stycznia 15, 2019

Jak teraz wygląda moje gniazdko? - aktualizacja twierdzy

Jak teraz wygląda moje gniazdko? - aktualizacja twierdzy
Hejoszka, dziś będzie króciutko - mam sporo roboty na studia, a nie chciałam zbyt długo milczeć. Dlatego pokażę Wam niewielką aktualizację kilku zakątków mojego ogromnego leśnego zamczyska.



Najciekawszym miejscem jest obecnie ta ściana. Trzeba zamalować niektóre punkty (nieudane zabawy z taśmą montażową) i brakuje jeszcze kilku mniejszych ozdóbek. Pojawiły się wreszcie stare gablotki, w których będę przechowywać kamyczki i inne drobiazgi. Pokaże je Wam dokładniej w styczniowych artefaktach. Wciąż szukam po aukcjach drukarskiej szuflady - to taka duża drewniana gablotka z wieloma przegródkami, którą jednak dosyć ciężko dostać na olxie. Zawiesiłam też dwa kwietniki najwyżej, bo wciąż było mi jakoś pusto. Jeden z nich jednak trzeba wymienić, bo wydaje się niestabilny i ktoś może oberwać doniczką po łbie.





Mam bardzo ambitne plany na epipremnum. Nie wiem jak je poprowadzić, żeby zarosło mi pokój. Nie wiem czy przewieszać linki nad pokojem, czy może poprowadzić je po ścianie. Aktualnie wszystkie pnącza tnę, ukorzeniam od nowa i zagęszczam, żeby busz był konkretny. Moje scindapsusy pstre już wypuszczają pierwsze liście i nie mogę się doczekać, aż je zawieszę. Kupiłam też nowe bluszcze. Przekonałam się także do monstery adansonii, którą dostałam od chłopaka i nie mogę się doczekać aż te trzy nowe wyrastające pędy się całkiem rozwiną i zakrzaczą półkę.

Parapet jest cały zajęty, pełno tu dupereli, które wiosną polecą na balkon. Ostatnio wróciłam do zabaw w kominki i świeczniki, dosyć często podgrzewam sobie sosnę i lawendę. Polecam to połączenie :D mam ukochany kominek sówkę poniżej







A tak to wygląda w całości - niestety jest dosyć ciemno, więc zdjęcia takie sobie :<




Co myślicie? Podoba Wam się? :D

Odsyłam też do przydatnych wpisów:

- Jak zrobić doniczki z betonu?

- Poradnik pielęgnacji roślin - dla początkujących

- Jak dbać o rośliny zimą?

- Jak zrobić las w słoiku?





stycznia 12, 2019

Pierwsze wrażenia po odżywkach do włosów Vis Plantis

Pierwsze wrażenia po odżywkach do włosów Vis Plantis
Ostatnio odkryłam fajne odżywki i dziś chciałabym trochę o nich opowiedzieć. Testuje je krótko, ale prawie na pewno będę do nich wracać (o ile kiedykolwiek się skończą!). Mowa o serii odżywek z Vis Plantis. Zapraszam!


odzywkivisplantis

Ogólne wrażenia

Największą zaletą jest pojemność względem ceny (400 ml/ok.10 zł). To dosyć duże opakowania, które starczają na bardzo długo. Na pewno nie mogę powiedzieć, że wyróżniają się specjalnie na tle innych produktów. Są zwyczajne - nie mają zbyt bogatych składów, a jedynie takie nie szkodliwe. Każda odżywka ma około 3 ekstrakty. Ciężko mi się recenzuje tego typu kosmetyki - bo należę do osób, które wiedzą, że odżywka to nie jest magiczny produkt naprawiający i nawilżający włosy od tak. Odżywki są dla mnie raczej pewną formą zabezpieczania włosów. No chyba, że mowa o odżywkach proteinowych, które trzymam na włosach dłużej. Dlatego nie przeczytacie tu, że te kosmetyki sprawiły, że moje włosy są po nich niesamowicie nawilżone i zregenerowane. Nie umiem powiedzieć czy takie są - powiem jedynie, że włosy dobrze się po nich układają. To chyba liczy się dla mnie obecnie najbardziej (poza składem) - żeby odżywka nie wywoływała przyklapu i żeby włosy nie były po niej sypkie. Takie duże pojemności sprawiają, że wykorzystuje je także jako produkty bazowe do domowych maseczek. W tej roli także się spisują.


Czy nadają się do mycia włosów?

Nie sprawdziły mi się do mycia. Nie domywają mi kłaczków. Na drugi dzień włosy są postrączkowane i tłuste. Ale wypracowałam sobie sposób idealny - na długości myje nimi, a skalp szamponem. W takim układzie ani nie ma przyklapu, ani smalcu.

Nie sugerowałabym się opisem na etykietkach - nie sądzę, że są w stanie przyspieszyć porost. Ja w ogóle nie wierzę, że odżywki mogą działać na takie rzeczy - ale ja już takich czarów od odżywek nie wymagam. Odżywka ma u mnie inne zadanie. Ubolewam tylko, że nie wyszło nam z myciem, to byłaby idealna alternatywa dla Kallosa.

Nie mam wśród nich jednego ulubieńca. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie różnią się działaniem - a przynajmniej nie zaobserwowałam tego na swoich włosach. Nie umiem powiedzieć, która "wygrywa" :D


Składy:

Odżywka do włosów osłabionych z tendencją do wypadania
Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behenamidopropyl Dimethylamine, Isopropyl Palmitate, Trigonella Foenum Extract, Raphanus Sativus Root Extract, Equisetum Arvense Extract, Butyrospermum Parkii Butter, Cetrimonium Chloride, Niacinamide, Lactic Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool



Odżywka do włosów z tendencją do przetłuszczania
Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Behenamidopropyl Dimethylamine, Glycerin, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Silybum Marianum Seed Extract, Melissa Officinalis Leaf Extract, Zinc Sulfite, Isopropyl Palmitate, Cetrimonium Chloride, Lactic Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate



Odżywka do włosów suchych i matowych

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behenamidopropyl Dimethylamine, Isopropyl Palmitate, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Tilia Cordata Leaf Extract, Althaea Officinalis Root Extract, Cetrimonium Chloride, Helianthus Annuus Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Lactic Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Linalool


Są jeszcze dwie maski, których nie mam:


Odżywka do włosów osłabionych zabiegami stylizacyjnymi

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behenamidopropyl Dimethylamine, Isopropyl Palmitate, Cucurbita Pepo Seed Oil, Triticum Vulgare Bran Extract, Avena Sativa Kernel Extract, Butyrospermum Parkii Butter, Maltooligosyl Glucoside, Hydrogenated Starch Hydrolysate, Cetrimonium Chloride, Lactic Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Limonene, Linalool, Butylphenyl Methylpropional


Odżywka do włosów cienkich i pozbawionych objętości
Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Cetyl Alcohol, Isopropyl Palmitate, Nigella Sativa Seed Extract, Gossypium Herbaceum Extract, Linum Usitatissimum Seed Extract, Behentrimonium Methosulfate, Quaternium-80, C10-40 Isoalkylamidopropylethyldimonium Ethosulfate, Cetrimonium Chloride, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Propylene Glycol, Lactic Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate



Najnowsze wpisy na blogu:

- Artefakty grudzień 2018

- Czy oceny w szkole mają znaczenie?


stycznia 09, 2019

Wysokie wyniki matur i krótka historia o tym, jak bezużyteczna była dla mnie szkoła

Wysokie wyniki matur i krótka historia o tym, jak bezużyteczna była dla mnie szkoła
Dzień dobry. Od końca liceum minęły 4 lata i dziwie się, że tak późno podejmuję ten temat. Mam jednak nadzieję, że mój przypadek podniesie kogoś na duchu - nie tylko maturzystów, ale wszystkich innych uczniów, którym środowisko próbuje udowodnić, że są nic nie warci i nic nie osiągną.



W gimnazjum byłam najlepsza. W klasie pełnej dorastającej, mało ambitnej młodzieży byłam tym kujonem, który zawsze wszystko umie i da spisać pracę domową z pszyrki. W liceum z kolei, które było zbiorowiskiem bardzo ambitnych osób, moja rola się odwróciła. Bardzo szybko stałam się najgorsza, a sprawy nie ułatwiło zachowanie mojej wychowawczyni (nauczycielki polskiego), która na każdym kroku jeszcze bardziej mnie pogrążała. Może nie byłam jedyna - było jeszcze kilka słabych osób, ale mimo wszystko bardzo mnie to bolało, szczególnie że klasa szybko zaczęła traktować mnie jak debila. Najgorzej jednak robi się, gdy zaczynasz wierzyć im, że jesteś tym debilem. Co pomyślicie o pedagogu, który mówi matce uczennicy, że jej córka nawet nie musi podchodzić do matury, bo i tak nie ma żadnej szansy jej zdać? Taką informacje raz otrzymała moja mama od szanownej pani wychowawczyni. W jakich chipsach rozdają takim ludziom dyplomy pozwalające pracować z dzieciakami?

Nie chcę oczywiście zganiać wszystkiego na szkołę - też mam sporo za uszami. Nie da się ukryć, że nie zrobiłam dobrego pierwszego wrażenia, nie da się ukryć, że bywałam zbyt leniwa. Poza tym, poziom tego liceum był dość wysoki. Ale świadomość, że znowu zostanę sprowadzona do parteru na forum klasy zaczęła mnie w końcu przytłaczać. I wtedy wprowadziłam nałogowe wagarowanie - byleby nie mieć kontaktu z takimi ludźmi. Bywały miesiące, że połowę dni nie było mnie w szkole. Byłam tak naprawdę tylko tyle, by nie wylecieć za opuszczenie zbyt dużej ilości godzin. 

Starałam się zawsze pokazywać, że mam to w dupie. Bywałam opryskliwa, nie wchodziłam w niepotrzebne dyskusje, na polskim całkowicie przestałam się odzywać, bo nauczyłam się, że milcząc, oberwę mniej niż mówiąc. I to działało. Ale każdy człowiek ma jakąś granicę wytrzymałości. U mnie czarę goryczy przelała sytuacja, gdy przeczytałam lekturę od deski do deski i sama zgłosiłam się do odpowiedzi. Niestety odpowiedź była nieprawidłowa (konsultowałam z inną polonistką - u niej jakoś się zgadzało) - poprawił mnie inny uczeń, mówiąc dokładnie to samo, tyle że innymi słowami. Wtedy już się poddałam. Nie jesteśmy robotami - gdy ktoś mówi "mam to gdzieś, nie rusza mnie to", to kłamie. Bo ludzie mniej lub bardziej przezywają takie rzeczy, mniej lub bardziej je pokazują - ale to nie znaczy, że ich nie czują. Zaczęłam się zastanawiać - po co mam czytać lekturę - zupełnie nie ciekawą dla mnie książkę, skoro i tak da mi to niewiele więcej niż streszczenie. Po co mam się męczyć, i tracić czas, skoro ktoś na moje starania pluje.

I teraz pytanie - czy wyniki maturalne to WYŁĄCZNIE zasługa szkoły? Bo w moim przypadku na pewno nie. Wiele osób z mojej klasy chyba troszkę było w szoku po informacji, że ta klasowa zakała ma z wszystkiego ponad 90%. Z drugiej strony - słyszałam, że niektóre osoby z lepszymi wynikami w nauce nie dały rady wyciągnąć nawet 50%. To w sumie bardzo smutne - starali się, pracowali, a mimo wszystko nie trafili na "odpowiednią" maturę, coś poszło nie tak. 

Ja wszystkiego uczyłam się sama. Polski, matma, języki - tylko to mnie interesowało. Nie miałam żadnych oporów żeby sobie opuścić nawet takie lekcje w szkole - i tak nic z nich nie wynosiłam. Moje wyniki to zasługa korepetycji i własnej pracy w domu, dziesiątki przerobionych arkuszy, godziny spędzone przed próbnym testami i zadaniami, a także wsparcie rodziny i korepetytorów, którzy o moich umiejętnościach mięli zgoła inne zdanie niż nauczyciele szkolni. Bo nie sama wiedza jest tu istotna, ale nasza samoocena i wiara we własne możliwości. A nie można zbudować zdrowej samooceny, dostając od świata jedynie krytykę i brak wiary - szczególnie, gdy nie ma się silnego charakteru, który poradzi sobie z takimi sytuacjami. Bardzo się cieszę, że trafiłam w życiu na ludzi, którzy pokazali mi, że źle o sobie myślę i że mam potencjał, który chyba podświadomie ukrywam w imię samospełniającego się proroctwa. 

Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy odbierałam wyniki maturalne od mojej wychowawczyni. Nigdy nie zapomnę jej wstydu i nigdy nie przestanę żałować, że nie miałam odwagi powiedzieć jej na koniec, że nie zawdzięczam jej ani jednego procenta. Mam nadzieję że Wy trafiliście na nauczycieli, którzy wiedzą jak pracować z młodzieżą. Odpowiedni nauczyciel to skarb. 

Bierzcie do siebie krytykę i wyciągajcie z niej wnioski - ale nie pozwólcie się gnoić i wmawiać sobie, że nic nie osiągniecie. I absolutnie nie interpretujcie tego tekstu jako zachętę do olewania nauki w szkole i wagarowania - ja po prostu musiałam znaleźć alternatywny sposób, żeby przetrwać i zdać testy, ale jeśli macie w szkole dobre wyniki, to nie niszczcie tego. Pamiętajcie tylko, że oceny to nie wszystko. Gdzieś tam liczy się jeszcze szereg czynników, które decydują o tym co macie w głowach. A czasami wystarczy odrobina szczęścia. 

To tyle ode mnie! Papa! 

stycznia 05, 2019

Artefakty - grudzień 2018

Artefakty - grudzień 2018
To już chyba ostatni wpis w tym roku, a że przy okazji mamy koniec miesiąca - nie mogło zabraknąć artefaktów! Standardowo, mam trochę nowych staroci, których jeszcze w całości nigdzie nie pokazywałam.

To napisałam w grudniu. A jest styczeń, a ja nadal chora.

Grudzień był ciężki i większość mojego budżetu poszła na świąteczne prezenty. Choć część z nich zaczęłam kompletować na promocjach w listopadzie, w grudniu prezenty zeżarły mi portfel. A może tylko tak sobie tłumaczę, moje wcześniejsze starociowe szaleństwo ;v. Zaczynajmy:


"Mosiężne" lustro

Dorwane w sklepiku z antykami. Niestety to nie prawdziwy mosiądz, tylko jakieś tworzywo, ale wygląda ślicznie. Pralka potłukła mi lusterko do makijażu, więc zanim kupie nowe, używam tego ;v



Ramki z Pepco

Były na jakiejś przecenie i nie byłam pewna czy brać, bo jednak widać, że to chamski plastik. Na ścianie nie wyglądają jednak tak źle.




Świecznik solny

Kupiłam go za 15 zł w Lookah na Piotrkowskiej. W ogóle następnym razem zabiorę tam więcej gotówki, bo było co najmniej kilkanaście przedmiotów, których niemożliwość kupna w danej chwili zabolała mnie w dupę. Zdecydowanie wolę świecznik niż lampę solną, bo świecznik się nie zepsuje, a z lampami różnie bywa. Poza tym, świecznik według mnie daje o wiele lepszy efekt, przez "pulsowanie" płomienia wewnątrz. Lampa zwykle świeci równomiernie i światło się nie porusza, w świeczniku płomyk pięknie miga i daje to cudowny efekt. Zdecydowanie dokupię sobie u nich jeszcze ze dwa skoro mają takie tanie.




Annabelle Minerals

Prezent od teściowej. Nie mogłam się zdecydować jakie kolory wybrać, dlatego stwierdziłam że mniejsze próbki wielu kolorów będą najlepszą opcją. Mam korektory oraz podkłady matujące, które powoli będę testować.



Miedziane kociołki

Chyba miały ciężki żywot. Ja wykorzystam je jako doniczki na zioła lub sadzonki :D



Kuferek

Nie załapał się na poprzednie artefakty, przyszedł trochę za późno. Jest idealny. Póki co robi za pudełko na wszystkie pierdoły, które normalnie walają się na stole, ale może doczeka się bardziej odpowiedzialnej funkcji.



Rośliny tatrzańskie

Taka śliczna książeczka z antykwariatu.




Świeczniki i fajka

A to świąteczny złom od kuzynki :D





Liczyłam, że uda mi się teraz trochę zaoszczędzić, ale już zamówiłam z olxa dwa sztosy, które zobaczycie w artefaktach styczniowych...Zdecydowanie odinstalowuje ta aplikacje. Od teraz tylko tanie pchle targi. Już spisałam sobie lokalizacje najciekawszych targów z mojego miasta i mam w planach powoli wszystkie zwiedzać.

I na koniec jeszcze krótkie podsumowanie 2018 - dziękuje, że byliście ze mną w tym roku, że czytacie te wypociny, że pisaliście, komentowaliście i udostępnialiście. Myśl, że kogoś interesują moje treści bardzo motywuje mnie do tworzenia ich dalej. Widzę ogromną różnicę w statystykach od pół roku - czyli od momentu gdy wreszcie zaczęłam tworzyć regularnie. Czasami sobie myślę, że to nadal niewiele i te kilka tysięcy czytelników miesięcznie to nadal za mało, ale czuję że pisałabym choćby tylko dla jednej osoby po drugiej stronie. Mam nadzieje, że nie uciekniecie stąd zbyt szybko. Mam mnóstwo planów na dalszy rozwój bloga i przede wszystkim kanału - który miał powstać dopiero w styczniu 2019, a i tak udało się to ogarnąć wcześniej. Troszkę ewoluują moje treści na Instagramie, na pewno zmieni się wygląd strony, uzupełniam sprzęt do nagrywania i myślę też nad Newsletterem. Będzie sporo nowych przepisów na kosmetyki i mam zamiar wrzucić teraz kilka bardziej wymagających receptur, by nie tworzyć przepisów tylko dla początkujących. Jeszcze raz dziękuje, że tu jesteście :D


Zerknijcie też do Artefaktów z poprzednich miesięcy:

- Listopad 2018 (drzewo, starocia, magiczne kuferki)

Październik (henna, ikeła, "Lewa Ręka Boga")

grudnia 31, 2018

Składasz życzenia przez internet? Wiedz, że jesteś dzbanem

Składasz życzenia przez internet? Wiedz, że jesteś dzbanem
Grudzień to miesiąc, który byłby piękny, gdyby nie dwie okazje, do zaśmiecania mi skrzynki przez ludzi, którzy mają mnie w dupie. Życzenia przez internet - kto z nas nigdy tego nie robił? Ja robiłam - dawno, za czasów gimbazy. Wtedy obowiązkowo trzeba było napisać na fejsie "sto lat" Weronice, czy innej Beatce, którą znam tylko z widzenia. Większość z tego wyrosła, niepokoi mnie, że tak wielu zostało i wciąż to robi.



Mamy ostatni dzień roku, a ja dostałam już kilka identycznych skopiowanych formułek na fejsie - od ludzi, którzy się nawet nie znają i nie mogli się nimi wymienić. Wyobrażacie sobie więc ile osób dostało taką samą wiadomość? To samo było w święta - świąteczne esemeski o wódeczce i cyckach to już pomijam, ale także masa gifów, grafik i innych gówien, które każdy wysyła z automatu, bo taki jest nasz obywatelski obowiązek.

W tym wszystkim staram się jakoś usprawiedliwiać starsze osoby z rodziny - gdzieś tam głęboko zakorzenione mają poczucie, że tak trzeba, że tak wypada. Że trzeba dzwonić w imieniny cioci Krysi, której na oczy nie widziało się 10 lat, że trzeba pamiętać. Ale mam problem ze zrozumieniem młodszego pokolenia i ludzi, z którymi nawet nie rozmawiam, a też dostałam od nich dwa słowa życzeń albo głupi gif. Czemu to ma służyć? Czy na ulicy też podchodzicie do nieznajomych ludzi i wciskacie im fałszywe "sto lat" i "wesołych świąt"? To wszystko jest po prostu zwyczajnie żenujące. To żaden wysiłek i szczere chęci, a jedynie potrzeba szybkiego "odhaczenia" zadania, które powinno się zrobić, bo co ludzie pomyślą.

Nie składam ludziom życzeń, jeśli nawet nie wiem czym się interesują, o czym marzą, kim są. Nie odpisuje na durne życzenia urodzinowe i za nie nie dziękuje, bo czułabym się źle, że marnuje czas na dziękowanie za nieszczere teksty od osób, którym jestem kompletnie obojętna i dla których jestem tylko kolejnym avatarem Facebooka.

Nie uczynicie świata lepszym i bardziej wartościowym przez wysyłanie ludziom mało szczerych i nie wymagających wierszyków o Wesołym Jajku. Napisanie życzeń od serca, to zaledwie kilka minut roboty. Naprawdę. I wystarczy napisać je tylko najbliższym osobom, nikt nie wymaga, żebyście rozdawali je komu popadnie.

Olu, z którą ostatni raz widziałam się na obozie tanecznym 8 lat temu - nie obrażę się jeśli zapomnisz o moich urodzinach.

I to tyle ode mnie. Nic wam nie życzę - za to dziękuje, że byliście ze mną! Podeślijcie ten tekst każdej osobie, która straciła te cenne 4 sekundy życia na wysłanie Wam noworocznego wierszyka!

grudnia 27, 2018

Bielenda Botanic Spa Rituals - moje wrażenia

 Bielenda Botanic Spa Rituals - moje wrażenia
Trochę późno się za to zabieram, ale raczej nie mam w zwyczaju magazynować zbyt wielu kosmetyków, dlatego moja recenzja zielonej serii Botanic Spa pojawia się w chwili, gdy cały internet już o nich słyszał. Jak tylko je potestuję, zabieram się za serię brązową. Mam 4 kosmetyki, z czego jeden z linii "opuncja i aloes" a reszta "kurkuma i chia".

bielendabotanicspamojewrazenia


Olejek przeciw zmarszczkom

Kupiłam go najpierw, więc testowałam trochę dłużej. Olejek jest bardzo przyjemny, aczkolwiek nie zwala z nóg. Dobrze się wchłaniał, czasami używałam go zamiast kremu i wychodziłam tak do ludzi. Bardzo lubię czuć oleje na skórze. Zwykle jednak wędrował do kremu lub na krem, bo miałam wrażenie, że sam krem tak dziwacznie zastyga na twarzy i potrzebowałam, no właśnie, czuć się tłuściej :D. Podoba mi się, że nie ma tu oleju sojowego albo z winogron, bo to dla mnie takie tanie zapychacze. Czy działa przeciwzmarszczkowo? Za krótko go testowałam, żeby to stwierdzić, i nie do końca wierze, że oleje mają takie właściwości.


Skład: Persea Gratissima (Avocado) Oil, Tripelargonin, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Oryza Sativa (Rice) Bran Oil, Ethylhexyl Stearate, Tocopheryl Acetate, Opuntia Ficus - Indica Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder*, Tocopherol, Aqua (Water), Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool




Serum regenerujące kurkuma + chia

Serum ma konsystencję lekkiego żelu. Nie mogłam się do niego przyzwyczaić, bo zwykle używałam olejowych. Myślę, że nie ma opcji żeby go używać inaczej niż pod krem lub olej, bo nie ma w składzie fazy tłuszczowej i może zwyczajnie wyparować. Takie też mam uczucie, gdy go nakładam i zwlekam z nakładaniem kremu. Ma potencjał nawilżający, ale odnoszę wrażenie, że to strasznie pospolita i prosta receptura. Gliceryna na początku składu nie każdemu pasuje w dodatku. Pomimo, że jest przyjemne, nie widzę dodatkowego nawilżenia, poza tym które mam z samego kremu. Mojej skórze jest to chyba obojętne. Chociaż w zasadzie dosyć ciężko to sprawdzić. Jeśli macie to serum, nie pasuje Wam, a nie wiecie jak zużyć, powinno się świetnie sprawdzić w formie podkładu pod olej na włosy. Ja swoje akurat zużyje do twarzy, dość szybko mi schodzi, ale nie sądzę że kupie ponownie. Jest zwykłe - nie robi mi krzywdy, ale też nie działa spektakularnie. Jestem ciekawa jak by się sprawdziło na poparzenia słoneczne, myślę że gdybym testowała je w takich okolicznościach, bardziej by mnie mogło zachwycić. Tyle nawilżaczy na początku składów mogłoby ładnie ukoić skórę.


Skład:

Aqua (Water), Sorbitol, Glycerin, Panthenol, Sodium Lactate, Rosa Damascena Flower Water, Salvia Hispanica Seed Extract, Curcuma Longa Root Extract, Mandelic Acid, Sodium Hyaluronate, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Sodium Dehydroacetate,
Benzyl Alcohol

bielendabotanicspamojewrazenia


Śmietanka myjąca kurkuma + chia

Paradoksalnie ulubiona rzecz z tego zestawu, na samym początku zrobiła na mnie najgorsze wrażenie. Dlaczego? Bo traktowałam ją nie jako demakijaż, a mleczko myjące twarz bez tapety. Zostawiała mi potem taką nieprzyjemną warstwę jak to bywa z kosmetykami na emulgatorach. Może znacie to uczucie - pocenie się pod nosem. Pewnej nocy po imprezie wreszcie przetestowałam ją jako demakijaż i tu byłam wniebowzięta. Idealnie zmyła grubą szpachlę i to bez użycia żadnego wacika. Uwielbiam takie mleczka, bo wystarczy je wsmarować w twarz, spłukać wodą i powtórzyć, a cały makeup znika. Nienawidzę wykonywać demakijażu wacikami, ścierami i innymi przedmiotami, czuje się taka brudna jak to robię. Mleczko idealnie sobie radzi bez tego. Także teraz będę go używać już tylko w takiej formie i chyba nawet kupię ponownie o ile coś innego w podobnym stylu do mnie nie trafi.

Skład: Aqua, Tripelargonin, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Cocos Nucifera Oil, Persea Grotissima Oil, Sorbitan Stearate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Curcuma Longa Root Extract, Salvia Hispanica Seed Oil, Tocopheryl Acetate , Olus Oil, Tocopherol, Sodium Stearoyl Glutamate, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.



Krem regenerujący na dzień/noc - kurkuma + chia

Krem oprócz śmietanki też chyba najbardziej przypadł mi do gustu, pomimo wrażenia zasychania na twarzy. Jest dość ciężki według mnie, chociaż mógłby być jeszcze bardziej. Pięknie pachnie, ma śliczny skład (choć nadal prosty). Nie zapchał mnie, nie wchłania się na mnie do końca. Z dnia na dzień nawilżył mi przesuszoną na mrozie skórę, która była tak napięta, że aż bolało. Kupiłam go też mamie, ciekawe jak wrażenia u niej. Używam go rano i wieczorem, ale drugą opcję wzbogacam olejkiem. Widziałam, że sporo osób na niego narzeka, a mi całkiem pasuje. Fajnie, że można go kupić na miejscu, bo jeszcze do niedawna w Rossmanie było kiepsko z dobrymi składowo kremami.



Skład:  Aqua (Water), Tripelargonin, Orbignya Oleifera Seed Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin, Ethylhexyl Stearate, Sorbitan Stearate, Olea Europea (Olive) Fruit Oil, Tocopheryl Acetate, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Betaine, Salvia Hispanica Seed Oil, Curcuma Longa Root Extract, Olus Oil, Tocopherol, Zea Mays (Corn) Starch, Sorbitol, Sorbityl Laurate, Xanthan Gum, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Benzyl Alcohol, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool



Podsumowując


Myślę, że są to kosmetyki idealne na początek. Składy są bardzo dobre - ale adekwatne do ceny i myślę, że w takiej cenie ogólnie ciężko dostać kosmetyki, które powalają na kolana ogólnym działaniem. Składy są bardzo "podstawowe" - choć nie mają szkodliwych substancji, nie mają też w sobie żadnych niesamowitych, nietypowych składników. Składniki są bezpieczne i nieszkodliwe - ale to być może za mało dla bardziej wymagających konsumentów, którzy oczekują nie tylko naturalnych składów, ale także efektu wow. Te kosmetyki były dla mnie naprawdę bardzo przyjemne i nie narzekałam. Kiedy miałam skórę wysuszoną na wiór po zabawach w ciężki makijaż i łażenie po mrozie - odrobinka kremu dawała mi niesamowitą ulgę od razu po nałożeniu. Pytanie czy tak podstawowy skład jest w stanie zrobić coś więcej i długofalowo działać np. na spowolnienie starzenia skóry. Najbardziej interesującym mnie składnikiem jest w nich oczywiście olej z opuncji (tylko w olejku), choć jest dosyć daleko w składzie. Oprócz tego jestem fanką kurkumy i wiem jakie ma zalety. Poza tym - dość pospolite składniki. Myślę jednak, że i tak lepiej celować w tą serię, niż jakieś drogeryjne badziewia. Bardzo się cieszę, że Bielenda zaczyna wprowadzać coraz więcej dobrych składowo kosmetyków, mam  nadzieje że pójdzie o krok dalej i zaskoczy nas bardziej niezwykłymi recepturami.


Jestem bardzo ciekawa co Wy o nich sądzicie - a grupach widzę jak zwykle bardzo różnorodne opinie, jedni zachwalają, a inni wyśmiewają. A Wy?


Najnowsze wpisy:

- Dlaczego uważam, że postanowienia noworoczne to idiotyzm?

- Domowa maska przyspieszająca porost + wyzwanie



grudnia 23, 2018

Postanowienia noworoczne to idiotyzm

Postanowienia noworoczne to idiotyzm
Jeszcze kilka dni do końca roku i już zaczynam dostrzegać wszędzie symbole stycznia - między innymi durne postanowienia i ci biedacy, którzy doskonale sobie zdają sprawę, że ich nie spełnią, a jednak nadal się oszukują i piszą specjalne listy i plannery. Zastanawia mnie jak wiele lat potrzeba, żeby człowiek wreszcie zdał sobie sprawę, że to bezcelowe.



Też to kiedyś robiłam. Zwykle dotyczy to planów związanych z ćwiczeniami i rozwojem osobistym. Od stycznia zaczynam siłownie, od stycznia zacznę się uczyć, od stycznia zacznę robić prawko. I to działa. Zwykle jakiś tydzień. W moim przypadku kilka godzin. Styczeń nie jest magiczny i nie sprawi, że największy leń i nierób nagle zacznie spędzać 24 h na pracy i ćwiczeniach. To wszystko siedzi w głowie, a motywacja nie jest zależna od dat. Ten głupi nawyk rozpoczynania wszystkiego od nowego roku jest według mnie całkiem szkodliwy. Gdy pod koniec roku zaczynamy sobie powoli zbierać plany do kupy, ale zamiast podejmować już pierwsze kroki by je spełnić, czekamy i czekamy na odpowiedni moment, to cały zapał słabnie, emocje opadają, plany nie wydaja się już tak ważne. Część osób się wykrusza i przesypia odpowiednią chwilę, część wytrzymuje kilka dni, części udaje się działać kilka tygodni czy miesięcy, nielicznym uda się to zorganizować w całości i do końca. Czy znacie jakąś osobę, której udało się schudnąć 20 kilo po noworocznym postanowieniu? Bo ja nie znam, nie znam też nikogo kto utrzymałby się w jakimkolwiek innym noworocznym postanowieniu. To oczywiście o niczym nie świadczy, bo na pewno gdzieś tacy ludzie istnieją, co nie zmienia faktu, że te postanowienia są w większości przypadków gówno warte.

Najgorzej dzieje się jak prześpimy styczeń. W lutym nadchodzą wyrzuty sumienia, a skoro straciliśmy już miesiąc, to trzeba czekać cały rok, żeby móc zacząć tak na serio. Ale to już na sto procent. No nie. Robicie sobie krzywdę.

Dlatego mam dla Was dobrą radę. Jeśli chcecie coś zmienić, to czekanie do magicznej daty 1 stycznia nic nie pomoże. Zanim ten styczeń nastanie, cała motywacja do zmian zdąży się rozpłynąć w powietrzu. A co gdybyście wprowadzili zmiany już w grudniu? Czy to cokolwiek zmienia? 

Moje sprawy i plany rozkwitły w tym roku - a dokładniej, w połowie roku. Gdybym sobie postanowiła, że wszystkie zacznę realizować dopiero w styczniu 2019, żeby zacząć na czysto, to wpisy na blogu nadal pojawiałyby się co dwa miesiące, a ja nadal nie miałabym z tego żadnego pożytku. Tymczasem udało mi się zrealizować bardzo dużo planów, do których wcześniej nie mogłam się zebrać. Oczywiście to nie tak, że gdy się plany ogarnia w środku roku, a nie na początku, to idzie lepiej i skuteczniej. Po prostu to czekanie na możliwość działania jest bezsensowną stratą czasu. Dlaczego tak lubimy sobie to robić? Każdy dzień jest ważny. Po co czekać miesiąc, aż będziemy mogli wziąć się za siebie, skoro w tym miesiącu można wykonać już pełną listę zadań, które przybliżą nas do osiągnięcia celu?

Nie czekajcie na początek roku. On gówno znaczy. Zacznijcie działać od razu i nie marnujcie cennych dni!


Żegnam się z Wami, idę produkować uszka i życzę Wesołych Świąt wszystkim czytającym mnie skrzatom :D


Najnowsze wpisu:



grudnia 20, 2018

Maska przyspieszająca porost włosów + wyzwanie

Maska przyspieszająca porost włosów + wyzwanie
Post miał być wczoraj, ale początek tygodnia był dość męczący i trochę się nie wyrobiłam. Dzisiaj mam dla Was przepis na super maskę na porost włosów. Pamiętam jak się z nią grzebałam jeszcze w gimnazjum i dawała naprawdę super efekty. Miałam wtedy bardzo dużo czasu, a pielęgnacja włosów była jedną z niewielu czynności, które robiłam z własnej woli. Teraz nie mam już takiej cierpliwości, ale chętnie wrócę do tej maski, bo ostatnio złapało mnie zimowe linienie. Mam nadzieje, że przepis Wam się przyda. Czytajcie wpis do końca - być może ktoś będzie chętny wziąć udział w małym eksperymencie, który polega na mierzeniu włosów w trakcie używania tej maski przez miesiąc! A ja już nie przedłużam i zapraszam do czytania.

jakszybkozapuscicwlosy



Skład maski:

- sok z czarnej rzepy (połówka warzywa)
- macerat z łopianu - łyżka
- napar z kozieradki - dwie/trzy łyżki
- kapsułka witaminy E
- szczypta cynamonu/suszonego imbiru lub ostrej papryki


Jak robimy maskę?

Zaczynamy od zrobienia maceratu - który wystarczy nam na kilka tygodni przy codziennym robieniu maski,. Macerat robimy na gorąco, bo się nam spieszy i nie tracimy kilku tygodni na dojrzewanie oleju. Bazowy tani olej - około szklankę, mieszamy z podobną ilością suszonego korzenia łopianu i wrzucamy na palnik. Podgrzewamy aż olej prawie zacznie wrzeć i zmniejszamy ogień. Na niewielkim ogniu gotujemy olej bez wrzenia jakieś 15 minut. Następnie odcedzamy wystudzone zielsko, wyrzucamy, a olej z powrotem leci do gara - a do niego świeża partia łopianu. I powtarzamy gotowanie, znowu odsączamy i powstały olej jest naszym maceratem, który przechowujemy w ciemnym miejscu lub lodówce, w szczelnym zamknięciu.

Przygotowanie samej maski rozpoczynamy od zaparzenia kozieradki. Wystarczy zalać niewielką ilością wrzątku około łyżeczkę mielonych nasionek i zostawić do lekkiego przestygnięcia. Absolutnie nie dodajemy do maski wrzącej kozieradki. W międzyczasie ścieramy/mielimy rzepę i wyciskamy tylko sok. Resztę możemy zjeść, podobno to zdrowe ;v

Mieszamy sok z maceratem, witaminą E, przyprawami i dodajemy sam płyn z naparu kozieradki i gotowe.

Jak stosujemy?

Maski używamy najczęściej jak się da - czyli nawet codziennie o ile to możliwe. Ja myję włosy co dwa/trzy dni - i tylko wtedy będę jej używać. Minęły już czasy, że moje życie jest podporządkowane pod pielęgnacje włosów. Trzymamy ją na włosach co najmniej godzinę - z czego polecałabym raczej ponosić ją 2-3 godziny a nawet dłużej. Nakładamy tylko na skalp, nie na całe włosy! Zakładamy też czepek, żeby nic nie zaschło. Możecie wykorzystać okazję i na resztę włosów nałożyć zwykłą maseczkę, albo np. je naolejować. Ja nakładałam ją na nieświeży skalp, jeśli macie więcej cierpliwości możecie najpierw umyć włosy, nałożyć maskę i umyć je ponownie.

Przygotowana maska ma żywotność maksymalnie trzy dni. Jest to niestety dosyć pracochłonne, zrobienie jej zajmuje około 20 minut. Najwięcej trwa ścieranie rzepy, ale można ją po prostu zmielić w blenderze i odsączyć sok. Ja kiedyś bawiłam się w tarcie ręczne.


Dlaczego ta wcierka jest najlepsza?


Na każdego działa co innego. Ten przepis łączy jednak kilka kultowych składników wykorzystywanych w przypadku zapuszczania włosów. Kozieradka to nie tylko nawilżacz - nie od dziś wiadomo jak dobrze radzi sobie chociażby z hamowaniem wypadania włosów. W moim przypadku potrafiła zrobić to z dnia na dzień. Oczywiście zawsze najpierw trzeba wykluczyć potencjalne choroby, ale w przypadku gdy nic się z organizmem nie dzieje, kozieradka bywa zbawienna. Tak więc wcierka nadaje się też do takich problemów. Świeży sok z czarnej rzepy za sprawą wszystkich swoich substancji i witaminek, ma ogromny potencjał w kwestii zapuszczania włosów. Korzeń łopianu to także częsty składnik wcierek do włosów (np. Green Pharmacy). Suszone przyprawy i ich ostrość z kolei działają poprzez stymulację krążenia w skórze głowy. Do tego jeszcze przeciwutleniacz - witamina E. Tak naprawdę, można by zaszaleć jeszcze bardziej - dodać chrzanu, cebuli, imbiru, innych ziółek, naparów. Niestety mało kto ma czas, by codziennie taką miksturę sporządzać. Ta i tak jest dość pracochłonna.



Środki ostrożności


Pamiętajcie, że wszystkie zaproponowane przyprawy bardzo rozgrzewają skórę i mogą ją podrażniać. Sugeruję najpierw robić próby na niewielkiej części skalpu, a w przypadku bardzo mocnego pieczenia czy innych problemów - róbcie wcierkę bez nich. Sok z czarnej rzepy również może piec - tu co prawa będzie rozcieńczony innymi dodatkami, ale w razie gdyby nadal używanie tej wcierki skutkowało poważnym podrażnieniem, można go jeszcze bardziej rozcieńczyć wodą, albo dodać po prostu mniej. Porost porostem, ale jeśli macie cierpieć to nie warto. Oczywiście mówię to zapobiegawczo, prawdopodobnie wszystko będzie w porządku.


Wyzwanie zapuszczania - 30 dni z maską!

Jeśli jesteście chętni, możecie razem ze mną rozpocząć wyzwanie z wcieraniem tej maseczki. Najważniejsze to dokonywanie pomiaru najlepiej jak się da, a to niestety bywa zawodne. Chyba najlepszym sposobem jest kontrolne pasemko, które pokaże nam różnicę w odroście. Sama chętnie sprawdzę ile uda mi się w trakcie miesiąca uzyskać. Oczywiście ostrzegam - nie spodziewajcie się przyrostu 10 cm, to jest niemożliwe i żadna wcierka tego nie osiągnie.

Akcje zaczynam od jutra, ale Wy możecie zacząć w innym terminie (domyślam się, że niektórzy trafia na ten post np. za kilka tygodni czy miesięcy i również wtedy możecie brać udział i dawać mi znać jak wrażenia). Jeśli weźmiecie w niej udział, bardzo Was proszę o jakąś informację zwrotną - ile cm udało się uzyskać, w jaki sposób mierzone były włosy, co ile dni była nakładana wcierka, na jak długo, czy używałyście jeszcze innych środków stymulujących porost (suplementy itp). Informujcie mnie proszę koniecznie pod tym postem, chciałabym żeby ludzie, którzy tu trafią w przyszłości oprócz postu mięli także "opinie" innych ludków.

Możecie mnie też oznaczać na Instagramie, lub używać tagu #gnome_household. Najciekawsze fotki z efektami wstawię u siebie na Insta story!


Tyle ode mnie, lecę podlewać roślinki i wycierać kurze w mojej pieczarze!


Najnowsze wpisy:

Domowa maska w płachcie

Poradnik początkującego zbieracza (antyki, starocia, roślinki)


Nasza grupa kosmetyczna:

Laboratorium Leśnych Wiedźm


grudnia 14, 2018

Jak zamienić swój pokój w chatkę czarownicy? - moje porady dotyczące staroci i roślinek

Jak zamienić swój pokój w chatkę czarownicy? - moje porady dotyczące staroci i roślinek
Dzień dobry! Czasem dostaje od Was wiadomości z pytaniami skąd mam te wszystkie magiczne rzeczy. Zawsze wtedy odpowiadam, że to niestety nie kwestia jednego wyjścia na zakupy, a kilka lat zbierania, wyszukiwania zdobyczy w internecie i w innych dziwnych miejscach.

Dlatego dziś opowiem Wam co nieco o tym gdzie zdobywać te wszystkie przedmioty, pod jakimi hasłami ich szukać i jak się za to zabrać tak, by nie zbankrutować. Mam też listę rzeczy, których warto szukać na początku. Zapraszaaam!

jakkupowacantyki

Z jakimi miejscami trzeba się zaprzyjaźnić?

  • Portale ogłoszeniowe i apki (olx, przedajemy, gumtree, oddam za darmo i inne) - warto od razu pogrzebać w ustawieniach, jeśli to możliwe, to ustawić powiadomienia na konkretne frazy, żebyście od razu dostawali info o nowych przedmiotach z interesującej Was kategorii. Portale trzeba przeglądać kilka razy dziennie, bo nawet jeśli godzinę temu nie było darmowego stuletniego kufra, to ktoś właśnie w tej chwili może go wystawiać, i przegapicie. 
  • Lokalne grupy na facebooku - miejsca do sprzedaży/wymiany/oddawania rzeczy w waszym mieście. 
  • Sklepy z antykami i antykwariaty - z cenami bywa tu różnie, na pewno nie kupicie tu wszystkiego pół darmo, a niektóre starocia są naprawdę drogie, ale jest tam sporo naczyń i ozdób, które można dostać już od paru cebulionów, więc często da się jakieś perełki upolować. Plus w antykwariatach zdobędziecie sporo starych książek. Moje ulubione to te zielarskie - ze starymi rycinami. 
  • Secondhandy - w większych lumpach oprócz ubrań, często istnieje niewielki dział z przedmiotami. Ja mam sporo naczyń, kubków, filiżanek czy nawet ceramicznych doniczek właśnie z takich miejsc. Można tam nawet wygrzebać jakieś pięknie zdobione sztućce.
  • Pchle targi - w tej kwestii nadal jestem nieogarnięta, ciężko mi coś takiego znaleźć w moim mieście. Poszukajcie w internecie czy macie coś takiego u siebie. Targi często odbywają się w jakiś konkretny dzień tygodnia, często w porannych godzinach więc trzeba czatować.
  • Domy babć i cioć ze strony ojca - polecam, czasami wystarczy tylko przyjść w odwiedziny i przynieść kawałek ciasta, żeby dostać stary świecznik, pudło książek albo nazbierać odnóżek. 
  • Sklepy folkowe/etniczne/orientalne - np. Lookah i inne tego pokroju. Znajdziecie tam sporo minerałów, kamieni, cudnych naczyń, ozdóbek, podgrzewaczy, świec czy olejków i kadzidełek, a także fancy pudełeczka z drewna, biżuterię i masę innych cudowności.
  • Bazarki/stragany w górach lub za granicą - znajdują się tam podobne rzeczy jak w punkcie wyżej, ale trzeba trochę pogrzebać, bo ja osobiście wolę mieć kubek czy pudełko bez napisu "ZAKOPANE" ;V
  • Ze sklepów - Pepco, Tkmax, czasami jakieś chińskie markety - staroci tam nie dostaniecie, ale bardzo często można spotkać przedmioty inspirowane/tworzone na wzór staroci. Tkmax niestety dość drogi, w Pepco można dorwać tanie ozdóbki. W przypadku roślinek - wszystkie pospolite markety mają tanie badyle, a także sklepy budowlane.

Początkowy plan działania

Gdybym dopiero zaczynała moją przygodę, kierowałabym się w poszukiwaniach listą poniżej. Możecie ją oczywiście zmodyfikować, ale myślę że to takie najprostsze do zdobycia, klimatyczne przedmioty, które bywają bardzo tanie.


  • Dwa kufry - Załatwiłabym sobie jakiś większy kufer, oraz mniejszy, taki który zmieści się na zdjęciach. Szukajcie ich nie tylko pod hasłem "kufer", ale też: "skrzynia, kuferek, pudełka drewniane". Ja jeden cudowny znalazłam własnie pod ostatnim hasłem. Zwykle duże skrzynie są dość drogie, ale często pojawia się perełka za 3 dyszki i trzeba szybko brać.
  • Mosiężne/miedziane naczynia - zrobiłabym z nich doniczki, 
  • Jakaś czaszka - nie wiem jakie macie podejście do polowań, ale ja mam negatywne. Nie kupiłabym czaszki z aukcji, po której ewidentnie widać, że zwierzęta były wystrzelane (nieskazitelnie białe i wyczyszczona kość, masówka itp.) Sporo można jednak znaleźć bardzo starych czaszek, które leżały u kogoś w piwnicy i są za bezcen. Nie ma oczywiście stuprocentowej gwarancji, że takie zwierze umarło naturalnie, ale przynajmniej nie wspieramy ludzi, którzy zarabiają na sprzedawaniu trupów, często w ogromnych cenach. Na olxie często można dorwać bardzo tanie czaszki, ale jeśli mieszkacie w okolicy lasów, róbcie częste spacery. Może będziecie mięli to szczęście, na znalezienie czaszki albo zrzutów.
  • Świecznik - obojętnie czy stojący, czy w formie naczynia. Szukałabym czegokolwiek, w czym można zapalić świeczki, podgrzewacze lub olejki eteryczne. 
  • Ramki na rysunki - tanie zwykłe ramki można dorwać np. w Pepco. Ja jednak poszukałabym starych ramek, z obramówkami lub złotych, które nie są takie nudne.
  • Ususzone zioła i kwiaty - wystarczy pozbierać na dworze. Część zasuszyłabym w książce, jako trofea do ramek, a część w bukiecikach, które porozwieszałabym po domu. Dodają klimatu :D
  • Gliniane naczynie - takie do kiszenia ogórów. Bardzo często można je dostać w lumpach. Oczywiście szukałabym takiego, żeby wykorzystać jako doniczkę.
  • Drewniany kwietnik z prl - takie babcine drewniane kwietniki to prawdziwe złoto. Wciąż można gdzieś w necie kupić nowe i chyba w końcu tak zrobię, bo znalezienie odpowiedniego w moim mieście jest od kilku tygodni nierealne. Zamówiłam jeden z wysyłką, niestety nie dotarł w całości. Na olxach oczywiście można je dorwać za dychę.
  • Odnóżki i tanie rośliny - badyle to absolutnie konieczne rzeczy w mieszkanku czarownicy i elfa. W marketach często można dorwać za parę groszy. Jeśli jednak chcecie oszczędzić jak tylko się da, zróbcie sobie maraton w odwiedziny do wszystkich babć i cioć. Na pewno chętnie obdarują Was odnóżkami, z których wyhodujecie sobie większe rośliny. Polecam też popytać w urzędach, bankach czy szkołach - ludzie raczej się godzą na oddanie szczepki. I czatujcie na portalach ogłoszeniowych albo lokalnych grupach na facebooku, czasami ktoś nieświadomy oddaje nawet duże rośliny za darmo, albo za grosze. Jeśli nie ograniczają Was fundusze, to co tu dużo mówić - ja najczęściej kupuje badyle w Leroy, albo szukam okazji na olxie.
  • Leśne skarby - czyli kasztany, szyszki, żołędzie, patyki. Z tych wszystkich rzeczy można wyczarować magiczne ozdoby. Mchy zbierajcie z chodników na obszarach zabudowanych, tam są niechciane. Możecie je wepchać do doniczek albo zrobić las w słoiku.




Mam nadzieje, że ten wpis ułatwi Wam buszowanie i upiększanie mieszkań!


Starsze wpisy:

- domowa maska w płachcie

- czy zwierze, jest dobrym prezentem?

grudnia 10, 2018

Domowa maska w płachcie wielokrotnego użytku

Domowa maska w płachcie wielokrotnego użytku
Nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz wpadłam na ten pomysł. Już to naprawiam. Maski w płachcie, które są u nas całkiem nowym wynalazkiem. Przybyły chyba z Korei i można je spotkać wszędzie. Nie rzadko zdarza mi się używać jednorazowych maseczek, w tym także masek w płachcie. Za każdym razem jednak, gdy ktoś używa takiej maski, na świecie umiera jeden jednorożec. To potwierdzona informacja, a nawet w Havadah są już gatunkiem zagrożonym.



Ale teraz bez jaj - nie jestem jeszcze weteranem zero waste i staram się żyć bardziej eko, przy jednoczesnym poczuciu, że moje starania są tylko niewielką kropelką czystej wody w morzu, które dzienne zalewają tony odpadów produkowanych przez wielkie koncerny. Mam wątpliwości, czy starania pojedynczych jednostek mogą zmienić cokolwiek.

Mimo wszystko postanowiłam zrobić sobie maskę z płachcie zero waste, jako zwykła alternatywa dla drogeryjnych masek i mam nadzieje, że skorzystacie z przepisu. Zapraszam.


Jak wykonać płachtę?

Na grafice, która ostatnio Wam skleiłam, zaproponowałam gazę. Tym razem proponuję coś bardziej trwałego - stary podkoszulek. Na materiale narysowałam sobie mordkę, dziury na oczy i buzie, a następnie wycięłam. Myślę, że można poszaleć z materiałami (jak znajdziecie cieniutką mikrofibrę, to pewnie sprawdzi się jeszcze lepiej). Taką płachtę można sobie elegancko podszyć na końcach, żeby się nie strzępiły. Jest wielorazowa - po każdym zużyciu myjemy ją mydłem, albo wrzucamy do pralki.



Skład maski (wersja bogata):


  • Hydrolat neroli - 30 ml
  • Wodny macerat ze ślazu (kwiaty ślazu zalane chłodną wodą, macerat to odcedzony płyn po takim moczeniu przez około godzinę). - 100 ml
  • Kwas hialuronowy - 5 ml
  • Panthenol - 5 ml
  • Gliceryna - 5 ml
  • Witamina E - 10 kapsułek
  • Olej z opuncji - 5 ml
  • Olejek sandałowy - 10 kropli
  • Ekstrakt ginko-biloba -10 kropli
  • Ekstrakt z zielonej herbaty - 10 kropli
  • Żel aloesowy - 5 ml
  • Konserwant - ilość w zależności od rodzaju


Skład maski (wersja bieda)

  • Napar z zielonej herbaty - 100 ml
  • Olej jojoba - 5 ml
  • Glutek lniany (rzadki) - 30 ml
  • Gliceryna -  5 ml
  • Kwas hialuronowy - 10 ml
  • Witamina E - 10 kapsułek
  • Olejek lawendowy - 10 kropli
  • Konserwant - ilość w zależności od rodzaju

Przygotowanie:

Odmierzamy wszystkie składniki w buteleczce. Witamine E oczywiście wyciskamy wcześniej z kapusłek. To całą filozofia. Przed użyciem, naszą materiałową płachtę będziemy nasączać produktem - wystarczy niewielka ilość, która zmoczy materiał. Maskę trzymamy na umytej twarzy około 30 minut. Produkt natomiast przechowujemy w lodówce. Jeśli chcecie zrobić wersję bez konserwantów, zróbcie połowę mniejsza ilość - przeżyje w lodówce około 3-5 dni.

Mam nadzieje, że przed świętami wyczarujecie jakieś maski. Są naprawdę genialne i bardziej ekologiczne, niż drogeryjne zamienniki.

grudnia 07, 2018

Dostałam kota na mikołajki, ale już mi się znudził

Dostałam kota na mikołajki, ale już mi się znudził
Ostatnio po grupach krążył screen pewnego komentarza. Sama udostępniałam go na facebooku. Albo to idealny bait, albo smutna prawda - jeśli to pierwsze, chylę czoła. Jeśli drugie - kisnę ze śmiechu. Bez względu jednak, która opcja jest prawdziwa, mam coś do powiedzenia w temacie żywych prezentów i prawdopodobnie nie do końca się ze mną zgodzicie.



Traktowanie żywego stworzenia jak przedmiot, który można zapakować do pudła i owinąć kokardką jest złe. Chyba nie ma co do tego wątpliwości. W szczególności, gdy taka paczka ląduje pod choinką rozkapryszonego dzieciaka, który będzie z nią robił co mu się podoba, a potem się znudzi.

Nie uważam jednak, że kupno lub adopcja zwierzęcia dla kogoś jest złe w każdej sytuacji. O ile odbiorcą takiego prezentu jest osoba, która się go spodziewa, chce i jest przygotowana, zarówno psychicznie, jak i finansowo - nie widzę problemu. Zauważyłam, że większość ludzi na słowo "prezent" reaguje bardzo agresywnie, nawet jeśli ów prezent nie jest niespodzianką w ciemno dla niewychowanego bachora. O ile nie popieram zwierzęcych prezentów, które zostały kupione bez zastanowienia, bez zorientowania się czy w ogóle są na nie warunki, tak nie mam nic do tego, w przypadku gdy wszystko zostało odpowiedzialnie zaplanowane. Być może nazwanie "prezentem" żywego stworzenia uznawane jest za jakiś przejaw braku szacunku, nie przeczę, jednak nie trzeba zakładać, że każde takie zwierze, zostanie po dwóch miesiącach wywiezione do lasu.

Kiedyś czytałam wątek jakiejś babeczki, która chwaliła się, że dostała na urodziny kota ze schroniska. Po mimo podania informacji, że marzyła o kocie od wielu lat, a ze schroniska przyniósł go jej partner, została równo zjechana od nieodpowiedzialnych idiotek, które nie szanują zwierząt. Tak więc moje pytanie brzmi - czy to już nie przesada? Wbrew pozorom nie widzę też problemów, w braniu zwierzaka dla dziecka. Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki dobrze rozwijają się, gdy mogą żyć wśród zwierząt. Zwierze nie musi być odbierane jako przedmiot i zabawka, ale przyjaciel, żywe stworzenie, które będzie dla dziecka czymś więcej. Pod warunkiem oczywiście, że rodzic potrafi wychować swoje dziecko tak, by nauczyć go do nich szacunku, a sam jest świadomy kosztów i tego, że to on będzie brał za zwierze odpowiedzialność.



Oczywiście typiarka ze screena (o ile to nie troll), jest przypadkiem skrajnym. To ewidentny przykład braku poszanowania do życia i skrajny egoizm, jednak nie każda osoba marząca o zwierzaku, to nieodpowiedzialny debil, który szuka zabawki na chwilę. Jestem przekonana, że większość ludzi doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności jaką jest zwierzak, a decyzja o podarowaniu komuś takiego "prezentu", nie była podjęta pod wpływem chwili.

Miejmy to na uwadze zanim zwyzywamy ludzi od grażyn i madek, okej?

Żegnam się i zapraszam na inne wpisy o zwierzakach:

- Jak nie karmić kota?

- Dlaczego nie wypuszczam kota samopas?
Copyright © 2016 gnome household , Blogger