września 17, 2017

Najlepszy patent na pusty chlebak, czyli jak zrobić podpłomyki

Najlepszy patent na pusty chlebak, czyli jak zrobić podpłomyki
Znasz to uczucie, gdy nie ma w domu chleba, jest zimno jak cholera, albo po prostu nie chce Ci się wychodzić do sklepu, a wypadałoby coś wszamać? Albo to uczucie, gdy masz już dość sklepowego pieczywa? Albo to kiedy odpoczywasz zakrwawiony na drakkarze po udanym abordażu i nie masz na czym zjeść konserwy?

Idealnym rozwiązaniem będzie wbicie sobie do głowy, że podpłomyk można zrobić w 10 minut używając tylko trzech, a jak masz kaprys to nawet i dwóch składników.

Pierwszym składnikiem jest mąka. Jakakolwiek. Drugim woda, a trzecim sól. Każdy ma w domu mąkę i sól, nawet studenci albo wikingowie.

Oto bardzo prosta instrukcja przygotowywania podpłomyka:

1. Do miseczki wsypujemy kilka łyżek mąki. To wszystko robi się na oko, na jeden mały podpłomyk wystarczą dwie duże łyżki, ale jak już robić to więcej.
2. Dodajemy sól - szczypta lub dwie.
3. Dolewamy ciepłej wody - stopniowo, by patrzeć czy ciasto będzie miało odpowiednią konsystencję. Odpowiednią, czyli taką, którą można normalnie wałkować bez obawy, że się do nas przyklei.
4. Posypujemy kluchę mąką i wałkujemy. Nie chcę mi się brudzić wałka, polecam robić to szklanką albo butelką po piwie ;v
5. Rozwałkowane placki odkładam na kilka minut żeby doszły, ale możecie od razu ładować na suchą patelnię.
6. Opiekamy z dwóch stron pilnując żeby za bardzo się nie zjarał. Można przerzucić na drugą stronę, gdy pojawiają się brązowe plamki. Gotowee!

Jako, że mąka pszenna jest be, zachęcam do eksperymentowania na innych rodzajach mąk. Ale przykra prawda jest taka, że pszenny podpłomyk to jeden z najsmaczniejszych podpłomyków, a poza tym nie jest to mąka "gęsta" - robi się go trochę szybciej.

Kilka propozycji w jaki sposób konsumować podpłomyk:

- nadają się do past kanapkowych, Link

- zrobisz w nich pyszną kanapkę ze stripsami, taką jak ta poniżej

- jeśli jesteś studentem to masz usprawiedliwienie i możesz jeść bez dodatków




września 13, 2017

Najlepsza fantastyka #2 - Pan Lodowego Ogrodu

Najlepsza fantastyka #2 - Pan Lodowego Ogrodu
Od kilku tygodni na Instagramową relacje wrzucałam zdjęcia grafik z mojej ulubionej polskiej fantasy. Dostawałam kilkanaście wiadomości z pytaniem o tytuł książki, w której znajdują się tak świetne rysunki i zebrałam się wreszcie żeby wyskrobać coś więcej na ten temat.




"Pana Lodowego Ogrodu" przeczytałam już trzy lata temu i wróciłam do niego niedawno. Jest to w zasadzie science-fantasy, bo główny bohater pochodzi z Ziemi, natomiast planeta, na której rozgrywa się akcja, tkwi we wczesnym średniowieczu, a nawet późnej starożytności i jak przystało na szanującą się fantastykę, jest przyozdobiona dużą ilością magii.

(Żeby nie było, że każda recenzja z tej serii będzie zachwalaniem pod niebiosa - opiszę też rzeczy, które mogą się okazać wadami, ostrzegam przed drobnymi spojlerami!)

Vuko Drakkainen zostaje wysłany na planetę Midgaard, by odnaleźć zaginionych naukowców z ekspedycji badawczej. Zostaje wyposażony we wszystko co ułatwi mu życie w tym dziwnym miejscu, które zatrzymało się w rozwoju na etapie wykorzystywania ognia, żelaza i pługa, zostaje także upodobniony do miejscowych, by za bardzo nie wyróżniał się swoimi "rybimi" oczyma. Już w tym momencie ciekawość wygrywa z moją głęboko zakorzenioną nienawiścią do Science Fiction.

Zacznijmy od tego, że w książce są aż trzy rodzaje narracji - Vuko dostał aż dwie, pierwszoosobową w czasie teraźniejszym i trzecioosobową - ma to związek z uruchamianiem trybu bojowego, za który odpowiedzialny jest wszczepiony w jego ziemski móżdżek, grzyb Cyfral. Jednak historia jest opowiadana z perspektywy jeszcze jednego bohatera - młodego cesarza Amitraju, Filara syna Oszczepnika, Terkeja Tendżaruka, bla bla. Uwielbiam, gdy narracja jest prowadzona z perspektywy kilku bohaterów, ale niekoniecznie przepadam za pierwszoosobową (a teraźniejsza to już w ogóle okropieństwo!). Tu jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo zmiana narracji przy uruchamianiu przez Vuko Cyfrala jest dla mnie genialnym zabiegiem.




Co mnie zachwyca?


Świat

Czymś co bardzo mi się podobało jest sama kreacja świata i kultur. Z jednej strony mamy pseudo wikingów, a w Amitraju ludzi, których kultura kojarzy mi się z jakimiś Imperium Mongolsko-Chińskim, ale nie do końca, bo kto widział rudego Chińczyka?

Ludzie na planecie Midgaard są odwzorowaniem ziemian, jednak z drobnymi różnicami - nie mają białek w oczach, a wypełnione kolorem tęczówki, są mniejsi, mają włosy na karku. Vuko nazywa rzeczy według ziemskiej terminologii, jednak wszystkie zwierzęta i rośliny różnią się od swoich ziemskich odpowiedników.


Imiona

Lubie jak imiona w fantasy są tworzone według pewnego schematu i pasują do siebie. W tym przypadku imiona ludzi z poszczególnych miejsc Midgaardu są do siebie podobne. Po prostu widząc jakieś nowe imię mogę powiedzieć "O tak, to ziomek z Amitraju". Nawet mój kot nosi imię po jednej z bohaterek ;3


Klimat

Czytając te książki niemal czuje zapachy i smaki z Midgaardu. To wszystko jest strasznie realistyczne, świat jest "brudny", miejscami nawet groteskowy. To taka podrasowana brudem, dymem i skisłym piwem wizja przygód typowych wikingów. Stworzenia są tam większe, bardziej niebezpieczne (trochę jak z Australią - wszystko co żyje chce cie zeżreć), ale jest to także zasługa ludzkiej niszczycielskiej ingerencji w modyfikacje świata, i to nie naszej Ziemii, a obcej planety. Grzędowicz dodał też coś co kocham - charakterystyczne zimne mgły, jako niebezpieczne zjawiska, które niosą ze sobą dziwną wypaczającą i mutującą ludzi magię.

Przesłanie, smaczki i kwiatki

Ta książka pełna jest kwiatków, które ciągle rzucały mi się w oczy. Zgubione przez poszukiwanego badacza okulary przeciwsłoneczne na nosie tubylca, hiszpańska piosenka śpiewana przez Filara i wielu innych. Coś co bez przerwy rzucało mi się w oczy, to problem jaki porusza ta historia - czy człowiek może stać się Bogiem (i więcej nie powiem, bo same spojlery mi przychodzą do głowy ;D).

Co mi się nie podoba?

Miałam wrażenie, że Grzędowicz trochę przesadzał ze studzeniem akcji i momentami zbyt długo rozkręcał się z rozwinięciem wątków. Takie momenty lekko mnie nudziły i w zasadzie miały niewielkie znaczenie i wpływ na późniejsze wydarzenia. Miałam wręcz wrażenie, że są napisane tylko po to, by załatać dziurę między ciekawszymi momentami i powiększyć objętość książki. Ale warto było się kilka stron ponudzić, bo rozwój wydarzeń wynagradza wszystko.

W dodatku bardzo brakowało mi w książce mapy. Nie wiem czy to po prostu wada tego wydania, bo udało mi się wygrzebać mapę kiepskiej jakości w internetach. Fantasy bez mapy jest dla mnie trochę ułomne, w szczególności gdy świat jest tak rozległy i bogaty.



Pan Lodowego Ogrodu to dla mnie najlepsza polska fantasy na tą chwilę. Jest ciekawym i o dziwo dobrze skonstruowanym połączeniem gatunków, nie nudzi, nie ma w niej elfów ani krasnali, jest pełna smaczków i perełek w postaci różnych nawiązań do ziemskich dzieł (Hieronim Bosh, fragmenty "Pieśni Najwyższego" Havamala, "Jądra Ciemności", nawet kilka cytatów biblijnych umiejętnie użytych w kontekście), a do tego ma obrazki! Będę do niej wracać i wracać, bo wciąż ubolewam że skończyła się tylko na czterech częściach.

Tutaj możecie kupić wszystkie części z rabatem. Miłego dnia!



września 09, 2017

Domowy puder myjący do twarzy

Domowy puder myjący do twarzy

Mycie twarzy mydłem czy silnymi detergentami jest bardzo niekorzystne, gdyż może zaburzać ph i zmywać barierę hydrolipidową, co z kolei prowadzi do nieprzyjemnego napinania, wydzielania większej ilości sebum niż dotychczas, podrażnieniem i ogólnym pogorszeniem stanu cery. Niestety nawet delikatne detergenty w naturalnych żelach mogą czasem prowadzić do podrażnień i problemów skórnych, dlatego chciałabym pokazać Wam moją ostatnio odkrytą alternatywę mycia twarzy.

Metoda ta polega na myciu twarzy mieszanką glinek i mąk rozrobionych z wodą, ale oczywiście można wybrać tylko glinki lub mąki - ja od jakiegoś czasu testuję je na różne sposoby.



Z czego będziemy robili puder myjący?


Wersja pierwsza

- biała glinka
- mąka owsiana


Wersja druga

- biała glinka
- mąka dyniowa


Wersja trzecia - mocniej oczyszczająca

-biała glinka
-mąka owsiana
-otręby lub płatki owsiane
-3 kapsułki węgla aktywnego

Składniki mieszamy w proporcji 1:1 i wrzucamy do wygodnego pudełeczka. Używanie takiego pudru jest banalnie proste - nabieramy ilość odpowiadającą mniej więcej pół łyżeczki, mieszamy z wodą lub hydrolatem i rozprowadzamy po twarzy, wykonując delikatny masaż przez co najmniej minutę.

Po takim myciu nie ma potrzeby tonizować twarzy, gdyż mieszanka nie zawiera detergentów, a tym samym nie zaburza ph skóry. Możecie odczuwać ściągnięcie skóry, szczególnie w wariancie trzecim, bo puder zmywa z niej sebum.

Wariant trzeci robię sobie dużo rzadziej - zwykle dodaje też trochę cukru lub soli i wówczas jest to dla mnie alternatywa dla peelingu. Bardzo często jest to dla mnie baza do maseczek - do łyżeczki mieszanki ląduje jakiś olej, algi, macerat, żel aloesowy lub kwas hialuronowy, a także trochę wody lub hydrolatu. Natomiast pierwszej mieszanki używam codziennie, zamiennie z żelem myjącym z Vianka, bo inaczej nigdy go nie skończę :D


Dlaczego tak uwielbiam te pudry?

Przede wszystkim są bardzo delikatne i można ich spokojnie używać rano i wieczorem. Nie zawierają chemicznych detergentów, nie podrażniają, w dodatku glinka oraz mąki mają szereg właściwości, które przysłużą się skórze. Takie pudry są dość trwałe - jako że mieszanka jest sucha, nie ma potrzeby jej niczym konserwować i będziemy jej spokojnie używać przez dłuższy czas.

Możecie oczywiście eksperymentować z rodzajami glinek, jednak to właśnie biała nadaje się do tego najlepiej, gdyż działa delikatniej niż glinka zielona czy czerwona. Tamtych z pewnością nie używałabym codziennie.

Natomiast jeśli chodzi o mąkę, macie tu pełną dowolność. Nie polecałabym chyba tylko zwykłej mąki pszennej do wypieków, bo dla mnie jest ona bezwartościowa i generalnie staram się ją ograniczać jeśli to możliwe. Jest mnóstwo rodzajów mąk, które jeszcze z pewnością przetestuję - warto wypróbować mąkę żytnią, ryżową, gryczaną czy kokosową.

Dlatego jeśli Wasza skóra nie toleruje absolutnie żadnych detergentów, naturalnych mydeł (które i tak zaburzają ph, bo są zasadowe) i jesteście zbyt leniwe, by myć twarz metodą OCM, bardzo zachęcam do eksperymentowania z takimi mieszankami.

I na koniec, zapraszam serdecznie do naszej Wiedźmowej grupy kosmetycznej - tam dyskutujemy o naturalnych kosmetykach oraz o tworzeniu domowych ;>

września 06, 2017

Domowe wcierki na porost włosów i kilka słów o tworzeniu maceratu

Domowe wcierki na porost włosów i kilka słów o tworzeniu maceratu

Pamiętacie łopianowa wcierkę z Green Pharmacy? Lubicie działanie wcierki z papryczkami chilli? Albo ajurwedyjskie oleje typu Khadi, Sesa, Amla? A może aromatyczne czosnkowe lub papryczkowe oliwy do pizzy? To wszystko, to produkty maceracji.


Cóż, takie produkty mają trochę mylne nazwy. Weźmy wspomniany olej z Green Pharmacy. Przede wszystkim dostajemy informacje, że jest to olej łopianowy.

Ta informacja wprowadza jednak w błąd, gdyż tak naprawdę mamy tam olej słonecznikowy (Helianthus Annuus Seed Oil), w którym moczył się korzeń łopianu, a także dodatki takie jak pieprz cayenne czy suszony skrzyp polny. 

W rzeczywistości nikt nie wyciskał oleju z łopianu. To co powstaje podczas "moczenia" w oleju, to nic innego jak macerat, czyli zioła/inne rośliny (w tym przypadku łopian/skrzyp/pieprz) zalane dowolnym olejem. Z kolei olej Khadi bazuje na oleju sezamowym, rycynowym i kokosowym z dodatkiem ziół. Nie mogę znaleźć informacji czy ktokolwiek w Indiach wyciska olej bhringraj (z rośliny Eclipta Alba), czy wszystkie pozyskuje się w procesie maceracji tej rośliny - zwykle dostępnej w sklepach formie proszku. Zauważcie że na stronach rzadko można znaleźć skład takiego oleju, który wydaje się być w 100% uzyskany z danej rośliny. Wiele razy już spotykałam się z dziwnymi olejami, które okazywały się jedynie maceratami, a na etykiecie widniał napis "100% olej wyciskany z..."

Dodatkowo gotowe oleje tego typu z niższej półki często mają jeszcze dziwne dodatki, które są zbędne (Na przykład śmieciową parafinę na pierwszym miejscu w składzie, fuj! - taki kwiatek znalazłam w oleju Amla Dabur). Zwykle nie wiemy też czy są robione na oleju rafinowanym czy nierafinowanym, na zimno czy na ciepło, a to ma znaczenie. W przypadku, gdy olej jest rafinowany, uzyskujemy co prawda właściwości z ziół, które do niego przechodzą, nie mamy jednak nic pożytecznego z samego oleju. Natomiast, gdy użyto oleju nierafinowanego, a macerowano na ciepło (co w zasadzie jest pewne, bo który producent ma czas czekać kilka tygodni, aż jego produkt będzie gotowy?) to jest duże prawdopodobieństwo, że utraciliśmy sporą część pożądanych właściwości nierafinowanego oleju.

Ale do rzeczy, bo brzmię trochę jakbym negowała maceraty, a to genialna rzecz. Chciałam wyżej jedynie zaznaczyć, że trzeba sprawdzać składy produktów olejowych, bo być może zależy Wam na czystym nierafinowanym oleju, a dostaniecie jakiś dupny macerat na oleju Kujawskim z parafiną i barwnikiem ;v

Przejdźmy już do tworzenia maceratu w domu. Dziś skupię się na dwóch przepisach, które działają na przyspieszenie porostu oraz zahamowanie wypadania kudłów. Oba są absolutnie genialne i proste. Jedynym problemem to czas - gdyż macerując na zimno musimy czekać kilka tygodni (przynajmniej 3). Nie polecam maceracji na ciepło - nie jestem zwolenniczką podgrzewania oleju. To jeszcze może przejść, gdy używacie oleju rafinowanego, ale na nierafinowanym bym nie ryzykowała - taki olej jest bardzo wrażliwy na ciepło.

Macerat na łopianie i bylicy boże drzewko     
  • Myjemy i wyparzamy naczynie, w którym macerujemy
  • Zioła można, ale nie trzeba, spryskać alkoholem
  • Możecie ich nasypać ile chcecie, ja daje taką samą ilość łopianu i bylicy
  • Zalewamy olejem tak by nic nie wystawało za jego powierzchnię, jednak nie przesadzajcie z ilością oleju. Im więcej oleju, tym słabszy macerat. Wystarczy go tylko tyle, by przykrył zioła
  • Mieszamy i zamykamy szczelnie na co najmniej 3 tygodnie, 2 razy dziennie wstrząsamy
  • Po tym czasie przelewamy przez gazę i wywalamy namoczone śmieci, a olej przelewamy do buteleczki



 Macerat z czarnej rzepy, imbiru i chrzanu

  • Chrzan, imbir i rzepę obieramy ze skóry i trzemy na tarce, tak by uzyskać po 2 łyżki każdego z nich
  • Myjemy ręce, myjemy i wyparzamy naczynie, w którym będziemy macerować
  • Nasze utarte surowce zalewamy alkoholem i mieszamy tak, by wszystko zostało nim tak samo potraktowane. Potem odlewamy alkohol, nie panikujcie jak surowce będą wciąż nim nasączone, tak ma być
  • Zalewamy to wybranym olejem tak by wszystko zostało przykryte. Najlepiej gdyby była równa część oleju i surowców, ale można ciut więcej. Generalnie ta mikstura może wywołać lekkie podrażnienie, dlatego jeśli słabo reagujecie na takie ostre rzeczy na skórze, warto dolać podwójną ilość oleju względem surowców.
  • Mieszamy to, żeby wszystko zostało równo zalane olejem (higiena nadal!)
  • Zamykamy, chowamy do szafki i otwieramy za co najmniej 3 tygodnie. 2 razy dziennie wstrząsamy mocno słoikiem.
  • Po tym okresie macerat odcedzamy przez gazę, by pozbyć się śmieci i mieć czysty olej




Obie wcierki nakładamy przede wszystkim na skalp - mają przecież działać na wypadanie lub przyspieszenie porostu włosów. Możecie przy tym wykonywać delikatny masaż skóry głowy. Ja lubię iść w czymś takim na głowie spać, a umyć włosy rano, ale nie zawsze mam na to czas, dlatego staram się nosić je na włosach przynajmniej 2 godziny. Efekty niestety nie są widoczne po kilku dniach, ale są - polecam się wyposażyć właśnie w takie zabezpieczenia na jesień.




Tak naprawdę możecie też zmieszać te wszystkie rzeczy. Możecie macerować podwójnie. Możecie też macerować pierwszy raz ziołami, a potem odcedzić olej, wywalić zielsko i tym olejem zamacerować jeszcze rzepę, chrzan i imbir, żeby uzyskać combo. A możecie dodawać jeszcze innych ziół lub mieszać oleje. Macerować możemy właściwie wszystko, zarówno susz, jak i świeże rośliny. Wkrótce na blogu pojawią się też maceraty jadalne - domowe oliwy czosnkowe, rozmarynowe i chilli.

Maceraty mają szerokie zastosowanie w kosmetyce, bardzo często są bazą kremów, mydeł czy balsamów. W zależności od tego co macerujemy, możemy uzyskać mnóstwo różnych ciekawych właściwości. Robiąc je samodzielnie, wiemy dokładnie, że rzeczywiście znajduje się w nich to co chcieliśmy, a nie odpadki czy przestarzały susz. Jeśli macie możliwość zdobywać zioła samodzielnie, możecie być pewni że macerat będzie silniejszy niż na ziołach sklepowych.

Poniżej przedstawię kilka ogólnych zasad macerowania -> WAŻNE:

1. Szczelne naczynia - słoiczek czy buteleczka, w których będzie dojrzewać Wasz macerat musi się dokładnie zamykać. Nie odkręcamy nic w trakcie czekania aż się zrobi.

2. Higiena. Aby macerat się udał należy robić go w czystości. Słoik trzeba wyparzyć przed użyciem, ręce dokładnie umyć przed wymacaniem surowców. Składniki suche warto spryskać alkoholem zanim zalejemy je olejem. Nie tylko je odkazimy, alkohol pomaga wyciągnąć więcej składników odżywczych z naszych surowców, które potem przejdą do oleju.

3. Przechowywanie. Teoretycznie macerat nie musi być schowany w bunkrze żeby się udał. Ja jednak wole słoiczki, które się macerują, wkładać do szafki. Nie polecam czegoś takiego wystawiać na słońce, bo może się nie udać. Tak też polecam robić z każdym olejem - trzymać w butelkach z ciemnego szkła i z dala od słońca i wysokiej temperatury.

4. Mieszanie. 2,3 razy dziennie należy wstrząsać słoiczkiem, przemieścić zawartość, by nic się tam nie pojawiło.

5. Konserwacja. Oleje nie psują się szybko, szczególnie jeśli dobrze je przechowujemy. Dlatego nie ma potrzeby konserwowania maceratów olejowych, jeśli macie pewność, że wykorzystacie je w ciągu 2, 3 miesięcy. Czasem nawet zioła użyte w macerowaniu mają działanie konserwujące. Jeśli jednak się boicie, albo chcecie przedłużyć życie produktu, możecie dopieścić go kilkoma kroplami płynnej witaminy E.

6. Zasada jest taka, że zioła nie powinny wystawać poza powierzchnię oleju. W praktyce jednak to nie do końca możliwe - chociażby gdy codziennie potrząsacie, zielsko zostaje na ściankach słoika. Nie lejcie jednak mniej oleju niż ziół. Kiedyś przeczytałam informację, że olej może przewyższać ilość suszu maksymalnie o 25%, niektórzy jednak leją 2 razy tyle oleju co ziół. Ja nie przesadzam z jego ilością - leje tylko tyle, by dokładnie przykrył surowce. Wtedy otrzymujemy mocniejszy macerat, a jak nie wyjdzie, to mniejsza strata ;v

7. Różnica między olejem rafinowanym, a nie rafinowanym jest taka, że:
  • Na rafinowanym trudniej zepsuć macerat, ale nie ma on już żadnych pożądanych właściwości
  • Na nierafinowanym łatwiej zepsuć, ale gdy się uda, to mamy nie tylko cenne składniki z ziół, ale i samego oleju. Dodatkowo, jak wspomniałam wyżej, gdy stawiamy na macerację na ciepło, możemy utracić część składników z oleju.
To chyba tyle. W razie  jakichś wątpliwości - pytajcie. Powodzenia!

Zapraszam serdecznie do naszej Wiedźmowej grupy kosmetycznej - tam dyskutujemy o naturalnych kosmetykach oraz o tworzeniu domowych ;>


Copyright © 2016 gnome household , Blogger