grudnia 31, 2018

Dlaczego nienawidzę składania życzeń przez Internet?

Dlaczego nienawidzę składania życzeń przez Internet?
Grudzień to miesiąc, który byłby piękny, gdyby nie dwie okazje, do zaśmiecania mi skrzynki przez ludzi, którzy mają mnie w dupie. Życzenia przez internet - kto z nas nigdy tego nie robił? Ja robiłam - dawno, za czasów gimbazy. Wtedy obowiązkowo trzeba było napisać na fejsie "sto lat" Weronice, czy innej Beatce, którą znam tylko z widzenia. Większość z tego wyrosła, niepokoi mnie, że tak wielu zostało i wciąż to robi.



Mamy ostatni dzień roku, a ja dostałam już kilka identycznych skopiowanych formułek na fejsie - od ludzi, którzy się nawet nie znają i nie mogli się nimi wymienić. Wyobrażacie sobie więc ile osób dostało taką samą wiadomość? To samo było w święta - świąteczne esemeski o wódeczce i cyckach to już pomijam, ale także masa gifów, grafik i innych gówien, które każdy wysyła z automatu, bo taki jest nasz obywatelski obowiązek.

W tym wszystkim staram się jakoś usprawiedliwiać starsze osoby z rodziny - gdzieś tam głęboko zakorzenione mają poczucie, że tak trzeba, że tak wypada. Że trzeba dzwonić w imieniny cioci Krysi, której na oczy nie widziało się 10 lat, że trzeba pamiętać. Ale mam problem ze zrozumieniem młodszego pokolenia i ludzi, z którymi nawet nie rozmawiam, a też dostałam od nich dwa słowa życzeń albo głupi gif. Czemu to ma służyć? Czy na ulicy też podchodzicie do nieznajomych ludzi i wciskacie im fałszywe "sto lat" i "wesołych świąt"? To wszystko jest po prostu zwyczajnie żenujące. To żaden wysiłek i szczere chęci, a jedynie potrzeba szybkiego "odhaczenia" zadania, które powinno się zrobić, bo co ludzie pomyślą.

Nie składam ludziom życzeń, jeśli nawet nie wiem czym się interesują, o czym marzą, kim są. Nie odpisuje na durne życzenia urodzinowe i za nie nie dziękuje, bo czułabym się źle, że marnuje czas na dziękowanie za nieszczere teksty od osób, którym jestem kompletnie obojętna i dla których jestem tylko kolejnym avatarem Facebooka.

Nie uczynicie świata lepszym i bardziej wartościowym przez wysyłanie ludziom mało szczerych i nie wymagających wierszyków o Wesołym Jajku. Napisanie życzeń od serca, to zaledwie kilka minut roboty. Naprawdę. I wystarczy napisać je tylko najbliższym osobom, nikt nie wymaga, żebyście rozdawali je komu popadnie.

Olu, z którą ostatni raz widziałam się na obozie tanecznym 8 lat temu - nie obrażę się jeśli zapomnisz o moich urodzinach.

I to tyle ode mnie. Nic wam nie życzę - za to dziękuje, że byliście ze mną! Podeślijcie ten tekst każdej osobie, która straciła te cenne 4 sekundy życia na wysłanie Wam noworocznego wierszyka!

grudnia 27, 2018

Bielenda Botanic Spa Rituals - moje wrażenia

 Bielenda Botanic Spa Rituals - moje wrażenia
Trochę późno się za to zabieram, ale raczej nie mam w zwyczaju magazynować zbyt wielu kosmetyków, dlatego moja recenzja zielonej serii Botanic Spa pojawia się w chwili, gdy cały internet już o nich słyszał. Jak tylko je potestuję, zabieram się za serię brązową. Mam 4 kosmetyki, z czego jeden z linii "opuncja i aloes" a reszta "kurkuma i chia".

bielendabotanicspamojewrazenia


Olejek przeciw zmarszczkom

Kupiłam go najpierw, więc testowałam trochę dłużej. Olejek jest bardzo przyjemny, aczkolwiek nie zwala z nóg. Dobrze się wchłaniał, czasami używałam go zamiast kremu i wychodziłam tak do ludzi. Bardzo lubię czuć oleje na skórze. Zwykle jednak wędrował do kremu lub na krem, bo miałam wrażenie, że sam krem tak dziwacznie zastyga na twarzy i potrzebowałam, no właśnie, czuć się tłuściej :D. Podoba mi się, że nie ma tu oleju sojowego albo z winogron, bo to dla mnie takie tanie zapychacze. Czy działa przeciwzmarszczkowo? Za krótko go testowałam, żeby to stwierdzić, i nie do końca wierze, że oleje mają takie właściwości.


Skład: Persea Gratissima (Avocado) Oil, Tripelargonin, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Oryza Sativa (Rice) Bran Oil, Ethylhexyl Stearate, Tocopheryl Acetate, Opuntia Ficus - Indica Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder*, Tocopherol, Aqua (Water), Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool




Serum regenerujące kurkuma + chia

Serum ma konsystencję lekkiego żelu. Nie mogłam się do niego przyzwyczaić, bo zwykle używałam olejowych. Myślę, że nie ma opcji żeby go używać inaczej niż pod krem lub olej, bo nie ma w składzie fazy tłuszczowej i może zwyczajnie wyparować. Takie też mam uczucie, gdy go nakładam i zwlekam z nakładaniem kremu. Ma potencjał nawilżający, ale odnoszę wrażenie, że to strasznie pospolita i prosta receptura. Gliceryna na początku składu nie każdemu pasuje w dodatku. Pomimo, że jest przyjemne, nie widzę dodatkowego nawilżenia, poza tym które mam z samego kremu. Mojej skórze jest to chyba obojętne. Chociaż w zasadzie dosyć ciężko to sprawdzić. Jeśli macie to serum, nie pasuje Wam, a nie wiecie jak zużyć, powinno się świetnie sprawdzić w formie podkładu pod olej na włosy. Ja swoje akurat zużyje do twarzy, dość szybko mi schodzi, ale nie sądzę że kupie ponownie. Jest zwykłe - nie robi mi krzywdy, ale też nie działa spektakularnie. Jestem ciekawa jak by się sprawdziło na poparzenia słoneczne, myślę że gdybym testowała je w takich okolicznościach, bardziej by mnie mogło zachwycić. Tyle nawilżaczy na początku składów mogłoby ładnie ukoić skórę.


Skład:

Aqua (Water), Sorbitol, Glycerin, Panthenol, Sodium Lactate, Rosa Damascena Flower Water, Salvia Hispanica Seed Extract, Curcuma Longa Root Extract, Mandelic Acid, Sodium Hyaluronate, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Sodium Dehydroacetate,
Benzyl Alcohol

bielendabotanicspamojewrazenia


Śmietanka myjąca kurkuma + chia

Paradoksalnie ulubiona rzecz z tego zestawu, na samym początku zrobiła na mnie najgorsze wrażenie. Dlaczego? Bo traktowałam ją nie jako demakijaż, a mleczko myjące twarz bez tapety. Zostawiała mi potem taką nieprzyjemną warstwę jak to bywa z kosmetykami na emulgatorach. Może znacie to uczucie - pocenie się pod nosem. Pewnej nocy po imprezie wreszcie przetestowałam ją jako demakijaż i tu byłam wniebowzięta. Idealnie zmyła grubą szpachlę i to bez użycia żadnego wacika. Uwielbiam takie mleczka, bo wystarczy je wsmarować w twarz, spłukać wodą i powtórzyć, a cały makeup znika. Nienawidzę wykonywać demakijażu wacikami, ścierami i innymi przedmiotami, czuje się taka brudna jak to robię. Mleczko idealnie sobie radzi bez tego. Także teraz będę go używać już tylko w takiej formie i chyba nawet kupię ponownie o ile coś innego w podobnym stylu do mnie nie trafi.

Skład: Aqua, Tripelargonin, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Cocos Nucifera Oil, Persea Grotissima Oil, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Curcuma Longa Root Extract, Salvia Hispanica Seed Oil, Tocopheryl Acetate , Olus Oil, Tocopherol, Sodium Stearoyl Glutamate, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.



Krem regenerujący na dzień/noc - kurkuma + chia

Krem oprócz śmietanki też chyba najbardziej przypadł mi do gustu, pomimo wrażenia zasychania na twarzy. Jest dość ciężki według mnie, chociaż mógłby być jeszcze bardziej. Pięknie pachnie, ma śliczny skład (choć nadal prosty). Nie zapchał mnie, nie wchłania się na mnie do końca. Z dnia na dzień nawilżył mi przesuszoną na mrozie skórę, która była tak napięta, że aż bolało. Kupiłam go też mamie, ciekawe jak wrażenia u niej. Używam go rano i wieczorem, ale drugą opcję wzbogacam olejkiem. Widziałam, że sporo osób na niego narzeka, a mi całkiem pasuje. Fajnie, że można go kupić na miejscu, bo jeszcze do niedawna w Rossmanie było kiepsko z dobrymi składowo kremami.



Skład:  Aqua (Water), Tripelargonin, Orbignya Oleifera Seed Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin, Ethylhexyl Stearate, Sorbitan Stearate, Olea Europea (Olive) Fruit Oil, Tocopheryl Acetate, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Betaine, Salvia Hispanica Seed Oil, Curcuma Longa Root Extract, Olus Oil, Tocopherol, Zea Mays (Corn) Starch, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool



Podsumowując


Myślę, że są to kosmetyki idealne na początek. Składy są bardzo dobre - ale adekwatne do ceny i myślę, że w takiej cenie ogólnie ciężko dostać kosmetyki, które powalają na kolana ogólnym działaniem. Składy są bardzo "podstawowe" - choć nie mają szkodliwych substancji, nie mają też w sobie żadnych niesamowitych, nietypowych składników. Składniki są bezpieczne i nieszkodliwe - ale to być może za mało dla bardziej wymagających konsumentów, którzy oczekują nie tylko naturalnych składów, ale także efektu wow. Te kosmetyki były dla mnie naprawdę bardzo przyjemne i nie narzekałam. Kiedy miałam skórę wysuszoną na wiór po zabawach w ciężki makijaż i łażenie po mrozie - odrobinka kremu dawała mi niesamowitą ulgę od razu po nałożeniu. Pytanie czy tak podstawowy skład jest w stanie zrobić coś więcej i długofalowo działać np. na spowolnienie starzenia skóry. Najbardziej interesującym mnie składnikiem jest w nich oczywiście olej z opuncji (tylko w olejku), choć jest dosyć daleko w składzie. Oprócz tego jestem fanką kurkumy i wiem jakie ma zalety. Poza tym - dość pospolite składniki. Myślę jednak, że i tak lepiej celować w tą serię, niż jakieś drogeryjne badziewia. Bardzo się cieszę, że Bielenda zaczyna wprowadzać coraz więcej dobrych składowo kosmetyków, mam  nadzieje że pójdzie o krok dalej i zaskoczy nas bardziej niezwykłymi recepturami.


Jestem bardzo ciekawa co Wy o nich sądzicie - a grupach widzę jak zwykle bardzo różnorodne opinie, jedni zachwalają, a inni wyśmiewają. A Wy?


Najnowsze wpisy:

- Dlaczego uważam, że postanowienia noworoczne to idiotyzm?

- Domowa maska przyspieszająca porost + wyzwanie



grudnia 23, 2018

Postanowienia noworoczne to idiotyzm

Postanowienia noworoczne to idiotyzm
Jeszcze kilka dni do końca roku i już zaczynam dostrzegać wszędzie symbole stycznia - między innymi durne postanowienia i ci biedacy, którzy doskonale sobie zdają sprawę, że ich nie spełnią, a jednak nadal się oszukują i piszą specjalne listy i plannery. Zastanawia mnie jak wiele lat potrzeba, żeby człowiek wreszcie zdał sobie sprawę, że to bezcelowe.



Też to kiedyś robiłam. Zwykle dotyczy to planów związanych z ćwiczeniami i rozwojem osobistym. Od stycznia zaczynam siłownie, od stycznia zacznę się uczyć, od stycznia zacznę robić prawko. I to działa. Zwykle jakiś tydzień. W moim przypadku kilka godzin. Styczeń nie jest magiczny i nie sprawi, że największy leń i nierób nagle zacznie spędzać 24 h na pracy i ćwiczeniach. To wszystko siedzi w głowie, a motywacja nie jest zależna od dat. Ten głupi nawyk rozpoczynania wszystkiego od nowego roku jest według mnie całkiem szkodliwy. Gdy pod koniec roku zaczynamy sobie powoli zbierać plany do kupy, ale zamiast podejmować już pierwsze kroki by je spełnić, czekamy i czekamy na odpowiedni moment, to cały zapał słabnie, emocje opadają, plany nie wydaja się już tak ważne. Część osób się wykrusza i przesypia odpowiednią chwilę, część wytrzymuje kilka dni, części udaje się działać kilka tygodni czy miesięcy, nielicznym uda się to zorganizować w całości i do końca. Czy znacie jakąś osobę, której udało się schudnąć 20 kilo po noworocznym postanowieniu? Bo ja nie znam, nie znam też nikogo kto utrzymałby się w jakimkolwiek innym noworocznym postanowieniu. To oczywiście o niczym nie świadczy, bo na pewno gdzieś tacy ludzie istnieją, co nie zmienia faktu, że te postanowienia są w większości przypadków gówno warte.

Najgorzej dzieje się jak prześpimy styczeń. W lutym nadchodzą wyrzuty sumienia, a skoro straciliśmy już miesiąc, to trzeba czekać cały rok, żeby móc zacząć tak na serio. Ale to już na sto procent. No nie. Robicie sobie krzywdę.

Dlatego mam dla Was dobrą radę. Jeśli chcecie coś zmienić, to czekanie do magicznej daty 1 stycznia nic nie pomoże. Zanim ten styczeń nastanie, cała motywacja do zmian zdąży się rozpłynąć w powietrzu. A co gdybyście wprowadzili zmiany już w grudniu? Czy to cokolwiek zmienia? 

Moje sprawy i plany rozkwitły w tym roku - a dokładniej, w połowie roku. Gdybym sobie postanowiła, że wszystkie zacznę realizować dopiero w styczniu 2019, żeby zacząć na czysto, to wpisy na blogu nadal pojawiałyby się co dwa miesiące, a ja nadal nie miałabym z tego żadnego pożytku. Tymczasem udało mi się zrealizować bardzo dużo planów, do których wcześniej nie mogłam się zebrać. Oczywiście to nie tak, że gdy się plany ogarnia w środku roku, a nie na początku, to idzie lepiej i skuteczniej. Po prostu to czekanie na możliwość działania jest bezsensowną stratą czasu. Dlaczego tak lubimy sobie to robić? Każdy dzień jest ważny. Po co czekać miesiąc, aż będziemy mogli wziąć się za siebie, skoro w tym miesiącu można wykonać już pełną listę zadań, które przybliżą nas do osiągnięcia celu?

Nie czekajcie na początek roku. On gówno znaczy. Zacznijcie działać od razu i nie marnujcie cennych dni!


Żegnam się z Wami, idę produkować uszka i życzę Wesołych Świąt wszystkim czytającym mnie skrzatom :D


Najnowsze wpisu:



grudnia 20, 2018

Maska przyspieszająca porost włosów + wyzwanie

Maska przyspieszająca porost włosów + wyzwanie
Post miał być wczoraj, ale początek tygodnia był dość męczący i trochę się nie wyrobiłam. Dzisiaj mam dla Was przepis na super maskę na porost włosów. Pamiętam jak się z nią grzebałam jeszcze w gimnazjum i dawała naprawdę super efekty. Miałam wtedy bardzo dużo czasu, a pielęgnacja włosów była jedną z niewielu czynności, które robiłam z własnej woli. Teraz nie mam już takiej cierpliwości, ale chętnie wrócę do tej maski, bo ostatnio złapało mnie zimowe linienie. Mam nadzieje, że przepis Wam się przyda. Czytajcie wpis do końca - być może ktoś będzie chętny wziąć udział w małym eksperymencie, który polega na mierzeniu włosów w trakcie używania tej maski przez miesiąc! A ja już nie przedłużam i zapraszam do czytania.

jakszybkozapuscicwlosy



Skład maski:

- sok z czarnej rzepy (połówka warzywa)
- macerat z łopianu - łyżka
- napar z kozieradki - dwie/trzy łyżki
- kapsułka witaminy E
- szczypta cynamonu/suszonego imbiru lub ostrej papryki


Jak robimy maskę?

Zaczynamy od zrobienia maceratu - który wystarczy nam na kilka tygodni przy codziennym robieniu maski,. Macerat robimy na gorąco, bo się nam spieszy i nie tracimy kilku tygodni na dojrzewanie oleju. Bazowy tani olej - około szklankę, mieszamy z podobną ilością suszonego korzenia łopianu i wrzucamy na palnik. Podgrzewamy aż olej prawie zacznie wrzeć i zmniejszamy ogień. Na niewielkim ogniu gotujemy olej bez wrzenia jakieś 15 minut. Następnie odcedzamy wystudzone zielsko, wyrzucamy, a olej z powrotem leci do gara - a do niego świeża partia łopianu. I powtarzamy gotowanie, znowu odsączamy i powstały olej jest naszym maceratem, który przechowujemy w ciemnym miejscu lub lodówce, w szczelnym zamknięciu.

Przygotowanie samej maski rozpoczynamy od zaparzenia kozieradki. Wystarczy zalać niewielką ilością wrzątku około łyżeczkę mielonych nasionek i zostawić do lekkiego przestygnięcia. Absolutnie nie dodajemy do maski wrzącej kozieradki. W międzyczasie ścieramy/mielimy rzepę i wyciskamy tylko sok. Resztę możemy zjeść, podobno to zdrowe ;v

Mieszamy sok z maceratem, witaminą E, przyprawami i dodajemy sam płyn z naparu kozieradki i gotowe.

Jak stosujemy?

Maski używamy najczęściej jak się da - czyli nawet codziennie o ile to możliwe. Ja myję włosy co dwa/trzy dni - i tylko wtedy będę jej używać. Minęły już czasy, że moje życie jest podporządkowane pod pielęgnacje włosów. Trzymamy ją na włosach co najmniej godzinę - z czego polecałabym raczej ponosić ją 2-3 godziny a nawet dłużej. Nakładamy tylko na skalp, nie na całe włosy! Zakładamy też czepek, żeby nic nie zaschło. Możecie wykorzystać okazję i na resztę włosów nałożyć zwykłą maseczkę, albo np. je naolejować. Ja nakładałam ją na nieświeży skalp, jeśli macie więcej cierpliwości możecie najpierw umyć włosy, nałożyć maskę i umyć je ponownie.

Przygotowana maska ma żywotność maksymalnie trzy dni. Jest to niestety dosyć pracochłonne, zrobienie jej zajmuje około 20 minut. Najwięcej trwa ścieranie rzepy, ale można ją po prostu zmielić w blenderze i odsączyć sok. Ja kiedyś bawiłam się w tarcie ręczne.


Dlaczego ta wcierka jest najlepsza?


Na każdego działa co innego. Ten przepis łączy jednak kilka kultowych składników wykorzystywanych w przypadku zapuszczania włosów. Kozieradka to nie tylko nawilżacz - nie od dziś wiadomo jak dobrze radzi sobie chociażby z hamowaniem wypadania włosów. W moim przypadku potrafiła zrobić to z dnia na dzień. Oczywiście zawsze najpierw trzeba wykluczyć potencjalne choroby, ale w przypadku gdy nic się z organizmem nie dzieje, kozieradka bywa zbawienna. Tak więc wcierka nadaje się też do takich problemów. Świeży sok z czarnej rzepy za sprawą wszystkich swoich substancji i witaminek, ma ogromny potencjał w kwestii zapuszczania włosów. Korzeń łopianu to także częsty składnik wcierek do włosów (np. Green Pharmacy). Suszone przyprawy i ich ostrość z kolei działają poprzez stymulację krążenia w skórze głowy. Do tego jeszcze przeciwutleniacz - witamina E. Tak naprawdę, można by zaszaleć jeszcze bardziej - dodać chrzanu, cebuli, imbiru, innych ziółek, naparów. Niestety mało kto ma czas, by codziennie taką miksturę sporządzać. Ta i tak jest dość pracochłonna.



Środki ostrożności


Pamiętajcie, że wszystkie zaproponowane przyprawy bardzo rozgrzewają skórę i mogą ją podrażniać. Sugeruję najpierw robić próby na niewielkiej części skalpu, a w przypadku bardzo mocnego pieczenia czy innych problemów - róbcie wcierkę bez nich. Sok z czarnej rzepy również może piec - tu co prawa będzie rozcieńczony innymi dodatkami, ale w razie gdyby nadal używanie tej wcierki skutkowało poważnym podrażnieniem, można go jeszcze bardziej rozcieńczyć wodą, albo dodać po prostu mniej. Porost porostem, ale jeśli macie cierpieć to nie warto. Oczywiście mówię to zapobiegawczo, prawdopodobnie wszystko będzie w porządku.


Wyzwanie zapuszczania - 30 dni z maską!

Jeśli jesteście chętni, możecie razem ze mną rozpocząć wyzwanie z wcieraniem tej maseczki. Najważniejsze to dokonywanie pomiaru najlepiej jak się da, a to niestety bywa zawodne. Chyba najlepszym sposobem jest kontrolne pasemko, które pokaże nam różnicę w odroście. Sama chętnie sprawdzę ile uda mi się w trakcie miesiąca uzyskać. Oczywiście ostrzegam - nie spodziewajcie się przyrostu 10 cm, to jest niemożliwe i żadna wcierka tego nie osiągnie.

Akcje zaczynam od jutra, ale Wy możecie zacząć w innym terminie (domyślam się, że niektórzy trafia na ten post np. za kilka tygodni czy miesięcy i również wtedy możecie brać udział i dawać mi znać jak wrażenia). Jeśli weźmiecie w niej udział, bardzo Was proszę o jakąś informację zwrotną - ile cm udało się uzyskać, w jaki sposób mierzone były włosy, co ile dni była nakładana wcierka, na jak długo, czy używałyście jeszcze innych środków stymulujących porost (suplementy itp). Informujcie mnie proszę koniecznie pod tym postem, chciałabym żeby ludzie, którzy tu trafią w przyszłości oprócz postu mięli także "opinie" innych ludków.

Możecie mnie też oznaczać na Instagramie, lub używać tagu #gnome_household. Najciekawsze fotki z efektami wstawię u siebie na Insta story!


Tyle ode mnie, lecę podlewać roślinki i wycierać kurze w mojej pieczarze!


Najnowsze wpisy:

Domowa maska w płachcie

Poradnik początkującego zbieracza (antyki, starocia, roślinki)


Nasza grupa kosmetyczna:

Laboratorium Leśnych Wiedźm


grudnia 14, 2018

Jak zamienić swój pokój w chatkę czarownicy? - moje porady dotyczące staroci i roślinek

Jak zamienić swój pokój w chatkę czarownicy? - moje porady dotyczące staroci i roślinek
Dzień dobry! Czasem dostaje od Was wiadomości z pytaniami skąd mam te wszystkie magiczne rzeczy. Zawsze wtedy odpowiadam, że to niestety nie kwestia jednego wyjścia na zakupy, a kilka lat zbierania, wyszukiwania zdobyczy w internecie i w innych dziwnych miejscach.

Dlatego dziś opowiem Wam co nieco o tym gdzie zdobywać te wszystkie przedmioty, pod jakimi hasłami ich szukać i jak się za to zabrać tak, by nie zbankrutować. Mam też listę rzeczy, których warto szukać na początku. Zapraszaaam!

jakkupowacantyki

Z jakimi miejscami trzeba się zaprzyjaźnić?

  • Portale ogłoszeniowe i apki (olx, przedajemy, gumtree, oddam za darmo i inne) - warto od razu pogrzebać w ustawieniach, jeśli to możliwe, to ustawić powiadomienia na konkretne frazy, żebyście od razu dostawali info o nowych przedmiotach z interesującej Was kategorii. Portale trzeba przeglądać kilka razy dziennie, bo nawet jeśli godzinę temu nie było darmowego stuletniego kufra, to ktoś właśnie w tej chwili może go wystawiać, i przegapicie. 
  • Lokalne grupy na facebooku - miejsca do sprzedaży/wymiany/oddawania rzeczy w waszym mieście. 
  • Sklepy z antykami i antykwariaty - z cenami bywa tu różnie, na pewno nie kupicie tu wszystkiego pół darmo, a niektóre starocia są naprawdę drogie, ale jest tam sporo naczyń i ozdób, które można dostać już od paru cebulionów, więc często da się jakieś perełki upolować. Plus w antykwariatach zdobędziecie sporo starych książek. Moje ulubione to te zielarskie - ze starymi rycinami. 
  • Secondhandy - w większych lumpach oprócz ubrań, często istnieje niewielki dział z przedmiotami. Ja mam sporo naczyń, kubków, filiżanek czy nawet ceramicznych doniczek właśnie z takich miejsc. Można tam nawet wygrzebać jakieś pięknie zdobione sztućce.
  • Pchle targi - w tej kwestii nadal jestem nieogarnięta, ciężko mi coś takiego znaleźć w moim mieście. Poszukajcie w internecie czy macie coś takiego u siebie. Targi często odbywają się w jakiś konkretny dzień tygodnia, często w porannych godzinach więc trzeba czatować.
  • Domy babć i cioć ze strony ojca - polecam, czasami wystarczy tylko przyjść w odwiedziny i przynieść kawałek ciasta, żeby dostać stary świecznik, pudło książek albo nazbierać odnóżek. 
  • Sklepy folkowe/etniczne/orientalne - np. Lookah i inne tego pokroju. Znajdziecie tam sporo minerałów, kamieni, cudnych naczyń, ozdóbek, podgrzewaczy, świec czy olejków i kadzidełek, a także fancy pudełeczka z drewna, biżuterię i masę innych cudowności.
  • Bazarki/stragany w górach lub za granicą - znajdują się tam podobne rzeczy jak w punkcie wyżej, ale trzeba trochę pogrzebać, bo ja osobiście wolę mieć kubek czy pudełko bez napisu "ZAKOPANE" ;V
  • Ze sklepów - Pepco, Tkmax, czasami jakieś chińskie markety - staroci tam nie dostaniecie, ale bardzo często można spotkać przedmioty inspirowane/tworzone na wzór staroci. Tkmax niestety dość drogi, w Pepco można dorwać tanie ozdóbki. W przypadku roślinek - wszystkie pospolite markety mają tanie badyle, a także sklepy budowlane.

Początkowy plan działania

Gdybym dopiero zaczynała moją przygodę, kierowałabym się w poszukiwaniach listą poniżej. Możecie ją oczywiście zmodyfikować, ale myślę że to takie najprostsze do zdobycia, klimatyczne przedmioty, które bywają bardzo tanie.


  • Dwa kufry - Załatwiłabym sobie jakiś większy kufer, oraz mniejszy, taki który zmieści się na zdjęciach. Szukajcie ich nie tylko pod hasłem "kufer", ale też: "skrzynia, kuferek, pudełka drewniane". Ja jeden cudowny znalazłam własnie pod ostatnim hasłem. Zwykle duże skrzynie są dość drogie, ale często pojawia się perełka za 3 dyszki i trzeba szybko brać.
  • Mosiężne/miedziane naczynia - zrobiłabym z nich doniczki, 
  • Jakaś czaszka - nie wiem jakie macie podejście do polowań, ale ja mam negatywne. Nie kupiłabym czaszki z aukcji, po której ewidentnie widać, że zwierzęta były wystrzelane (nieskazitelnie białe i wyczyszczona kość, masówka itp.) Sporo można jednak znaleźć bardzo starych czaszek, które leżały u kogoś w piwnicy i są za bezcen. Nie ma oczywiście stuprocentowej gwarancji, że takie zwierze umarło naturalnie, ale przynajmniej nie wspieramy ludzi, którzy zarabiają na sprzedawaniu trupów, często w ogromnych cenach. Na olxie często można dorwać bardzo tanie czaszki, ale jeśli mieszkacie w okolicy lasów, róbcie częste spacery. Może będziecie mięli to szczęście, na znalezienie czaszki albo zrzutów.
  • Świecznik - obojętnie czy stojący, czy w formie naczynia. Szukałabym czegokolwiek, w czym można zapalić świeczki, podgrzewacze lub olejki eteryczne. 
  • Ramki na rysunki - tanie zwykłe ramki można dorwać np. w Pepco. Ja jednak poszukałabym starych ramek, z obramówkami lub złotych, które nie są takie nudne.
  • Ususzone zioła i kwiaty - wystarczy pozbierać na dworze. Część zasuszyłabym w książce, jako trofea do ramek, a część w bukiecikach, które porozwieszałabym po domu. Dodają klimatu :D
  • Gliniane naczynie - takie do kiszenia ogórów. Bardzo często można je dostać w lumpach. Oczywiście szukałabym takiego, żeby wykorzystać jako doniczkę.
  • Drewniany kwietnik z prl - takie babcine drewniane kwietniki to prawdziwe złoto. Wciąż można gdzieś w necie kupić nowe i chyba w końcu tak zrobię, bo znalezienie odpowiedniego w moim mieście jest od kilku tygodni nierealne. Zamówiłam jeden z wysyłką, niestety nie dotarł w całości. Na olxach oczywiście można je dorwać za dychę.
  • Odnóżki i tanie rośliny - badyle to absolutnie konieczne rzeczy w mieszkanku czarownicy i elfa. W marketach często można dorwać za parę groszy. Jeśli jednak chcecie oszczędzić jak tylko się da, zróbcie sobie maraton w odwiedziny do wszystkich babć i cioć. Na pewno chętnie obdarują Was odnóżkami, z których wyhodujecie sobie większe rośliny. Polecam też popytać w urzędach, bankach czy szkołach - ludzie raczej się godzą na oddanie szczepki. I czatujcie na portalach ogłoszeniowych albo lokalnych grupach na facebooku, czasami ktoś nieświadomy oddaje nawet duże rośliny za darmo, albo za grosze. Jeśli nie ograniczają Was fundusze, to co tu dużo mówić - ja najczęściej kupuje badyle w Leroy, albo szukam okazji na olxie.
  • Leśne skarby - czyli kasztany, szyszki, żołędzie, patyki. Z tych wszystkich rzeczy można wyczarować magiczne ozdoby. Mchy zbierajcie z chodników na obszarach zabudowanych, tam są niechciane. Możecie je wepchać do doniczek albo zrobić las w słoiku.




Mam nadzieje, że ten wpis ułatwi Wam buszowanie i upiększanie mieszkań!


Starsze wpisy:

- domowa maska w płachcie

- czy zwierze, jest dobrym prezentem?

grudnia 10, 2018

Domowa maska w płachcie wielokrotnego użytku

Domowa maska w płachcie wielokrotnego użytku
Nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz wpadłam na ten pomysł. Już to naprawiam. Maski w płachcie, które są u nas całkiem nowym wynalazkiem. Przybyły chyba z Korei i można je spotkać wszędzie. Nie rzadko zdarza mi się używać jednorazowych maseczek, w tym także masek w płachcie. Za każdym razem jednak, gdy ktoś używa takiej maski, na świecie umiera jeden jednorożec. To potwierdzona informacja, a nawet w Havadah są już gatunkiem zagrożonym.



Ale teraz bez jaj - nie jestem jeszcze weteranem zero waste i staram się żyć bardziej eko, przy jednoczesnym poczuciu, że moje starania są tylko niewielką kropelką czystej wody w morzu, które dzienne zalewają tony odpadów produkowanych przez wielkie koncerny. Mam wątpliwości, czy starania pojedynczych jednostek mogą zmienić cokolwiek.

Mimo wszystko postanowiłam zrobić sobie maskę z płachcie zero waste, jako zwykła alternatywa dla drogeryjnych masek i mam nadzieje, że skorzystacie z przepisu. Zapraszam.


Jak wykonać płachtę?

Na grafice, która ostatnio Wam skleiłam, zaproponowałam gazę. Tym razem proponuję coś bardziej trwałego - stary podkoszulek. Na materiale narysowałam sobie mordkę, dziury na oczy i buzie, a następnie wycięłam. Myślę, że można poszaleć z materiałami (jak znajdziecie cieniutką mikrofibrę, to pewnie sprawdzi się jeszcze lepiej). Taką płachtę można sobie elegancko podszyć na końcach, żeby się nie strzępiły. Jest wielorazowa - po każdym zużyciu myjemy ją mydłem, albo wrzucamy do pralki.



Skład maski (wersja bogata):


  • Hydrolat neroli - 30 ml
  • Wodny macerat ze ślazu (kwiaty ślazu zalane chłodną wodą, macerat to odcedzony płyn po takim moczeniu przez około godzinę). - 100 ml
  • Kwas hialuronowy - 5 ml
  • Panthenol - 5 ml
  • Gliceryna - 5 ml
  • Witamina E - 10 kapsułek
  • Olej z opuncji - 5 ml
  • Olejek sandałowy - 10 kropli
  • Ekstrakt ginko-biloba -10 kropli
  • Ekstrakt z zielonej herbaty - 10 kropli
  • Żel aloesowy - 5 ml
  • Konserwant - ilość w zależności od rodzaju


Skład maski (wersja bieda)

  • Napar z zielonej herbaty - 100 ml
  • Olej jojoba - 5 ml
  • Glutek lniany (rzadki) - 30 ml
  • Gliceryna -  5 ml
  • Kwas hialuronowy - 10 ml
  • Witamina E - 10 kapsułek
  • Olejek lawendowy - 10 kropli
  • Konserwant - ilość w zależności od rodzaju

Przygotowanie:

Odmierzamy wszystkie składniki w buteleczce. Witamine E oczywiście wyciskamy wcześniej z kapusłek. To całą filozofia. Przed użyciem, naszą materiałową płachtę będziemy nasączać produktem - wystarczy niewielka ilość, która zmoczy materiał. Maskę trzymamy na umytej twarzy około 30 minut. Produkt natomiast przechowujemy w lodówce. Jeśli chcecie zrobić wersję bez konserwantów, zróbcie połowę mniejsza ilość - przeżyje w lodówce około 3-5 dni.

Mam nadzieje, że przed świętami wyczarujecie jakieś maski. Są naprawdę genialne i bardziej ekologiczne, niż drogeryjne zamienniki.

grudnia 07, 2018

Dostałam kota na mikołajki, ale już mi się znudził

Dostałam kota na mikołajki, ale już mi się znudził
Ostatnio po grupach krążył screen pewnego komentarza. Sama udostępniałam go na facebooku. Albo to idealny bait, albo smutna prawda - jeśli to pierwsze, chylę czoła. Jeśli drugie - kisnę ze śmiechu. Bez względu jednak, która opcja jest prawdziwa, mam coś do powiedzenia w temacie żywych prezentów i prawdopodobnie nie do końca się ze mną zgodzicie.



Traktowanie żywego stworzenia jak przedmiot, który można zapakować do pudła i owinąć kokardką jest złe. Chyba nie ma co do tego wątpliwości. W szczególności, gdy taka paczka ląduje pod choinką rozkapryszonego dzieciaka, który będzie z nią robił co mu się podoba, a potem się znudzi.

Nie uważam jednak, że kupno lub adopcja zwierzęcia dla kogoś jest złe w każdej sytuacji. O ile odbiorcą takiego prezentu jest osoba, która się go spodziewa, chce i jest przygotowana, zarówno psychicznie, jak i finansowo - nie widzę problemu. Zauważyłam, że większość ludzi na słowo "prezent" reaguje bardzo agresywnie, nawet jeśli ów prezent nie jest niespodzianką w ciemno dla niewychowanego bachora. O ile nie popieram zwierzęcych prezentów, które zostały kupione bez zastanowienia, bez zorientowania się czy w ogóle są na nie warunki, tak nie mam nic do tego, w przypadku gdy wszystko zostało odpowiedzialnie zaplanowane. Być może nazwanie "prezentem" żywego stworzenia uznawane jest za jakiś przejaw braku szacunku, nie przeczę, jednak nie trzeba zakładać, że każde takie zwierze, zostanie po dwóch miesiącach wywiezione do lasu.

Kiedyś czytałam wątek jakiejś babeczki, która chwaliła się, że dostała na urodziny kota ze schroniska. Po mimo podania informacji, że marzyła o kocie od wielu lat, a ze schroniska przyniósł go jej partner, została równo zjechana od nieodpowiedzialnych idiotek, które nie szanują zwierząt. Tak więc moje pytanie brzmi - czy to już nie przesada? Wbrew pozorom nie widzę też problemów, w braniu zwierzaka dla dziecka. Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki dobrze rozwijają się, gdy mogą żyć wśród zwierząt. Zwierze nie musi być odbierane jako przedmiot i zabawka, ale przyjaciel, żywe stworzenie, które będzie dla dziecka czymś więcej. Pod warunkiem oczywiście, że rodzic potrafi wychować swoje dziecko tak, by nauczyć go do nich szacunku, a sam jest świadomy kosztów i tego, że to on będzie brał za zwierze odpowiedzialność.



Oczywiście typiarka ze screena (o ile to nie troll), jest przypadkiem skrajnym. To ewidentny przykład braku poszanowania do życia i skrajny egoizm, jednak nie każda osoba marząca o zwierzaku, to nieodpowiedzialny debil, który szuka zabawki na chwilę. Jestem przekonana, że większość ludzi doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaką jest zwierzak, a decyzja o podarowaniu komuś takiego "prezentu", nie była podjęta pod wpływem chwili.

Miejmy to na uwadze zanim zwyzywamy ludzi od grażyn i madek, okej?

Żegnam się i zapraszam na inne wpisy o zwierzakach:

- Jak nie karmić kota?

- Dlaczego nie wypuszczam kota samopas?

grudnia 05, 2018

Jak dbać o rośliny doniczkowe zimą?

Jak dbać o rośliny doniczkowe zimą?
Dzień dobry robaki, moje roślinki miały ciężkie lato - przeżyły podwójne pryskanie Mospilanem, łącznie prawie dwutygodniowe wakacje w komorach gazowych oraz ogromny upał. Niektóre ledwo to przeżyły, inne mają się świetnie, a w każdym razie - robactwo póki co zniknęło i mam nadzieje, że już się nie pojawi. Dlatego teraz będą miały trochę odpoczynku. W tym poście opiszę, jak dbam o mój las w okresie zimowym.



Nawóz i światło

Latem nawożę rośliny nawet co tydzień (biohummus co 3 dni). Zimą jednak ograniczam ten proces - robię to co 3-4 tygodnie. Aktualnie robię przerwę od biohummusu i sprawdzam, czy rzeczywiście wpływa to na tworzenie idealnego środowiska dla wciornastków, które ogólnie lubią syf. Wrócę do niego za kilka miesięcy, aktualnie używam tylko nawozu mineralnego.

Dni są coraz ciemniejsze i staram się nie zasłaniać okien w ciągu dnia. Myślę też nad doświetlaniem, ale nie wiem czy w ogóle mam tu miejsce na coś takiego.


Nawilżacz i spryskiwacz

Nawilżacz to mój nowy przyjaciel przy beznadziejnym poziomie wilgotności w blokach. Ukradłam go rodzicom dlatego, że moja nowa araukaria nie czuła się zbyt dobrze w takiej suszy. Chodzi dzień i noc, i ledwo osiąga wilgotność 55. W spryskiwaczu natomiast od teraz będzie lądować tylko woda demineralizowana, bo trochę się boje, że mam za twardą wodę. Jeśli araukarii to wszystko nie pomoże, to uznam że ma grzyba i znowu zrobię jakiś oprysk. Resztę roślin pryskam umiarkowanie, jak mi się przypomni.


Wyłączone kaloryfery

Staram się utrzymać niższą temperaturę. Nie tylko dla siebie - przy włączonym ogrzewaniu jest mi za gorąco i cały czas muszę otwierać okna. Rok temu zimą chłopak ślicznie spalił mi rośliny na parapecie, bo postanowił włączyć największe grzanie. Teraz, gdy mam sporo roślinek nie lubiących ciepła i suchoty, popełniłabym wiele morderstw gdybym na to pozwoliła. W bloku jest ciepło tak czy inaczej, nawet bez kaloryferów, dlatego staram się też wietrzyć. Nie otwieram okien, tylko je rozszczelniam na kilka minut - żeby mi wilgoć nie uciekła.



Prysznic

To nie zmieniło się od lata. Co jakiś czas zabieram roślinki na kąpiel pod prysznic. To im bardzo dobrze robi nawet zimą. Przy okazji mogę zająć się starymi liśćmi i ogarnąć "sprawy kosmetyczne".



Zapraszam też do starszego postu o roślinkach:

- rady dla początkujących badylarzy

grudnia 01, 2018

Artefakty - listopad 2018 - drzewo, starocia i magiczne kuferki

Artefakty - listopad 2018 - drzewo, starocia i magiczne kuferki
Miesiąc się koczy - czas podsumować co się u mnie pojawiło. Nie da się ukryć, że trochę zaszalałam. Pojawiło się sporo kosmetyków oraz staroci. Niedługo na moim KANALE pojawi się film ze starociami, więc jeśli jesteście ciekawi jak to wszystko wygląda z bliska to zachęcam do obserwowania mnie tam.



Araukaria i inne roślinki

Chwaliłam się nią już w ostatnim filmie. Jej historia jest dosyć ciekawa, ponieważ nie łatwo było ją zdobyć. Takie stare araukarie kosztują zwykle kilka stówek. Dlatego jak zobaczyłam ją na OLX za jedyne 40 zł, to moja wewnętrzna cebula krzyknęła: "BIERZ JOM". Utrudnienie jednak było takie, że drzewo było w Rzeszowie, a ja bez auta i takie tam. Na szczęście mój kumpel z Rzeszowa zgodził się ja odebrać, a potem mi wysłać. Jakimś cudem przyszła w całości i kocham ją tak bardzo. Jestem jednak na siebie zła, bo ostatnio w Łodzi ktoś oddawał dużą araukarie za darmo i też bym ją wzięła, choćbym ją miała taszczyć ręcznie z Bałut na Widzew, ale niestety ktoś był pierwszy i okazja przepadła. Uwielbiam te rośliny. Mają taki prehistoryczny wygląd.

Pojawiły się także inne rośliny - w przeciwieństwie do kilkunastoletniej araukarii, zdobyłam też kilka maluszków. Między innymi osławiony pieniążek, który trzyma w ryzach cały Instagram. Tak, były w Biedronce. Gdyby nie było, to bym nie szukała gdzie indziej. Trafił do mnie już trochę zmęczony, miał kilka zgniłym od przelania listków, ale ja już go naprawię.

Są też dwie miniaturowe peperomie, nie wiem czy to odmiana watermelon, czy nie, aczkolwiek od dawna na takie polowałam. Były w Leroy za 5 zł. Są śliczne i nawet zrobiłam im brudno-złote doniczki. Pod warstwą farby kryje się paskudna pomarańczowa terakota.

Dalej mamy też grubosza z czerwonymi końcówkami listków, shefflerę variegatę (to już moja trzecia, dwie poprzednie umarły. Liczę, że wreszcie uda mi się utrzymać tą odmianę przy życiu), oraz czerwono fioletowy kroton, którego pokazywałam na filmie.







Nawilżacz powietrza

Co prawda nie kupiony, ale ukradziony prosto ze strychu rodziców. Leżał tam kilka lat, a ja przecież mam tyle kwiatków. Przypomniałam sobie o nim dopiero, gdy okazało się, że moja nowa araukaria może zakończyć swój żywot z powodu zbyt suchego powietrza.



Magiczne kuferki

Ajaja! Pokaże je dokładniej na filmie. To zdecydowanie najbardziej oczekiwane skarby, jeden jeszcze jest w drodze (również będzie na filmie). W dużym kuferku będę trzymać różnego rodzaju farby, pastele, pędzle i inne skarby do tworzenia, tak by wszystko było pod ręką. W kuferku, który jest w drodze, będzie miejsce na akcesoria do szycia, które mam porozwalane po wszystkich szufladach i nigdy nie mogę znaleźć tego co mi akurat potrzebne. Uwielbiam takie kuferki, poluję jeszcze na jakąś większą skrzynie.



Kwietniki

Trafił do mnie dwa kwietniki i jeden niestety w kawałkach. Nie przeżył podróży pocztą. Nie rozpaczam strasznie, bo kosztował jakieś 10 zł, ale mimo wszystko ciężko znaleźć tego typu kwietnik, który ludzie są chętni wysłać. Strasznie podoba mi się wizualnie, niestety prawdopodobnie musi iść do śmieci, bo nie mam pojęcia jak skleić nogi albo dorobić nowe, nie tracąc przy tym klimatu. Drugi kwietnik natomiast jest do zawieszania. Nie wiem jeszcze czy go malować, czy nie. Chyba zostawię go w takiej surowości jaką obecnie ma.


Mieczyk

To będzie taka mała ozdóbka na ścianę i do zdjęć. Urzekły mnie te zdobienia. Mieczyk to oczywiście tępa metalowa ozdoba, a nie zabójcza broń :D Wygrzebane także na olxie.


Kosmetyki Botanic Spa

Na Black Friday były zestawy po 35 zł, więc zrobiłam prezenty na święta, i kupiłam jeden sobie. Za jakiś czas będzie na blogu recenzja tych kosmetyków, bo muszę je trochę potestować.

botanicspabielendamakeuprevolution


Makeup Revolution

Makijaż to póki co jedna z niewielu spraw, gdzie jeszcze nie patrzę na składy. Nie ukrywam, że nie maluję się zbyt często i szkoda mi czasu na wyszukiwanie naturalnych marek z tej dziedziny. Mam w planach to zmienić, ale tylko pod warunkiem że zacznę malować się częściej. Jeśli to się nie wydarzy, pozostaje przy drogeryjnych cieniach, bo inaczej to bez sensu. Kupiłam więc dwie palety na początek - w szafie mam stare palety z czasów, gdy bawiłam się w charakteryzacje i cosplay, ale myślę że ich termin ważności minął sto lat temu :D Miałam oczywiście kupić jedną paletę, pech chciał że każda z nich miała po dwa kolory, na których bardzo mi zależało. Póki co sprawdzają mi się super i nawet zmotywowały mnie do umycia pędzli.

Sprzęt do filmów

Ostatnią rzeczą jest sprzęt, którego Wam nie pokażę, bo jeszcze do mnie nie dotarł. Zamówiłam sobie duży statyw i dwie lampy, więc jakość filmów trochę się poprawi. Mam zamiar dokupić jeszcze mikrofon, ale nie wiem, który wybrać. To póki co będzie jedyny sprzęt w tym roku, na aparat przyjdzie czas w nowym roku, pod warunkiem że nadal będę chciała nagrywać :D



Najnowsze wpisy:

- Wywiad z Myosotis jewelry

- Naturalna pielęgnacja ciała

listopada 28, 2018

Wywiad z MYosotis!

Wywiad z MYosotis!
Dzień dobry w ten przerażająco zimny dzień. Dziś kolejna niespodzianka - wywiad z rękodzielnikami, których śledzę od dawna - z MYosotis! Zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytanek i pokazać Wam kilka ze swoich cudownych prac. Zapraszamy!



1. Obserwuje Wasze prace od dłuższego czasu. Jak to się wszystko zaczęło? Skąd pomysł na tworzenie biżuterii?

Zaczęło się od zainteresowań. Długie wycieczki po lasach, polach, bagnach. Więź z naturą pogłębiała się z miesiąca na miesiąc. Czarostwo, zioła, minerały, ezoteryka. Zdobywałam ogrom wiedzy, sama czyściłam znalezione kości, zbierałam pióra, uczyłam się oznaczać gatunki niezliczonych ilości zwierząt czy grzybów... aż pewnego dnia Marcin zaproponował abyśmy wspólnie zaczęli tworzyć rękodzieło związane z naszą pasją. To był czas w którym musiałam w końcu stanąć na nogi, mieć zajęcie, które oderwałoby mnie od trudów codzienności, a nie byłam w stanie iść do pracy.

2. Jeśli mogę spytać - poznaliście się już mając wyrobione umiejętności czy wspólnie uczyliście się tworzenia biżuterii?

Poznaliśmy się jako kompletnie od siebie różne, zagubione jednostki. dopiero po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na wykonywanie biżuterii i nie mieliśmy absolutnie żadnej, podstawowej wiedzy... nie mieliśmy nawet pewności który klej będzie odpowiedni do łączenia szkła z metalem ;)

3. Jak wykonujecie biżuterię? Czy każde z Was tworzy oddzielne wyroby w całości, czy może jedna osoba odpowiedzialna jest za pierwszą część pracy, a druga zajmuje się "dopieszczaniem" i wykończeniem?

Nie mamy ustalonych zasad pracy, wszystko omawiamy na bieżąco. Są projekty, które wykonuję tylko Marcin albo tylko ja. Czasami robię coś dla niego, a czasami on dla mnie. Przygotowujemy sobie półfabrykaty, druciki, rurki, wykańczamy pracę partnera jeśli jest taka potrzeba. Ja najczęściej wszystko patynuję ale jak mówiłam, wszystko jest bardzo zmienne ;)


4. Z jakich materiałów tworzycie biżuterię? Ograniczacie się do konkretnych metali?

Oprawy autorskie, ręcznie wykonane, łączące kilka elementów w projekcie - wykonujemy tylko z miedzi i cyny przy użyciu lutownicy. Pozostałe metale to stopy brązów, z których wykonane są półfabrykaty z których korzystamy ;)

5. Jakie techniki wykorzystujecie? Czy to bardzo pracochłonne?

Jedyną techniką jaką się posługujemy to lutowanie. Klejenie się nie liczy :P
Czy jest pracochłonne? Oh, wszystko zależy od projektu. Czasami uda mi się oprawić kamień w 20 minut, a czasami gdy tworzymy np. druciane gałązki z ozdobnymi elementami wykonanie jednej zawieszki zajmuje nam nawet 4 godziny. Duży wpływ na naszą pracę ma też motywacja, samopoczucie, kreatywność czy problemy życia codziennego.

6. Jakie macie plany na dalszy rozwój? Planujecie wprowadzić jakieś konkretne kolekcje lub odkrywać nowe surowce i metale?

Nie mamy planów, a nawet jeśli o czymś marzymy to pozwól, że zatrzymamy to na razie dla siebie :)
Konkretnych kolekcji nigdy nie tworzyliśmy i nie zamierzamy tego zmieniać. Małe serie zawieszek to rozwiązanie w sam raz dla nas :)

7. Zamierzacie otworzyć Etsy?

Mieliśmy etsy ale zgubiliśmy się w tłumie. Polacy nie korzystają z kart kredytowych czy paypala na tyle często, aby ułatwiało nam to sprzedaż czy komunikację. Musielibyśmy całkiem zmienić sposób pracy, odsyłać ludzi na stronę sklepu, a i tak nie mieliby możliwości skorzystania z opcji szybkich płatności internetowych. Na polskim rynku nie znaleźliśmy taniego i fajnego odpowiednika dla etsy, tak więc nie planujemy nic zmieniać w chwili obecnej ;)

Ja jeszcze raz dziękuje za wywiadzik, życzę powodzenia w dalszym tworzeniu i na koniec - polecam zaobserwować ich Instagrama, gdzie pokazują swoje magiczne rękodzieła :D









listopada 27, 2018

Naturalna pielęgnacja ciała - jak to robią w Havadah

Naturalna pielęgnacja ciała - jak to robią w Havadah
Okej, tak naprawdę nie robię większości z tych rzeczy, o których będę dziś pisać. Jako gnom nie mam legalnie wstępu do elfickich term i jedyne co sobie mogę zrobić, to się natrzeć mchem, a poza tym jestem leniwa - ciało to chyba najbardziej zaniedbana część mnie. Nie żebym myła się raz na rok - potoków mamy tutaj sporo, a i deszcze są nie rzadkie, ale poza dbaniem o higienę, nie mam zbyt dużej motywacji do pielęgnacji ciała. Często po prostu mi się nie chce. Poza tym mam jeszcze jeden duży problem - nie lubię uczucia wysmarowania balsamem. Mam wrażenie, że wycieram to wszystko w piżamy i pościel. Była jednak prośba, bym napisała co nieco o pielęgnacji ciała, postanowiłam więc, że opiszę kroki, które robiłabym częściej- gdyby mi się chciało. Jest tego sporo - bo naprawdę istnieje mnóstwo sposobów na to by poprawić wygląd i jędrność skóry, a te elfickie to już w ogóle podobno są genialne. Zapraszam!

naturalnapielegnacjaciala


Przepis na piękne ciało w Havadah składa się z 6 następujących kroków.


Lodowate natryski pod wodospadem

Zacznijmy od rzeczy ekstremalnych. Jeśli nie dysponujecie żadnym wodospadem, musi wystarczyć Wam prysznic. Takie natryski zwykle robi się rano, na rozbudzenie. Działają pozytywnie nie tylko na ciało, ale także umysł, bo dodają energetycznego kopa. Chłodne natryski nie muszą trwać długo, powiedzmy, że wystarczą około dwie minuty. Usprawniają krążenie, ujędrniają, hartują i pobudzają umysł do działania. Mi udaje się je robić tylko latem - kiedy są upały zimna woda jest wybawieniem, a nie przykrym obowiązkiem.


Masaże

Masaż, który ma działać przede wszystkim na wygląd ciała, a nie na samopoczucie, zwykle odbywa się przy użyciu pewnych artefaktów (np. żywych gąbek z dna górskich potoków, albo czerwonych porostów, ale wątpię, że znajdziecie je w tym swoim smutnym niemagicznym świecie). Dlatego polecam wyposażyć się w szczotkę do masażu na sucho. Stworzę oddzielny post z efektami jakie dał mi ten masaż (np. lekkie rozjaśnienie rozstępów i prawie całkowity zanik cellulitu) kiedy indziej, bo ten temat zasługuje na oddzielny wpis, ale dziś też co nieco nadmienię. Szczotka musi być z naturalnego włosia (polecam z jednorożca, ale chyba też ich nie macie), a nie  z twardych syntetycznych drutów - w końcu masaż powinien odbywać się codziennie, a nie chcecie się oskalpować. Masaż wykonujemy od końcówek kończyn przed prysznicem na suchej skórze. Najpierw zaczynamy od stóp, w górę nóg, potem od dłoni po ramiona. Następnie pośladki, plecy i brzuch, szyja i tak w kierunku serca. To wszystko robimy w miarę kolistymi ruchami. Może się to z początku wydawać dosyć nieprzyjemne i bolesne, ale idzie się przyzwyczaić. Ta szczotka działa też jak delikatny peeling. Jeśli nie chcecie szczotki, to warto mieć jakąś rękawicę kąpielową, albo cokolwiek w tym rodzaju.


Moczenie w ziołach

Po masażu wskakujemy do aromatycznej kąpieli, do której wcześniej wsypujemy mieszankę ziół i roślin, olejki eteryczne, oleje lub ziołowe maceraty, miód lub inne nawilżacze, sole lub borowinę (borowina to takie fajne błotko). Jeśli już robicie sobie taką kąpiel to zawsze warto podrasować zwykłą wodę w takie składniki, bo to moment, kiedy pory skóry otwierają się na skutek ciepła i chłoną.



Kąpielowa wylinka

Jeśli masaż szczotką na sucho nie wystarczy, warto od czasu do czasu użyć peelingu. A jeśli koniecznie ma to być peeling domowy, to ja oczywiście polecam ugrzebać papkę z fusów z porannej kawy, dodać do tego płaską łyżeczkę cynamonu, trochę miodu, gliceryny albo panthenolu, zalać odrobinką jakiegoś płynu (np. zieloną herbatą), dodać jakiegoś oleju, olejków eterycznych, a jeśli jest potrzeba to zagęścić wszystko glinkami, albo mąką owsianą. Wrażenia zapachowe +10, relaks +10, działanie +20, łatwość 11/10.


Nawodnienie

Mowa tu o nawilżaniu. Nie tylko wewnętrznym (picie), ale także od zewnątrz. Nie mam na ta chwilę receptur balsamów, dlatego ciężko mi powiedzieć jak można nawilżać skórę, jeśli nie sklepowym balsamem. Ciało niestety to cięższy orzech do zgryzienia niż twarz, wiadomo że nikt nie będzie nacierał się glutem lnianym na całym ciele. Jeśli chcecie więc uniknąć gotowych kosmetyków, polecam skupić się na dodawaniu nawilżaczy do kąpieli. To też była dobra opcja dla mnie (gdy jeszcze miałam wannę), bo jak już wspomniałam, jestem leniwa i często nie chce mi się używać balsamu. Ważne jest też zapobieganie utracie nawilżenia, poprzez nakładanie tłustej warstwy ochronnej, a więc przechodzimy do punktu niżej.


Bariera

Ostatni punkt pielęgnacji stanowi zabezpieczanie naskórka przed utratą wody, poprzez tłuste smarowidła lub cokolwiek co zawiera olej. Polecam szczególnie stworzyć sobie masełkową piankę, która jest niesamowicie puszysta i cudowna, przepis podałam poniżej. Nada się też po prostu zwykł balsam. Jeśli o mnie chodzi, jestem skłonna być mniej wybredna jeśli chodzi o składy kosmetyków do ciała, bo skóra na ciele jest grubsza i nie tak wymagająca jak twarz.


Jakie kosmetyki można samodzielnie stworzyć do ciała?


Olejowa pianka do ciała, stóp i dłoni - do jej zrobienia potrzebujemy oleju w formie stałej (np. masło shea lub kakaowe) i innego, płynnego. Proporcje to 4:1 lub 3:1, z przewagą oleju stałego. Oczywiście olejów może być więcej, to już zależy od tego co lubicie. Oprócz tych składników dodaję jeszcze kilka/kilkanaście kropli olejków eterycznych, dzięki czemu balsam będzie cudnie pachniał. Zrobię Wam niedługo konkretny przepis na takie masło, a dziś tylko w skrócie - mieszankę olejów rozpuszczamy by się połączyły i odstawiamy do ostygnięcia. Oleje mają nabrać stałej formy, ale nie tak zbitej i twardej jak samo masło. Kiedy się to stanie, nasza mieszankę ubijamy mikserem albo mieszadełkiem do mleka - po kilku minutach takiego miksowania powstaje pianka, która wygląda jak ubita kremówka. Teraz masło przekładamy do pojemniczków, a używanie go jest super. Zdecydowanie większa frajda niż zwykły balsam, aczkolwiek trzeba pamiętać, że jest to mieszanka, która nie nawilża - idealna szczególnie w zimie do zabezpieczania ciała, stóp i dłoni, ale najlepiej stosować pod nią coś co nawilża.

Macerat na żylaki i naczynka - pół litra oleju rafinowanego (obojętnie jakiego) wlewamy do rondelka, a następnie wsypujemy tam suszony lub surowy żywokost (ilość taka by nie wystawały poza olej). Następnie podgrzewamy olej na małym ogniu i trzymamy go bez zagotowywania przez około 20 minut. Odcedzamy olej od zielska, zielsko wyrzucamy, a powstały olej ponownie wlewamy do rondelka i wsypujemy taką samą ilość żywokostu (nowy, nie ten wyrzucony). Powtarzamy wszystkie czynności. Możemy dorzucić też starte kasztany, ale już chyba na nie za późno. Powstały olej stosuje się na skórę w celu poprawy ukrwienia i unaczynienia, można go też używać z problemami cery naczynkowej.

Kosmetyki kąpielowe - szczegółowo opisałam je w TYM poście.


To wszystko na dziś. Jeśli chcecie, podkradnę cymbałom z Havadah trochę więcej ciekawostek na temat pielęgnacji. Póki co musicie się zadowolić wpisem z recepturą na balsam myjący oraz przepisami, które opracowały gnomy i dzieci lasu. Znajdziecie je w innych postach na blogu.

Żegnam się i zapraszam także na mój KANAŁ. W ciągu nadchodzących dni pojawią się tam filmy na temat tego, jakich składników unikam w kosmetykach oraz o myciu bez detergentów. Miłego dnia!

listopada 24, 2018

6 prostych kroków by zacząć przygodę z zero waste

6 prostych kroków by zacząć przygodę z zero waste
Nie ukrywam, ten post kieruje do laików. Nie będzie niczym odkrywczym dla ludzi, którzy siedzą w temacie. Będzie natomiast pomocny w stawianiu pierwszych kroków w życiu zgodnie z zasadą zero waste. Czym jest zero waste? Ruch ten w teorii oznacza życie, które nie produkuje niepotrzebnych śmieci. Ja jednak podciągam po niego w ogóle życie bardziej eko.


Zacznij używać wielorazowych toreb

To najprostsza rzecz jaką można zrobić. Zawsze zastanawia mnie, po co uczy się nas, że każda cytryna, każdy pomidor i każda papryka musi zostać zapakowana do oddzielnej torby. Żeby nie trzeba było ich wyjmować z jednego worka gdy kasjerka będzie je ważyć. A co gdyby nie użyć żadnej reklamówki? Domyślam się, że jest to uciążliwe np. w przypadku brudnych warzyw (ziemniaki) lub gdy bierzemy sporo kilogramów. Ale naprawdę, pakowanie jednego owoca do foliówki tylko po to, żeby razem z tą foliówką poleciał do większej torby, jest skrajnie niepotrzebne. Gwarantuje, że ten owoc nie zginie i nie zarazi się malarią od innego produktu. Najlepiej zaopatrzyć się w płócienne torby, różnej wielkości. Jeśli już nawet bierzecie te foliowe torby, to chociaż spróbujcie dać im drugie, trzecie, i dziesiąte życie. Zdaje sobie sprawę, że kasjerki mogą kręcić nosem, gdy rzucacie na taśmę 10 kilo warzyw luzem, ale naprawdę da się zważyć jedzenie bez torby. Mi nigdy się nie zdarzyło, by jakaś kasjerka miała problem z tym, że na taśmie jedzie do niej 3 kilo warzyw i owoców luzem. Biorę oddzielne reklamówki tylko do warzyw, które naprawdę są brudne, choć z tego co wiem można je zapakować w płótno i zważyć w płótnie. Nie kupuję też owoców, które ktoś bardzo inteligentnie zapakował w plastik (np. specjalnie pokrojone jabłko na plastikowej tacce, w razie gdyby ktoś nie umiał tego zrobić).


Segreguj śmieci

To dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, bo nie mam miejsca w domu na kilka śmietników. Staram się wydzielać plastik i szkło, choć z lenistwa często wszystko kończy w jednym miejscu. Próbuje jednak zmienić te nawyki, żeby śmieci leciały tam gdzie powinny.


Dawaj śmieciom drugie życie

Zero waste, to ruch, który opiera się także na wymyślaniu zastosowań rzeczy, które normalnie od razu poleciałyby na śmietnik. Ja jestem takim złomiarzem jeśli chodzi o jakieś stare meble, dekoracje czy rośliny. Ale tyczy się to wszystkiego. Jeśli już kupiłeś reklamówkę - użyj jej częściej niż na jeden wyjazd do biedry. A na koniec wykorzystaj ją jako worek na śmieci. Pudełka po jogurtach mogą robić za doniczki do rozsady, albo pojemniki na mrożonki. O słoikach chyba nie muszę mówić? Wiecie ile zastosowań ma słoik? Wiecie, że w pudełku po toffi można zrobić kostki lodu?


Nie marnuj jedzenia

Dzienne na świecie wyrzuca się 4000000000 ton jedzenia. Żartuję, zmyśliłam te dane. Wyrzuca się go dużo, nie tylko przez pojedyncze jednostki, ale także przez markety i fabryki. Polityka wielu firm polega na tym, że produkt, który się nie sprzedał musi polecieć do śmieci. Nie ma znaczenia czy to przeterminowany jeden dzień jogurt, czy roślina, która musi zrobić miejsce nowej dostawie. Jeśli coś w markecie idzie do śmieci to nie można tego wykupić taniej albo sobie zaadoptować - no chyba, że nie macie problemu z grzebaniem w koszu i macie w ogóle do niego dostęp. Taka polityka firmy. Niewiele póki co można z tym zrobić, choć to przykre. Myślę, że tam tkwi największy problem w kwestii marnowania jedzenia. Niemniej jednak, staram się je ograniczyć także w domu. Wychodzi różnie - chyba jesteśmy zbyt rozpieszczeni. Staram się wykorzystywać wszystkie produkty w terminie i robić porcje, które jestem w stanie zjeść zanim się zepsują. Czasami nie wychodzi, ale cieszę się, że chociaż mam wyrzuty sumienia gdy coś wyrzucę. Wtedy wyrzucanie nie jest już takie proste.


Dzisiaj wege, jutro homo

A tak na poważne - weganizm jest bardzo zero waste. Zaryzykuję stwierdzenie, że to lepsza opcja niż wszystkie pozostałe. Hodowla zwierząt na całym świecie produkuje niesamowite ilości dwutlenku węgla. Do tego trzeba zaliczyć jeszcze odpady powstałe przy hodowli zwierząt oraz produkcji pasz. Oczywiście efektów rezygnacji z mięsa nie widać szybko, ale co gdyby świat z dnia na dzień produkował o połowę mniej mięsa? To się oczywiście nigdy nie wydarzy, ale warto rozważyć taką opcję jeśli chcecie być bardziej eko. Ja nie jestem weganką i nie wiem czy kiedykolwiek będę, ale uważam, że mięsa jest zdecydowanie za dużo.


Nie kupuj rzeczy, bez których sobie poradzisz

Do takich rzeczy należą na przykład plastikowe słomki. Słomka nie jest niezbędnym do życia przedmiotem i z pewnością da się coś wypić bez niej. A jeśli koniecznie musicie ich używać, można kupić metalowe słomki. A jeśli nie chcecie tego robić, wierzę, że słomka nie służy do mycia kibla i z pewnością można ją obmyć i wykorzystać ponownie! :D Tyczy się to także wszystkich niesamowitych wynalazków typu plastikowe łyżeczki dołączane do jogurtu i inne rzeczy, które mają maksymalnie ułatwić nam życie. Czasem wydają się niezbędne, pytanie tylko czy na pewno nie da się przeżyć imprezy na normalnych talerzach i z użyciem normalnych sztućców?


Moja droga z zero waste jest krótka. Niewiele jeszcze wiem i niewiele rzeczy naprawiłam. Pewnych nie zmienię nigdy, choć staram się to zrekompensować w inny sposób. A jakie są wasze sposoby na ograniczenie śmieci?

listopada 21, 2018

Jak radzę sobie z kocią sierścią? - moje rady

Jak radzę sobie z kocią sierścią? - moje rady
Wydawać by się mogło, że jeden niewinny kot, nie sprawi, że utoniesz w sierści po uszy. Cóż, muszę Was zmartwić - sprawi. Kocia sierść jest u mnie wszędzie, wliczając w to garnek z zupą. Dziś opiszę jak wygląda moja batalia z kłakami!

JAKPORADZICIERSCIA


Moje mieszkanie ma 35 metrów, dlatego problem jest trochę bardziej uciążliwy niż kiedyś, kiedy mieszkałam w domu. W dodatku mam bardzo niefortunny dobór kolorów - czarne meble, na których widać każde ziarenko kurzu, a co dopiero białe włosy, oraz białe płytki w łazience i przedpokoju, na których z kolei widać każdy mój włos. Syf w mieszkaniu pojawia się więc od razu po posprzątaniu. Myślałam, że obejdzie się bez odkurzania częściej niż raz w tygodniu, ale to nie możliwe. Trzeba odkurzać co 2, 3 dni i coraz bardziej poważnie myślę nad kupieniem sobie robocopa (ale że się na tym nie znam to możecie mi coś polecić).

Aktualnie moje działania wyglądają tak:

- Kwasy omega 3 do barfa dla kota. Mam wrażenie, że sierść trochę mniej leci odkąd kot dostaje mieszanki z omega 3. Kiedyś robiłam jedzenie bez tego i było trochę gorzej. Ogólnie z tego co wiem można takie kapsułki (u mnie Naturell) albo np. olej z kryla podawać do zwykłej karmy, ale nie wiem jak z kwestią dawkowania, ja to mam już wyliczone do konkretnych przepisów, a wy najlepiej poradźcie się jakiegoś dietetyka. Plus, w ogóle surowa dieta ma duże znaczenie.

- Ezzy groom - Tu znowu coś co wprawia mnie w konsternację. Zaczynam wątpić w sens wyczesywania podszerstka. Niezależnie od tego jak długo czeszę, sierść i tak wychodzi. Myślę, że to mogłoby trwać w nieskończoność i wyczesałabym kota do zera. Mam wrażenie, że te szczotki nie tylko wyczesują luźne kłaki, ale też wyrywają pozostałe. Niemniej po każdym wyczesywaniu, kłaków wylatuje odrobinę mniej (a może to tylko jakieś złudzenie?).

- Staram się maksymalnie zmniejszyć temperaturę w mieszkaniu. Nie wiem czy to rzeczywiście ma szansę coś dać, ale z tego co wiem, zwierzęta trzymane w domu całorocznie tracą pewną zdolność kontrolowania wymiany sierści i zrzucają ją cały rok, a nie w określonych miesiącach. Myślę, że temperatury w blokach powyżej 20 stopni niezbyt korzystnie wypływają na ten proces. Dlatego kaloryfery zakręcone, i staram się wietrzyć tyle ile się da. Nadal niestety jest dość ciepło - przechodzi od innych mieszkań.

- Plus wszelkie rolki i silikonowe rękawiczki.


Przeraża mnie co będzie, gdy zwierząt pojawi się więcej (a pojawi się). A jak Wy radzicie sobie z sierścią zwierzaków?

...........................................................................................................................................................

YOUTUBE

INSTAGRAM

listopada 19, 2018

Czy istnieje czarna henna?

Czy istnieje czarna henna?
Myślę, że ten post spokojnie można podsyłać świeżakom, lub ludziom, którzy zaliczyli jakąś włosową wtopę, a nie maja świadomości co tak naprawdę spowodowało ten efekt.

czarnahenna


Mowa tutaj o kolorze henny. Jak wiemy, henna bywa demonizowana szczególnie w środowisku fryzjerskim. Posądza ją się o niszczenie włosów, oblepianie ich oraz powszechnie wiadomo, że henna na rozjaśnianych włosach wyjdzie zielona. Niestety wszystkie te informacje to pospolity bullshit i już śpieszę z wyjaśnieniem.

Zacznijmy od najważniejszego.

NIE ISTNIEJE HENNA BRĄZOWA, CZARNA ANI BLOND.


Henna (lawsonia inermis) wydziela tylko rudy/czerwony barwnik - o jego dokładnym kolorze i zachowaniu decydują czynniki takie jak temperatura, ilość światła, okres żniw danej partii henny. Wszystkie produkty o nazwie "henna blond", "henna czarna" i tym podobne, to albo mieszanki henny i innych ziół, albo farby chemiczne z dodatkiem henny, albo o dziwo - farby chemiczne bez żadnej henny. To samo tyczy się produktów do farbowania brwi i rzęs - tak zwana henna do brwi, to nic innego jak farba. 


Dlaczego to takie ważne? 

Po pierwsze - fajnie by było wiedzieć czego się używa, lub co się demonizuje. Mylne nazewnictwo produktów hennopodobnych lub farb spowodowało, że nieświadomi konsumenci mogą sobie wyrządzić niemałą krzywdę, a prawdziwa naturalna henna takich szkód nie wywoła.

Bardzo często spotykam się, szczególnie w internecie, z różnymi tekstami typu "henna zniszczyła mi włosy", "przez hennę jestem zielona". To wszystko wynik braku świadomości i używania mieszanek lub udawanych henn. 

Ludzie boją się henny. Może to i dobrze - więcej ziół dla nas. Nie każdy musi mieć ładne włosy :D


Jak wygląda sprawa z mieszankami?

Mieszanki są zazwyczaj bezpieczne - pod warunkiem, że mamy świadomość jaki efekt kolorystyczny spowodują i jak należy się potem z takimi włosami obchodzić.

Henna blond - zwykle to mieszanki z cassi lub senesu. Cassia jest mylnie nazywana także bezbarwną henną, jednak nie jest ani henną, ani nie jest bezbarwna. Cassia/senes/senna wydzielają złoty lub żółty barwnik, który nie jest widoczny na ciemniejszych włosach. Te zioła są bezpieczne, należy jednak uważać z koloryzowaniem nimi bardzo jasnych włosów - mogą dać efekt "żółci".

Henna brązowa/jasny brąz/ciemny brąz/orzechowy brąz etc. - to zwykle mieszanki henny z indygo. Indygo odpowiada za wszystkie szkody związane z rozjaśnianymi włosami, a za które winą obarczamy hennę. Jeśli na włosy rozjaśnione nałożymy coś, co zawiera indygo, włosy wyjdą zielone. To samo stanie się, gdy rozjaśnimy włosy, na których jest indygo. To bardzo ważne, by rozróżniać te dwie roślinki. Czysta henna spokojnie może być wykorzystywana na rozjaśnianych włosach. 

Henna czarna - zwykle samo indygo, lub jakieś domieszki z niewielką ilością henny czy innych ziół. Kwestia zieleni - jak wyżej.


A produkty hennopodobne?

Do tej grupy zaliczam henny z domieszkami farb chemicznych i w sumie nie wiadomo czego jeszcze (Eld, Venita, Banjaras itp). Wszystkie produkty, które nie są sproszkowane również powinny wydać wam się podejrzane. Oraz produkty do farbowania brwi tak jak pisałam wyżej - henna do brwi niewiele ma wspólnego z rudą henną.



Czy to dobrze, że fryzjerzy demonizują hennę?

I tak i nie. Z jednej strony - to pewien bufor bezpieczeństwa dla nich oraz dla ich klientów, którzy nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jakiego produktu właściwie używali. Klientka powie, że użyła henny, bo nie zdaje sobie sprawy, że brązowa henna nie istnieje, a potem to fryzjer ma problem, bo włosy wyjdą zielone. Z drugiej strony, fryzjerzy sami często nie zdają sobie z tego sprawy i rozsiewają idiotyczne plotki o tym jak henna niszczy i oblepia (i prawdopodobnie wynika to z tego jak naoglądali się różnych nieciekawych skutków używania produktów udających hennę). Dlatego chyba warto uświadamiać ludzi, po obu stronach. 


Wkrótce pojawi się na KANALE film o hennie - dlatego jeśli macie jakieś pytania, zadawajcie je tutaj w komentarzach, żebym nie zgubiła (nie piszcie do mnie osobiście, bo pytania zginą w spamie).
Miłego wieczoru!

listopada 16, 2018

Jak ratować zniszczone włosy bez obcinania?

Jak ratować zniszczone włosy bez obcinania?
Wreszcie mam chwilę wolnego od uczelni i poza pracą, mogę się wylegiwać do popołudnia pod kocykiem, a więc mam chwilę, by napisać dłuższy, bardziej merytoryczny post, niż ostatnie wypociny. Pomyślałam sobie, że nie poruszałam jeszcze tematu reanimacji zmasakrowanych włosów i oto jestem!



Osobiście nigdy nie doświadczyłam jakiegoś drastycznego zniszczenia włosów - nie używałam prostownic ani lokówek, nie rozjaśniałam i nie farbowałam włosów. Ale zaniedbywałam je i latami nie ścinałam, i wiem co to znaczy mieć rozdziesięcione końcówki, ok? 

Faktem jest, że nie ma takiej siły, która jest w stanie trwale naprawić zniszczoną końcówkę. Nie da się jej skleić, nie da się sprawić, że się zasklepi i będzie cacy. Nie zgodzę się jednak z tym, że na zniszczone włosy, jedynym ratunkiem są nożyczki. Co w takim razie ma począć osoba ze spalonymi po rozjaśnianiu włosami? Zgolić się na łyso? O ile zniszczonej końcówki nie jesteśmy w stanie naprawić, tak ogólnie zniszczone włosy da się w warunkach domowych doprowadzić do takiego stanu, by nie wyglądały jak kupa siana. Odpowiednia pielęgnacja jest w stanie podratować włosy i poprawić ich kondycję. Jak to zrobić? Już mówię.

Nie będę też radzić Wam, byście wywalili suszarki, prostownice i rozjaśniacz, bo domyślam się, że nie każdy może z nich zrezygnować, a odpowiednia pielęgnacja może poprawiać stan włosów regularnie nawet jeśli jesteście zmuszeni stosować takie wyniszczające zabiegi. Pisze ten post nie tylko dla tych, którzy rzucają te rzeczy w cholerę i od teraz zamierzają poświęcić całe życie na pielęgnacje włosów, ale też dla tych, którzy chcą podratować zniszczone kudły, które nadal będą doświadczać wyniszczających bodźców.



Równowaga PEH 

To chyba najważniejszy podpunkt, myślę że nawet ważniejszy od samej rezygnacji z dostarczania włosom ekstremalnych przeżyć w postaci prostownic czy suszarek. Zniszczone włosy potrzebują protein, by się lekko "odbudować" - ale jeśli to "zniszczenie" objawiające się puchem nie jest spowodowane ekstremalnymi zabiegami, ani temperaturą i nie wiecie skąd się wzięło, to może wskazywać z kolei na przedawkowanie protein. Sprawdźcie swoje kosmetyki do włosów - jeśli stale używacie czegoś z proteinami, to one mogą być winowajcą złego stanu włosów. Ale jeśli zniszczenia na pewno są skutkiem, np. rozjaśniania, spalenia prostownicami, tapirowania itp. to oznacza, że włosy potrzebują wypełnienia w postaci protein. Oprócz tego jednak bardzo istotną role pełni dostarczanie humektantów (nawilżaczy) i emolientów. 



Zaprzyjaźnij się z olejem

Olejowanie jest zbawienne przy takich problemach. Warto olejować nawet zwykłym rafinowanym olejem, w zależności od tego co wasze włosy lubią. Moje ulubione oleje to masło shea, rydzowy, musztardowy i konopny. Najlepiej olejować na kilka godzin, a nawet  całą noc. Oleju nie nakładamy według zasady " im więcej tym lepiej", wystarczy tyle by dobrze natłuścić włosy. Gwarantuje, że kilka olejowań odpowiednio dobranym olejem poprawi sytuację.



Wiem, że Ci się nie chce, ale - podkład pod olej


Pod olej ma jedno ważne zadanie - nawilżać. Same oleje niestety nie nawilżają, za to zamykają nawilżenie we włosie. Dlatego warto nawilżać włosy przed nałożeniem oleju. Najprostszy podkład to woda z miodem albo rzadki glutek lniany. Można też dodawać do płynu panthenolu, kwasu hialuronowego itp. Podkłady mogą być także proteinowe (np. woda z keratyną), ale pamiętajcie żeby nie przesadzać z proteinami.



Henna, henna, henna

Barwniki henny wypełniają i odbudowują szczególnie włosy zniszczone - czyli takie z ubytkami. Henna cudnie łapie się takich włosów, o wiele lepiej niż zdrowych niskoporowatych. Ale nie jest dla wszystkich. Henna zawsze wiąże się ze zmianą koloru, a kilkukrotny zabieg sprawia, że jest nie do usunięcia. Chyba że mocnym agresywnym rozjaśnianiem, ale to często gwóźdź do trumny. Dlatego to opcja dla odważnych i zdecydowanych, że kondycja włosów jest ważniejsza niż kolor.



Zrezygnuj z mocnych detergentów

Odsyłam do TEGO postu. Jeśli używacie ciężkich silikonów i nie planujecie ich odstawić, to rezygnacja z mocnych detergentów nie jest wskazana. Ale pamiętajcie, że mocne rypacze, zmywają włos z wszystkiego i odstawienie ich byłoby zbawienne dla samych włosów - wiąże się to jednak także rezygnacją z mocnych silikonów, które nie zmyją się domowym myjadłem. Jeśli się zdecydujecie, to samo takie mycie już dużo daje włosom.


Cysteina i zatyczki do nosa

Pomóc może tez domowy Olaplex. 1/3 łyżeczki cysteiny rozrabia się w porcji odżywki i nakłada na umyte włosy na około 30 minut. Warto machnąć sobie taki zabieg 2 razy w tygodniu w czasie najgorszych zniszczeń. Niestety cysteina ma okropny, ciężki do zniesienia zapach, który zostaje na włosach do ich wyschnięcia.



Najlepiej ułożyć sobie jakiś grafik pielęgnacji - bo to wszystko jest zależne od tego, co ile myjecie włosy. Moja propozycja poniżej jest dla ludzi, którzy myją co dwa dni:

- Odstawiamy mocne detergenty, myjemy delikatnym szamponem (np. Petal Fresh) lub odżywką (np. Gair hair food, Kallos Color jeśli koniecznie ma być dużo i tanio), albo domowymi myjadłami. Używamy slsa raz na dwa - trzy tygodnie. Chyba, że używacie ciężkich silikonów, wtedy lepiej nie odstawiać silnych detergentów, bo domowe myjadła mogą nie domyć włosów.

- Co drugie mycie nakładamy maskę z cysteiny i protein.

- Co drugie mycie nakładamy maskę z emolientów.

- W dniu każdego mycia nakładamy podkład i olej na kilka godzin przed myciem.

- Przed zabiegami z gorącem warto czymś zabezpieczyć włosy, chociażby miał to być silikon.

- Kocówki zabezpieczamy emolientem, np. masłem shea.


I masa cierpliwości. Poszczególne zabiegi mogą już po pierwszym zastosowaniu wywołać pożądane efekty, ale liczy się konsekwencja i regularność. Nożyczki wchodzą, gdy się trzeba pozbyć rozdwojonych końców. Resztę można jeszcze ratować pielęgnacją.


Zapraszam też na mój kanał - jutro pojawi się tam bardzo ważny film!

listopada 14, 2018

Folkowe zespoły na jesień

Folkowe zespoły na jesień
Dziś przybywam z ulubionymi zespołami, do których często wracam jesienią. Nie opisuję jednak zespołów, które podawałam w pierwszym wpisie o folkowej muzyce. Zapraszam, będzie krótko! ;3




Laboratorium pieśni 

Dziewczyny śpiewają stare tradycyjne pieśni i to wszystko jest takie surowe i dzikie, że aż oczy szczypią. Koniecznie obczajcie, szczególnie, że są z Polski!


Vedan Kolod 

Jeśli słuchacie Arkony, to prawdopodobnie śpiew wokalistki nie jest Wam obcy (słychać ją jako drugi głos np. w "Zimushce"). To jeszcze bardziej dzikie dźwięki prosto z Syberii. Używają bardzo dziwnych starodawnych instrumentów, a ich muzyka nawiązuje do czasów sprzed pojawienia się chrześcijaństwa.


Heilung 

Często można ich spotkać na moim insta story. Tak, to ci od jelenich zrzutów, szamańskich czapek i instrumentów z kości. Ich najnowsze nagranie z koncertu (Lifa) to mistrzostwo świata. Dla świeżaków polecam najpierw utwory "Krigsgaldr" i "Fylgija Ear".



Nytt Land 

Tym razem folk metal. Słucham głównie "Skopun" i "Voluspa", ale nie tylko. To raczej klimaty skandynawskie. Uwielbiam tą kobietę, która śpiewa "Ask veit ek standa". Ten głos jest taki plastyczny :D A album "Havamal" jest idealny do zasypiania.


Danheim 

To pewnie już znacie. Może trochę przypomina Wardrunę, ale aż tak mi tyłka nie urywa. Rzadko ich słucham, ale wiem, że wśród ludzi lubiących folk, Danheim jest na wysokiej pozycji.


Lecę się grzać pod kocykiem i czytać Wędrowycza, papa!


Starsze wpisy:

- Najlepsze folkowe zespoły 

- Darkwoodjewelry - wywiad!

listopada 12, 2018

Czy witamina E jest konserwantem?

Czy witamina E jest konserwantem?
Ten post musiał powstać, bo już któryś raz z rzędu odpowiadam na pytania pt. "ile witaminy E dodać, żeby mój krem/tonik/serum się nie zepsuły. Zerknęłam z ciekawości na kilka blogów, żeby sprawdzić czy już przestały powielać mity o działaniu konserwującym witaminy E. Niestety się zawiodłam - nadal możemy znaleźć tam takie informacje.

czy witamina e jest konserwantem?


Zacznijmy więc od początku - od tego, po co właściwie jest konserwant i konserwowanie. Otóż ma on służyć zapobieganiu rozwojowi drobnoustrojów w produkcie. Każdy kosmetyk, który będzie w sobie zawierał wodę, musi zostać zakonserwowany, bo takie środowisko jest wylęgarnią bakterii. Przez wodę, mam na myśli nie tylko czystą wodę, ale wszystkie płyny (a więc także różne hydrolaty, napary itp.) oraz inne półprodukty, zawierające w sobie wodę. A więc konserwowanie jest po to, żeby produkt nie został kolonią drobnoustrojów.

Witamina E nie zapobiega rozwojowi bakterii. Mylnie uznaje się ją jako naturalny konserwant z innego powodu - ponieważ jako antyoksydant ma zdolność zapobiegania/spowalniania jełczenia tłuszczów. Jełczenie nie jest jednak wywołane przez bakterie - to wynik między innymi utleniania się kwasów tłuszczowych lub hydrolizy wiązań estrowych. Efektem tego może być to, że olej zmienia smak i zapach, a także traci większość swoich właściwości. Psucie się oleju poprzez jełczenie, nie jest tym samym co psucie się kosmetyku poprzez rozwój bakterii, natomiast przeciwutleniacz taki jak witamina E, może spowolnić sam proces jełczenia, a nie powstawania nowej cywilizacji.

Podsumowując - witamina E NIE jest konserwantem i nie chroni przed rozwojem bakterii (nie konserwuje). Nie poradzi sobie z przedłużeniem życia kosmetyku, który ma w sobie wodę. Nie zmienia to jednak faktu, że warto wzbogacać nią kosmetyki, albo używać jej jako środka przedłużającego żywotność kosmetyków złożonych jedynie z olejów (maceratów, masełek itp) lub samych olejów.

Mam nadzieje, że sprawa już jest jasna - możecie tą notkę podesłać komuś, kto chciał wykorzystać witaminę E do konserwowania mazideł. Może uratujemy trochę surowców przez koszem na śmieci! :D

Najnowsze wpisy:

- orientalny puder do mycia twarzy

- obecna pielęgnacja skóry i włosów

Copyright © 2016 gnome household , Blogger