listopada 04, 2017

Jak zapuściłam włosy i zagęściłam na długości - moja dwuletnia metamorfoza

Jak zapuściłam włosy i zagęściłam na długości - moja dwuletnia metamorfoza
Dzisiaj trochę powspominam moją kilkuletnią walkę o długie i gęste włosy (która jeszcze nie jest wygrana). Teraz jest już o niebo lepiej odkąd zaczęłam senesować i cysteinować kudły, ale o aktualnej pielęgnacji będzie oddzielny post. Przez ostatnie dwa lata sporo się zmieniło, co z resztą widać na zdjęciach. Są co prawda robione w innym świetle, więc kolor wygląda zdecydowanie inaczej, a nie był niczym zmieniany. Udało mi się jednak zagęścić włosy na długości, przez co nie wyglądają na takie strzępy jak na pierwszym zdjęciu w sklejce. Wciąż jest nad czym pracować - nadał jest spora różnica między grubością moich końcówek, a włosami przy skalpie, ale uratowałam je od najgorszego.


Żeby nie było - od wielu lat jestem włosomaniakiem, nigdy nie traktowałam moich włosów wysoką temperaturą, rozjaśniaczami, farbami chemicznymi. Dlatego nie będę Wam dawać rad typu: "przestań używać suszarki". Prawda jest taka, że gdy ktoś ma grube włosy i dobrze dobraną pielęgnację, to nawet wysoka temperatura nie zniszczy tych kłaków jakoś specjalnie. A moje, pomimo że nie maltretowałam ich w ten sposób, rosły do pewnej długości - a potem zaczynały się kruszyć. W ciągu tych dwóch lat, stopniowo wprowadzałam pewne zmiany, które skutkują włosami ze zdjęcia numer dwa.

Wyglądało to tak:


Powrót do prawidłowej wagi i ograniczenie żłopania zielonej herbaty 

Jak zaczynałam kilka lat temu przygodę z włosomaniactwem, zielona herbata była magicznym napojem przyspieszającym porost włosów. Już wtedy ją polubiłam, ale 2 lata temu moja waga zaczęła mocno spadać pomimo, że wciąż odżywiałam się tak samo śmieciowo. Miałam lekką niedowagę i niedokrwistość, przez co włosy mocno mi leciały z głowy. Przyczyną było właśnie uzależnienie od niepozornej zielonki. Nie twierdzę, że jest niezdrowa - ale jak wszystko inne, powinna być przyjmowana w określonych ilościach. Czego więc się można spodziewać skoro potrafiłam wypić 8 szklanek mocnego naparu w ciągu jednego dnia? Okropnie wypłukiwała mój organizm ze wszystkiego - nie tylko z toksyn, ale też z wszystkich pożytecznych składników. Myślę, że to właśnie dzięki przerwie w piciu zielonki, udało mi się odzyskać 3 kilogramy i ograniczyć wypadanie. Wciąż muszę się pilnować, żeby z nią nie przesadzać, bo kocham jej smak ;"(


Świadome włosomaniactwo

Włosomaniakiem jestem już chyba z 8 lat. Dopiero od 2 lat jestem świadomym włosomaniakiem, który dba o włosy na całej długości - wcześniej miałam absolutną obsesję na temat przyspieszania porostu włosów. Używałam ton wcierek, ziół, olejów i innych specyfików, by tylko możliwie jak najbardziej przyspieszyć porost i szybciej zapuścić włosy do wymarzonej długości. Gdybym nie zrozumiała kilku rzeczy, nadal bym z tym walczyła. Teraz sobie myślę, że 99% rzeczy jakie robiłam, miały na celu właśnie przyspieszyć porost. Pomijałam natomiast regularne dbanie o włosy na długości, zabezpieczanie końcówek i tak dalej. Olejowałam co prawda kłaki i to odnosiło spore efekty, ale poza emolientami moim włosom brakowało protein i nawilżenia. Stosowałam masę kosmetyków naraz. Nie używałam w ogóle suszarek, lokówek ani prostownic, a mimo to włosy były kruche i zniszczone.


Przestałam spać w rozpuszczonych mokrych włosach puszczonych luzem 

Kiedyś zasypianie w mokrych włosach sprawiało, że włosy lepiej układały się na drugi dzień i miały więcej objętości. Gdybym je wysuszyła i położyła się spać w suchych, rano były by całkowicie przyklapnięte, bez objętości, niedociążone i smutne. I tak jest do dziś. Ale od 2 lat luźno związuje podsuszone (bez suszarki) włosy w sprężynkę - po rozpuszczeniu i tak się wyprostują do końca dnia, ale będą miały o wiele lepszą objętość. I przede wszystkim, są lepiej zabezpieczone przed tarciem o poduchę.


Regularne podcinanie samodzielne, po nieudanym cieniowaniu sprzed kilku lat

Było kilka cięć, gdzie musiałam skrócić włosy o 10 cm - bo wyglądały paskudnie, tak jak na pierwszym zdjęciu poniżej. Oprócz tego starałam się je skracać o centymetr co 2 miesiące. Kupiłam nożyczki marki Henbor, bo tanie sklepowe były zbyt tępe. A jak nożyczki są tępe to równie dobrze możecie wcale nie podcinać, bo i tak te biedne włosy zmiażdżycie, a nie utniecie. I będą tak samo zniszczone jak przed ciachaniem. Zrezygnowałam całkowicie z fryzjerów - nie trafiłam jeszcze na takiego, dla którego 2 centymetry, to 2 centymetry, a nie 15. Przestałam tez cieniować włosy, bo potem strasznie trudno dbać o końcówki krótszych włosów - 4 lata czekałam aż wycieniowane dogonią te dłuższe, i wciąż brakuje im dwóch centymetrów bym wreszcie miała całkowicie równe kłaki.

(1 zdj - jesień 2015, 2 zdj - wrzesień 2017)


Olaplex

 Na temat plexów jeszcze pojawi się post. W ciągu tych 2 lat raz robiłam sobie w domu zabieg Olaplexu, a potem Ultraplexu z Joanny. Wciąż szukam informacji, czy to nie jest ściema, że magiczny składnik plexów może zregenerować trwale mostki dwusiarczkowe włosów. Bo jest tylko jedna konkretna substancja w tych kosmetykach, która mogłaby rzeczywiście coś zdziałać. Jest w nich poza tym mnóstwo innych składników, których celem jest sprawić, że włosy wizualnie wyglądają zdrowiej. Dlatego postanowiłam teraz, że po prostu będę kupować tanią czystą cysteinę, która wystarcza na wiele miesięcy, a nie drogie kosmetyki plexów na jedno użycie - w końcu działanie mają takie samo. A więc samej cysteiny używam dopiero około 2 miesiące - nawet jeśli wcale nie regeneruje ubytków we włosach trwale, to jest tania jak barszcz i nic nie tracę.


Dobrałam ulubiony olej

Przetestowałam w swoim życiu 533825128 olejów. W ciągu tych ostatnich 2 lat używałam właściwie tylko nierafinowanego masła shea (co najzabawniejsze, dokładnie tego samego, takie jest w cholere wydajne). Masło shea w formie olejowania włosów bardzo zwiększało mi swego czasu objętość po zmyciu. Zastąpiłam nim także silikonowe sera do końcówek. Jest charakterystycznym olejem, który nawet po przedobrzeniu nie strączkował mi końcówek i nie wyglądały na tłuste.


Przestało mi zależeć na długości włosów

 Powrót to punktu 2. Przestałam nałogowo wyszukiwać magicznych sposobów, które sprawią, że włos urośnie mi 10 cm w jeden dzień. Odechciało mi się co wieczór wcierkować skalp. W pewnym sensie po prostu się poddałam - wiedziałam, że więcej włosów już nie zapuszczę i że taka długość to najwięcej na co mnie stać. Wiedziałam, że na każdy dodatkowy centymetr zapuszczonych włosów, dwa razy tyle wykruszy mi się z końcówek. I wtedy okazało się, że jestem w błędzie. Bo dopiero, gdy zrozumiałam jak prawidłowo dbać o włosy na długości, one przestały się tak okropnie kruszyć na końcówkach. Udało mi się zniwelować efekt mysiego ogonka (efekt mysiego ogonka - nazywam tak dużą różnicę między grubością włosów w obwodzie kitki, a końcówkami). Nauczyłam się co to równowaga PEH (wkrótce), jak dobrać pielęgnację do porowatości włosów (wkrótce), zrozumiałam, że trzymanie na włosach odżywek kilka godzin może bardziej zaszkodzić niż pomóc i przestałam ufać obietnicom na etykietkach kosmetyków.


Przestałam myć włosy szamponami 

Myłam całe włosy szamponem tylko, gdy bardzo mi się spieszyło. Pozostałe mycia, to szampon na skalp, i odżywka do mycia włosów na długości. Teraz zrezygnowałam z detergentów całkowicie i efekty są jeszcze lepsze. Ale już samo odstawienie slsów i innych zdzieraczy do mycia kłaków na długości zrobiło swoje. Miałam też krótki epizod z wczesywaniem odżywki w mokre włosy - ale nie sprawdzało mi się to i nie chciało mi się tego robić.


Zakaz rozpuszczania włosów zimą

Dawniej bardzo lubiłam rozpuszczać włosy. Prawie wcale ich nie wiązałam. W zawiązanych włosach wyglądam po prostu jak Czopek z Czopkolandii. Zimą włosy nosiłam rozpuszczone na swetrach, na szalikach i kurtkach. Już walić to, że zawsze kilka włosów przycinałam sobie zamkiem od kurtki. Ale stale ocierały się o te wszystkie wełniane szaliki, plątały się okropnie, zimno zapewne też miało swój udział w ich kruszeniu. Teraz zawsze robię warkocz, albo koczek, gdy wychodzę na zewnątrz, a włosy rozpuszczam gdy już rozbiorę się z ubrań eskimosow.


Zgubiłam taangle teezer

Gdyby nie to, pewnie wciąż niszczyłabym sobie nim włosy. Odnalazł się kilka miesięcy temu - i używam go do czesania kota. Sama mam teraz delikatniejszą szczotkę.


Biotebal

Na początku 2017 miałam 2 miesięczną przygodę z Biotebalem - nie umiem powiedzieć czy w jakiś sposób mi pomógł, ale na wszelki wypadek o nim wspomnę, bo nie wykluczone, że też zrobił coś dobrego.


Parafiny, jej pochodnych i silikonów unikałam jak ognia

Tak, wiem. I parafina i silikony chronią włosy, tworzą okluzję, zabezpieczają. Sporo włosomaniaków nie widzi świata bez serum czy odżywki silikonowej. A dla mnie, takie składniki tworzą potężny psychologiczny fake. Dlaczego? Bo po ich użyciu włosy wyglądają na zdrowe i zadbane, a my żyjemy w przekonaniu, że wcale nie ma tragedii i nie musimy włosów ratować. Bardzo często po zastosowaniu tego typu składników, nie mogłam znaleźć tych wszystkich rozdwojonych końcówek, które jeszcze wczoraj tu były, myślałam: "Wow, normalnie kudły mi się naprawiły, wcale nie wyglądają tak źle". A wystarczyło umyć włosy na drugi dzień, bez stosowania tych substancji i zgadnijcie co. Tak, wyglądały jak gówno. Dla mnie parafina i silikony tworzą iluzję zadbanych włosów, przez co nie zdajemy sobie sprawy, że tak naprawdę są w o wiele gorszym stanie niż pokazuje nam lustro i dotyk. Dokopałam się też do źródeł, że mogą blokować dostęp i wchłanianie innym składnikom we włosy, ale nie będę się tu już nad tym rozpisywać, może kiedyś. Jasne, że i tak je potem zmywamy i nakładamy odżywki, ale jeszcze kilka lat temu używałam ich stale, codziennie w pielęgnacji włosów - i byłam przekonana, że mam włosy zdrowe. A więc - unikam ich, bo chce widzieć realny stan moich włosów. Zastąpiłam je zwykłymi olejami, które też co prawda dociążają włosy i ciut podkręcają efekt wizualny, ale są bardziej naturalne i oprócz realnej ochrony, mają jeszcze w sobie coś cennego, w przeciwieństwie do takiej parafiny, która tylko sobie jest, i nie ma poza tym innych właściwości.


Zaczęłam robić własne wcierki 

Pisałam o tym tu, i nie używam ich nałogowo, wystarczy mi raz na tydzień. W momencie, gdy włosy zaczynają mocniej wypadać, ratuję się naparem z kozieradki używanym w formie wcierki - warto kilka dni pachnieć rosołem, bo kozieradka potrafi zdziałać cuda.

Te rzeczy praktykuję od roku, teraz dodałam do tego jeszcze kilka punktów, i już widzę kolejne efekty, ale o tym pojawi się wkrótce oddzielny wpis. Mam nadzieje, że komuś pomogę zmienić podejście i zapraszam na Naszą grupę o naturalnych kosmetykach oraz na mój fanpage, gdzie będę informować o kolejnych wpisach

Ostatnią rzeczą, jaką muszę zrobić to zmiana diety, bo żywię się chinolami i chipsami. Ale to najtrudniejsza rzecz i zawsze przegrywam zanim zacznę, a wiem, że dzięki temu efekty byłyby jeszcze lepsze.

Poniżej zdjęcie z dzisiaj - widać tu, że końcówki wcale nie są jeszcze tak idealne jak bym chciała. A tu włosy są nieświeże i bardzo suche, musiałam odczekać z nawilżaniem aż senes się utleni (barwnik sensu pogrubia kudły).



Copyright © 2016 gnome household , Blogger