stycznia 30, 2018

Kot to nie kura, czyli mini poradnik jak nie karmić mięsożercy

Kot to nie kura, czyli mini poradnik jak nie karmić mięsożercy
Zanim zaczniemy, chciałabym poinformować, że dzisiejszy post piszę w oparciu o wiedzę jaką przekazują zwierzęcy dietetycy. Nie będzie tu więc gloryfikowania karm suchych, weterynaryjnych, mleczka i roślin. Proszę też o powstrzymanie się od komentarzy pod tytułem " Mój kot zapija suchą karmę z Biedronki mlekiem i jest zdrowy", bo ten post kieruję do osób, które chcą zmienić dietę zwierzaka na lepszą i zdrowszą.


Dziś na celownik bierzemy skład kociego menu oraz gotowych karm. Mam wrażenie, że ludzie zapominają, że koty nie są zwierzętami roślinożernymi, tylko ścisłymi mięsożercami - by to wiedzieć, wystarczy w zasadzie wiedza wyciągnięta z lekcji pszyrki.

Tak, wiem - sami często nie odżywiamy się dobrze, więc z jakiej racji mamy mieć jakieś paranoje dotyczące żarcia dla mruczka. No nie wiem, może dlatego że kot nie jest człowiekiem i zje to co mu damy i nauczymy jeść, a nie co sobie wybierze? A może po to, by żył tyle ile żyją koty, a nie 5-10 lat? Albo dlatego, że dobrze żywiony kot nie robi się spaślakiem z cukrzycą? I zwiększamy szanse, że nie przewalimy fortuny na leczenie niewydolności nerek, chorób uzębienia, nowotworów i innego dziadostwa, a kot nie będzie miał bólów brzucha, biegunek i innych dolegliwości, które będziemy mogli do woli ignorować?

Bardzo często dostrzegam to także wśród blogerów czy youtuberów - a więc osób, które mają duży wpływ na swoich odbiorców. Dziwi mnie, że dziś niewiele osób przejmuje się czym karmi swoje zwierzęta. Ludzie idą na łatwiznę - kupują znaną karmę z marketu i wydaje im się, że kot jest okazem zdrowia, tymczasem dostaje pokarm niemal wegetariański, bo złożony w 96% ze zbóż. Potem te same osoby walczą z fundacją Viva (która poleca karmy wege dla mięsożerców) i nazywają ich wege faszystami. No to mamy problem, bo karmy marketowe się od nich za bardzo nie różnią, jedynie tym, że na nich nikt nie pisze, że są wege, a kawałki karmy ulepione ze zbóż przypominają mięso. Ale po kolei.


ZBOŻA

No właśnie, te nieszczęsne zboża. Zboża są tanie, łatwo dostępne i można nimi fajnie zapchać puszkę i worek (I ŻOŁĄDEK). Problem tylko w tym, że koty tych zbóż nie trawią - i nie tylko koty, ale również króliki czy psy. Takimi wypełniaczami sklejonymi z węglowodanów zwierze się zapycha, ale nie czerpie z nich nic pożytecznego - wydala je w całości w postaci dużego śmierdzącego klocka (dla porównania klocki kotów i psów na barfie - czyli surowym mięsie z dodatkiem suplementów są malutkie i bezzapachowe, bo pokarm jest trawiony w większości). Zboża gniją w jelitach i nie zaspokajają głodu tak dobrze jak pokarm mięsny, z tego też powodu zwierzęta jedzą znacznie więcej takiej karmy, bo są po prostu głodne. A taka ilość zbóż ostatecznie prowadzi do otyłości, i to najmniejszy problem (To wcale nie kastracja jest odpowiedzialna za otyłość starszych kotów czy psów, a to że są karmione paszą do której dodatkowo mają stały dostęp). Zbożami są produkty pszeniczne, żytnie, ryż, kasze, kukurydza oraz ziemniaki. To wszystko składniki, których układ pokarmowy kota nie strawi.

Najgorzej, gdy te zboża przyjmują postać karmy suchej. Karma sucha jest wygodna - nie brudzi, nie zasycha, nie psuje się. Niestety większość karm suchych, w tym niestety także karmy weterynaryjne są ulepione właśnie ze zbóż. Pokarm suchy, pomijając już te nieszczęsne zboża, najczęściej prowadzi w przypadku kotów do chorób związanych z układem moczowym, między innymi do niewydolności nerek. Dlaczego? Ano dlatego, że kot to zwierze pustynne (pochodzi z Afryki) - koty z natury piją bardzo niewiele, kot dobrze odżywiany pokarmem mokrym i surowym mięchem nie pije praktycznie wcale, bo jest dobrze nawodniony. Sucha karma ma bardzo niską wilgotność, kot na suchej karmie musiałby dziennie wypijać około szklanki wody dziennie, by to nadrobić - co jest w zasadzie nie realne. Z tego powodu nawet najlepsze karmy suche z niską zawartością węglowodanów nie powinny stanowić podstawy diety, a jeśli to możliwe to lepiej je sobie całkowicie darować.

W zasadzie wszystkie znane z telewizji marki karm, zarówno mokrych i suchych, karmy weterynaryjne oraz karmy własne marketów, są złożone niemal w całości ze zbóż i zawierają niewielki procent składników pochodzenia zwierzęcego (i tu chyba nie łudzimy się, że tym składnikiem odzwierzęcym jest piękny kawałek cielęcinki). W zasadzie nawet nie czepiałabym już się tego, że do karm lecą podejrzane resztki zwierzęce - w końcu w naturze kot nie je tylko czystego mięsa, ale również krew, kości, podroby i wnętrzności. Problemem jest to, że oprócz tego nie ma już żadnego mięsa, a są rośliny.

Poza zbożami takie karmy mają też sporo innych podejrzanych dodatków, polepszaczy smaku i uzależniaczy, przez które tak trudno potem nauczyć kota jeść zdrowszy pokarm.


MLECZKO

Dawno dawno temu przyjęło się, że mleczko jest dla kotów dobre i zdrowe, bo tak. Zastanówmy się jednak - jaki kot w naturze przysysa się do cycka krowy, żeby ją sobie wydoić? Żodyn. Żodyn szanujący się ssak, szczególnie dorosły, nie licząc człowieka, nie doi zwierząt innego gatunku. Jedyne zdrowe mleko dla kota, to to z cycka własnej kociej matki. Ten szkodliwy mit wciąż utrzymuje się głownie na wsiach i jest przekazywany przez osoby starsze. A jak wiadomo - na wsiach koty są głownie wychodzące (niestety) - oznacza to, że właściciel takiego mleczkowego smakosza, nie widzi jak ten biedny kot zwraca to mleko za krzakiem w postaci biegunki. Dorosłe koty nie trawią laktozy - w przypadku większości z nich objawia się to właśnie biegunkami, co nie znaczy, że kot który nie choruje po mleku, jest zdrowy (bóle brzucha, a ostatecznie o wiele poważniejsze choroby). No to może specjalne mleczko dla kotów bez laktozy? No nie - mleko bez laktozy, nadal ma kazeinę, również jest ona szkodliwa dla kota. Koty nie potrzebują mleka, naprawdę. Po co podawać coś co szkodzi a nie daje nic pożytecznego? Dla smaku? Dla smaku to nauczcie kota jeść krwiste surowe mięso, będzie równie wniebowzięty, co po mleku, tyle że zdrowy.



ŻARCIE DLA LUDZI

Wrzucam tu resztki z obiadu, ziemniaki, marchewkę z ryżykiem i inne chleby. Ostatnio widziałam nawet jakąś gazetkę z przepisami na "dania" dla kotów i psów - w menu między innymi takie rarytasy jak panna cotta dla kota (xD). Wiem, że czasem opiekunowie chcą pokazać jak dbają o swoje zwierzaki gotując im takie obiadki. Ale to nie jest dla nich zdrowy ani dobry posiłek. Jeśli chcecie sami robić im jedzenie, to pomyślcie o barfie (surowe mięso, podroby, surowe żółtka jaj i specjalne suplementy które udają naturalną ofiarę, a które też są dodawane do karm, bo inaczej zwierzęta by na nich padały). Koty nie są ludźmi i gotowanie dla nich wygląda inaczej niż dla nas. Koty to surojady, po co więc im gotować? O resztkach z obiadu nie wspominam - są tam zboża, przyprawy albo kości z mięsa po obróbce termicznej (mogą nawet zabić, bo przy gryzieniu rozwarstwiają się na drobne ostre igiełki). Warzywa i owoce z kolei, są im całkowicie zbędne. W pewnych sytuacjach się je podaje, często jakiś ich procent znajduje się w karmach, nawet tych lepszych, ale zdrowy kot nie potrzebuje ich w swojej diecie i nie wyciągnie z nich żadnych wartości odżywczych, więc podawanie ich mija się z celem..


Pozostaje jeszcze kwestia karm weterynaryjnych

"Pan weterynarz mówi, że sucha karma jest dobra dla kotów".

A czy Ty idziesz po rozpiskę diety do ginekologa albo okulisty? Weterynarz nie jest dietetykiem - na studiach ma zdecydowanie za mało zajęć poświęconych dietetyce zwierząt domowych - zajęcia są ogólne, w ich skład wchodzi też karmienie bydła czy drobiu. Nie mówiąc już o tym, że kursy i szkolenia z dietetyki są sponsorowane przez koncern pewnych karm suchych. Wobec tego, jeśli weterynarz po studiach nie rozszerza swojej wiedzy w zakresie dietetyki, to wcale nie musi się na dietetyce znać. Nie wierzcie ślepo w to co mówi na temat karmienia weterynarz, bo weterynarz ma przede wszystkim leczyć, a nie karmić wasze zwierzęta. A już na pewno nie wierzcie, gdy próbuje was przekonać do suchej karmy zbożowej.

Karma nie jest dobrym zamiennikiem leku. Karmy weterynaryjne działają - ich działanie jest spowodowane tym, że mają dodane leki lub preparaty, w zależności od choroby - na przykład glinki czy leki rozpuszczające struwity. Po takiej karmie wyniki chorego kota nagle się poprawiają, a właściciel myśli, że skoro działa, to karma jest zdrowa. Taki sam efekt uzyskalibyśmy poprzez podawanie karmy mokrej z dodatkiem leku - bo tylko lek działa, nie karma. Analogicznie - wyobraźcie sobie, że lekarz kazał wam jeść ziemniaki posypane lekiem przeczyszczającym. Czy w takim razie ziemniaki będą odpowiedzialne za oczyszczenie waszego jelitka? xD


CO WIĘC POWINIEN JEŚĆ KOT?

Karmy mięsne - problem z nimi jest taki, że są mało dostępne stacjonarnie. Należą do nich marki takie jak na przykład Mac's, Catz Finefood, Feringa, Power of Nature. Można je zamówić przez internet w większych pakietach więc wychodzi taniej. Z karm lepiej dostępnych jako tako wychodzi tani Butchers (średni skład, ale lepsza niż każda inna z marketu) albo Animonda, która wychodzi niestety dość drogo stacjonarnie. Warto też kotu podawać surowe mięsko do trzech razy w tygodniu (można karmić tylko tym, ale wówczas trzeba je suplementować, i nazywa się to Barf) oraz surowe żółtko raz w tygodniu, jako bomba witaminowa. Bez parzenia, gotowania, mrożenia - to nie zabije bakterii, zrobi to żołądek kota. Karmienie kota zdrowo jest tańsze niż karmienie popularnymi marketówkami. Barf wychodzi najtaniej - dosłownie parę groszy dziennie, a mieszanki robi się nawet na dwa miesiące. Część dobrych karm kosztuje podobnie co karmy złe, ale oszczędność jest taka, że kot zje ich mniej - mięso syci na dłużej w przeciwieństwie do zbóż które zapychają tylko żołądek.

Pamiętajcie, że kot nauczony jeść źle, nie zacznie z dnia na dzień wsuwać mokrej karmy. To długi proces, polegający na stopniowym wprowadzaniu nowej karmy w malutkich ilościach do karmy starej. Zaczynając od malutkiej łyżeczki. Można karmy też dosmaczać smalcem lub surowym żółtkiem. Nie dawajcie kotu na suchej zbożowej karmie pełnej michy mięsa, bo jeśli jakimś cudem w ogóle to ruszy, to się może dosłownie zesrać, gdyż organizm nie jest przyzwyczajony do takiej zmiany.

Dla zainteresowanych polecam też dokument "Pet Fooled", który pokazuje jak działają koncerny popularnych karm dla zwierząt. Możecie obejrzeć go na Netflixie.

Na koniec pozwolę sobie jeszcze zacytować kilka super popularnych tekstów ludzi opornych na wiedzę:

- "Mój je i żyje" - Fajnie, a mój dziadek przeżył po 40 latach palenia.

- "Mój innej karmy nie zje" - Dziwisz mu się? A dziecko wybierze paczkę chipsów czy sałatkę warzywną?

- "Karma sucha czyści zęby" - Nie czyści i wystarczy włożyć łapę do wora karmy, by to sprawdzić. Czy taki osad ma moc cokolwiek wyczyścić?

- "Nie każdego stać na karmienie zdrowo" - Karmienie zdrowo jest zwykle tańsze niż nie zdrowo. Popularne marketówki są drogie, a takie żywienie chociażby Barfem kosztuje mnie około 40 zł miesięcznie. Przypominam, że dobra karma starcza na dłużej niż zboża, bo kot zje mniej.

- "Skoro mój kot zjada ten kawałek ciasta i popija mlekiem, to znaczy, że jego organizm tego potrzebuje" - Rozumiem, że gdy ja jem zupkę chińską, to też ze względu na to, że mój organizm jej pilnie potrzebuje żeby uzupełnić niedobory?

- "Mój kot, moja sprawa" - Spoko, przypomnę Ci to za pół roku, gdy będziesz pytać po grupach jak oduczyć kota z niewydolnością nerek sikania po domu.

To tyle. Twój kot kupowałby MJENSO.

A jeśli chcecie sobie pooglądać trochę zdjęć mojego predatora, zapraszam TUTAJ

stycznia 20, 2018

Jak myć włosy mąką?

Jak myć włosy mąką?
W końcu się zebrałam, żeby napisać o najtańszym szamponie świata - o mące! Nie jestem w stanie zliczyć ile razy ktoś mnie o to pytał, więc wygodniej mi będzie spamować linkiem niż każdemu tłumaczyć ;v


Większość mąk ma saponiny - czyli "naturalne detergenty". Są bardzo delikatne, ale dobrze radzą sobie nawet ze zmywaniem z włosów oleju (w moim przypadku radzi sobie z tym tylko mąka żytnia).


Po umyciu czuje, że mam dwa razy więcej włosów - mąka dziwnie dodaje mi objętości. Ma w sobie proteiny, z tego co mówią ludzie używanie jej kilka razy w tygodniu nie doprowadza do przeproteinowania (siano na łbie), ale jeśli się tego obawiacie, to używajcie jej raz w tygodniu. To też super "0waste" kosmetyk, po którym nie wyrzucamy plastiku.


myciewlosowmaka


Mąki, które nadają się do mycia włosów:

- żytnia
- owsiana
- z ciecierzycy

Potrzebujemy:
- mąki (dobrze zmieloną, najlepiej dodatkowo przesianą - użycie mąki razowej skutkuje tym, że otręby nie chcą się wypłukać z włosów i tracicie na to o wiele więcej czasu)
- zimnej wody

Opcjonalnie:
- odżywka bez silikonów
- kropelka dowolnego oleju
- zamiast wody może być mocno ostudzony napar (gdy dodamy na przykład naparu z mydlnicy, to mikstura będzie silniejsza)
- Algi (dodatkowe proteinki - więc niekoniecznie do codziennego używania)
- ajurwedjskie proszki myjące (shikakai i aritha) lub kondycjonujące (np. neem, brahmi, maka, tulsi)


Najpierw rozrabiamy papkę - ja wrzucam do michy mniej więcej 3 duże łyżki mąki i rozrabiam ją z zimną wodą (użycie ciepłej = ciasto na łbie i trudniejsze zmywanie). Dodaje wody na oko - tyle żeby pasowała mi konsystencja. W praktyce o wiele lepiej nakłada się papkę, gdy jest dość rzadka. I taką papę instalujemy na mokrych włosach. Niektórzy przygotowują papkę dzień wcześniej i zostawiają żeby robił się zakwas, ale mi się nie chce, świeża papka też zmyje. Nie ma potrzeby jakoś specjalnie długo trzymać tego na głowie - wystarczy tyle czasu ile się myje włosy szamponem. Wmasowujemy mąkę w skalp i włosy, a potem płuczemy, najlepiej niezbyt gorącą wodą, żeby nie zrobiły się kluchy. I tyle. Jeśli czujecie macie jakieś drobinki po spłukaniu, osuszcie włosy ręcznikiem i wytrzepcie kudły nad wanną - ja tak robię, gdy nie chce mi się przesiać mąki, albo gdy mam zbyt mocno zmielony senes (zioło pogrubiające).

Na KANALE jest też cały film o no poo.

Zapraszam także do postów dotyczącego przyspieszania porostu włosów oraz na temat błędów utrudniających zapuszczanie, a także do NASZEJ GRUPY O DOMOWYCH KOSMETYKACH


stycznia 16, 2018

Mieszkaniowy update - [TYLKO U NAS] gnom pokazuje swoją jaskinie!

Mieszkaniowy update - [TYLKO U NAS] gnom pokazuje swoją jaskinie!
Nareszcie udało mi się stworzyć post, by był on związany z moją pierwotną wizją bloga. Niedawno wprowadziliśmy się do własnego mieszkania i można powiedzieć, że wreszcie sobie tu wszystko ogarnęłam, choć wciąż jeszcze sporo jest do zrobienia. Jeśli obserwujecie mój Instagram, widzicie dość często jak wygląda moje wnętrze - jest dziwne, trochę staroświeckie, być może trochę kiczowate albo przerażające. Takie ma być i o takim marzyłam od wielu wielu lat.

Chciałabym też pokazać jakie elementy można w mieszkaniu wykorzystać, by osiągnąć podobny efekt oraz pokaże kilka moich nowych znalezisk.



                                                                              BADYLE

W listopadzie spora część mojej Badylandii wylądowała na śmietniku przez chorobę kota. Kitku przez dwa tygodnie chorował, do dziś nie wiem co było przyczyną, ale dla pewności pozbyłam się wszystkich roślin trujących, przez co w zasadzie zostały mi tylko 3 kwiaty i słoik. Było mi pusto jakoś nudno, więc wreszcie zorganizowałam sobie jakieś zakupy ogrodnicze. Dżungla powraca!




                                                                 CZASZKI I SKÓRY

Na ścianie mam obecnie dwie, i jedną mniejszą, dwie owcze skórki i poduszki ze sztucznego furta dorwane kilka dni temu w Biedrze. Uwielbiam czaszki, te są już bardzo stare i uprzedzając pytania - zostały prawdopodobnie znalezione w takim stanie, nie latałam za jeleniami ze strzelbą ;p. Na wszelki wypadek dodam też, że nie jestem weganką, zatem nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu resztek zwierząt, które skończyły na talerzach. To trochę inna sprawa niż zabijanie tylko w celu zdarcia ładnej skórki, czego oczywiście nie popieram.







       LASY W SZKLE, ŚWIECZNIKI I INNE PIERDOŁY

Jestem okropnym złomiarzem, do minimalizmu mi bardzo daleko. Co do lasów - było kilka, został jeden - potłukłam wszystko co się dało. A czasu na powiększenie kolekcji brak. Jak ktoś ma dobre źródło ładnych słoi i butli, to poproszę o jakieś info w komentarzu. A o tym jak stworzyć lasek, pisałam TUTAJ.



     I NAJWAŻNIEJSZE - KITKU

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że dom bez kota to głupota. Żeby nie zabrzmiało źle, że Sylfana jest moją dekoracją - jest idealnym, ciepłym, kochanym i zdalnie grzejącym wypełnieniem z regulowaną funkcją wibracji, bez którego nie wyobrażam już sobie żyć, pomimo że jestem skazana na moje czarne ubrania przysypane stertą białego futra, oglądanie kociego odbytu jako pierwszej rzeczy po przebudzeniu i grzebaniu się w surowym mięsie, żeby kitku jadł najzdrowiej jak tylko się da ;D

Więcej możecie pooglądać na moim Leśnym Instagramie, zapraszam ;3







stycznia 13, 2018

Wszystko na temat zapuszczania włosów

Wszystko na temat zapuszczania włosów
Dziś będzie sporo gadania - polecam wyposażyć się w kubek herbaty, kocyk i coś do pisania, bo temat jest bardzo rozległy, a ja starałam się opisać go jak najbardziej szczegółowo.

Zapuszczanie i przyspieszanie porostu włosów to chyba najbardziej ciekawy temat włosomaniactwa, ale trzeba się do tego odpowiednio zabrać, żeby zobaczyć jakiekolwiek efekty. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że nie zdarzają się żadne cudowne magiczne przypadki, gdzie komuś urosło nagle 10 cm w miesiąc - możemy ten proces delikatnie przyspieszyć, ale nie oczekujcie takich wyników, bo się baardzo rozczarujecie.


Kilka lat zapuszczania nauczyło mnie, że walka o centymetry, przy jednoczesnym ignorowaniu włosów na długości i końcówek przynosi odwrotny skutek do zamierzonego. Skupiałam się przede wszystkim na wcierkach, suplementach i szukaniu magicznych produktów, które w krótkim czasie przyspieszą mi porost. Olejowałam włosy, nakładałam mnóstwo masek i innych kosmetyków - ale była to zupełnie nieprzemyślana pielęgnacja złożona z niewłaściwych produktów, która bardziej mi szkodziła, niż pomagała.

Przykłady?

- Maski czy odżywki potrafiłam trzymać na włosach cały dzień, licząc, że wtedy zadziałają lepiej, tymczasem powinno się je trzymać na włosach maksymalnie 20-30 minut, by nie doprowadzić do  rozpulchniania i niszczenia włosów. Zdarzało mi się także nie spłukiwać ich wcale - było wtedy sporo tak zwanych odżywek "bez spłukiwania".

- Kosmetyki, których używałam miały w sobie mnóstwo nafty, parafiny i silikonów - po ich użyciu bardzo się cieszyłam stanem czupryny, ale był to jedynie złudny efekt zdrowych włosów.

- Nie istniało pojęcie równowagi Peh - nie mieliśmy pojęcia o tym jak i kiedy używać emolientów, humektantów i protein, przez co nie sprawdzałam składów kosmetyków. Pojawiające się często siano było spowodowane nie umiejętnym nawilżaniem lub przeproteinowaniem.

- Spałam w mokrych rozpuszczonych włosach

- Zapuszczałam włosy wiele miesięcy bez podcinania - w praktyce zapuszczałam dotąd, aż stan końcówek robił się na tyle makabryczny, że trzeba było ściąć wszystko co zapuściłam.

Tak zmieniły się moje włosy w ciągu dwóch lat (pisałam o tym TUTAJ ):



Ale do rzeczy. Poniżej rozpiszę kilka istotnych punktów, które mają wpływ na polepszenie bądź pogorszenie stanu i porostu kudłów. Sprawdzi się to także w walce z wypadaniem. Dzięki świadomej pielęgnacji po kilku latach walki z wiatrakami udało mi się wreszcie osiągnąć jakieś zadowalające efekty.




1. WCIERKI

To chyba najważniejsza rzecz. Wcierki są genialne zarówno przy wypadaniu jak przy zapuszczaniu kłaków. Wcieramy najczęściej jak się da - najlepiej codziennie i bez zmywania tego, a można nawet więcej. Niestety trzeba też wybierać wcierki, które rzeczywiście coś dają. Testowałam ich sporo i teraz gdy na to patrze, nie wszystkie nadawały się do tego celu. Oto kilka przykładowych:

Jantar - najbardziej znana wcierka wszechświata. Jeśli ktoś w necie pyta co sądzimy o Jantarze to mam wrażenie, że urodził się wczoraj i ciężko mi wierzyć, że można było o tym czymś nie słyszeć. Używałam Jantara wiele razy, być może coś dawał, być może nie - w każdym razie nie polecam tej wcierki. Ma w składzie silikony, według mnie to substancje które kompletnie nie nadają się do skóry, a jedynie do zabezpieczania włosów. Skład jak dla mnie niezbyt ciekawy - jest tu cała masa ekstraktów, ale odstraszają mnie silikony, które mogą przyblokować wchłanianie.

Saponisc i Radical - jak dla mnie to takie podróby Jantara, które nie pachną męskimi perfumami tylko zielskiem. Ogólnie nic specjalnego.

Seboradin - Składy w większości nieciekawe - na przykład szkodliwe pochodne formaldehydu w niektórych wcierkach. Najlepiej wygląda Seboradin Lotion Niger, ja testowałam go kilka lat temu i w zasadzie nie był zły. Jest mocno alkoholowy, nie dla wrażliwców.

Greem Pharmacy - Mam na myśli wcierki olejowe z łopianu i czerwonej papryki, kiedyś byłam przekonana, że to olej wyciskany z tych roślin (xD), ale to nic innego jak namoczony korzeń łopianu lub ostra papryczka w oleju słonecznikowym(albo ekstrakty). W moim odczuciu lepiej zrobić sobie taki macerat w domu, ale jak komuś się bardzo nie chce, to te olejki są bardzo tanie. TUTAJ pisałam jak to zrobić.

Nami - jak wyżej. Ekstrakty w oleju, internet ją chwalił, ja używałam, ale już nie pamiętam. Skład wygląda ciekawie, ale znowu - ja wole robić sobie takie rzeczy w domu, to łatwe.

Capitavit - jedyna, której nie testowałam, a skład mnie bardzo zachęca. Może kiedyś ją upoluje.

Castor Oil - To jest dopiero hit sezonu. Ma podobno magiczne właściwości jeśli chodzi o porost, ale jego skład nie zachęca. Po pierwsze - parafina i nafta, dwa sztuczne oblepiacze (nie, nie przyspieszają porostu), następnie - coś dla wegan, tłuszcz zwierzęcy (jakieś norki czy inne wiewiórki xD) oraz lanolina, a jedyne substancje które mogą coś zdziałać jest ekstrakt z aloesu, olej rycynowy i witamina E. Oczywiście włosy po tym produkcie są super, z resztą nic dziwnego - kosmetyki parafinowe z reguły tworzą efekt wow o czym będę mówić poniżej. Mimo to jako wcierka wydaje mi się stratą czasu.

Andrea - Nie polecam tego specyfiku z Aliexspresu, w ogóle nie polecam kosmetyków z Aliexspresu, bo raczej nie należą do bezpiecznych. Nie używałam tej wcierki, ale z tego co można wyczytać - po pierwsze składy ma różne i niekoniecznie prawdziwe. Bardziej zaufałabym opcji poniżej:

Kaminomoto - To droga jak **uj japońska wcierka (coś koło 170zl), ale nie spotkałam się chociażby z jedną negatywną opinią, w kwestii porostu radzi sobie podobno bardzo dobrze (około 4 cm w miesiąc). Ma dziwny, nie ziołowy skład, ale część z tych składników ma stymulować cebulki, przyspieszać krążenie i tak dalej. Nie wiem czy wydałabym tyle kasy na wcierkę.

Banfi - Używałam i pomimo, że wszyscy się nią mocno zachwycają, u mnie zrobiła niewiele - ale mną się tu nie sugerujcie, używałam niezbyt regularnie.

Dobrze, więc jakie wcierki polecam?

- Wcierki olejowe - z gotowców na pewno oleje Khadi czy Sesa, olej musztardowy lub rycynowy. Unikajcie oleju Amli - ma w składzie parafinę, która również nie nadaje się do skóry. Możecie też zrobić je sami w domu.

- Napary ziołowe - I tu mam na myśli głównie kozieradkę, która jak nic innego potrafi mi zatrzymać wypadanie włosów z dnia na dzień. Napar robię z niewielkiej ilości ziaren i wrzątku (ilość jaką robię to około kieliszek wrzątku na pół łyżeczki kozieradki). Ostatecznie można zrobić trochę więcej i trzymać w lodówce do trzech dni. Jedynym minusem jest zapach rosołu utrzymujący się na włosach - o ile ja byłam w stanie się do niego przyzwyczaić, to nie dało rady wyjść w tym do ludzi. Dlatego używam zawsze na kilka godzin przed myciem. Możecie też kombinować z innymi naparami, np. z bylicy bożego drzewka czy łopianu.

- Świeże soki - swego czasu codziennie ścierałam sok z kawałka czarnej rzepy. Można do tego celu użyć też soku z imbiru, chrzanu, aloesu, pokrzywy, a nawet cebuli. Jest to jednak dość pracochłonne i upierdliwe, szybko mi się odechciewało takiej roboty. Ale jeśli bardzo wam zależy to polecam, bo taki świeży soczek robi fajną robotę.

- Olejki eteryczne - Np. Olejek rozmarynowy czy lawendowy. Mam oczywiście na myśli czyste olejki kosmetyczne z dobrego źródła, a nie jakieś dziwne mieszanki do odkurzacza.

- Przyprawy - Ostre przyprawy stymulują cebulki, ogrzewają, ale mogą też podrażnić. Wszystkie warto najpierw wypróbować na skrawku skalpu, żeby nie było niespodzianki. Tymi przyprawami są między innymi cynamon, suszony imbir, ostra papryka, gorczyca czy pieprz cayenne. Ja zwykle po prostu dodawałam ich do innych wcierek, głównie olejowych. Wówczas trzymałam je na głowie do godziny, z reguły czułam leciutkie pieczenie. Uwaga - po internecie krążyła kiedyś dziwna historia związana z modą na wcieranie pieprzu cayenne na całą noc (całą noc, kurna -.-). Laska nie zrobiła próby tylko nawaliła tego na skórę, schowała pod czepkiem i poszła spać, a gdy obudziło ją ostre pieczenie i poszła umyć włosy, prawie wszystkie jej wypadły podczas mycia. Nie wiem na ile ta historia jest prawdziwa, i czy to nie jakiś fejk, ale wole ostrzec.

- Inne. Do wcierania fajne są jeszcze "dziwne" produkty apteczne - na przykład maść końska albo krople żołądkowe (ja rozcieńczałam je z wodą na pół, jeśli jesteś wrażliwcem dodaj jeszcze więcej wody). Maść sama w sobie ma niezbyt naturalny skład poza całą masą różnych ziołowych wyciągów, natomiast krople są moim hitem. Składają się z wyciągów z mięty pieprzowej, dziurawca, kozłka lekarskiego i nalewki gorzkiej. Cena kropli to około dwa-trzy złote, to śmieszna cena za wcierkę, która robi lepszą robotę niż inne produkty. Pamiętajcie jednak, że nadaje się tylko do skalpu - jest mocno alkoholowa, trzymajcie z daleka od włosów na długości i końcówek. A jak macie koty, przyzwyczajcie się do tego, że będą wariować przez obecność waleriany. Z tego co wyczytałam, niektórym krople pomogły też przy łupieżu.

- Żel aloesowy - jeśli jesteście zbyt leniwe żeby kilka lat hodować wielkiego aloesa, a potem go skubać i doić, to najlepiej kupić jakiś gotowy żel aloesowy o dobrym składzie. Ja używałam tego z Equillibry. Jest dobry szczególnie do nawilżania i regenerowania skalpu, nie widziałam po nim wybitnie przyspieszonego porostu, ale fajną opcją jest np. mieszać go z innymi wcierkami.

- Ogółem mówiąc warto stawiać na następujące zioła do wcierania: korzeń łopianu, gorczyca, mięta pieprzowa, dziurawiec, tatarak, kozieradka, rumianek, lipa, nagietek, liść brzozy, łupiny chmielu, pokrzywa, rozmaryn, bylica boże drzewko, uczep, wierzbownica, szałwia. Oraz sproszkowane rośliny ajurwedyjskie - bhringraj, neem, tulsi, kapoor kachli, amla (ich nie użyjecie raczej jako wcierek, ja czasem dodaje je do senesu i henny, ale o wiele lepiej jest zrobić z nich macerat).

Możecie oczywiście postawić na kilka rodzajów wcierek i używać ich uzupełniająco lub łączyć.


2. MASAŻ

Przy okazji używania wcierek duże znaczenie ma też masaż skalpu, który pobudza krążenie. Dlatego jeśli to było możliwe starałam się codziennie poświęcić około pięciu minut by go wykonać po nałożeniu wcierki.


3. DIETA I SUPLEMENTY

Ja starałam się przyjmować kilka rzeczy, nie obchodziło mnie, która zadziała najmocniej i myślę, że warto obrać taką taktykę.

Mój standardowy zestaw wspomagania się od środka wyglądał zawsze następująco:

- Olej z czarnuszki bądź lniany - 2 lub 3 łyżki dziennie

- Drożdże - 1/3 kostki dziennie, oczywiście zalane wrzątkiem, żeby nie wyrosła nam w brzuszku pizza (xD)

- Biotebal

- Pestki dyni i orzechy, około garść jednego i pół garści drugiego dziennie

- Krzem - kiedyś piłam skrzyp, który ma tiaminazę - rozkłada w organizmie witaminę B1(tiaminę) - a więc trzeba ją w jakiś sposób uzupełniać. Od jakiegoś czasu testuję ziemię okrzemkową i na razie zapowiada się obiecująco. Krzem jest potrzebny włosom do tworzenia silnej struktury.

- Glut z siemienia lnianego i ziarenka

- Sok z natki pietruszki i jabłka - stosowałam go niestety bardzo nieregularnie. Natka jest bogata w całe multum różnych witamin i pierwiastków. Sok, a raczej koktajl, przygotowywałam z jednej małej natki, jednego jabłka ze skórką i szklanki wody. Problem w tym, że swego czasu trafiłam na jakieś artykuły, że marketowe natki mają w sobie tyle chemii, że taka ilość może być wręcz niebezpieczna, dlatego sugerowałabym je kupować raczej na jakichś bazarkach, a nie w folii z marketu. Niestety nie pamiętam dokładnie o co chodziło.

- Sok z buraka - buraki to bomba żelaza i potasu. W moim przypadku walczyłam nimi z moją niedokrwistością (która skutkowała wypadaniem włosów). Starałam się pić koktajl z połowy buraka codziennie.
- Sok z pokrzywy - Jak wyżej, pokrzywa ma sporo żelaza i innych pierwiastków, które będą miały wpływ na kudły. Najlepiej pić koktajle ze świeżych pokrzyw, ale ciężko jest je zdobyć, szczególnie w mieście. Ja piłam więc sok apteczny, z jakimś nie najgorszym składem - piłam przez około trzy tygodnie i robiłam przerwę.

Czym jeszcze można się wspomagać od środka?

- Skrzypokrzywa - legendarny napar na porost, czyli pokrzywowo-skrzypowe combo. Jedna z niewielu rzeczy, której z jakiegoś powodu nigdy nie wypróbowałam. Jeśli już piję samą pokrzywę, skrzypu jakoś się boje.

Triphala - przypomniała mi o tym jedna dziewczyna z grupy. Triphala to mieszanka sproszkowanych owoców - amli, vibhitaki i haritaki. Kilka lat temu na blogach była hitem, który czarował 7 cm w miesiąc - czy to prawda, nie jestem w stanie potwierdzić na sobie, używałam triphali zdecydowanie za krótko i kupiłam kapsułki, a nie proszek, dlatego dawka i działanie był mniejsze. Myślę, że warto - bo ta mieszanka jest dobra nie tylko na włosy. Ostrzegam - triphala jest totalnie przeohydna w smaku.
Gotowe suplementy - ogólnie raczej ich unikam. Większość z nich ma w składzie całe mnóstwo substancji aktywnych, tyle że jest ich tak dużo, że to jakieś miniaturowe ilości. Poza tym, sceptycznie podchodzę do suplementów syntetycznych, nie ufam im do końca. Przyjrzyjmy się kilku z nich:

- Wyżej wspomniany Biotebal to jeden z niewielu supli, które nie wyglądają mi podejrzanie, zawiera 5mg biotyny. Stosowałam go najdłużej dwa miesiące i widziałam efekty - odstrasza mnie tylko jego cena, bo stacjonarnie kosztuje czasami ponad 3 dychy. Tylko zastanówcie się czy jest sens go używać - żeby mieć niedobór biotyny, to trzeba naprawdę być szkieletem na granicy śmierci, a z reguły nawet jedząc gówniane rzeczy, przyjmujemy też biotynę, której nie da się zbudować "na zapas". Do tego może zaburzać wyniki różnych badań.

- CP - jeden z tańszych specyfików używanych na porost. Nie wiem jednak czy warto - skład mnie nie zachęca, efekty też nie i użyto w nim talku (chyba jako substancji antyzbrylającej) co niekoniecznie mi się podoba.

- Vitapil - również mnie nie zachęca, również ma talk (nie wiem czy to normalne żreć talk, skoro tak się gimnastykujemy by unikać go w kosmetykach ;v) i jest tam tyle substancji, że każda w mikro ilości. Wole wybrać suplement, który ma tego mniej, a większe dawki.

- Drożdże Lewitan - Próbowałam kilka razy, wglądają obiecująco i chyba mogę je polecić, bo nie są drogie, a mogą zastąpić picie drożdży. Ja piłam aż 9 tabletek dziennie, maksymalnie można brać 12.

Dodam jeszcze coś bardzo ważnego. Dotyczy to wszystkich ziół i herbat. Większość z nich ma działanie oczyszczające - problem w tym, że to co ma moc oczyszczania, z reguły oczyszcza nie tylko "złe" substancje, ale również dobre. Kilka lat temu miałam duży kryzys związany z anemią, spadkiem wagi i wypadaniem - pomimo że jem bardzo dużo. Winowajcą była zielona herbata - piłam jej po prostu za dużo (5-10 szklanek dziennie), a ona wypłukiwała mi z organizmu wszystko co dobre. Teraz staram się nie przekraczać kubka dziennie. Ciekawostka - kilka lat temu, gdy włosomaniactwo raczkowało, zielona herbata była opisywana jako totalny niezbędnik przy zapuszczaniu - i wówczas pisało się by jej pić jak najwięcej. Oczywiście mam tu na myśli także inne tego typu napoje. Nawet z ziołami na porost bym nie przesadzała. I jeszcze jedno - gdzieś trafiłam na informację, która została mi w pamięci do dziś - suplementy u większości osób zaczynają działać dopiero po 2-3 miesiącach z pewnego szczególnego powodu - z powodu niedoborów. Zauważcie, że włosy i paznokcie to nie najważniejsze organy ludzkiego organizmu. W momencie przyjmowania supli, organizm w pierwszej kolejności odżywia ważniejsze narządy, dlatego też większość osób działanie takich wewnętrznych wspomagaczy na włosy obserwuje po dłuższym czasie stosowania.


4. DBANIE O WŁOSY NA DŁUGOŚCI

Bez tego zapuszczanie jest gówno warte. Co z tego, że uda się zapuścić kilka centymetrów, skoro będzie trzeba je wszystkie ściąć, bo stan końcówek będzie opłakany? Ja dbam o włosy na długości następująco:

- Olejowanie - robię to już kilka lat. Rodzaj oleju - to czy jest rafinowany czy nie, nie ma znaczenia jeśli mówimy o włosach na długości. Włosy to struktury martwe, nie wchłoną z oleju żadnych witamin i innych substancji. Jedyne co się tu liczy to kwasy omega i okluzja. Olejowanie służy przede wszystkim temu, by włosy oblepić ochronną warstewką. Z tego powodu możecie do tego celu używać nawet oleju kuchennego albo smalcu (xD) - czyli po prostu tłuszczu. Najbardziej istotna rzecz to dobranie oleju pod własne włosy - pod ich porowatość i tak dalej. Moje włosy najbardziej lubią masło shea, olej rydzowy, musztardowy i lniany. Pamiętajcie jednak, że olej nie nawilża - jeśli zatem zależy wam na nawilżaniu (a warto to robić co jaki czas) olejujcie włosy na podkład nawilżający. Jak to się robi? Rozpuszczamy w wodzie jakiś nawilżacz (np. miód, cukier, aloes, panthenol) i spryskujemy dokładnie włosy. Na to od razu nakładamy olej i trzymamy to na głowie co najmniej godzinę).

- Co jakiś czas robię sobie "domowy olaplex" - o którym postaram się kiedyś napisać. W skrócie - mieszam z odżywką czystą cysteinę i trzymam do 20 minut. Taki zabieg z tego co wyszukałam regeneruje mikrouszkodzenia kudłów - wciąż szukam na ten temat informacji. Po takiej masce robię płukankę octową, bo cysteina jest mocno zasadowa i rozchyla łuski.

- Proteiny - trzeba uważać, by z nimi nie przesadzać. Proteiny również działają na zasadzie wypełniania uszkodzeń włosa, ale w przypadku gdy używamy ich zbyt często, nadbudowują się na włosie i efektem jest szopa stulecia. Moje włosy akceptują proteiny dwa razy w tygodniu. Musicie dokładnie sprawdzać składy odżywek i szamponów - jeśli są w nich proteiny, nie powinno się ich stosować codziennie. Przykładami protein są: keratyna, żelatyna, kolagen, jedwab, algi, żółtka, produkty mleczne, proteiny z mąk i roślin itp.)

- Zabezpieczanie końcówek - w moim przypadku sera silikonowe odpadają, bo wybieram pielęgnację naturalną (silikony są ok, pod warunkiem że nie ma w nich alkoholu oraz gdy są dobrze zmywane przed nakładaniem produktów odżywczych). Używam więc olejów - i najlepiej sprawdzają się tu masła typu shea lub kakaowe, bo niewielka ilość nie strączkuje mi włosów i nie sprawia, że wyglądają na nieświeże.

- Najbardziej narażone na zniszczenia są włosy "ze zewnętrznej" - chodzi o te włosy na wierzchu. Są wystawione na słońce, na temperaturę, to one uszkadzają się najbardziej, gdy kręcisz głową o poduszkę pod czas snu, albo zakładasz sweter. W moim przypadku te włosy były zawsze bardziej suche, trzeszczały pod palcami i szybciej się rozdwajały. Tu nawet odpowiednie nawilżanie i zabezpieczanie nie pomogło - pomógł tylko punkt 9, czyli zioła kondycjonujące. Henna i senes uratowały mi te włosy - aktualnie ich struktura wygląda tak samo porządnie jak reszta włosów, ale o tym zaraz. Dobrym pomysłem jest też zainwestować w satynowe poszewki na poduszki - sama się za takimi oglądam. Włosy wówczas nie uszkadzają się aż tak bardzo jak na poszewkach zwykłych.

- Na wszelki wypadek wspomnę jeszcze o tym, by nie katować włosów prostownicami, lokówkami i suszarkami. Rozjaśnianie i farby chemiczne też niekoniecznie nam w tym pomogą. Oczywiście nic się nie stanie jeśli co jakiś czas się nimi dopicujecie, ale bez przesady.


5. PŁUKANKI

Płukanka jest na głowie zbyt krótko, by mogła zadziałać na porost. Mimo to czasem zdarza mi się w wolnej chwili zrobić mocno ziołową płukankę - a raczej odwar, który rozcieńczam wodą i wlewam do wielkiej miski - i w tej misce kilka minut moczę umyte włosy, skalp i wykonuje masaż. Moja mieszanka składa się z tataraku, łopianu, rumianku, bylicy i pokrzywy - mieszam opakowania, a odwar przygotowuje z około 4 dużych łyżek mieszanki. Uwielbiam jej zapach. Można też zrobić płukankę kawową, bo kofeina pobudza cebulki.

Co jakiś czas robię też płukankę octową - szczególnie, gdy zależy mi na wyrównaniu ph, czyli zwykle po używaniu produktów zasadowych (np. cysteiny). Płukanka octowa robi dobrze i skórze i włosom - przede wszystkim domyka rozchylone łuski. Niedomknięte łuski narażają włos na większe zniszczenia.


6. PEELING

Skóra na głowie też wymaga złuszczania starego naskórka. Ma to również wpływ na kondycje włosów. Ja stawiałam na peeling z fusów kawy - ponieważ oprócz złuszczania mamy tu również element stymulujący dzięki kofeinie. Można też eksperymentować z dodawaniem do takiego peelingu innych pobudzających składników - na przykład cynamonu, imbiru, wcierek, ale trzeba zachować ostrożność. Mój skalp przeżyje nawet bombardowanie, ale dla kogoś innego cynamon lub olejki eteryczne może być bardzo podrażniający. Róbcie próby uczuleniowe na małym kawałku skalpu. Peelingu używamy mniej więcej raz w tygodniu.

Moja propozycja na peeling jest taka:
- Fusy z wypitej kawy - około dwie łyżki
- Świeży sok ze startego imbiru, najlepiej rozcieńczony wodą jeśli nie macie pewności czy to wam nie zaszkodzi
- Olejek rozmarynowy - kilka kropli
- Dowolny olej, u mnie musztardowy

Można oczywiście postawić na sam peeling z kawy, ale nie byłabym sobą gdybym go nie podrasowała. Ogólnie nie jest to jakoś turbo niebezpieczna rzecz, bo na głowie będzie się to znajdować tylko kilka minut. Pamiętajcie żeby nie trzymać kawy na głowie zbyt długo, szczególnie wieczorem, bo się upijecie kofeiną, kilka minut wystarczy - włosy moczymy i breje wsmarowujemy w skalp z delikatnym masażem, a potem spłukujemy.

Do peelingowania skalpu nadają się także czyste glinki - przy czym najmniej inwazyjna jest glinka biała.


7. SZTUCZNE OBLEPIACZE I ICH WPŁYW NA SKÓRĘ

Pisałam to już w punkcie o wcierkach, ale tutaj rozwinę. Chodzi głównie o wszystkie substancje typu parafina, nafta, wazelina oraz silikony. Te substancje nie są niebezpieczne, ale nie nadają się do użytku na skórę - a o skórę dbamy przede wszystkim przy zapuszczaniu. Takie substancje mogą zapychać pory oraz blokować wchłanianie wszystkich pożądanych składników. Ja unikam ich także do stosowania na włosach - choć dobrze zabezpieczają włosy przed uszkodzeniami, to jednak dają nam też złudny efekt zdrowszych włosów, a ja lubię widzieć rzeczywisty ich stan. Dlatego czytajcie składy. Parafina i pochodne to najczęściej takie składniki: paraffinum liquidum, mineral oil (mylna nazwa, wiem), petrolatum, vaselinum, natomiast silikony możemy rozpoznać najczęściej po końcówce -cone - ale to temat a oddzielny post. I PAMIĘTAJCIE NA LITOŚĆ BOSKĄ - NAFTA NIE PRZYSPIESZA POROSTU. Gdy widzę coś takiego aż mnie skręca w jelitach. Równie dobrze można by o takie właściwości posądzić wodę z kranu.
                                                                                                       


8. DROBNE CIĘCIA

Tak, wiem że to wkurzające. Wiem, że ciężko patrzeć na odcięte włosy, o które tak się walczyło. Ale można się obejść bez utraty połowy włosów. Wystarczy ciąć co dwa lub trzy miesiące, ale dosłownie same końce, czyli centymetr albo pół. Z tego powodu o wiele łatwiej postawić na całkowicie proste włosy - cieniowane trudniej skrócić równomiernie. Ja unikam w tej kwestii fryzjerów - nie znam żadnego, któremu zaufam, większość nie odróżnia chyba centymetra od piętnastu. Tnę sama, jest w necie sporo tutoriali jak to zrobić prawidłowo i równo. Oczywiście potrzebujemy dobrych ostrych nożyczek. W moim odczuciu takie z drogerii się nie nadają - są zbyt tępe. A gdy nożyczki są tępe, nasze obcinanie nie ma sensu, bo włos potraktowany takim narzędziem będzie zmiażdżony - czyli nadal uszkodzony. Ja od kilku lat używam nożyczek fryzjerskich marki Henbor.


9. ZIOŁA KONDYCJONUJĄCE

Pierwszy raz miałam z nimi styczność kilka lat temu - była to cassia, błędnie zwana "bezbarwną henną". Wówczas mieliśmy niewielkie pojęcie o tym, jak jej używać. Zabieg nakładania na włosy cassi polegał na wymieszaniu proszku z wodą oraz sokiem z 6 cytryn (o mamo). Teraz wiemy, że do zakwaszenia tego typu ziół wystarczyłaby i łyżeczka takiego soku. Ale po kolei - do ziół kondycjonujących zaliczają się i ziółka barwiące - i tu obserwujemy oprócz koloru także mocne pogrubienie włosów oraz regenerację (między innymi henna, cassia, senes), a także zioła
kondycjonujące bezbarwne, które włosów raczej nie pogrubią(a jeśli już, to w minimalnym stopniu) za to są świetnymi odżywkami - np.głożyna, tulsi, neem, brahmi, bhringraj. Będzie o tym oddzielny post, bo to temat rzeka, ale w skrócie - polecam zainteresować się przede wszystkim ziołami barwiącymi, głównie henną. Sam senes nie pogrubia włosów tak mocno jak naturalna henna. Te zioła niesamowicie ratują moje włosy od wszelkich zniszczeń, zatrzymały rozdwajanie końcówek niemal całkowicie. Pamiętajcie jednak, że mają być one w formie proszków ze startych roślin, nie w formie produktów typu Eld czy Venita. Więcej możecie się dowiedzieć na super grupie MIKSOLOGIA lub W TYM WPISIE ;d


10. DETERGENTY

Przede wszystkim polecam całkowicie zrezygnować z wszelkich ciężkich detergentów typu sls czy sles. Niestety większość szamponów dostępnych w drogeriach ma w sobie slsy. Te szampony, zwane "rypaczami" powinny być używane tylko w szczególnych wypadkach - gdy chcemy zmyć z włosów silikony, inne oblepiacze, kosmetyki do stylizacji, lakiery i tym podobne. Do codziennej pielęgnacji najlepiej je sobie darować - są zbyt inwazyjne, ja zawsze mam po nich wrażenie, że nie umyłam włosa, lecz go dosłownie obdarłam ze wszystkiego. Jest więc kilka opcji:


- Używamy ich tylko, gdy zmywamy z włosów produkty, których nie zmyją delikatne detergenty. Na co dzień stawiamy na delikatniejszy produkt.

- Jeśli już, to one są przeznaczone tylko do skóry - więc jeśli nie używamy oblepiaczy, myjemy rypaczami sam skalp, resztę włosów myjemy odżywką.

- Lepszą opcją jest oczywiście nie używać oblepiaczy i slsów, skalp myć delikatnymi detergentami, a włosy odżywką.

- Nie używać detergentów w ogóle - włosy z powodzeniem można umyć za pomocą mąki, naparu z mydlnicy, orzechów piorących czy indyjskich proszków typu shikakai albo aritha. Wiem, brzmi hardcorowo i głupio, ale jak coś jest głupie i działa, to nie jest głupie. O tym jeszcze pojawi się wpis. Póki co pisałam już o domowym szamponie bez detergentów. TUTAJ pisałam o wielu sposobach na takie mycie.


11. CIERPLIWOŚĆ

Bez względu na całą pracę jaką w to włożycie, nic nie zadowoli Was od razu. To długi i żmudny proces. Zdarza się, że włosy na pewnej przejściowej długości wyglądają i układają się tragicznie - i ja takie etapy przechodziłam ciężko, bijąc się z myślami czy nie ściąć ich w cholerę. W takich chwilach możecie tylko związać włosy w koczek lub warkocz i mieć je w doopie.

12. NIE WALCZ O ZNISZCZONE KOŃCE

Długo obierałam taktykę pod tytułem "Jak zapuszczę wymarzoną długość to trochę podetne", bo to swoisty strzał w kolano. Nie istnieje nic co może skleić rozdwojone końce, możemy co najwyżej próbować te włosy delikatnie zregenerować (proteiny, zioła kondycjonujące, cysteina) albo zabezpieczać je przed dalszym niszczeniem - ale taka rozwalona końcówka i tak rozpruwa się ku górze i lepiej ten proces zatrzymać za pomocą nożyczek.

13. WIĘCEJ NIE ZNACZY LEPIEJ

Kiedyś miałam podejście, że mogę walić na włosy wszystko - jeśli nawet nie zadziała, to przecież nie powinno mi zaszkodzić, nie? Otóż właśnie może - włosów nie mogłam zapuścić między innymi dlatego, że:
a) Waliłam produkty odżywcze, oleje bez uprzedniego wymycia z włosów oblepiaczy typu silikony, parafina (Tak jak mówiłam - silikony nie są złe same w sobie, ale trzeba je dokładnie zmywać, w przeciwnym razie nie ma sensu nakładać na takie niedomyte z silikonu włosy żadnego produktu odżywczego, proteinowego, nawilżającego i tak dalej - bo silikon nie otworzy mu drzwi do włosa)
b) Używałam masy tanich odżywek i mgiełek jednocześnie, bez uprzedniego czytania, które są proteinowe, które mają alkohol - dzięki temu włosy były albo przeproteinowane, albo wysuszone na wiór przez alkohol.
c) Wierzyłam w magiczną moc kosmetyków, których składy mnie nie interesowały - ta magiczna moc była zwykle parafinową maską.

14. ZBYT MOCNE ZWIĄZYWANIE WŁOSÓW

Mam na myśli wiązanie włosów w zbyt ciasne wysokie kitki czy koczki, szczególnie na wiele godzin albo na noc. Znacie to uczucie, gdy rozpuszczacie włosy i "bolą was cebulki"? Według mnie takie mocne wiązanie im bardzo szkodzi, zmusza je by były skierowane w nie naturalnym kierunku, i tym samym je osłabia. Miałam wrażenie, że odkąd zaczęłam stawiać na warkocza, to zmniejszyło mi się wypadanie. Nie zrezygnowałam całkowicie z koczków, bo w nich mi najwygodniej, ale staram się nie nosić ich cały dzień.

15. UNIKANIE CHORÓB

Tu chodzi głównie o kwestię leków, w szczególności antybiotyków. Dawniej chorowałam często, czasem byłam chora kilka razy w czasie jednej zimy. Każdy antybiotyk zbierał swoje żniwo w postaci wzmożonego wypadania kłaków. Teraz bardzo mocno zabezpieczam gardło (z moich obserwacji wynika, że mogę sobie wyjść nago na dwór w zimę, mając na sobie tylko szalik, ale się nie rozchoruje o ile zabezpieczę szyję. A wystarczy, że na sekundę wyjdę z gołą szyją i już mnie bierze). Do tego codziennie pije wodę z sokiem całej cytryny. Ostatni antybiotyk brałam ponad rok temu, Jakoś pół roku temu zachorowałam, ale leczyłam się tylko cytryną, czosnkiem, korą wierzby i lipą.

Podsumowując, wasz plan powinien wyglądać następująco:
- Podcinać kilka milimetrów co kilka miesięcy
- Przykładać uwagę do włosów na długości, szczególnie końcówek
- Nie dać się nabrać na super magiczne szampony czy maski na zapuszczanie - zwykle jest to drogi parafinowy pic na wodę
- Postawić na kilka naturalnych suplementów
- Wcierać, wcierać i jeszcze raz wcierać - ale tylko odpowiednie do tego celu produkty
- Dać szanse senesowi, hennie lub cassi - bo dzięki temu włosy będą się mniej niszczyć i będą zdrowsze
- Nie szaleć ze stylizacją, wysoką temperaturą albo zasadowym ph (nie myjcie włosów mydłem, nawet naturalnym, proszę, to bardzo je niszczy)
- Sprawcie sobie satynową poszewkę na poduszkę - włosy mniej się wówczas trą i uszkadzają podczas kręcenia głową w czasie snu

Pewnie wciąż trudno Ci ogarnąć jak ułożyć sobie pielęgnacje, szczególnie że informacji jest od groma. Dlatego zrobię przykładowy za Ciebie.

PRZYKŁADOWY SZCZEGÓŁOWY PLAN ZAPUSZCZANIA:


Wewnętrznie:


- Codziennie łyżka oleju z czarnuszki lub 2 łyżki oleju lnianego 


- Codziennie szklanka wody z ziemią okrzemkową


- Biotebal


- Codziennie garść pestek dyni i kilka orzechów


- Koktajl z połowy średniego buraka albo sok/jabłko pietruszka (albo na przemian)


Zewnętrznie:


- raz w tygodniu peeling z fusów po zaparzonej kawie, rozrobionych na naparze z kozieradki, z dodatkiem dużej szczypty cynamonu, imbiru i kilkoma kroplami olejku rozmarynowego.

- raz na dwa tygodnie nakładam na skalp i włosy zioła kondycjonujące - np. senes czy cassię z dodatkiem henny i innych ziółek. Byle to się nie pokrywało z dniem peelingu. Szczegóły opiszę w innym poście, póki co możecie się tego nauczyć na grupie Miksologii.

- Codziennie raz lub dwa razy wcierka - gdy nie zamierzam myć włosów będę używać rano i wieczorem kropli żołądkowych rozrzedzonych naparem z jakiegoś zioła z listy lub wodą, natomiast w dzień mycia nakładam rano krople, a w ciągu dnia wcierkę z maceratu łopianowego(zamiast tego mogą być oleje Khadi, Sesa czy musztardowy), z dodatkiem przypraw i olejku rozmarynowego. Chociaż jedno wcieranie na dzień staram się też wykonać z krótkim masażem kolistymi ruchami.

- Dwa razy w tygodniu olejowanie włosów na kilka godzin przed myciem - z czego raz olejowanie na podkład nawilżający (w moim przypadku podkładem jest woda z miodem, która spryskuje włosy, na to idzie olej). Również staram się robić to tak, by nie pokrywało się z dniem hennowania albo peelingowania.

- Raz w tygodniu używam jakiegoś produktu z proteinami. Albo w formie gotowego kosmetyku, albo używam mąk czy alg, a najczęściej w formie maseczki z żółtka lub z dodatkiem keratyny.

- Końcówki zabezpieczam codziennie w miarę możliwości masłem shea - minimalna ilość.

- Włosy za każdym razem myję jakąś dobrą do tego celu odżywką (np. Kallos Color - jedyny Kallos bez silikonów, skład dupy nie urywa, ale kilo maski to tanioszka, więc do mycia styknie), lub na skalpie delikatnym szamponem (np. Vianek, Biolaven), a na długości odżywką. Lub używam do tego celu mąk, mydlnicy, orzechów myjących lub proszków shikakai czy aritha.
(Jeśli używasz nie lotnych silikonów i innych oblepiaczy, trzeba myć silniejszymi detergentami)

- Raz na jakiś czas robię 20 minutową maskę z drożdży (np. po peelingowaniu) - 1/3 kostki zalewam niewielką ilością wrzątku i czekam aż przestygnie, mieszam z odżywką lub maską, albo z glutem lnianym i na głowę).

To tyle - to wszystko to cała wiedza jaką zebrałam w ciągu ośmiu lat. Mam nadzieje, że Wam się przyda, powodzenia!

stycznia 09, 2018

Maseczka w minutę - czyli jak przygotować świetną bazę do masek

Maseczka w minutę - czyli jak przygotować świetną bazę do masek
Dziś czas na przepis dla leni, którzy będą mogli uniknąć szamotaniny przy surowcach i składnikach podczas robienia domowej maseczki. Zwykle szukamy wtedy po szafkach składników bazowych, które "utrzymają" maseczkę i sprawią, że będzie miała dobrą konsystencję. W miseczce lądują więc jakieś glinki, algi czy przyprawy, płatki, mąki, cukier czy sól. Nabieranie takich niewielkich ilości wszystkiego jest turbo upierdliwe i robi się syf. Dlatego tak bardzo lubię przygotowywać gotowe suche mieszanki bazowe do masek - wtedy wystarczy do porcji takiej maski dodać trochę wody by uzyskać dobrą konsystencję, jakiegoś oleju, a jeśli macie ochotę, to różnych ekstraktów, humektantów, maceratów i tak dalej.


Ale do rzeczy:

Wersja delikatna:
1. Biała glinka 10g
2. Proszek neem 5g
3. Dowolne algi - w moim przypadku po x g fucus i laminaria po 10g
4. Kurkuma 5g
5. Mąka - u mnie dyniowa 30g


Wersja oczyszczająca:
1. Biała glinka 30g
2. 4 kapsułki węgla aktywnego
3. Proszek neem 10g
4. Kurkuma 10g


Co będzie robiła nasza maska?

Kurkuma w naszej bazie będzie działała oczyszczająco i antyoksydacyjnie. Rozjaśnia przebarwienia i poprawia koloryt skóry, jest świetna na stany zapalne i trądzik. W tej masce nie będzie barwiła skóry tak bardzo jak stosowana solo. Algi będą tu pełniły rolę odżywczą, nawilżającą i regenerującą. Glinka oczyszcza, neem jest genialną roślinką antybakteryjną, antygrzybiczną i kondycjonującą. Wersja z węglem jest bardziej oczyszczająca, i na pewno nie nadaje się do używania zbyt często. Wersję pierwszą można w zasadzie nakładać nawet codziennie jeśli mamy czas. Natomiast jeśli chcecie z tego uzyskać maseczkę peelingującą, genialnym rozwiązaniem jest jeszcze dodanie łyżki mielonej kawy.




Powodzenia oraz zapraszam Was na naszą grupę kosmetyczną, gdzie dowiecie się więcej na temat domowych kosmetyków


stycznia 06, 2018

Jak stworzyć las w szkle - DIY

Jak stworzyć las w szkle - DIY
Leśne szkła to od jakiegoś czasu moje ulubione ozdoby. Miałam ich już sporo, z czego część potłukłam i wciąż mi mało. Dziś przybywam z tutorialem!


A więc lasy w szkle - zdaje sobie sprawę, że nie osiągnęłam jeszcze wystarczającego skilla, by konkurować w tej kwestii z ludźmi, którzy zajmują się tym profesjonalnie. Ale jest to super zabawa, zarówno z samego tworzenia, i obserwowania jak nasz ekosystem sobie radzi. W ciągu roku stworzyłam ich tylko kilka, z czego dwa "umarły", być może przez to, że miały korkowe wieczka. Po prostu wzięły i spleśniały. Później kupiłam całkowicie szklane słoje i lasy mają się dobrze (mają się dobrze dopóki znowu któregoś nie rozwale). Tak czy inaczej:



Czego potrzebujemy?

1. Słoik, butla, cokolwiek - byle miało zamknięcie
2. Ziemia
3. Węgiel aktywny 
4. Skarby lasu - w szczególności mchy
5. W przypadku, gdy robicie las w naczyniu z wąską szyjką, np. w butli, przydadzą się jakieś podłużne narzędzia, szczypce, albo chociaż druty, którymi będziecie operować.





SZCZEGÓŁOWA INSTRUKCJA INSTALACJI ZIELSKA W SZKLE:

1. Idź do lasu po mchy i roślinki - nie szukaj dużych okazów nawet jeśli masz duże szkło - tracisz całą frajdę z obserwowania jak Twój las rośnie, poza tym roślina, która dotyka sufitu naczynia, wygląda średnio estetycznie. Ja staram się, by roślinki zawsze były co najmniej o połowę krótsze od słoja.

2. Do czystego słoika wsypujemy ziemię - niewiele, tyle by przykryła dno. Wsypujemy tam proszek z dwóch lub trzech kapsułek węgla aktywnego (albo 3 pokruszone tabletki) i mieszamy z ziemią. Węgiel będzie "oczyszczał" nasz ekosystem. Dobrze jest usypać ziemie nierówno - i na jednym boku stworzyć "górkę", żeby nie było tak nudno i zwyczajnie.

3. Ziemie trochę zwilżamy wodą i instalujemy w niej rośliny - najpierw wsadzamy rośliny pojedyncze, następnie ziemię przykrywamy kawałkami mchu. Potem dodatki - patyki, szyszki, żołędzie czy cokolwiek tam chcecie. 

4. Myjemy ścianki od wewnątrz - w praktyce robi się na nich niezły syf. Trzeba je albo opłukać malutkim strumieniem wody, by ziemia spłynęła, albo męczyć się ze szmatką. Dlatego warto w punkcie 3 zrosić ziemie w niewielkim stopniu, reszta wody będzie z płukania ścianek. Potem słoik zamykamy i skończone!







A jak dbać o taki słoik?


Jest to absolutnie bezobsługowa rzecz - przeżyje sobie kilka albo kilkanaście lat bez podlewania, ponieważ cała woda jest uwieziona wewnątrz słoika i nie ma jak uciec. Co ciekawe, w takim słoju doskonale radzą sobie wszelkie robaczki, które poukrywały się w skarbach przyniesionych z lasu (w jednym z moich słojów, który mam od lipca, żyje sobie dżdżownica Antek). 
Sama jeszcze nie miałam lasu, który żył 4 pory roku, więc nie mogłam sprawdzić czy to prawda, że one żyją zgodnie z rytmem natury - zrzucają liście na jesień, pączkują wiosną itp. ale podobno tak właśnie jest. Ważne jest jednak, by dbać o niego na samym początku - na przykład gdy widzimy ze na ściankach słoja stale skrapla się woda, to oznacza, że mamy jej tam za dużo, wtedy warto na kilka godzin otwierać słoik. Zwykle skrapla się też, gdy stoi w zbyć ciepłym miejscu lub na słońcu - w szczególności latem. Mówi się, że skraplanie powinno pojawiać się tylko o poranku, jako rosa, ale z tego co widzę po swoich - niekoniecznie.

Mam nadzieje, że post was trochę zainspirował, miłego dnioszkaaa!










stycznia 02, 2018

Domowy nawilżający szampon bez detergentów

Domowy nawilżający szampon bez detergentów
Od jakiegoś czasu nie używam detergentów do mycia włosów i twarzy. Papki saponinowe i napary, którymi myje kudły działają świetnie, ale ich przygotowanie jest upierdliwe, szczególnie kiedy nie mam czasu. Dlatego postanowiłam ukręcić domowy szampon z konserwantem, który postoi sobie trochę dłużej. Nie ma w nim detergentów, a mimo to bardzo dobrze umył mi włosy. Dodatkowo zawiera humektanty i olej, a także indyjskie zioła - więc w zasadzie traktuję go jak szampon i odżywkę w jednym.


Skład podstawowy:
- 200 ml dowolnego naparu, np z mydlnicy
- 20 ml dowolnego oleju
- emulgator - tyle samo co oleju
- shikakai - co najmniej 4 łyżki
- inne proszki - można dodać inne indyjskie proszki jeśli mikstura wydaje nam się jeszcze zbyt wodnista
- konserwant - według instrukcji producenta

Podrasowany skład (ten, który robiłam ja)
- 200ml mocnego naparu (2 łyżeczki rumianku, 2 łyżeczki tataraku, 2 łyżeczki siemienia lnianego w jednym kubku)
- 20 ml oleju - 15masło shea/5 olej konopny
- 20ml emulgatora (u mnie Olivem1000)
- shikakai - 3 łyżki
- proszek neem i tulsi, po łyżeczce
- 2ml konserwant z Ecospa

Szampon jest bardzo łatwy do zrobienia, wystarczy tylko trzymać się kilku istotnych rzeczy. Zaczynamy od zrobienia mocnego naparu i roztopienia emulgatora z olejem w kąpieli wodnej. Napar parzę około 15 minut. Odlewam potrzebną ilość, w tym czasie roztapiam olej i emulgator w jednej zlewce.

Następnie łączę napar z ciepłą mieszanką oleju i emulgatora i od razu mieszam spieniaczem do kawy przez około pół minuty (zaczynam spieniać sam napar i stopniowo wlewam tam oleje). Powstanie tego bardzo wodnista emulsja, w zasadzie będzie wyglądać jak brudna woda z mlekiem, ale tym się nie martwimy.

Teraz czas na najważniejszy składnik - czyli proszek shikakai. To on będzie odwalał całą robotę w kwestii mycia. Dlatego nie oszczędzajcie na nim. Ja sypie do tej ilosci co najmniej 4 duże łyżki. Mikstura wciąż jednak jest dla mnie zbyt wodnista, dlatego uzupełniam ją jeszcze po łyżeczce neem i tulsi, bo akurat mam je pod ręką. Te zioła normalnie używam w formie masek lub jako dodatek do senesu. Po dodaniu proszków ponownie trzeba użyć spieniacza, bo łyżka nie wymiesza tych składników zbyt dobrze.

Kiedy konsystencja nam odpowiada, wystarczy jeszcze dodać odpowiednią ilość konserwantu i przelać do buteleczki, może być nawet umyta buteleczka po starym szamponie. I mamy myjadło ;D

Jak używać takiego szamponu?

Nakładamy go na mokre włosy i przede wszystkim wcieramy w skalp. Zwykle leci go dwa razy więcej niż szamponu na detergentach. Pamiętajcie, że taki szampon się nie pieni - i to niektórym nie pasuje. Ale bez obaw, nie musi tam być piany, żeby domyć włosy. Trzeba też dobrze opłukać włosy, bo drobinki proszków lubią się w nich gnieździć.

Uwaga - jeśli zdarzy się tak, że szampon będzie zmywał niedokładnie, możecie dodać jeszcze trochę ml naparów i dosypać shikakai. W moim przypadku taka ilość olejów jest idealna i nie tłuści mi włosów, ale nie testowałam przepisu na innych. Zależy to też od naparów - jeśli użyjecie naparów, które mają więcej saponin (mydlnica, orzechy piorące) to jego moc myjąca będzie większa niż szamponu na naparach rumiankowo-tatarakowych.

Powiem szczerze, że to wciąż nie jest przepis idealny - ja jestem przyzwyczajona do drobinek we włosach, bo często używam różnych dziwnych rzeczy, które trudno spłukać. Wstawiam jednak post dla ciekawych, a w między czasie będę próbowała wyczarować miksturę łatwiejszą w obsłudze.

To tyle, zapraszam do nas na grupę!



Copyright © 2016 gnome household , Blogger