ciężko patrzeć na odcięte włosy, o które tak się walczyło. Ale można się obejść bez utraty połowy włosów. Wystarczy ciąć co dwa lub trzy miesiące, ale dosłownie same końce, czyli centymetr albo pół. Z tego powodu o wiele łatwiej postawić na całkowicie proste włosy - cieniowane trudniej skrócić równomiernie. Ja unikam w tej kwestii fryzjerów - nie znam żadnego, któremu zaufam, większość nie odróżnia chyba centymetra od piętnastu. Tnę sama, jest w necie sporo tutoriali jak to zrobić prawidłowo i równo. Oczywiście potrzebujemy dobrych ostrych nożyczek. W moim odczuciu takie z drogerii się nie nadają - są zbyt tępe. A gdy nożyczki są tępe, nasze obcinanie nie ma sensu, bo włos potraktowany takim narzędziem będzie zmiażdżony - czyli nadal uszkodzony. Ja od kilku lat używam nożyczek fryzjerskich marki Henbor.

9. ZIOŁA KONDYCJONUJĄCE

Pierwszy raz miałam z nimi styczność kilka lat temu - była to cassia, błędnie zwana "bezbarwną henną". Wówczas mieliśmy niewielkie pojęcie o tym, jak jej używać. Zabieg nakładania na włosy cassi polegał na wymieszaniu proszku z wodą oraz sokiem z 6 cytryn (o mamo). Teraz wiemy, że do zakwaszenia tego typu ziół wystarczyłaby i łyżeczka takiego soku. Ale po kolei - do ziół kondycjonujących zaliczają się i ziółka barwiące - i tu obserwujemy oprócz koloru także mocne pogrubienie włosów oraz regenerację (między innymi henna, cassia, senes), a także zioła
kondycjonujące bezbarwne, które włosów raczej nie pogrubią(a jeśli już, to w minimalnym stopniu) za to są świetnymi odżywkami - np.głożyna, tulsi, neem, brahmi, bhringraj. Będzie o tym oddzielny post, bo to temat rzeka, ale w skrócie - polecam zainteresować się przede wszystkim ziołami barwiącymi, głównie henną. Sam senes nie pogrubia włosów tak mocno jak naturalna henna. Te zioła niesamowicie ratują moje włosy od wszelkich zniszczeń, zatrzymały rozdwajanie końcówek niemal całkowicie. Pamiętajcie jednak, że mają być one w formie proszków ze startych roślin, nie w formie produktów typu Eld czy Venita. Więcej możecie się dowiedzieć na super grupie MIKSOLOGIA ;d


10. DETERGENTY

Przede wszystkim polecam całkowicie zrezygnować z wszelkich ciężkich detergentów typu sls czy sles. Niestety większość szamponów dostępnych w drogeriach ma w sobie slsy. Te szampony, zwane "rypaczami" powinny być używane tylko w szczególnych wypadkach - gdy chcemy zmyć z włosów silikony, inne oblepiacze, kosmetyki do stylizacji, lakiery i tym podobne. Do codziennej pielęgnacji najlepiej je sobie darować - są zbyt inwazyjne, ja zawsze mam po nich wrażenie, że nie umyłam włosa, lecz go dosłownie obdarłam ze wszystkiego. Jest więc kilka opcji:

- Używamy ich tylko, gdy zmywamy z włosów produkty, których nie zmyją delikatne detergenty. Na co dzień stawiamy na delikatniejszy produkt.

- Jeśli już, to one są przeznaczone tylko do skóry - więc jeśli nie używamy oblepiaczy, myjemy rypaczami sam skalp, resztę włosów myjemy odżywką.

- Lepszą opcją jest oczywiście nie używać oblepiaczy i slsów, skalp myć delikatnymi detergentami, a włosy odżywką.

- Nie używać detergentów w ogóle - włosy z powodzeniem można umyć za pomocą mąki, naparu z mydlnicy, orzechów piorących czy indyjskich proszków typu shikakai albo aritha. Wiem, brzmi hardcorowo i głupio, ale jak coś jest głupie i działa, to nie jest głupie. O tym jeszcze pojawi się wpis. Póki co pisałam już o domowym szamponie bez detergentów.

11. CIERPLIWOŚĆ

Bez względu na całą pracę jaką w to włożycie, nic nie zadowoli was od razu. To długi i żmudny proces. Zdarza się, że włosy na pewnej przejściowej długości wyglądają i układają się tragicznie - i ja takie etapy przechodziłam ciężko, bijąc się z myślami czy nie ściąć ich w cholerę. W takich chwilach możecie tylko związać włosy w koczek lub warkocz i mieć je w doopie.

12. NIE WALCZ O ZNISZCZONE KOŃCE

Długo obierałam taktykę pod tytułem "Jak zapuszczę wymarzoną długość to trochę podetne", bo to swoisty strzał w kolano. Nie istnieje nic co może skleić rozdwojone końce, możemy co najwyżej próbować te włosy delikatnie zregenerować (proteiny, zioła kondycjonujące, cysteina) albo zabezpieczać je przed dalszym niszczeniem - ale taka rozwalona końcówka i tak rozpruwa się ku górze i lepiej ten proces zatrzymać za pomocą nożyczek.

13. WIĘCEJ NIE ZNACZY LEPIEJ

Kiedyś miałam podejście, że mogę walić na włosy wszystko - jeśli nawet nie zadziała, to przecież nie powinno mi zaszkodzić, nie? Otóż właśnie może - włosów nie mogłam zapuścić między innymi dlatego, że:
a) Waliłam produkty odżywcze, oleje bez uprzedniego wymycia z włosów oblepiaczy typu silikony, parafina (Tak jak mówiłam - silikony nie są złe same w sobie, ale trzeba je dokładnie zmywać, w przeciwnym razie nie ma sensu nakładać na takie niedomyte z silikonu włosy żadnego produktu odżywczego, proteinowego, nawilżającego i tak dalej - bo silikon nie otworzy mu drzwi do włosa)
b) Używałam masy tanich odżywek i mgiełek jednocześnie, bez uprzedniego czytania, które są proteinowe, które mają alkohol - dzięki temu włosy były albo przeproteinowane, albo wysuszone na wiór przez alkohol.
c) Wierzyłam w magiczną moc kosmetyków, których składy mnie nie interesowały - ta magiczna moc była zwykle parafinową maską.

14. ZBYT MOCNE ZWIĄZYWANIE WŁOSÓW

Mam na myśli wiązanie włosów w zbyt ciasne wysokie kitki czy koczki, szczególnie na wiele godzin albo na noc. Znacie to uczucie, gdy rozpuszczacie włosy i "bolą was cebulki"? Według mnie takie mocne wiązanie im bardzo szkodzi, zmusza je by były skierowane w nie naturalnym kierunku, i tym samym je osłabia. Miałam wrażenie, że odkąd zaczęłam stawiać na warkocza, to zmniejszyło mi się wypadanie. Nie zrezygnowałam całkowicie z koczków, bo w nich mi najwygodniej, ale staram się nie nosić ich cały dzień.

15. UNIKANIE CHORÓB

Tu chodzi głównie o kwestię leków, w szczególności antybiotyków. Dawniej chorowałam często, czasem byłam chora kilka razy w czasie jednej zimy. Każdy antybiotyk zbierał swoje żniwo w postaci wzmożonego wypadania kłaków. Teraz bardzo mocno zabezpieczam gardło (z moich obserwacji wynika, że mogę sobie wyjść nago na dwór w zimę, mając na sobie tylko szalik, ale się nie rozchoruje o ile zabezpieczę szyję. A wystarczy, że na sekundę wyjdę z gołą szyją i już mnie bierze). Do tego codziennie pije wodę z sokiem całej cytryny. Ostatni antybiotyk brałam ponad rok temu, Jakoś pół roku temu zachorowałam, ale leczyłam się tylko cytryną, czosnkiem, korą wierzby i lipą.

Podsumowując, wasz plan powinien wyglądać następująco:
- Podcinać kilka milimetrów co kilka miesięcy
- Przykładać uwagę do włosów na długości, szczególnie końcówek
- Nie dać się nabrać na super magiczne szampony czy maski na zapuszczanie - zwykle jest to drogi parafinowy pic na wodę
- Postawić na kilka naturalnych suplementów
- Wcierać, wcierać i jeszcze raz wcierać - ale tylko odpowiednie do tego celu produkty
- Dać szanse senesowi, hennie lub cassi - bo dzięki temu włosy będą się mniej niszczyć i będą zdrowsze
- Nie szaleć ze stylizacją, wysoką temperaturą albo zasadowym ph (nie myjcie włosów mydłem, nawet naturalnym, proszę, to bardzo je niszczy)
- Sprawcie sobie satynową poszewkę na poduszkę - włosy mniej się wówczas trą i uszkadzają podczas kręcenia głową w czasie snu

Pewnie wciąż trudno Ci ogarnąć jak ułożyć sobie pielęgnacje, szczególnie że informacji jest od groma. Dlatego zrobię przykładowy za Ciebie.

PRZYKŁADOWY SZCZEGÓŁOWY PLAN ZAPUSZCZANIA:


Wewnętrznie:


- Codziennie łyżka oleju z czarnuszki lub 2 łyżki oleju lnianego 


- Codziennie szklanka wody z ziemią okrzemkową


- Biotebal


- Codziennie garść pestek dyni i kilka orzechów


- Koktajl z połowy średniego buraka albo sok/jabłko pietruszka (albo na przemian)


Zewnętrznie:


- raz w tygodniu peeling z fusów po zaparzonej kawie, rozrobionych na naparze z kozieradki, z dodatkiem dużej szczypty cynamonu, imbiru i kilkoma kroplami olejku rozmarynowego.

- raz na dwa tygodnie nakładam na skalp i włosy zioła kondycjonujące - np. senes czy cassię z dodatkiem henny i innych ziółek. Byle to się nie pokrywało z dniem peelingu. Szczegóły opiszę w innym poście, póki co możecie się tego nauczyć na grupie Miksologii.

- Codziennie raz lub dwa razy wcierka - gdy nie zamierzam myć włosów będę używać rano i wieczorem kropli żołądkowych rozrzedzonych naparem z jakiegoś zioła z listy lub wodą, natomiast w dzień mycia nakładam rano krople, a w ciągu dnia wcierkę z maceratu łopianowego(zamiast tego mogą być oleje Khadi, Sesa czy musztardowy), z dodatkiem przypraw i olejku rozmarynowego. Chociaż jedno wcieranie na dzień staram się też wykonać z krótkim masażem kolistymi ruchami.

- Dwa razy w tygodniu olejowanie włosów na kilka godzin przed myciem - z czego raz olejowanie na podkład nawilżający (w moim przypadku podkładem jest woda z miodem, która spryskuje włosy, na to idzie olej). Również staram się robić to tak, by nie pokrywało się z dniem hennowania albo peelingowania.

- Raz w tygodniu używam jakiegoś produktu z proteinami. Albo w formie gotowego kosmetyku, albo używam mąk czy alg, a najczęściej w formie maseczki z żółtka lub z dodatkiem keratyny.

- Końcówki zabezpieczam codziennie w miarę możliwości masłem shea - minimalna ilość.

- Włosy za każdym razem myję jakąś dobrą do tego celu odżywką (np. Kallos Color - jedyny Kallos bez silikonów, skład dupy nie urywa, ale kilo maski to tanioszka, więc do mycia styknie), lub na skalpie delikatnym szamponem (np. Vianek, Biolaven), a na długości odżywką. Lub używam do tego celu mąk, mydlnicy, orzechów myjących lub proszków shikakai czy aritha.
(Jeśli używasz nie lotnych silikonów i innych oblepiaczy, trzeba myć silniejszymi detergentami)

- Raz na jakiś czas robię 20 minutową maskę z drożdży (np. po peelingowaniu) - 1/3 kostki zalewam niewielką ilością wrzątku i czekam aż przestygnie, mieszam z odżywką lub maską, albo z glutem lnianym i na głowę).

To tyle - to wszystko to cała wiedza jaką zebrałam w ciągu ośmiu lat. Mam nadzieje, że Wam się przyda, powodzenia!

11 komentarzy:

  1. Jestem obecnie w ciazy. Wlosy mi dosc mocno wypadaja :( chyba najbezpieczniejsze u mnie beda wcierki olejowe ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. One są najdelikatniejsze zdecydowanie, ale soki czy napary raczej nie są odradzane w ciąży

      Usuń
  2. długi, konkretny wpis. Bardzo dużo informacji! Co do niektórych zaraz się zacznę stosować

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja osobiście nie lubie nic robic z włosami, jedynie podcinam, czasem robie pasemka. Uzywam tylko odżywki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja używam sprawdzonych kosmetyków na bazie naturalnych olejków i in. składników :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tylko po co te przekleństwa xD kolor możesz zmienić zaznaczając cały akapit o soku z buraka i wybrać opcję "usuń formatowanie", takie T z 'x' po prawej stronie panelu pisania notki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O mamo, dlaczego na to nie wpadłam xD

      Usuń
  6. super , przeczytałam jednym tchem, skarbnica wiedzy , Twoje włosy sa piekne a kolor zaj.....sty czy to po hennie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kolor na zdjęciach jest po kilkukrotnym hennowaniu (niewielkie ilości henny w senesie) ;D

      Usuń
  7. bardzo pomocny wpis, ja jestem teraz na etapie zapuszczania włosów, bo fryzjera miała mi podciąć tylko końcówki,a skończyło się na katastrofie:(
    postawiałam an dietę i olejowanie, dobrze się sprawdza olejek z wiesiołka:)
    www.aleksandramistake.pl

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 gnome household , Blogger