listopada 04, 2017

Jak zapuściłam włosy i zagęściłam na długości - moja dwuletnia metamorfoza

Jak zapuściłam włosy i zagęściłam na długości - moja dwuletnia metamorfoza
Dzisiaj trochę powspominam moją kilkuletnią walkę o długie i gęste włosy (która jeszcze nie jest wygrana). Teraz jest już o niebo lepiej odkąd zaczęłam senesować i cysteinować kudły, ale o aktualnej pielęgnacji będzie oddzielny post. Przez ostatnie dwa lata sporo się zmieniło, co z resztą widać na zdjęciach. Są co prawda robione w innym świetle, więc kolor wygląda zdecydowanie inaczej, a nie był niczym zmieniany. Udało mi się jednak zagęścić włosy na długości, przez co nie wyglądają na takie strzępy jak na pierwszym zdjęciu w sklejce. Wciąż jest nad czym pracować - nadał jest spora różnica między grubością moich końcówek, a włosami przy skalpie, ale uratowałam je od najgorszego.


Żeby nie było - od wielu lat jestem włosomaniakiem, nigdy nie traktowałam moich włosów wysoką temperaturą, rozjaśniaczami, farbami chemicznymi. Dlatego nie będę Wam dawać rad typu: "przestań używać suszarki". Prawda jest taka, że gdy ktoś ma grube włosy i dobrze dobraną pielęgnację, to nawet wysoka temperatura nie zniszczy tych kłaków jakoś specjalnie. A moje, pomimo że nie maltretowałam ich w ten sposób, rosły do pewnej długości - a potem zaczynały się kruszyć. W ciągu tych dwóch lat, stopniowo wprowadzałam pewne zmiany, które skutkują włosami ze zdjęcia numer dwa.

Wyglądało to tak:


Powrót do prawidłowej wagi i ograniczenie żłopania zielonej herbaty 

Jak zaczynałam kilka lat temu przygodę z włosomaniactwem, zielona herbata była magicznym napojem przyspieszającym porost włosów. Już wtedy ją polubiłam, ale 2 lata temu moja waga zaczęła mocno spadać pomimo, że wciąż odżywiałam się tak samo śmieciowo. Miałam lekką niedowagę i niedokrwistość, przez co włosy mocno mi leciały z głowy. Przyczyną było właśnie uzależnienie od niepozornej zielonki. Nie twierdzę, że jest niezdrowa - ale jak wszystko inne, powinna być przyjmowana w określonych ilościach. Czego więc się można spodziewać skoro potrafiłam wypić 8 szklanek mocnego naparu w ciągu jednego dnia? Okropnie wypłukiwała mój organizm ze wszystkiego - nie tylko z toksyn, ale też z wszystkich pożytecznych składników. Myślę, że to właśnie dzięki przerwie w piciu zielonki, udało mi się odzyskać 3 kilogramy i ograniczyć wypadanie. Wciąż muszę się pilnować, żeby z nią nie przesadzać, bo kocham jej smak ;"(


Świadome włosomaniactwo

Włosomaniakiem jestem już chyba z 8 lat. Dopiero od 2 lat jestem świadomym włosomaniakiem, który dba o włosy na całej długości - wcześniej miałam absolutną obsesję na temat przyspieszania porostu włosów. Używałam ton wcierek, ziół, olejów i innych specyfików, by tylko możliwie jak najbardziej przyspieszyć porost i szybciej zapuścić włosy do wymarzonej długości. Gdybym nie zrozumiała kilku rzeczy, nadal bym z tym walczyła. Teraz sobie myślę, że 99% rzeczy jakie robiłam, miały na celu właśnie przyspieszyć porost. Pomijałam natomiast regularne dbanie o włosy na długości, zabezpieczanie końcówek i tak dalej. Olejowałam co prawda kłaki i to odnosiło spore efekty, ale poza emolientami moim włosom brakowało protein i nawilżenia. Stosowałam masę kosmetyków naraz. Nie używałam w ogóle suszarek, lokówek ani prostownic, a mimo to włosy były kruche i zniszczone.


Przestałam spać w rozpuszczonych mokrych włosach puszczonych luzem 

Kiedyś zasypianie w mokrych włosach sprawiało, że włosy lepiej układały się na drugi dzień i miały więcej objętości. Gdybym je wysuszyła i położyła się spać w suchych, rano były by całkowicie przyklapnięte, bez objętości, niedociążone i smutne. I tak jest do dziś. Ale od 2 lat luźno związuje podsuszone (bez suszarki) włosy w sprężynkę - po rozpuszczeniu i tak się wyprostują do końca dnia, ale będą miały o wiele lepszą objętość. I przede wszystkim, są lepiej zabezpieczone przed tarciem o poduchę.


Regularne podcinanie samodzielne, po nieudanym cieniowaniu sprzed kilku lat

Było kilka cięć, gdzie musiałam skrócić włosy o 10 cm - bo wyglądały paskudnie, tak jak na pierwszym zdjęciu poniżej. Oprócz tego starałam się je skracać o centymetr co 2 miesiące. Kupiłam nożyczki marki Henbor, bo tanie sklepowe były zbyt tępe. A jak nożyczki są tępe to równie dobrze możecie wcale nie podcinać, bo i tak te biedne włosy zmiażdżycie, a nie utniecie. I będą tak samo zniszczone jak przed ciachaniem. Zrezygnowałam całkowicie z fryzjerów - nie trafiłam jeszcze na takiego, dla którego 2 centymetry, to 2 centymetry, a nie 15. Przestałam tez cieniować włosy, bo potem strasznie trudno dbać o końcówki krótszych włosów - 4 lata czekałam aż wycieniowane dogonią te dłuższe, i wciąż brakuje im dwóch centymetrów bym wreszcie miała całkowicie równe kłaki.

(1 zdj - jesień 2015, 2 zdj - wrzesień 2017)


Olaplex

 Na temat plexów jeszcze pojawi się post. W ciągu tych 2 lat raz robiłam sobie w domu zabieg Olaplexu, a potem Ultraplexu z Joanny. Wciąż szukam informacji, czy to nie jest ściema, że magiczny składnik plexów może zregenerować trwale mostki dwusiarczkowe włosów. Bo jest tylko jedna konkretna substancja w tych kosmetykach, która mogłaby rzeczywiście coś zdziałać. Jest w nich poza tym mnóstwo innych składników, których celem jest sprawić, że włosy wizualnie wyglądają zdrowiej. Dlatego postanowiłam teraz, że po prostu będę kupować tanią czystą cysteinę, która wystarcza na wiele miesięcy, a nie drogie kosmetyki plexów na jedno użycie - w końcu działanie mają takie samo. A więc samej cysteiny używam dopiero około 2 miesiące - nawet jeśli wcale nie regeneruje ubytków we włosach trwale, to jest tania jak barszcz i nic nie tracę.


Dobrałam ulubiony olej

Przetestowałam w swoim życiu 533825128 olejów. W ciągu tych ostatnich 2 lat używałam właściwie tylko nierafinowanego masła shea (co najzabawniejsze, dokładnie tego samego, takie jest w cholere wydajne). Masło shea w formie olejowania włosów bardzo zwiększało mi swego czasu objętość po zmyciu. Zastąpiłam nim także silikonowe sera do końcówek. Jest charakterystycznym olejem, który nawet po przedobrzeniu nie strączkował mi końcówek i nie wyglądały na tłuste.


Przestało mi zależeć na długości włosów

 Powrót to punktu 2. Przestałam nałogowo wyszukiwać magicznych sposobów, które sprawią, że włos urośnie mi 10 cm w jeden dzień. Odechciało mi się co wieczór wcierkować skalp. W pewnym sensie po prostu się poddałam - wiedziałam, że więcej włosów już nie zapuszczę i że taka długość to najwięcej na co mnie stać. Wiedziałam, że na każdy dodatkowy centymetr zapuszczonych włosów, dwa razy tyle wykruszy mi się z końcówek. I wtedy okazało się, że jestem w błędzie. Bo dopiero, gdy zrozumiałam jak prawidłowo dbać o włosy na długości, one przestały się tak okropnie kruszyć na końcówkach. Udało mi się zniwelować efekt mysiego ogonka (efekt mysiego ogonka - nazywam tak dużą różnicę między grubością włosów w obwodzie kitki, a końcówkami). Nauczyłam się co to równowaga PEH (wkrótce), jak dobrać pielęgnację do porowatości włosów (wkrótce), zrozumiałam, że trzymanie na włosach odżywek kilka godzin może bardziej zaszkodzić niż pomóc i przestałam ufać obietnicom na etykietkach kosmetyków.


Przestałam myć włosy szamponami 

Myłam całe włosy szamponem tylko, gdy bardzo mi się spieszyło. Pozostałe mycia, to szampon na skalp, i odżywka do mycia włosów na długości. Teraz zrezygnowałam z detergentów całkowicie i efekty są jeszcze lepsze. Ale już samo odstawienie slsów i innych zdzieraczy do mycia kłaków na długości zrobiło swoje. Miałam też krótki epizod z wczesywaniem odżywki w mokre włosy - ale nie sprawdzało mi się to i nie chciało mi się tego robić.


Zakaz rozpuszczania włosów zimą

Dawniej bardzo lubiłam rozpuszczać włosy. Prawie wcale ich nie wiązałam. W zawiązanych włosach wyglądam po prostu jak Czopek z Czopkolandii. Zimą włosy nosiłam rozpuszczone na swetrach, na szalikach i kurtkach. Już walić to, że zawsze kilka włosów przycinałam sobie zamkiem od kurtki. Ale stale ocierały się o te wszystkie wełniane szaliki, plątały się okropnie, zimno zapewne też miało swój udział w ich kruszeniu. Teraz zawsze robię warkocz, albo koczek, gdy wychodzę na zewnątrz, a włosy rozpuszczam gdy już rozbiorę się z ubrań eskimosow.


Zgubiłam taangle teezer

Gdyby nie to, pewnie wciąż niszczyłabym sobie nim włosy. Odnalazł się kilka miesięcy temu - i używam go do czesania kota. Sama mam teraz delikatniejszą szczotkę.


Biotebal

Na początku 2017 miałam 2 miesięczną przygodę z Biotebalem - nie umiem powiedzieć czy w jakiś sposób mi pomógł, ale na wszelki wypadek o nim wspomnę, bo nie wykluczone, że też zrobił coś dobrego.


Parafiny, jej pochodnych i silikonów unikałam jak ognia

Tak, wiem. I parafina i silikony chronią włosy, tworzą okluzję, zabezpieczają. Sporo włosomaniaków nie widzi świata bez serum czy odżywki silikonowej. A dla mnie, takie składniki tworzą potężny psychologiczny fake. Dlaczego? Bo po ich użyciu włosy wyglądają na zdrowe i zadbane, a my żyjemy w przekonaniu, że wcale nie ma tragedii i nie musimy włosów ratować. Bardzo często po zastosowaniu tego typu składników, nie mogłam znaleźć tych wszystkich rozdwojonych końcówek, które jeszcze wczoraj tu były, myślałam: "Wow, normalnie kudły mi się naprawiły, wcale nie wyglądają tak źle". A wystarczyło umyć włosy na drugi dzień, bez stosowania tych substancji i zgadnijcie co. Tak, wyglądały jak gówno. Dla mnie parafina i silikony tworzą iluzję zadbanych włosów, przez co nie zdajemy sobie sprawy, że tak naprawdę są w o wiele gorszym stanie niż pokazuje nam lustro i dotyk. Dokopałam się też do źródeł, że mogą blokować dostęp i wchłanianie innym składnikom we włosy, ale nie będę się tu już nad tym rozpisywać, może kiedyś. Jasne, że i tak je potem zmywamy i nakładamy odżywki, ale jeszcze kilka lat temu używałam ich stale, codziennie w pielęgnacji włosów - i byłam przekonana, że mam włosy zdrowe. A więc - unikam ich, bo chce widzieć realny stan moich włosów. Zastąpiłam je zwykłymi olejami, które też co prawda dociążają włosy i ciut podkręcają efekt wizualny, ale są bardziej naturalne i oprócz realnej ochrony, mają jeszcze w sobie coś cennego, w przeciwieństwie do takiej parafiny, która tylko sobie jest, i nie ma poza tym innych właściwości.


Zaczęłam robić własne wcierki 

Pisałam o tym tu, i nie używam ich nałogowo, wystarczy mi raz na tydzień. W momencie, gdy włosy zaczynają mocniej wypadać, ratuję się naparem z kozieradki używanym w formie wcierki - warto kilka dni pachnieć rosołem, bo kozieradka potrafi zdziałać cuda.

Te rzeczy praktykuję od roku, teraz dodałam do tego jeszcze kilka punktów, i już widzę kolejne efekty, ale o tym pojawi się wkrótce oddzielny wpis. Mam nadzieje, że komuś pomogę zmienić podejście i zapraszam na Naszą grupę o naturalnych kosmetykach oraz na mój fanpage, gdzie będę informować o kolejnych wpisach

Ostatnią rzeczą, jaką muszę zrobić to zmiana diety, bo żywię się chinolami i chipsami. Ale to najtrudniejsza rzecz i zawsze przegrywam zanim zacznę, a wiem, że dzięki temu efekty byłyby jeszcze lepsze.

Poniżej zdjęcie z dzisiaj - widać tu, że końcówki wcale nie są jeszcze tak idealne jak bym chciała. A tu włosy są nieświeże i bardzo suche, musiałam odczekać z nawilżaniem aż senes się utleni (barwnik sensu pogrubia kudły).



września 17, 2017

Najlepszy patent na pusty chlebak, czyli jak zrobić podpłomyki

Najlepszy patent na pusty chlebak, czyli jak zrobić podpłomyki
Znasz to uczucie, gdy nie ma w domu chleba, jest zimno jak cholera, albo po prostu nie chce Ci się wychodzić do sklepu, a wypadałoby coś wszamać? Albo to uczucie, gdy masz już dość sklepowego pieczywa? Albo to kiedy odpoczywasz zakrwawiony na drakkarze po udanym abordażu i nie masz na czym zjeść konserwy?

Idealnym rozwiązaniem będzie wbicie sobie do głowy, że podpłomyk można zrobić w 10 minut używając tylko trzech, a jak masz kaprys to nawet i dwóch składników.

Pierwszym składnikiem jest mąka. Jakakolwiek. Drugim woda, a trzecim sól. Każdy ma w domu mąkę i sól, nawet studenci albo wikingowie.

Oto bardzo prosta instrukcja przygotowywania podpłomyka:

1. Do miseczki wsypujemy kilka łyżek mąki. To wszystko robi się na oko, na jeden mały podpłomyk wystarczą dwie duże łyżki, ale jak już robić to więcej.
2. Dodajemy sól - szczypta lub dwie.
3. Dolewamy ciepłej wody - stopniowo, by patrzeć czy ciasto będzie miało odpowiednią konsystencję. Odpowiednią, czyli taką, którą można normalnie wałkować bez obawy, że się do nas przyklei.
4. Posypujemy kluchę mąką i wałkujemy. Nie chcę mi się brudzić wałka, polecam robić to szklanką albo butelką po piwie ;v
5. Rozwałkowane placki odkładam na kilka minut żeby doszły, ale możecie od razu ładować na suchą patelnię.
6. Opiekamy z dwóch stron pilnując żeby za bardzo się nie zjarał. Można przerzucić na drugą stronę, gdy pojawiają się brązowe plamki. Gotowee!

Jako, że mąka pszenna jest be, zachęcam do eksperymentowania na innych rodzajach mąk. Ale przykra prawda jest taka, że pszenny podpłomyk to jeden z najsmaczniejszych podpłomyków, a poza tym nie jest to mąka "gęsta" - robi się go trochę szybciej.

Kilka propozycji w jaki sposób konsumować podpłomyk:

- nadają się do past kanapkowych, Link

- zrobisz w nich pyszną kanapkę ze stripsami, taką jak ta poniżej

- jeśli jesteś studentem to masz usprawiedliwienie i możesz jeść bez dodatków




września 13, 2017

Najlepsza fantastyka #2 - Pan Lodowego Ogrodu

Najlepsza fantastyka #2 - Pan Lodowego Ogrodu
Od kilku tygodni na Instagramową relacje wrzucałam zdjęcia grafik z mojej ulubionej polskiej fantasy. Dostawałam kilkanaście wiadomości z pytaniem o tytuł książki, w której znajdują się tak świetne rysunki i zebrałam się wreszcie żeby wyskrobać coś więcej na ten temat.




"Pana Lodowego Ogrodu" przeczytałam już trzy lata temu i wróciłam do niego niedawno. Jest to w zasadzie science-fantasy, bo główny bohater pochodzi z Ziemi, natomiast planeta, na której rozgrywa się akcja, tkwi we wczesnym średniowieczu, a nawet późnej starożytności i jak przystało na szanującą się fantastykę, jest przyozdobiona dużą ilością magii.

(Żeby nie było, że każda recenzja z tej serii będzie zachwalaniem pod niebiosa - opiszę też rzeczy, które mogą się okazać wadami, ostrzegam przed drobnymi spojlerami!)

Vuko Drakkainen zostaje wysłany na planetę Midgaard, by odnaleźć zaginionych naukowców z ekspedycji badawczej. Zostaje wyposażony we wszystko co ułatwi mu życie w tym dziwnym miejscu, które zatrzymało się w rozwoju na etapie wykorzystywania ognia, żelaza i pługa, zostaje także upodobniony do miejscowych, by za bardzo nie wyróżniał się swoimi "rybimi" oczyma. Już w tym momencie ciekawość wygrywa z moją głęboko zakorzenioną nienawiścią do Science Fiction.

Zacznijmy od tego, że w książce są aż trzy rodzaje narracji - Vuko dostał aż dwie, pierwszoosobową w czasie teraźniejszym i trzecioosobową - ma to związek z uruchamianiem trybu bojowego, za który odpowiedzialny jest wszczepiony w jego ziemski móżdżek, grzyb Cyfral. Jednak historia jest opowiadana z perspektywy jeszcze jednego bohatera - młodego cesarza Amitraju, Filara syna Oszczepnika, Terkeja Tendżaruka, bla bla. Uwielbiam, gdy narracja jest prowadzona z perspektywy kilku bohaterów, ale niekoniecznie przepadam za pierwszoosobową (a teraźniejsza to już w ogóle okropieństwo!). Tu jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo zmiana narracji przy uruchamianiu przez Vuko Cyfrala jest dla mnie genialnym zabiegiem.




Co mnie zachwyca?


Świat

Czymś co bardzo mi się podobało jest sama kreacja świata i kultur. Z jednej strony mamy pseudo wikingów, a w Amitraju ludzi, których kultura kojarzy mi się z jakimiś Imperium Mongolsko-Chińskim, ale nie do końca, bo kto widział rudego Chińczyka?

Ludzie na planecie Midgaard są odwzorowaniem ziemian, jednak z drobnymi różnicami - nie mają białek w oczach, a wypełnione kolorem tęczówki, są mniejsi, mają włosy na karku. Vuko nazywa rzeczy według ziemskiej terminologii, jednak wszystkie zwierzęta i rośliny różnią się od swoich ziemskich odpowiedników.


Imiona

Lubie jak imiona w fantasy są tworzone według pewnego schematu i pasują do siebie. W tym przypadku imiona ludzi z poszczególnych miejsc Midgaardu są do siebie podobne. Po prostu widząc jakieś nowe imię mogę powiedzieć "O tak, to ziomek z Amitraju". Nawet mój kot nosi imię po jednej z bohaterek ;3


Klimat

Czytając te książki niemal czuje zapachy i smaki z Midgaardu. To wszystko jest strasznie realistyczne, świat jest "brudny", miejscami nawet groteskowy. To taka podrasowana brudem, dymem i skisłym piwem wizja przygód typowych wikingów. Stworzenia są tam większe, bardziej niebezpieczne (trochę jak z Australią - wszystko co żyje chce cie zeżreć), ale jest to także zasługa ludzkiej niszczycielskiej ingerencji w modyfikacje świata, i to nie naszej Ziemii, a obcej planety. Grzędowicz dodał też coś co kocham - charakterystyczne zimne mgły, jako niebezpieczne zjawiska, które niosą ze sobą dziwną wypaczającą i mutującą ludzi magię.

Przesłanie, smaczki i kwiatki

Ta książka pełna jest kwiatków, które ciągle rzucały mi się w oczy. Zgubione przez poszukiwanego badacza okulary przeciwsłoneczne na nosie tubylca, hiszpańska piosenka śpiewana przez Filara i wielu innych. Coś co bez przerwy rzucało mi się w oczy, to problem jaki porusza ta historia - czy człowiek może stać się Bogiem (i więcej nie powiem, bo same spojlery mi przychodzą do głowy ;D).

Co mi się nie podoba?

Miałam wrażenie, że Grzędowicz trochę przesadzał ze studzeniem akcji i momentami zbyt długo rozkręcał się z rozwinięciem wątków. Takie momenty lekko mnie nudziły i w zasadzie miały niewielkie znaczenie i wpływ na późniejsze wydarzenia. Miałam wręcz wrażenie, że są napisane tylko po to, by załatać dziurę między ciekawszymi momentami i powiększyć objętość książki. Ale warto było się kilka stron ponudzić, bo rozwój wydarzeń wynagradza wszystko.

W dodatku bardzo brakowało mi w książce mapy. Nie wiem czy to po prostu wada tego wydania, bo udało mi się wygrzebać mapę kiepskiej jakości w internetach. Fantasy bez mapy jest dla mnie trochę ułomne, w szczególności gdy świat jest tak rozległy i bogaty.



Pan Lodowego Ogrodu to dla mnie najlepsza polska fantasy na tą chwilę. Jest ciekawym i o dziwo dobrze skonstruowanym połączeniem gatunków, nie nudzi, nie ma w niej elfów ani krasnali, jest pełna smaczków i perełek w postaci różnych nawiązań do ziemskich dzieł (Hieronim Bosh, fragmenty "Pieśni Najwyższego" Havamala, "Jądra Ciemności", nawet kilka cytatów biblijnych umiejętnie użytych w kontekście), a do tego ma obrazki! Będę do niej wracać i wracać, bo wciąż ubolewam że skończyła się tylko na czterech częściach.

Tutaj możecie kupić wszystkie części z rabatem. Miłego dnia!



września 09, 2017

Domowy puder myjący do twarzy

Domowy puder myjący do twarzy

Mycie twarzy mydłem czy silnymi detergentami jest bardzo niekorzystne, gdyż może zaburzać ph i zmywać barierę hydrolipidową, co z kolei prowadzi do nieprzyjemnego napinania, wydzielania większej ilości sebum niż dotychczas, podrażnieniem i ogólnym pogorszeniem stanu cery. Niestety nawet delikatne detergenty w naturalnych żelach mogą czasem prowadzić do podrażnień i problemów skórnych, dlatego chciałabym pokazać Wam moją ostatnio odkrytą alternatywę mycia twarzy.

Metoda ta polega na myciu twarzy mieszanką glinek i mąk rozrobionych z wodą, ale oczywiście można wybrać tylko glinki lub mąki - ja od jakiegoś czasu testuję je na różne sposoby.



Z czego będziemy robili puder myjący?


Wersja pierwsza

- biała glinka
- mąka owsiana


Wersja druga

- biała glinka
- mąka dyniowa


Wersja trzecia - mocniej oczyszczająca

-biała glinka
-mąka owsiana
-otręby lub płatki owsiane
-3 kapsułki węgla aktywnego

Składniki mieszamy w proporcji 1:1 i wrzucamy do wygodnego pudełeczka. Używanie takiego pudru jest banalnie proste - nabieramy ilość odpowiadającą mniej więcej pół łyżeczki, mieszamy z wodą lub hydrolatem i rozprowadzamy po twarzy, wykonując delikatny masaż przez co najmniej minutę.

Po takim myciu nie ma potrzeby tonizować twarzy, gdyż mieszanka nie zawiera detergentów, a tym samym nie zaburza ph skóry. Możecie odczuwać ściągnięcie skóry, szczególnie w wariancie trzecim, bo puder zmywa z niej sebum.

Wariant trzeci robię sobie dużo rzadziej - zwykle dodaje też trochę cukru lub soli i wówczas jest to dla mnie alternatywa dla peelingu. Bardzo często jest to dla mnie baza do maseczek - do łyżeczki mieszanki ląduje jakiś olej, algi, macerat, żel aloesowy lub kwas hialuronowy, a także trochę wody lub hydrolatu. Natomiast pierwszej mieszanki używam codziennie, zamiennie z żelem myjącym z Vianka, bo inaczej nigdy go nie skończę :D


Dlaczego tak uwielbiam te pudry?

Przede wszystkim są bardzo delikatne i można ich spokojnie używać rano i wieczorem. Nie zawierają chemicznych detergentów, nie podrażniają, w dodatku glinka oraz mąki mają szereg właściwości, które przysłużą się skórze. Takie pudry są dość trwałe - jako że mieszanka jest sucha, nie ma potrzeby jej niczym konserwować i będziemy jej spokojnie używać przez dłuższy czas.

Możecie oczywiście eksperymentować z rodzajami glinek, jednak to właśnie biała nadaje się do tego najlepiej, gdyż działa delikatniej niż glinka zielona czy czerwona. Tamtych z pewnością nie używałabym codziennie.

Natomiast jeśli chodzi o mąkę, macie tu pełną dowolność. Nie polecałabym chyba tylko zwykłej mąki pszennej do wypieków, bo dla mnie jest ona bezwartościowa i generalnie staram się ją ograniczać jeśli to możliwe. Jest mnóstwo rodzajów mąk, które jeszcze z pewnością przetestuję - warto wypróbować mąkę żytnią, ryżową, gryczaną czy kokosową.

Dlatego jeśli Wasza skóra nie toleruje absolutnie żadnych detergentów, naturalnych mydeł (które i tak zaburzają ph, bo są zasadowe) i jesteście zbyt leniwe, by myć twarz metodą OCM, bardzo zachęcam do eksperymentowania z takimi mieszankami.

I na koniec, zapraszam serdecznie do naszej Wiedźmowej grupy kosmetycznej - tam dyskutujemy o naturalnych kosmetykach oraz o tworzeniu domowych ;>

września 06, 2017

Domowe wcierki na porost włosów i kilka słów o tworzeniu maceratu

Domowe wcierki na porost włosów i kilka słów o tworzeniu maceratu

Pamiętacie łopianowa wcierkę z Green Pharmacy? Lubicie działanie wcierki z papryczkami chilli? Albo ajurwedyjskie oleje typu Khadi, Sesa, Amla? A może aromatyczne czosnkowe lub papryczkowe oliwy do pizzy? To wszystko, to produkty maceracji.


Cóż, takie produkty mają trochę mylne nazwy. Weźmy wspomniany olej z Green Pharmacy. Przede wszystkim dostajemy informacje, że jest to olej łopianowy.

Ta informacja wprowadza jednak w błąd, gdyż tak naprawdę mamy tam olej słonecznikowy (Helianthus Annuus Seed Oil), w którym moczył się korzeń łopianu, a także dodatki takie jak pieprz cayenne czy suszony skrzyp polny. 

W rzeczywistości nikt nie wyciskał oleju z łopianu. To co powstaje podczas "moczenia" w oleju, to nic innego jak macerat, czyli zioła/inne rośliny (w tym przypadku łopian/skrzyp/pieprz) zalane dowolnym olejem. Z kolei olej Khadi bazuje na oleju sezamowym, rycynowym i kokosowym z dodatkiem ziół. Nie mogę znaleźć informacji czy ktokolwiek w Indiach wyciska olej bhringraj (z rośliny Eclipta Alba), czy wszystkie pozyskuje się w procesie maceracji tej rośliny - zwykle dostępnej w sklepach formie proszku. Zauważcie że na stronach rzadko można znaleźć skład takiego oleju, który wydaje się być w 100% uzyskany z danej rośliny. Wiele razy już spotykałam się z dziwnymi olejami, które okazywały się jedynie maceratami, a na etykiecie widniał napis "100% olej wyciskany z..."

Dodatkowo gotowe oleje tego typu z niższej półki często mają jeszcze dziwne dodatki, które są zbędne (Na przykład śmieciową parafinę na pierwszym miejscu w składzie, fuj! - taki kwiatek znalazłam w oleju Amla Dabur). Zwykle nie wiemy też czy są robione na oleju rafinowanym czy nierafinowanym, na zimno czy na ciepło, a to ma znaczenie. W przypadku, gdy olej jest rafinowany, uzyskujemy co prawda właściwości z ziół, które do niego przechodzą, nie mamy jednak nic pożytecznego z samego oleju. Natomiast, gdy użyto oleju nierafinowanego, a macerowano na ciepło (co w zasadzie jest pewne, bo który producent ma czas czekać kilka tygodni, aż jego produkt będzie gotowy?) to jest duże prawdopodobieństwo, że utraciliśmy sporą część pożądanych właściwości nierafinowanego oleju.

Ale do rzeczy, bo brzmię trochę jakbym negowała maceraty, a to genialna rzecz. Chciałam wyżej jedynie zaznaczyć, że trzeba sprawdzać składy produktów olejowych, bo być może zależy Wam na czystym nierafinowanym oleju, a dostaniecie jakiś dupny macerat na oleju Kujawskim z parafiną i barwnikiem ;v

Przejdźmy już do tworzenia maceratu w domu. Dziś skupię się na dwóch przepisach, które działają na przyspieszenie porostu oraz zahamowanie wypadania kudłów. Oba są absolutnie genialne i proste. Jedynym problemem to czas - gdyż macerując na zimno musimy czekać kilka tygodni (przynajmniej 3). Nie polecam maceracji na ciepło - nie jestem zwolenniczką podgrzewania oleju. To jeszcze może przejść, gdy używacie oleju rafinowanego, ale na nierafinowanym bym nie ryzykowała - taki olej jest bardzo wrażliwy na ciepło.

Macerat na łopianie i bylicy boże drzewko     
  • Myjemy i wyparzamy naczynie, w którym macerujemy
  • Zioła można, ale nie trzeba, spryskać alkoholem
  • Możecie ich nasypać ile chcecie, ja daje taką samą ilość łopianu i bylicy
  • Zalewamy olejem tak by nic nie wystawało za jego powierzchnię, jednak nie przesadzajcie z ilością oleju. Im więcej oleju, tym słabszy macerat. Wystarczy go tylko tyle, by przykrył zioła
  • Mieszamy i zamykamy szczelnie na co najmniej 3 tygodnie, 2 razy dziennie wstrząsamy
  • Po tym czasie przelewamy przez gazę i wywalamy namoczone śmieci, a olej przelewamy do buteleczki



 Macerat z czarnej rzepy, imbiru i chrzanu

  • Chrzan, imbir i rzepę obieramy ze skóry i trzemy na tarce, tak by uzyskać po 2 łyżki każdego z nich
  • Myjemy ręce, myjemy i wyparzamy naczynie, w którym będziemy macerować
  • Nasze utarte surowce zalewamy alkoholem i mieszamy tak, by wszystko zostało nim tak samo potraktowane. Potem odlewamy alkohol, nie panikujcie jak surowce będą wciąż nim nasączone, tak ma być
  • Zalewamy to wybranym olejem tak by wszystko zostało przykryte. Najlepiej gdyby była równa część oleju i surowców, ale można ciut więcej. Generalnie ta mikstura może wywołać lekkie podrażnienie, dlatego jeśli słabo reagujecie na takie ostre rzeczy na skórze, warto dolać podwójną ilość oleju względem surowców.
  • Mieszamy to, żeby wszystko zostało równo zalane olejem (higiena nadal!)
  • Zamykamy, chowamy do szafki i otwieramy za co najmniej 3 tygodnie. 2 razy dziennie wstrząsamy mocno słoikiem.
  • Po tym okresie macerat odcedzamy przez gazę, by pozbyć się śmieci i mieć czysty olej




Obie wcierki nakładamy przede wszystkim na skalp - mają przecież działać na wypadanie lub przyspieszenie porostu włosów. Możecie przy tym wykonywać delikatny masaż skóry głowy. Ja lubię iść w czymś takim na głowie spać, a umyć włosy rano, ale nie zawsze mam na to czas, dlatego staram się nosić je na włosach przynajmniej 2 godziny. Efekty niestety nie są widoczne po kilku dniach, ale są - polecam się wyposażyć właśnie w takie zabezpieczenia na jesień.




Tak naprawdę możecie też zmieszać te wszystkie rzeczy. Możecie macerować podwójnie. Możecie też macerować pierwszy raz ziołami, a potem odcedzić olej, wywalić zielsko i tym olejem zamacerować jeszcze rzepę, chrzan i imbir, żeby uzyskać combo. A możecie dodawać jeszcze innych ziół lub mieszać oleje. Macerować możemy właściwie wszystko, zarówno susz, jak i świeże rośliny. Wkrótce na blogu pojawią się też maceraty jadalne - domowe oliwy czosnkowe, rozmarynowe i chilli.

Maceraty mają szerokie zastosowanie w kosmetyce, bardzo często są bazą kremów, mydeł czy balsamów. W zależności od tego co macerujemy, możemy uzyskać mnóstwo różnych ciekawych właściwości. Robiąc je samodzielnie, wiemy dokładnie, że rzeczywiście znajduje się w nich to co chcieliśmy, a nie odpadki czy przestarzały susz. Jeśli macie możliwość zdobywać zioła samodzielnie, możecie być pewni że macerat będzie silniejszy niż na ziołach sklepowych.

Poniżej przedstawię kilka ogólnych zasad macerowania -> WAŻNE:

1. Szczelne naczynia - słoiczek czy buteleczka, w których będzie dojrzewać Wasz macerat musi się dokładnie zamykać. Nie odkręcamy nic w trakcie czekania aż się zrobi.

2. Higiena. Aby macerat się udał należy robić go w czystości. Słoik trzeba wyparzyć przed użyciem, ręce dokładnie umyć przed wymacaniem surowców. Składniki suche warto spryskać alkoholem zanim zalejemy je olejem. Nie tylko je odkazimy, alkohol pomaga wyciągnąć więcej składników odżywczych z naszych surowców, które potem przejdą do oleju.

3. Przechowywanie. Teoretycznie macerat nie musi być schowany w bunkrze żeby się udał. Ja jednak wole słoiczki, które się macerują, wkładać do szafki. Nie polecam czegoś takiego wystawiać na słońce, bo może się nie udać. Tak też polecam robić z każdym olejem - trzymać w butelkach z ciemnego szkła i z dala od słońca i wysokiej temperatury.

4. Mieszanie. 2,3 razy dziennie należy wstrząsać słoiczkiem, przemieścić zawartość, by nic się tam nie pojawiło.

5. Konserwacja. Oleje nie psują się szybko, szczególnie jeśli dobrze je przechowujemy. Dlatego nie ma potrzeby konserwowania maceratów olejowych, jeśli macie pewność, że wykorzystacie je w ciągu 2, 3 miesięcy. Czasem nawet zioła użyte w macerowaniu mają działanie konserwujące. Jeśli jednak się boicie, albo chcecie przedłużyć życie produktu, możecie dopieścić go kilkoma kroplami płynnej witaminy E.

6. Zasada jest taka, że zioła nie powinny wystawać poza powierzchnię oleju. W praktyce jednak to nie do końca możliwe - chociażby gdy codziennie potrząsacie, zielsko zostaje na ściankach słoika. Nie lejcie jednak mniej oleju niż ziół. Kiedyś przeczytałam informację, że olej może przewyższać ilość suszu maksymalnie o 25%, niektórzy jednak leją 2 razy tyle oleju co ziół. Ja nie przesadzam z jego ilością - leje tylko tyle, by dokładnie przykrył surowce. Wtedy otrzymujemy mocniejszy macerat, a jak nie wyjdzie, to mniejsza strata ;v

7. Różnica między olejem rafinowanym, a nie rafinowanym jest taka, że:
  • Na rafinowanym trudniej zepsuć macerat, ale nie ma on już żadnych pożądanych właściwości
  • Na nierafinowanym łatwiej zepsuć, ale gdy się uda, to mamy nie tylko cenne składniki z ziół, ale i samego oleju. Dodatkowo, jak wspomniałam wyżej, gdy stawiamy na macerację na ciepło, możemy utracić część składników z oleju.
To chyba tyle. W razie  jakichś wątpliwości - pytajcie. Powodzenia!

Zapraszam serdecznie do naszej Wiedźmowej grupy kosmetycznej - tam dyskutujemy o naturalnych kosmetykach oraz o tworzeniu domowych ;>


sierpnia 28, 2017

Jak przygotować wyprawkę dla kota?

Jak przygotować wyprawkę dla kota?
Wciąż trwa plaga małych kociąt. W lato bywa, że idziesz do sklepu i wracasz do domu z puchatą kulką, a kompletnie nie wiesz czego ta kulka właściwie potrzebuje. Przygotowałam ten post, bo sama miałam taką sytuację tej wiosny, i gdyby nie fakt, że od wielu miesięcy siedzę na różnych kocich grupach, to miałabym problem.

W zasadzie koty nie są aż tak wymagające. Można oczywiście zrobić ogromne zakupy, ale na początek wystarczy naprawdę niewiele, by zaspokoić potrzeby owej kulki.



Bez względu na to, czy przynosisz do domu małe kocię, czy kota dorosłego, potrzebujesz przede wszystkim następujących rzeczy:

Kuwety - (w przypadku malutkich kociaków lepiej wybrać płytszą, żeby łatwiej było im wejść)

Żwirku - kup taki, do jakiego masz dostęp, w moim przypadku od samego początku dobrze sprawdzał się silikonowy, jednak nie wszystkie koty go akceptują, bo jest dość twardy. Dlatego na początek wystarczy zwykły bentonit albo żwirek drewniany. Z tego co wiem, można go kupić nawet w Biedronce. Pamiętaj tylko, by sprawdzić czy żwirek, który kupisz, ma na opakowaniu napisane, czy można do wyrzucać do kibla, bo jeśli nie można, to lepiej nie ryzykować. Niektóre żwirki "puchną" w kontakcie z wodą i mogą coś zapchać.

Dobrych mięsnych puszek - bez obaw, małe kociaki mogą już jeść karmę dla kotów dorosłych. Nie kupuj jednak karm marketowych, które widziałeś w reklamach. Wszelkie Whiskasy, Kitekaty, Felixy, Royal Canin itp, to jedno wielkie dziadostwo, a nie karma odpowiednia dla kota. Zawierają zboża i marne 4% mięsnych odpadków. Absolutnie nie podawaj też mleka, nawet kociakom. Mleko krowie i jakiekolwiek niepochodzące z kociego cycka, jest dla kotów szkodliwe, gdyż nie tolerują one laktozy. Owszem, jest dla nich smaczne, ale dla nas smaczne jest żarcie z Maka, a nie oznacza to, że powinniśmy się tym odżywiać. Dzięki takiej diecie, Twój kot będzie robił wielkie śmierdzące kupska, będzie miał biegunkę i niedobory.

Nie kupuj też suchej karmy, gdyż większość suchych karm to ususzone śmieci, w dodatku szybko możesz kotu rozwalić nerki, bo ma ona za mało wody, a koty po prostu niewiele piją same z siebie.

Najlepszym wyborem byłoby zamówić przez internet lub dogrzebać się w zoologicznym dobrych karm, np. Catz Finefood, Macs, Feringa, ale tak, wiem że potrzebujesz karmy natychmiast i nie masz czasu czekać. Najlepszą karmą marketową jest mokra Butchers Classic - nie ma zbóż i zawiera coś ponad 45 % mięsa. 

Tak, tylko tych trzech rzeczy potrzebuje kot przez pierwsze dni w Twoim domu. Kiedy już masz więcej czasu, polecam wybrać się na zakupy lub zamówić przez internet poniższe artefakty:

Miseczki - wybierajcie jakieś niezbyt głębokie, z płaskim dnem. Koty nie lubią głębokich misek, niektóre mają do tego płaskie mordki i ciężko im "zanurkować" łepetyną do takiej michy. Niektóre wolą jeść i pić nawet z talerzyków.

Drapak - pozycja obowiązkowa, jeśli lubicie swoją kanapę, krzesła i ubrania. Drapak najlepiej kupić większy, tak by kot zaspokajał potrzebę drapania na wiele sposobów - na płasko, w pionie itp. Miejsce do wspinania też jest potrzebne.

Zabawki - Z doświadczenia powiem, że mój kić ma chyba większą frajdę z pogiętych papierków, plastikowych słomek, rolek po srajtaśmie i reklamówek z Lidla. Ale mimo wszystko warto dodać do listy kilka zabawek i sprawdzić co waszemu maluchowi podpasuje. Zwykle kosztują grosze. Dodam tylko, żebyście unikali zabawek typu laser - kot jako łowca potrzebuje zaspokajać potrzebę polowania na fizycznie obecną zdobycz. Laser nie ma postaci fizycznej i kot nigdy nie może go złapać, przez co mogą się u niego pojawić problemy na tle behawioralnym.

Łopatka do zbierania niespodzianek z kuwety - Chyba, że wygodniej Ci rękami ;v

Transporter - jeśli to możliwe, to zdobądź go nawet wcześniej, byś zabrał zwierze na pierwszą wizytę weterynaryjną z godnością. Będzie potrzebny tak czy inaczej. Jeśli nie chcesz zwykłego transportera, fajne są torby transportowe na ramię - mniejszy ciężar, zrobione z materiału i wygodne.

Akcesoria do pielęgnacji - dobrze jest kupić specjalne cążki do wycinania pazurków i coś w typie furminatora, żeby za bardzo mieszkania nie zakłaczyć. Nam odpowiada EzzyGroom.

Legowisko - tu już wybór należy do Ciebie, mój kot legowisko ma w poważaniu i śpi wszędzie, tylko nie tam. Nie jest to konieczny wydatek, tym bardziej, że jeśli zdecydujesz się na jakiś konkretniejszy drapak, to zwykle są one wyposażone w kryjówki i legowiska, które być może bardziej kotu podejdą.

Dywanik pod kuwetę - także opcjonalnie. Przyda się jeśli masz bardzo rozdrobiony żwirek - wtedy większość pyłu z łapek zostanie na dywaniku. Ale tak czy inaczej czeka Cię żwirek rozkopany poza kuwetę.

Natomiast jeśli czekasz na kota z hodowli, lub wiesz wcześniej, że trafi do Ciebie jakiś bezdomniak, najlepiej po prostu zamówić te wszystkie rzeczy od razu, bo wyjdzie znacznie taniej. Na każdej zwierzęcej grupie polecą Ci stronę Zooplusa i ja także zamawiam najczęściej tam - mają wszystko czego potrzeba, nie muszę zamawiać z kilku miejsc i zwykle czekają tam jakieś zniżki.




sierpnia 26, 2017

Makaron w sosie pomidorowo-śmietankowym

Makaron w sosie pomidorowo-śmietankowym
Te kluchy przyrządzam już od wielu wielu miesięcy, i nareszcie udało mi się zebrać, by przygotować o tym wpis. To jest chyba aktualnie nasze ulubione danie makaronowe i po prostu je uwielbiam. Nie wiem na czym polega tajemnica tego smaku - podejrzewam, że to połączenie pomidorów i słodkiej śmietanki skutkuje powstaniem czegoś tak genialnego.



Czego potrzebujemy?

- 2 pomidory, najlepiej malinowe (ale ja najczęściej robię wersję z jednym pomidorem i kilkunastoma pomidorkami koktajlowymi, bo tak ładniej wygląda)

- śmietanka 30%, 200 ml

- ser parmezano-podobny - polecam cheddar lub grana padano

- pierś z kurczaka, pojedyncza

- ząbek czosnku

-papryka słodka, papryka ostra - przyprawy

-sól

- wędzony boczek (nie jest to składnik obowiązkowy, smaku nie zmienia, ale mój wiking woli jak robię z boczkiem)

1. Kroję mięso w kostkę. Polewam je olejem, posypuję solą i dosłownie zakopuje w suszonej papryce - duuużo słodkiej i trochę mniej ostrej. To już zależy jak ostre danie chcecie uzyskać. W razie czego zróbcie na tym etapie wersję mniej ostrą, potem można dopicować ostrość. Ząbek czosnku siekam na drobno.

2. Podsmażam chwilkę czosnek. Potem na patelni ląduje kurczak i smażę go aż będzie biały. W tym czasie zagotowuje wrzątek i zalewam nim pomidory, ale tylko de duże. Koktajlowych nie będziemy obierać ze skórek, bo mają ładnie wyglądać. Nastawiam wodę na makaron.

3. Kiedy kurczak jest już podsmażony, wlewam do niego śmietankę. Obieram pomidory ze skóry i siekam je na drobną kostkę - na tym etapie wrzucam na patelnie tylko duże pomidory, koktajlowe dopiero za 15 minut. Cały sok, który wypłynął z pokrojonych pomidorów też ma wylądować w garze.

4. Kiedy danie gotuje się na małym ogniu, ścieram drobno ser. Powinno wystarczyć połowa. Wrzucam go po 15 minutach od etapu 3, razem z pomidorkami koktajlowymi. Zostawiam trochę sera do posypania.

5. Kiedy wszystko mamy już w garze, gotujemy aż śmietanka się zagęści, często mieszamy. Zwykle wychodzi to już nie więcej niż 15 minut, ale musicie obserwować. Sprawdźcie też czy już ostrość i słoność wam odpowiada, w razie czego dodajcie jeszcze przypraw.

6. Ugotowany makaron dodaje do gara, mieszam, nakładam na talerz i posypuje serem.


WERSJA Z BOCZKIEM:

Boczek pokrojony w kostkę podsmażam oddzielnie i odstawiam. Dodaje go kiedy sos jest już gotowy i mieszam.

Smacznego ;v















sierpnia 22, 2017

Półprodukty, zioła i pojemniczki kosmetyczne

Półprodukty, zioła i pojemniczki kosmetyczne
Musiałam się wstrzymać z tym wpisem aż w całości wypełnię moją obecną listę kosmetyczną i nareszcie jestem. Mam tu przede wszystkim półprodukty z Ecospa - nie wiem jak mi się sprawdzą, ale zaryzykowałam, bo na mojej sprawdzonej stronie akurat nie było kilku rzeczy (zwykle oleje, glinki i inne kupuję w zielarskim na mieście, albo na Mazidłach). A więc:

1. Buteleczki i słoiczki z ciemnego szkła

Kupiłam tego sporo i różnej wielkości, bo będą w użyciu chyba bez przerwy. Przechowywanie produktów w takich opakowaniach jest bardzo wygodne i schludne, a po skończeniu produktu łatwo jest pojemnik wymyć, odkazić i wykorzystać ponownie. Mam nadzieje, że zostaną ze mną na kilka lat. Ecospa ma te pojemniki świetnej jakości - były dobrze zapakowane i zabezpieczone, a używanie ich bardzo ułatwia mi sprawę. Buteleczki z atomizerem są super na przykład gdy robicie toniki octowe albo napary ziołowe bez konserwantu - wtedy spokojnie może wytrzymać tydzień, a jak zużyjecie te niewielkie ilości, można zrobić nową porcję.



2. Algi Fucus i Laminaria

Na te algi poluje już chyba rok. A raczej zbieram się żeby je kupić, bo są łatwo dostępne. Póki co każdej użyłam raz i muszę kombinować nad czymś do zabicia zapachu śledzia w maseczce na takich algach. Nie mogę po jednym użyciu powiedzieć czy widzę jakąś trwałą różnicę, bo po nawilżających maskach moja skóra zawsze jest ładna i miękka, ale chciałam jeszcze zrobić z nich macerat i wtedy się okaże :D

3. Biała glinka

Moje zapasy są na wykończeniu, a glinki z Ecospa jeszcze nie próbowałam. Białej glinki można używać na różne sposoby - nie tylko jako składnik maseczek, ale także do mycia twarzy, o czym post pojawi się wkrótce. Zdecydowanie polecam ją dla osób, które chcą używać glinki codziennie albo często - jest bardzo delikatna i nie wysusza skóry.



5. Bioferment z bambusa i ekstrakt z ginko biloba

Bioferment jest naturalnym silikonem i nadaje się jako dodatek do kremów, balsamów maseczek, a może być używany solo. Natomiast ekstrakt z miłorzębu japońskiego ma działanie przeciwzmarszczkowe i nadaje się do cery naczynkowej. Także mam zamiar dodawać go do maseczek i kremów.



6. Zioła

Bardziej ufałabym takim, które sama sobie uzbieram, ale trochę mi się śpieszyło i postawiłam na zielarski. Mam tu dziurawiec, łopian, kocankę i kobylak. Część z nich wylądowała już w maceratach, reszta idzie na mieszankę do płukanki, a reszta jako herbatki.



7. Olej z pestek winogron

To sklepowa, rafinowana i tania wersja - używam go głównie do macerowania lub jako składnik do ocm (i w kuchni).

8. Kilka hermetycznych słoiczków do nowych maceratów

W moich są już mieszanki ziół i olejów. Kupiłam je za kilka groszy w Pepco, ale czuje, że będę musiała iść po więcej. Nie jestem pewna czy są dobrze uszczelnione, ale tak czy inaczej do przechowywania suchych rzeczy wydają się idealne.





sierpnia 10, 2017

Podsumowanie lipca - kosmetyki, nowości i ulubieńcy

Podsumowanie lipca - kosmetyki, nowości i ulubieńcy
Od teraz chyba będę prowadzić takie posty, żeby sobie wszystko podsumować, opisać moje nowości, ulubieńców, zmiany, postępy i inne pierdoły.

Po ciężkiej i morderczej sesji, która mnie wykończyła w czerwcu nareszcie miałam trochę luzu, ale nie na tyle, żeby się zanudzić na śmierć.



Ulubieńcy i nowości lipca? Oto oni:


1. "Pan Lodowego Ogrodu"

Po trzech latach wróciłam do tych książek i wreszcie mogłam skończyć ostatnią część. Recenzja pojawi się na blogu za jakiś czas, tu powiem tylko, że brakowało mi tego brudnego, śmierdzącego, dzikiego klimatu ;D


2. Kosmetyki Vianek, Biolaven i powrót do naturalnych surowców kosmetycznych

W tym roku trochę zaniedbałam moją szamańsko-naturalną kosmetyczkę. Zwykle pełno było u mnie olejów, ziół, początek roku był trochę wymagający i to wszystko poszło w niepamięć, zepsuło się, zjełczało. W lipcu nadrobiłam zaległości - pogrzebałam w necie, kupiłam świeże zapasy i wzięłam się za siebie.

TUTAJ pisałam o moich kosmetycznych nowościach i o zmianie na naturalną pielęgnację. Większość moich zakupów stanowiły właśnie kosmetyki z Vianka, które też doczekają się własnego posta, bo strasznie się z nimi polubiłam i mogę je polecić właśnie na początek przygody z naturalnymi kosmetykami. 


4. "Gra o tron"! 

Oczywiście nie mogło tego zabraknąć. 17 lipca, czyli dzień przed moimi urodzinami była premiera 7 sezonu serialu. Nigdy nie będzie dla mnie lepszy niż książki, ale tęskniłam za Jonem ;>


5. Bieganie i rower

Chcąc, nie chcąc musiałam spiąć tyłek i ostro przytrenować przed wyjazdem w góry. To aż dziwne, że udało mi się regularnie biegać, robić bardzo długie spacery i jeździć na rowerze kilka razy w tygodniu. I ciesze się, bo jest mi zdecydowanie łatwiej na trasach niż w zeszłym roku.

To niewiele ponad miesiąc ćwiczeń, a widzę też sporą różnicę na moim ciele. Moje ciało jest szczupłe, ale nie wysportowane - tzw. "skinny fat", szczupłe ciałko, ale bez mięśni. Jak po trzech tygodniach zauważyłam, że tyłek mi się bardziej unosi, to zdwoiłam wysiłki. Nawet wiking zauważył, że coś tu nie gra ;D

I teraz już tak zostanie, nawet jeśli już nie muszę trenować w góry. Chyba weszło mi to w nawyk.

6. Piosenki z Króla Lwa. Co jakiś czas nachodzi mnie taka dziwna faza na słuchanie i zamęczanie znajomych piosenkami z moich dwóch ulubionych bajek z dzieciństwa. A więc od połowy lipca za wszystkimi łażę i męczę tekstami o "Duchu żyjącym w nas" i "Kręgu życia".

7. Prawko

Wreszcie, po 2 latach opierdzielania w kwestii prawa jazdy, zarobiłam sobie kasę i poszłam na ten głupi kurs. Trafiłam na super szkołę, skończyłam wykłady bardzo szybko i czekam na pierwsze jazdy. Może uda się wszystko zdać przed październikiem.


A co u Was się wydarzyło w lipcu? :D

lipca 23, 2017

Aktualna pielęgnacja - zmiana na naturalne kosmetyki

Aktualna pielęgnacja - zmiana na naturalne kosmetyki
Już od dawna planowałam całkowicie przejść na naturalne kosmetyki, ale po prostu byłam z byt leniwa, żeby się nauczyć czytać składy i rozpoznawać składniki, które nie powinny się w nich znajdować. W te wakacje nareszcie ruszyłam tyłek, przeszukałam internet, przeczytałam dziesiątki artykułów, blogów i opakowań i mogę nareszcie powiedzieć, że moja pielęgnacja stała się bardziej świadoma. Kończą się czasy, kiedy wchodzę do Roska i kupuję kosmetyki, których rysunek na opakowaniu wpadnie mi w oko.

W tym poście przedstawię kosmetyki i półprodukty, których używam aktualnie (oraz jak ich używam). Nie będę przy tym wydawać wyroku poszczególnym kosmetykom, bo taką opinie wydam dopiero co najmniej po dwóch miesiącach.


Ale najpierw - dlaczego warto wywalić do kosza większość drogeryjnych kosmetyków, pomimo, że je lubimy i mamy wrażenie, że dobrze na nas działają?

Drogeryjne, mocno chemiczne kosmetyki zawierają zwykle składniki, które nadają im przyjemną konsystencję, ładny zapach, poprawiają wchłanialność (albo tak nam się wydaje). Zwykle myślimy, że drogie drogeryjne kosmetyki będą działały lepiej niż tańsze, naturalne zamienniki. Że są mocniej skoncentrowane, że działają silniej, a te naturalne mają lekkie działanie, które nie jest w stanie na dłuższą metę poprawić kondycji skóry/włosów.

I to jest chyba jedyna pułapka, która może nas od samego początku zniechęcać do ich wypróbowania. A jest to, ogólnie mówiąc, gówno prawda. Naturalne kosmetyki mają w sobie mniej niepotrzebnych zapychaczy, a przy tym więcej substancji aktywnych - olejów, ekstraktów itp. 


TWARZ

A więc moja pielęgnacja twarzy opiera się na kilku krokach - mycie, tonizowanie, nawilżanie.

Myje twarz na 3 sposoby, w zależności od tego ile mam czasu i ochoty - pierwszy wariant to demakijaż, żel, hydrolat w tej kolejności, drugi to metoda ocm, a trzeci to mycie białą glinką lub pudrem myjącym domowej roboty, a potem hydrolat. Twarz myję tymi sposobami bez względu na to czy mam na niej makijaż czy nie, 2 razy dziennie. Dziwne co?

Dotychczas myłam twarz jedynie samą wodą, bo ogólnie moja cera nie jest problematyczna. W dodatku na codzień nie nosze makijażu. Dlaczego zatem przeprowadzam ocm, skoro przyjęło się to jako metoda do zmywania makijażu? Ocm jest super nie tylko do zmywania tapety, ale także do oczyszczania twarzy z brudu i resztek kosmetyków. W rzeczywistości ocm to nie demakijaż, a METODA mycia twarzy, przy czym w jej skład może wchodzić właśnie demakijaż. Tłuszcze rozpuszczają się w tłuszczach, a większość kosmetyków jest na bazie tłuszczów, tak samo jak inne zanieczyszczenia. Dodatkowo przez używanie ciepłej szmaty do zmycia oleju dogłębnie czyścimy pory. Przede wszystkim jednak, po ocmie nie musimy już nakładać toniku lub hydrolatu, bo oleje nie działają jak detergenty i nie zaburzają ph skóry.

Jedyny minus, to czasochłonność - bo zajmuje to często co najmniej 10 minut, a kto ma czas smarować gębę olejem o 6 rano przez wyjściem do roboty?
Dlatego zwykle ocm to mój wieczorny rytuał, a rano wykorzystuje jakiś delikatny żel bez dodatku mocnych detergentów.


Obecnie ocm robię z mieszanki oleju ryżowego i rycynowego w proporcji 9:1. Olej rycynowy jest właśnie tą naszą substancją myjącą, jednak nie przesadzajcie z jego ilością, bo może przesuszać.
Wylewam na talerzyk około 2-3 łyżki takiej mieszanki olejów, którą już wcześniej sobie przyrządziłam. Rozsmarowuje pierwszą porcję na twarzy i masuję twarz około 2 minuty, następnie przykładam namoczoną w ciepłej wodzie szmatkę, chwilę trzymam na twarzy i szyi, a potem jeszcze dwa razy nacieram twarz olejem i znowu szmatka. 3 razy powinno wystarczyć do dokładnego zmycia makijażu, ale nawet jeśli nie mam tapety to robię to dokładnie 3 razy, by mieć pewność, że dobrze wyczyściłam pory.

Po myciu przychodzi czas na tonik (chyba że ocm, wtedy pomijam) lub hydrolat, by wyrównać ph skóry. Jest to ważne nie tylko dlatego, żeby zabezpieczyć skórę przez wariowaniem i wydzielaniem nadmiernej ilości sebum, ale też by ułatwić wchłanialność kremu lub serum, które nałożę następnie.

Dwa razy w tygodniu używam zamiast toniku bardzo mocno rozcieńczony ocet jabłkowy.


Potem kolej na krem. Krem na noc czasami mieszam z kropelką olejowego serum z Biolavenu, czasami nakładam serum bez kremu, a czasem serum pod krem. Staram się jednak serum dodawać nie częściej niż trzy razy w tygodniu. Jeśli natomiast chodzi o nawilżanie w ciągu dnia, to aktualnie używam kremu z odżywczej serii Vianka. Olej na dzień byłby zbyt widoczny, bo nie wchłania się w całości. Zarówno wieczorem jak i rano używam jeszcze lekkiego kremu pod oczy.


CIAŁO

Pielęgnacja ciała zwykle jest ciężkim tematem, bo czasem po prostu mi się nie chcę. Zmuszam się jednak by raz w tygodniu zrobić peeling, a przynajmniej 2 razy w tygodniu nałożyć olejek lub balsam. W gorące dni jest to turbo uciążliwe, bo mam dziwne poczucie, że brudzę kosmetykiem całą pościel, ale walczę dalej.



WŁOSY

Aktualnie nie używam żadnej wcierki, bo osiągnęłam już długość na jakiej mi zależało. Kilka razy w tygodniu w dzień mycia olejuje włosy masłem shea lub olejem Khadi. Raz w tygodniu robię płukankę ziołową własnej roboty - z rumianku, bylicy bożego drzewka, tataraku, kory brzozy i wierzby.
Po myciu odżywka lub malutka ilość masła shea na same końcówki.


Wszystkie kosmetyki jakich aktualnie używam, nie zawierają SLSÓW, etanolu, silikonów, PEGów, parafiny i wazeliny. Są to substancje, które nie tylko mogą podrażniać - ja podrażnień się z resztą nie boję, bo moja skóra jest na nie odporna, i to nie jest powód ich unikania. Składniki te mogą zapychać i utrudniać wchłanianie i docieranie tych ważnych elementów kosmetyku wgłąb skóry. Dlatego używanie drogeryjnych kosmetyków, które w większości są wypełnione takim syfem, mija się z celem. Nawet drogie kremy będą na dłuższą metę przynosić niewielkie korzyści, jeśli zawierają więcej chemii, niż wartościowych ekstraktów czy olejów.

Niedługo pojawią się jeszcze bardziej szczegółowe wpisy na temat substancji, których unikam. Będę tez pisać w jaki sposób czytać składy - co jest niestety skomplikowane, bo musimy nauczyć się angielskich lub łacińskich nazw składników niepożądanych na pamięć.




lipca 13, 2017

Najlepsza fantastyka #1 - "Trylogia skrytobójcy"

Najlepsza fantastyka #1 - "Trylogia skrytobójcy"
Plan na rozpoczęcie tej serii był inny - najpierw miał się tutaj znaleźć mój ukochany Brandon Sanderson, ale akurat w łapy wpadło mi to cudo, więc na Brandona sobie poczekacie. I z założenia będą się w tej serii pojawiały tylko warte polecenia książki fantasy.

Jeśli chodzi o "Trylogię skrytobójcy", te książki są kolejnym dowodem na to, że najlepsze perełki znajduję w ciemno. Nie byłam do końca przekonana do kupna pierwszej części i długo się wahałam.



Pierwsza część z początku do mnie nie przemawiała, pomimo, że czytało się bardzo lekko. Irytowała mnie kreacja zasad jakie panują w tym uniwersum - w szczególności sposób nadawania bohaterom imion. Zwracam dużą uwagę na takie szczegóły, więc czułam wbijające mi się w mózg małe szpileczki za każdym razem, gdy pojawiało się nowe imię - autorka nazywała postacie głównie przymiotnikami lub rzeczownikami. Cały ród królewski nosi imiona w postaci przymiotników (na przykład: król Roztropny, książę Rycerski, księżna Cierpliwa). Sam główny bohater nie ma normalnego imienia, a jest z racji pochodzenia nazwany Bastardem Rycerskim, co już w ogóle brzmi dla mnie głupio.

W skrócie mamy tu niechcianego bękarta, potajemnie szkolonego w skrytobójstwie, wojnę, wargów, ludzi pozbawionych człowieczeństwa, którzy panoszą się po królestwie niczym lekka wersja zombie i sporo magii. No i naczelnego wroga w postaci wuja głównego bohatera, który przysparza mu więcej kłopotów niż barbarzyńcy atakujący kraj.

Swoją drogą, przez opinie George'a Martina na okładce nie mogłam się oprzeć pokusie, by głównego bohatera na każdym kroku porównywać do Jona Snowa i w zasadzie podobieństwo, zarówno pod względem charakteru tej postaci jak i jego przeżyć, jest bardzo duże. ;v

Kolejnym moim wnioskiem jest to, że po pierwszej części odniosłam niesłuszne wrażenie, że są to raczej książki przeznaczone dla młodszych czytelników. Pierwsza część podobała mi się i mnie nie zanudziła, była jednak mimo wszystko mało "krwiożercza" przez większą część. Być może przyczyną jest fakt, że główny bohater był jeszcze chłopcem. No wiecie, jako zaprawiona w bojach czytelniczka tego gatunku, oczekuje dużo krwi, oryginalności, gwałtów, czarnego humoru i jednej wielkiej rozpierduchy. I, na szczęście, dostałam to! To co otrzymujemy w drugiej i trzeciej części, bardzo mnie zaskoczyło, pomimo kilku oklepanych elementów. Mało brakowało, a zawaliłabym egzamin, bo nie potrafiłam się odessać od tych książek - jednego dnia przeczytałam na przykład około 500 stron niemal bez odchodzenia od książki.

Ostatecznie imiona także przestały mi przeszkadzać - pojawia się coraz więcej postaci z imionami w postaci rzeczowników, które w przeciwieństwie do przymiotników brzmią o wiele lepiej (np. Brus, Krzewiciel, Konsyliarz, Wilga).

Z drugiej strony przeklinam te książki, bo zakończenie trochę mnie załamało. Teoretycznie historia zakończyła się szczęśliwie dla wszystkich oprócz głównego bohatera :<



Trylogia ma swoją kontynuację - Robin Hobb stworzyła jeszcze dwie trylogie, które dalej opowiadają historię Bastarda. Jest to jednak duży skok w czasie, ponieważ w drugiej trylogii koleś ma już od 35 do 40 lat, a w kolejnej około 60. Jestem już w trakcie ostatnich części i zapewne jeszcze o nich napiszę.

Ocena 9/10

Ps. Proponuję przygotować sobie dużo chusteczek i pudełkowych lodów na ostatnią część ;>

lipca 08, 2017

Jak przetrwać korepetycje z dziećmi

Jak przetrwać korepetycje z dziećmi
Prowadzenie korepetycji z uczniami podstawówki albo jeszcze młodszymi wydaje się prostym i nieszkodliwym zajęciem dla studenta. Niestety okazuje się to o wiele trudniejsze i wymaga dużej cierpliwości. Być może ten wpis będzie dla kogoś pomocny w uporaniu się z tymi małoletnimi demonami.

Ja sama jestem z siebie dumna, że wytrwałam w tym  niemal cały rok (do ostatniej sesji) - moje koleżanki ze studiów po dwóch miesiącach traciły zapał i ochotę do pracy z "Guwniakami".  Ja sama także miewam gorsze dni i niesamowicie irytują mnie niegrzeczni uczniowie, ale zarabiać trzeba. 

Wyznaje zasadę, że skoro już ktoś mi płaci to powinnam dać z siebie wszystko, by dobrze przekazać tą wiedzę. Dlatego w tym wszystkim najbardziej wkurzające jest podejście rodziców, którym wydaje się, że po załatwieniu nauczycielki języka maja już z głowy. No wiecie - nauczycielka jest, język naumiany, koniec problemów.

Od samego początku borykam się z takim podejściem i jestem w stanie je zrozumieć - rodzice są często bardzo zapracowani, pomagają odrabiać stosy zadań szkolnych i ciężko w to jeszcze wcisnąć pilnowanie, by dzieciak uczył się na jakieś tam korki, przy czym liczą też, że to nauczyciel załatwi tą sprawę w całości, a oni mają spokój.

Rola rodziców niestety nie kończy się na wykonaniu telefonu z ogłoszenia i nieustannie muszę ich błagać, by choć tym razem przypilnowali pracy domowej. Dzieci są równie trudne do ogarnięcia - mogą się trafić takie dysleksją, wiecznie rozkojarzone, a nawet rozpieszczone bachory, strzelające fochy, gdy się im każe przepisać kilka słówek.

Przygotowałam kilka porad, które mogą ułatwić prace, szczególnie jeśli dopiero zaczynacie prowadzić korepetycje:


1. Nie ma takiej siły, która by utrzymała dziecko godzinę w tej samej pozycji, grzecznie piszące i robiące zadania. Trzeba wprowadzić naukę w innej formie - gry i zabawy. Jeśli dzieciak jest mały (do 7 lat) warto wręcz wybierać zabawy ruchowe o ile to możliwe, jeśli jest starszy pomocne są różne wisielce, kalambury czy zagadki. 

2. Nie daj sobie wejść na głowę. Dzieci wiedzą, że jesteś miła(miły) i nieszkodliwa, nie to co Pani ze szkoły, i na bank wykorzystają okazję, by pokazać kto tu rządzi. Trzeba być stanowczym, bo dzieciaki wiedząc, że nic im nie grozi, będą rozbiły co im się podoba. Nie musisz krzyczeć, wystarczy stanowczy ton. Nie nadskakuj i nie traktuj ucznia jak młodszego brata czy siostrę - musi sobie zdawać sprawę, gdzie jest granica i kto tu ma władzę. 

3. Zachęcaj czym się da. Jeśli coś przestaje zachęcać, szukaj innych sposobów. W przypadku starszych dzieci ta zasada przestaje właściwie działać, bo znikają zachęty - kolorowe naklejki nie są już tak kuszące, oceny z dupy także nie, bo dzieciak wie, że ta ocena nic nie znaczy. Dobrym rozwiązaniem w tym przypadku jest prowadzenie dzienniczka, który będzie zawsze do wglądu dla rodziców.

4. Czasami może trafić się przypadek niereformowalny - uczeń, który ma tak duże problemy z nauką lub motywacją do nauki, że przez wiele lekcji będzie trzeba wałkować ten sam materiał. Miałam jeden przypadek ucznia z dysleksją, który przez 3 miesiące nie mógł zapamiętać odmiany czasownika 'to be' - a raczej pomimo moich próśb, ani rodzice, ani uczeń nie wykazywali chęci zmiany. Musiałam więc zrobić coś czego zwykle nie robię - odłożyłam zaplanowane na ten dzień zadania i kazałam mu się uczyć tabelki, robiąc co 20 minut kartkówkę. Po dwóch godzinach takiego wkuwania na gorąco, tabelka była nauczona. Tak więc jeśli rodzice nie są zbyt pomocni w pilnowaniu, by dziecko uczyło się zadanego materiału, nie omijaj go, lecz wykorzystaj lekcje by pomóc uczniowi wkuć jak najwięcej. W ostateczności zrezygnuj, bo potem to Ty możesz ponieść odpowiedzialność za to, że dzieciak miał gdzieś naukę.

5. Cierpliwość - cóż, bez tej cechy może być ciężko. Ja nie należę do bardzo cierpliwych osób, ale staram się nie denerwować, gdy dziecko uparcie czegoś nie rozumie, lub nie może zapamiętać. Złość w takich momentach może tylko pogorszyć sprawę i zestresować dzieciaka. Dlatego bądź gotowy na powtarzanie niektórych zagadnień wiele razy, czasem wiele lekcji.

6. Nie musisz mieć specjalnych podręczników i nauczycielskich materiałów. Takie rzeczy są bardziej konieczne, gdy przygotowujesz starszych uczniów do różnych testów i egzaminów. U dzieci materiał jest na tyle prosty, że to nie będzie niezbędne. Zadania i tematy lekcji możesz ustalać samodzielnie. Oczywiście nie mogą być one wzięte całkowicie na odwal, pomieszane względem trudności zagadnień. Jednak materiał dla szkół podstawowych jest bardzo prosty i bez problemu przyjdzie ci ogarnięcie od czego zacząć. Internet także będzie pomocny - ja często szukam tu zadań, testów, zabaw i czytanek. Zadania wymyślam zwykle sama, a jeśli jest taka potrzeba to przerabiamy też materiał z książek szkolnych. 

7. Nie bądź ciepłą niesłowną kluchą - nie strasz sprawdzianami, tylko je rób. Bezwzględnie i jak najczęściej kontroluj czy uczeń odrobił prace domową i nauczył się słówek. Nie olewaj tego i nie bój się w ostateczności ukarać złą oceną. Żeby jednak taka ocena obeszła dziecko, najlepiej by ocenianie nabrało na waszych lekcjach bardziej formalnego charakteru - jak w punkcie 3, prowadź dziennik dla rodziców.

W poście co prawda skupiam się na nauce języków, ale te rady dotyczą także innych przedmiotów.

Ostatecznie dawanie korepetycji jest także przyjemne - szczególnie kiedy widzisz, że przynosi ono jakieś efekty i twoja praca nie idzie na marne. I hajs się zgadza :D

To tyle - zapraszam na mojego Fanpage


(Wiem, że większość moich zdjęć nijak się ma do tematu tekstu, ale tak mi się bardziej podoba! )


lipca 04, 2017

Worek kości vs. gruba świnia

Worek kości vs. gruba świnia
Dzisiaj poruszę temat wagi - nastały takie czasy, gdzie size + jest coraz bardziej na topie i niedługo świat chyba zacznie promować otyłość jako coś dobrego. Z jednej strony to dobrze, bo dzięki temu puszyste kobiety przestają się wstydzić własnego ciała. Z drugiej strony, czy nie lepiej promować normalność? Taką zupełnie normalną, ani przesadne chudnięcie, ani nadprogramowe ciało? Świat chce się zesrać z tą akceptacją wszystkiego, dlatego chyba najwyższy czas zacząć akceptować osoby naturalnie szczupłe.

Od mniej więcej dwóch lat moja masa graniczyła z lekką niedowagą. Było to dla mnie niezrozumiałe, bo odżywiałam się fastfoodami i innym tłustym syfem, potrafiłam też dość sporo pochłonąć na raz. A waga się nie podnosiła. Wynikało to przede wszystkim z anemii i braku żelaza. Myślę, że mogłam się do tego stanu doprowadzić poprzez nałogowe picie zielonej herbaty przez wiele miesięcy (co najmniej 5 kubków dziennie), która w nadmiarze wypłukuje żelazo, a także dość monotonną dietę. Teraz udało mi się przytyć te 2 ukochane kilogramy, ale nie było łatwo.

Świat już przyjął taką zasadę, że jakiekolwiek wytknięcie osobie otyłej właśnie otyłości jest nie na miejscu. Jeśli nazwiesz kogoś grubasem, zostaniesz zjechany za chamstwo i obrzucony kamieniami, i w gruncie rzeczy należy ci się. Ale jakim prawem osoba otyła rzuca komentarzami pod tytułem "przynajmniej mam trochę ciałka, nie co te patyki", "facet nie pies, na kości nie poleci"? Mnie takie teksty w okresach najbardziej dramatycznych strasznie irytowały i były równie obraźliwe, w szczególności, że rodzina wypowiadała je dość często i wydaje mi się, że nie zdawali sobie w ogóle sprawy, że mogą one mieć na mnie negatywny wpływ. Tłumaczyli to sobie, że to przecież dla mojego dobra i tak dalej, a ja z każdym kolejnym komentarzem gotowałam się w środku.

Na temat wagi ciężko jest spokojnie rozmawiać, ponieważ nawet jeśli chcemy pomóc, nasza dociekliwość może kogoś obrazić. Nie mówię, że najlepiej te tematy omijać szerokim łukiem, ale przecież można sobie darować takie mądrości. Niektóre osoby z nadprogramowymi kilogramami szczególnie oczekują specjalnego traktowania, a swoją otyłość zasłaniają tym, że nie urodziły się naturalnymi patykami.

Nadwaga nie jest normalna, prowadzi do wielu chorób. Trzeba ją akceptować, bo najczęściej jest powodowana przez jakiś czynnik, często ktoś ma genetycznie wrodzone predyspozycje do otyłości, ale powinno się ją zwalczać. Tak samo ja starałam się wrócić do normalnej wagi, bo anemia także jest chorobą. Obecnie ważę 53 kilogramy, więc przy moim wzroście to już całkowicie normalna waga.

Podsumowując - chudzielce, szczególnie takie, które próbują przytyć, też nie tolerują krytyki, bo jest ona równie obraźliwa co dla innych "gruba świnia". Pomyślcie o tym następnym razem kiedy będziecie chcieli (nawet bez złych intencji) nazwać kogoś patykiem albo workiem kości.



(A tu fotka od fadera, Pieniny ;3)

czerwca 09, 2017

"Trudne sprawy", czyli jak zniszczyć sobie życie

"Trudne sprawy", czyli jak zniszczyć sobie życie
Seriale (o ile można to nazwać serialem) pokroju Trudnych Spraw oglądałam odkąd tylko zaistniały w telewizji. Nie popełniaj tego błędu. Serio, oglądaj cokolwiek, nawet jeśli ma to być film dokumentalny o kopulujących płetwalach błękitnych.

Teraz jest już cała masa takich programów, a zaczynało się od tych różnych detektywów i w11, sądów rodzinnych i innych rozmowów w toku. Takie programy fajnie sobie czasem obejrzeć dla rozrywki, potrafią zaciekawić. Problem pojawia się wtedy, kiedy są emitowane cały dzień i nie ma niczego innego do oglądania, więc wałkujemy jeden po drugim pod rząd.

czerwca 03, 2017

Proste maseczki z węgla aktywnego

Proste maseczki z węgla aktywnego
O właściwościach węgla aktywnego napiszę kiedy indziej, bo to temat na oddzielny post. Dzisiaj pokaże tylko 2 przepisy na turbo proste maseczki oczyszczające dla leniwych i biednych studentów.
To taka marna podróbka tych depilujących twarz maseczek i nie poradzi sobie z wszystkimi syfami, szczególnie za pierwszym razem. Jak używam ich zamiennie i zwykle potem robię jeszcze jakąś maskę nawilżającą, bo węgiel strasznie ściąga skórę. Lepiej kupić kapsułki z proszkiem, niż tabletki, bo trzeba się bawić w rozkruszanie.
Zacznę od najprostszego i najszybszego na świecie przepisu:

Składniki:

- tabletka węgla
- troszkę wody

maja 30, 2017

Rutyna poranna, czyli co skrzaty robią o świcie

Rutyna poranna, czyli co skrzaty robią o świcie
Ciężko mi zdefiniować udany poranek. Czasami jest to poranek kiedy mogę przeciągnąć to do południa i się wyleżeć. W innym razem jest to wstanie o świcie i zrobienie czegoś pożytecznego. Staram się skłaniać ku tej drugiej opcji, bo to znacznie ułatwia mi dzień po powrocie z uczelni.

maja 19, 2017

3 pasty kanapkowe, które zmienią twoje życie na lepsze

3 pasty kanapkowe, które zmienią twoje życie na lepsze
Wielokrotnie próbowałam stworzyć pasty z suszonych pomidorów albo kaszy jaglanej. Za każdym razem, bez względu na przepis z jakiego korzystałam, wychodziła mi jedna wielka kupa i jak się domyślacie, nie dało się tego jeść. Dlatego pozostaje wierna 3 przepisom, z czego 2 od dawna robiła mi mamke. Za te pasty wybaczam jej, że nie chciała mi kupić plastikowych garnków na odpuście w 2006 roku.

maja 16, 2017

"Świat schodzi na psy" - czy kiedyś żyło się lepiej?

"Świat schodzi na psy" - czy kiedyś żyło się lepiej?
Kiedyś było lepiej? No tak, w końcu kiedyś nie było przemocy, gwałtów, wojen, a nastolatkowie nie przechodzili buntu. No i tych, internetów nie było. Bo wszystko to przecież wina internetu, co nie? Tak Ci się źle żyje? Ah, te cholerne czasy kiedy mamy te wszystkie chore rzeczy - kanalizacje, ciepłą wodę i prąd. Kiedyś to było lepiej, sikanie do wiadra i grzanie wody ze studni w piecu.

Nie wiem w jakim świecie żyjecie, ale jesteście w błędzie jeśli wydaje wam się, że kiedyś żyło się lepiej. Dzisiejszy świat, szczególnie w naszym kraju to sielanka. Żyjemy sobie spokojnie, nikt w biały dzień nie zabije cię na ulicy (to nie Norwegia co nie).

maja 13, 2017

Kilka porad jak przetrwać sesję

Kilka porad jak przetrwać sesję

Nie ma niestety prostego lekarstwa, który wyleczy sesję. Trzeba ją przeżyć i wrócić do żywych. Nie ma rady - materiał trzeba wkuć, projekty pooddawać, a egzaminy zaliczyć. W związku z tym, że powoli zaczyna się moja czwarta sesja, chciałam się podzielić własnymi sposobami, które bardzo mi pomagają - nie tylko we wkuwaniu, ale w nie zwariowaniu od nadmiaru obowiązków.

maja 11, 2017

Czy nadmiar roślin jest szkodliwy?

Czy nadmiar roślin jest szkodliwy?
Rok temu zaczęłam nałogowo znosić do domu chwasty. W zasadzie o ile sięgam pamięcią to zawsze posiadanie badyli było dla mnie atrakcyjne, ale wstydziłam się wykonać tak skomplikowaną operacje jak zakup rośliny w sklepie. Wydawało mi się, że to po prostu wiocha i jak ktoś zobaczy, że kupuje badyla w takiej biedronce, to zostanę wyśmiana (ehhh).

Od kiedy w moim domu pojawiło się więcej badyli wciąż natykałam się na jakiej komentarze, że to niezdrowe i tak dalej. Jestem leniem, więc nawet jeśli już szukałam informacji w internetach na ten temat, to szybko mi się to nudziło, bo tak naprawdę, na każdej stronie ktoś głosi inną tezę.

maja 09, 2017

Najdziwniejsza fantastyka, czyli Władcy dinozaurów

 Najdziwniejsza fantastyka, czyli Władcy dinozaurów



Dziś przyszedł czas na pierwszą recenzję książki fabularnej na tym blogu. Zaczynam od dzieła, które jest dość specyficzne i ciężkostrawne, ale zawiera w sobie smaczki, które pozwoliły mi ją skończyć.



A więc - "Władcy dinozaurów" Victora Milana.

Kilka lat temu, już przy oglądaniu Jurassic Parku pomyślałam sobie, że fajnie byłoby przeczytać coś co łączy w sobie świat dinozaurów z fantastyczną wizją wojowników, rycerzy i wojen. Brzmiało to jednak w mojej głowie trochę komicznie i kiczowato, jednak nie takie rzeczy już widziałam w fantasy - gdyby ktoś potrafił umiejętnie zrealizować taką wizję, wyszłoby coś niewyobrażalnie zajebistego pod każdym względem.

Możecie sobie zatem wyobrazić jaka była moja reakcja kiedy przypadkiem znalazłam tą książkę w tamtym roku w księgarni. Sama okładka wystarczyła do tego by ten klocek znalazł się w moich łapach. Niestety Milan nie zrealizował tej wizji dobrze - być może wynika to z faktu, że to dopiero pierwsza część prawdopodobnie długiej opowieści.



Ale po kolei. Świat jaki sobie wymyślił jednocześnie mi się podoba i nie podoba. Sposób w jaki pokazane jest współżycie ludzi z dinozaurami jest świetny - jest to zupełnie inna wizja niż w Jurrasic Parku, gdzie na każdym kroku czai się jakiś tyranozaur, który zeżre wszystko co mu wpadnie w malutkie łapciątka. Nie, tu jest względnie bezpiecznie, ludzie nie są bezbronni. Dinozaury można udomowić, wyszkolić do walki. Opisy dinozaurów są bardzo dobre, ciarki chodzą po plecach kiedy czytamy opisy triceratopsów i innych wielkich gadów.

Milan wykreował swój świat w oparciu o średniowieczną Europę, co także trochę mnie irytuje - nazwy są niemal zjebane z nazw europejskich krajów i imion. Wolałabym trochę mniej ograniczony skojarzeniami świat. Większa część akcji toczy się na terenach będących odpowiednikiem Hiszpanii - zatem język, imiona i inne nazwy są jak z brazylijskiej telenoweli, co mnie okrutnie boli, bo od zawsze odczuwam jakaś dziwną nienawiść do kultur hiszpańskich, do ich języka i wszystkiego. 



Właściwie wpadła mi też do głowy myśl że może Milan ma co do kolejnych części książki chytry plan - być może w jego Raj dupnie meteoryt, ale ludzie przeżyją i odbudują świat, który odziedziczy lekko zmienione nazwy Europy 

Największym zawodem tej książki jest jednak fabuła i bohaterowie - mam wrażenie, że przez większość książki nie dzieje się nic ciekawego, godnego uwagi ani pożytecznego. Bohaterowie sobie wędrują, żeby wędrować, albo gadają żeby gadać i nie wnosi to zupełnie nic do historii. Gdyby nie fakt, że w tle pojawiają się wielkie gady, nic nie byłoby w stanie do tej fabuły przyciągnąć. To trochę marna imitacja Gry o tron, bo Milan widocznie chce uzyskać podobne efekty - dworskie intrygi, ogrom bohaterów, wojny. Bohaterów także wprowadza dość nieumiejętnie. Już na początku w dialogach bierze udział zbyt duża ilość osób, których ciężko spamiętać, w szczególności, że sam dialog także nie jest dopracowany. W efekcie jest wiele momentów, gdzie właściwie nie wiadomo co kto mówi. Dodatkowo większość postaci pobocznych to totalnie bezpłciowe klocki, które niby mają wzbudzić jakieś emocje i sympatie (abo nienawiść), jednak wszystkie są takie same - ciężko wyczuć kto ma jaki charakter, bo każdy ma taki sam. Nie wiadomo jak się do takich postaci zbliżyć i jak sobie wyrobić na ich temat opinię. Mało tego, większość postaci na dworze cesarskim robi zupełnie niezrozumiałe i sprzeczne rzeczy - raz zachowują się niczym wzory cnót, innym razem są opisane jako gbury i chamy. Wszyscy. Tak samo. Odnoszę wrażenie, że wszyscy z nich są podłączeni do jednego mózgu. Szarość.

Pozostaje jeszcze sprawa zasad jakie tam panują - świat jest pełen rudych ludzi (taki smaczek, pewnie wyginą razem z dinusiami jak już meteoryt dupnie kek), homoseksualizm wśród walecznych rycerzy jest na porządku dziennym - tworzą związki, a jak ktoś związku nie ma to jest inny. W sumie niech sobie wsadzają w co chcą, ale problem mam z tym, że są to związki poligamiczne - koleś ma narzeczoną a przy okazji ukochanego, co także nie jest niczym dziwnym. 

Pomimo, że opisy walk są dość mocne, byłoby jeszcze miło gdyby czytelnik mógł zrozumieć kto z kim walczy. Cała początkowa scena walki wprowadza w błąd, bo do tej pory (a skończyłam już 2 część książki) nie rozumiem co tam się właściwie wydarzyło, a wracałam do tego fragmentu wiele razy, by spróbować go zrozumieć. Nie wiadomo kto walczy z kim i kto kogo zdradził, co dość źle wpływa na dalszą fabułę. 




Nie wiem czy to książka godna polecenia, akcja trochę rusza z kopyta w drugiej części (ale dopiero jak się przebrnie pierwsze 100 stron).

Ps. Zapraszam na mój fanpejdż i instagram, pod taką samą nazwą jak blog. Dużo drzew, chwastów i ciemności!



Copyright © 2016 gnome household , Blogger