marca 24, 2020

Jak poprawić pamięć i koncentrację? - 6 rzeczy, które zaczęłam robić dla mózgu

Jak poprawić pamięć i koncentrację? - 6 rzeczy, które zaczęłam robić dla mózgu
Życie pracującego studenta uświadomiło mi w pewnym momencie, że wszyscy robimy to źle. Wiem, że mam dużą wytrzymałość, kiedy trzeba zarwać nockę, bo do zdania są 3 egzaminy i projekt. Ufam, że mój organizm jeszcze jest w stanie pociągnąć kilka dni z deficytem snu, z jedzeniem jednego posiłku dziennie przepitym w biegu Redbullem. Zauważyłam wręcz, że studenci odczuwają jakąś dziwną dumę opowiadając o swoich destrukcyjnych dokonaniach podczas sesji, a każdy chce być tym, który Nie Spał Dłużej. Kończę studia i chyba w końcu dobrze byłoby wyjść z takich schematów myślenia (5 lat za późno xD).

jakpoprawicpamiec


Tak na serio, nigdy nie byłam na podium jeśli chodzi o energetyki, brak snu i wkuwanie na egzamin dzień przed. Interesowało mnie jak poprawić pamięć trochę mniej inwazyjnie. Zwykle też udawało mi się wykrzesać jakąś motywację w okolicach tygodnia przed egzaminem, co dawało więcej miejsca na regenerację. Ale wciąż widziałam u siebie masę niezdrowych nawyków nauki. Z reguły wychodziłam z założenia, że teraz jest czas na zapierdalanie - a wyśpię się po sesji (albo po śmierci ;v). To dość nierozsądne, bo w trakcie tych najbardziej niestabilnych okresów po prostu wyniszczałam sobie organizm. Zwykle po kilku dniach takiej walki bez snu, próbując zmieścić do głowy nienaturalną ilość nowej wiedzy naraz, z nadmiarem kofeiny kończyłam przeziębiona, wychodziło mi zimno na ustach albo robiłam całemu światu awanturę. 

Nie będę Wam pisać, że potrzebny jest sport i zdrowa dieta, takie sposoby na poprawę pamięci dobrze znamy. Staram się into ćwiczenia, gotuję coraz zdrowiej. Ale zależało mi na konkretnych rzeczach, które są łatwiejsze do wprowadzenia i poprawią pracę mózgu, dzięki czemu będę bardziej produktywna, zrównoważona i bardziej wytrzymała.

Do wprowadzenia tych zmian zainspirowała mnie między innymi książka Daniela G. Amena "Wspieraj swój mózg - odmładzaj się", którą kupicie TU (link afiliacyjny, a więc jeśli coś przez niego zamówicie, to mój kot nie będzie musiał pandować na dworcu ;v). Polecam przeczytać i wciskać siłą rodzinie i znajomym, bo porusza kwestie, które wszyscy zaniedbujemy, a naprawianie ich wcale nie wymaga wiele wysiłku. Podoba mi się jaki kładzie nacisk na robienie badań SPECT, których zwykle psychiatrzy raczej chyba nie zlecają, a pomaga to między innymi w diagnozie zaburzeń psychicznych. Zastanawiam się, czy gdyby SPECT było normą w trakcie diagnozy, jak bardzo można byłoby zminimalizować opcję nietrafionego doboru leków w farmakoterapii i konieczności "poszukiwania" tego właściwego. Ale dziś jednak chciałabym się skupić na wspomaganiu pamięci i pielęgnacji mózgu, do rzeczy!


Jak poprawić pamięć? 

Ludzie często oczekują rozwiązania tego problemu szybko, najlepiej za pomocą jakiegoś specyfiku. Istnieją co prawda suplementy i substancje, które rzeczywiście mają potencjał - krótko i długotrwały - poprawiania pamięci. Ja jednak wierzę, że zdecydowanie lepsze działanie ma poprawa ogólnych nawyków i bardziej świadome podejście do tego czym jest mózg. Nie maszyną, która ma szybko pomieścić natłok informacji, a później przez długi okres cierpieć na deficyt stymulacji, a jako organ, o który zwyczajnie trzeba stale dbać, tak samo jak dbamy na przykład o ciało. Nie da się wiecznie zaniedbywać mózgu i wciąż osiągać pozytywne efekty w zapamiętywaniu, koncentracji, nie mówiąc już o tym, że mózg jest przecież producentem neuroprzekaźników, które decydują o naszym nastroju i zdrowiu psychicznym.

Dlatego dziś skupię się właśnie na tych ważnych aspektach "pielęgnacji mózgu" i opowiem o rzeczach, które od kilku tygodni staram się na stałe wprowadzić do swoich nawyków, żeby w dłuższym wymiarze poprawić pamięć, koncentrację i nastrój.


Czym odżywiać mózg? Rola kwasów omega 3 


Nie będę się rozpisywać o konieczności jedzenia witaminek i tak dalej. Kiedyś namiętnie interesowałam się też tym jakie istnieją zioła na poprawę pamięci i czytałam sporo o adaptogenach, ale teraz skupię się w szczególności na kwasach omega 3, bo to one, w szczególności DHA są takie istotne i wchodzą w skład istoty szarej i synaps mózgu. Według źródeł, do których się dokopałam (między innymi do wyżej wspomnianej książki) zbyt niski poziom kwasów DHA i EPA ma związek z otyłością, depresją i zaburzeniami lękowymi oraz większym prawdopodobieństwem występowania chorób otępiennych (np. Alzheimera). Wprowadzanie do diety tych kwasów może więc sprzyjać przywracaniu równowagi emocjonalnej i wpływać na poprawę nastrojów.

Nie chciałabym żeby ktoś wysunął z tego wniosek, że dieta bogata w omega 3 wyleczy z depresji czy innych zaburzeń psychicznych, ale warto się tym wspierać w procesie terapii, bo może to mieć wpływ na ogólną poprawę.  W krajach, w których dieta opiera się na pokarmach zawierających dużo tych kwasów, diagnozuje się mniej przypadków depresji. Oczekiwanie, że 1 zmiana w diecie zadziała leczniczo to błąd, jednak warto z takimi problemami walczyć na kilku płaszczyznach.

Wychodzę z założenia, że im mniej zaburzeń, problemów z nastrojem i emocjami, tym lepsze ogólne funkcjonowanie mózgu, koncentracja i produktywność - kiedy mam depresyjny nastrój, praca i nauka są ostatnimi rzeczami jakimi mam ochotę się zajmować. Mój umysł ma wtedy inne priorytety - jak na przykład użalanie się nad sobą albo próby przywrócenia lepszego nastroju. Poza tym kwasy omega 3 wpływają także na ogólne funkcjonowanie poznawcze.

Dlatego postanowiłam, że coś z tym zrobię. Moja dieta niestety, pomimo gotowania w domu, nie należy chyba do najbardziej odżywczych. Dlatego postanowiłam, że wrócę do picia tranu. Jego smak wywołuje we mnie odruch wymiotny, więc gdy uda mi się skończyć butelkę, kupię chyba wersję dla dzieciaczków z aromatem cytrynowym. U Pana Tabletki było fajne porównanie jaki tran wygląda legitnie. Ważne jest też żeby wybierać tran, a więc olej z wątroby dorsza, a nie po prostu olej rybny, na który składają się różne odpadki produkcyjne.



Witamina D3


Jest kolejnym składnikiem, który ma wpływ nie tylko na poprawę odporności, ale i lepsze funkcjonowanie poznawcze. Wiąże się z poprawą nastroju, pamięci i bardziej efektywne uczenie się. Bardzo ciekawi mnie podane w książce badanie dotyczące usuwania z mózgu przez układ odpornościowy beta-amyloidu, związanego z pojawianiem się choroby Alzheimera. Oprócz tego ma właściwości przeciwutleniające i podobnie jak kwasów omega 3, jej niedobory to większe ryzyko depresji. Nie da się ukryć, że nigdy nie będę spędzać tyle czasu na słońcu, żeby mój poziom tej witaminy był w normie. Dlatego poszłam w tabletki.

Z mojego małego researchu wynika, że lepiej wybierać leki a nie suplementy zawierające witaminę D3, bo wtedy mamy pewność, że jest jej tam tyle, ile powinno być. Legitnie wygląda np Vigantoletten  2000 albo Vigantol.



Odpowiednia ilość snu


Najlepiej 8 godzin, nie mniej niż 7. Od kilku tygodni to dla mnie świętość. Nie chcę się narażać na spadek odporności i łapanie infekcji, a z reguły dostaje to, gdy za mało śpię. Mózg i inne organy muszą się zregenerować. Według D. G. Amena brak odpowiedniej ilości snu obniża zdolności poznawcze, a przewlekła bezsenność może trzykrotnie zwiększyć ryzyko śmierci ze wszystkich powodów - to dość szokująca dla mnie informacja.

Dlatego nawet jeśli nie mogę zasnąć późno w nocy, śpię dłużej bez poczucia winy, że już cały dzień mam stracony. Staram się też wyregulować godziny spania - zasypiać i wstawać wcześniej, co aktualnie w czasie kwarantanny spędzanej u rodziców jest dla mnie wyjątkowo trudne.


Nieustanna nauka poprawia aktywność mózgu


Zwykle kiedy człowiek osiąga już pewien status materialny i stabilną pracę, przestaje się uczyć. Kończy swój rozwój. A tym samym - nie stymuluje mózgu, który przestaje tworzyć kolejne połączenia nerwowe. Mózg staje się organem obsługi podstawowych, automatycznych czynności, które nie wymagają dużego wysiłku. To źle.

Wiecie, że ludzie z niskim wykształceniem wcześniej chorują na Alzheimera i inne formy otępienia? Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle - nie chodzi tu o segregację ludzi na tych wykształconych i nie, uważam jednak że nie posiadanie matury czy studiów nie jest usprawiedliwieniem na brak poszukiwania możliwości nauki i rozwoju. Chodzi o sam fakt braku stymulacji i podejmowania przez mózg wysiłku nauki.

Nie ma znaczenia, czy chcesz uczyć się nowego języka, fizyki kwantowej czy szydełkowania. Każda czynność albo informacja, którą poznajesz, a która wymaga odrobiny poznawczego wysiłku, jest dla mózgu stymulacją, która sprawi, że dłużej pozostanie sprawny.



Praca nad inteligencją emocjonalną


Jak pisałam wyżej, to jaki mam nastrój, wpływa na moją pamięć, koncentrację i chęć działania. Staram się rozwijać zdolności lepszej samoregulacji emocji - pozbywania się złości, lęku czy smutku. W kwestii złości i smutku opieram się na metodach przeciwstawiania - wykrywania myśli, emocji, a następnie szukania odwrotnych, przeciwstawnego do nich odbioru. Jeśli zirytuje mnie czyjeś zachowanie, rozgraniczam to zachowanie, od moich myśli i emocji (np za pomocą wypisania każdego z tych elementów), a następnie szukam motywów działania, które bronią obiekt wywołujący we mnie złość. Wbrew temu co często się doradza, "przeżuwanie" negatywnych emocji nie jest dobre, bo często prowadzi do zaognienia i eskalacji konfliktu. Staram się w miarę szybko wyczuć moment pojawiania się złego nastroju i jak najszybciej "przeciwstawiać". Jest to skuteczniejsze niż np. wysiłek fizyczny, który ma niby pełnić rolę pozbycia się napięcia. Również przywoływanie uczucia empatii pozwala zmniejszyć poziom złości. W sytuacji odczuwania stresu, lęku albo niepokoju natomiast lepsze są wszelkie techniki relaksacyjne (ale już w przypadku nastrojów depresyjnych nie pomogą).

Oprócz tego polecam też praktykować ćwiczenie modnej ostatnio uważności, bo to często pozwala odwracać uwagę od negatywnych emocji. Pamiętajcie, że za pojawiające się emocje odpowiadają neuroprzekaźniki, które wyprodukuje lub nie wyprodukuje Wasz mózg oraz przez to jak mózg zinterpretuje pojawiające się sygnały z otoczenia. Świadomość tego jak działa ciało migdałowate i chemia mózgu, pozwala mi czasami "oszukiwać go" i zmieniać nastrój.

Niestety nie zawsze mi się to udaje, czasami wpadam w pułapkę analizowania i podsycania negatywnych emocji, które sprawiają, że trudniej jest się z tego wyplątać np. bez zrobienia awantury i wyżycia się w ten sposób - swoją drogą wyładowywanie złości na kimś, bez żadnych konstruktywnych sposobów komunikowania jej, wcale nie zmniejsza tego uczucia i nie poprawia nastroju. Podobnie nieskuteczne jest wyładowywanie złości za pomocą agresji np. przeklinania, walenia pięścią w ścianę itp. (w sytuacji poza kłótnią, tzn. gdy jesteśmy sami i próbujemy się"wyżyć").

Kontrolowanie nastroju poprawia moją produktywność i koncentrację, dlatego że w sytuacji odczuwania silnych negatywnych emocji, nie jestem w stanie skupić się na pracy i nie mam ochoty wykonywać zadań, które sobie zaplanowałam. Możecie wyszukiwać rozmaite sposoby na poprawę koncentracji, ale nic Wam nie pomogą, jeśli nie potraficie trzymać emocji na wodzy, podczas dużego napięcia praktycznie nie da się w pełni skupić. Dlatego w zależności od tego w jaki nastrój wpadam, szukam ratunku w przeciwstawianiu, przywoływaniu empatii, odwracaniu uwagi czy w relaksacji. Ten tematy wymaga rozwinięcia - szczególnie, że jest dużo więcej różnych strategii, więc kiedyś pojawi się oddzielny wpis. 



Dodatkowa stymulacja mózgu - gry i zabawy


Oprócz stymulacji neuronów za pomocą nauki, warto także wprowadzić w wolnym czasie zabawy takie jak sudoku, puzzle, gry planszowe, szachy, krzyżówki, gry logiczne, strategiczne, matematyczne, kalambury. Oprócz elementu uczenia się czegoś nowego - np. poprzez naukę zasad nieznanej wcześniej gry jest jeszcze element wysiłku poznawczego w czasie grania, który wymaga od nas planowania, wykonywania obliczeń, stosowania dedukcji/indukcji, skupienia uwagi, skoncentrowania, przywoływania z pamięci. Wszystkie te czynności stymulują aktywność mózgu, poprawiają pamięć, zwiększają iloraz inteligencji, ich skutkiem jest też poprawa pamięci i lepsza koncentracja. Zmuszanie mózgu do wysiłku to nie eksploatowanie go, a poprawianie jego ogólnego stanu. Ja lubię grać w gry typu Escape (trzeba wykombinować jak wydostać się z pokoju), mahjonga, scrabble i różnego rodzaju zagadki, gry wymagające dojścia do jakiegoś rozwiązania. Wybierajcie takie gry, jakie sprawiają Wam przyjemność, bo wtedy nie będziecie musieli się do nich zmuszać. 


Jest jednak wiele rzeczy, które można do tej listy dodać i planuję jeszcze wrócić do tego tematu. Na chwile obecną staram się robić chociaż to. Zmiana zbyt wielu nawyków naraz jest w zasadzie niemożliwa do przeprowadzenia. Mózg musi się przyzwyczaić do zmian, jeśli jest ich za dużo - silna wola tego nie udźwignie. W kolejnym wpisie chciałabym trochę opisać jak poszczególne aktywności wpływają na rozwój poszczególnych części mózgu. Sposoby na lepszą pamięć mogą się ograniczać do ładowania w siebie żeń szenia, tigerów i kofeiny, ale według mnie lepiej zadziałać holistycznie. Być może kiedyś opiszę także zioła na poprawę pamięci i funkcjonowania mózgu, ale też będę skupiać się na rzeczach, które działają trwale, a nie szybko i nagle.



A tymczasem odsyłam do starszych wpisów:



marca 20, 2020

Rzeczy, których (może) nauczy nas pandemia

Rzeczy, których (może) nauczy nas pandemia
Obecna sytuacja zmusiła Polskę do używania mydła, dezynfekowania rzeczy i pozostania w domach. Jestem ciekawa jak bardzo moglibyśmy zmniejszyć ilość zachorowań na grypę i przeziębienia, gdybyśmy zawsze działali w taki sposób jak teraz. Pomimo że SARS-CoV2 to zupełnie inna bajka niż wirusy powodujące przeziębienia, ograniczanie zachorowalności na nie wygląda właściwie tak samo. Wierze, że chociaż część z nas zachowa "nawyki" zapobiegawcze wypracowane podczas epidemii.



Higiena jest spoko

Robimy śmieszki z ludzi, którzy rzucili się na mydła, a być może powinniśmy się z tego cieszyć. Czy przed epidemią Wasze mycie rąk wyglądało w taki sposób jak teraz? Ja, szczerze mówiąc, nie zawsze stosowałam się do tych zaleceń (bo w sumie ich nie znałam). Niedopuszczalne jest dla mnie nieumycie rąk po skorzystaniu z toalety, ale paradoksalnie bardziej istotne teraz wydaje mi się mycie ich po powrocie do domu, co nie zawsze robiłam. A przecież wcześniej dotykałam różnych ludzi, przedmiotów, klamek i telefonu. Moje mycie rąk było też trochę krótsze niż powinno. Być może zamiast szukać sposobów jak wzmocnić odporność, na pierwszym miejscu powinniśmy wypracować nawyki, takie jak higiena po każdym kontakcie z innymi człowiekiem, trzymanie rąk z daleka od twarzy itp.


Jak nie zachorować? Nie przebywaj wśród chorych

Proste, prawda? No chyba jednak nie ;v Zwykle choruje 2-3 razy do roku, pomimo że staram się ubierać ciepło i dbać o odporność. Niesamowicie wkurwia mnie, gdy ludzie nie szanują mojego zdrowia i mają ze mną kontakt kiedy są chorzy. Dla nich to nie jest istotne, że mnie zarażają, to ja mam potem problem, kiedy muszę zmieniać plany i tracić czas. Wkurza mnie to tym bardziej, że pomimo moich próśb żeby odwoływać zajęcia jeśli ktoś jest chory, sytuacja jest lekceważona "bo to tylko lekki katar, no już bez przesady". Kiedyś miałam podobne podejście i byłam z tych, co to myślą, że choroby biorą się z wiatru i braku szaliczka, a nie z drobnoustrojów przenoszonych przez ludzi. Zauważyłam też, że moja choroba trwa 2-3 razy krócej kiedy spędzam ją w łóżku, a nie w pracy, co się zwyczajnie bardziej opłaca. Gdybyśmy wszyscy traktowali przeziębienia jak koronawirusa, to zima i jesień przestałyby być kojarzone z wszechobecnych chorowaniem.


Dezynfekowanie rzeczy chroni nie tylko przed koronawirusem

Co jakiś czas mam w zwyczaju myć klamki i uchwyty w domu, doszło to tego spryskiwanie roztworem alkoholu. Cieszę się, że teraz wszyscy to robią, podobnie jest z telefonami i klawiaturami. Te miejsca są bardzo często dotykane przez różne ręce i jeśli ktoś jest przeziębiony, to przy nieodpowiedniej higienie zostawi po sobie ślad.


Warto mieć niewielkie zapasy

Ludzie, którzy mają w zwyczaju gromadzić jakieś zapasy, albo robią przetwory i mrożonki, śpią pewnie spokojniej i nie rusza ich strach, że trzeba gnać do marketu po taczkę makaronu. Być może nie warto przesadzać, ale dobrze jest pilnować, by środki czystości, higieniczne i zawartość domowej apteczki mieć regularnie w zapasie. Dobrze jest też zainteresować się domowymi kiszonkami, sosami itp. To fajna opcja na wypadek nie tylko takiej nagłej epidemii, ale także bardziej osobistych problemów. Wszelkie próby zwiększenia samowystarczalności takie jak domowe ogródki, kury, zbieranie ziół na pewno też mają teraz swoje plusy.


Umiejętność sprawnej adaptacji

Kiedy wirus był jeszcze bezpiecznie daleko od Polski, miałam bardzo ambitne plany - zawalony grafik godzinami stażu, pracą, zleceniami. Miałam zarobić określoną ilość hajsu, prowadzić badania i nadrabiać zaniedbane kontakty. Nie spodziewałam się nagłego uziemienia, które zmusiło mnie do całkowitego przeformułowania planu działania. Ważne jest, by wyjść z tej fazy irytacji spowodowanej niemożliwością kontynuowania dotychczasowego życia i umieć stworzyć zastępczy plan, który pozwoli przetrwać ten czas produktywnie. Zachęcam do zerknięcia w poprzedni tekst, jeśli jeszcze nie czujesz, że masz plan. Jest naprawdę dużo rzeczy, które możemy w tej chwili robić, a na które nie będzie czasu, gdy sytuacja wróci do normy. Czasami zastanawiam się, co by było gdyby wybuchła kolejna wojna albo z kranów przestałaby płynąć woda. Jakbym się wtedy zachowała, żeby przetrwać. Czy w ogóle bym sobie poradziła?


Zabezpieczenia i praca zdalna mogą ratować tyłek

Nagłe zamknięcie niektórych miejsc pracy i konieczność siedzenia w domu wywołały w wielu ludziach panikę związaną z brakiem zapasów, strachem o szybujące w górę ceny, niemożliwością zarabiania. Ja się o to nie boję, wcześniejsze oszczędzanie i możliwość zarabiania po części zdalnie sprawia, że czuję się bezpieczna. Nie każdy zawód da się wykonywać przez internet i niestety niektórzy ludzie wciąż muszą ryzykować swoją obecnością w miejscu pracy. Ale chyba gorzej mają ci, którzy nie mogą pracować, a ich specyfika pracy uniemożliwia zarabianie online.

Pomyśl w przyszłości o tworzeniu oszczędności, które pozwolą przeżyć np. pół roku bez pracy. Jeśli pozwala ci czas, szukaj dodatkowych zleceń przez Internet, nawet takich niezwiązanych z twoim zawodem. Czasami znalezienie pracy zdalnej jest trudne, ale są różne strony pokroju Goodcontent, gdzie można dorobić na przykład na pisaniu tekstów. Poza tym obecnie można także pracować przy prowadzeniu cudzych Fanpejdży, Instagramów, blogów i w sklepach internetowych.


Trzymajcie się ciepło robaki <3

marca 17, 2020

30 pomysłów jak przeżyć kwarantannę produktywnie i bez stresu

30 pomysłów jak przeżyć kwarantannę produktywnie i bez stresu
No cześć. Koronawirus nas uziemił i domyślam się, że nie tylko dla mnie było to na początku bardzo "hamujące". Przez brak kontaktów mam utrudnione działania z badaniami do magisterki, nie mogę w pełni pracować, zaoszczędzić tyle ile zaplanowałam, ani zaprosić nikogo na wino ;v

koronawirus


Z wielkim stresem przyglądałam się liście zadań na marzec, ale w końcu zebrałam się za przeformułowanie jej i udało mi się znaleźć zastępcze zajęcia. Zależało mi na tym, żeby ten czas był spędzony bardziej produktywnie niż na Netflixie. Do moich zajęć, oprócz tych wymienionych niżej, należy jeszcze poprawianie tekstu magisterki, dorabianie na zdalnym zleceniu i nauka do egzaminu.

Postanowiłam się podzielić resztą moich pomysłów, chętnie też poznam Wasze! :D


1. Zrób wiosenne przesadzanie, przycinanie i mycie badyli. Dorzuć do tego na przykład sadzenie ziół, robienie sadzonek, albo porozsadzaj pestki zjedzonych owoców. Jeśli nie masz jeszcze żadnych roślin, a marzy Ci się mały domowy ogród zaplanuj sobie jakie gatunki chcesz kupić, poszukaj lokalnych grup, w których można dostać rośliny, albo się nimi wymieniać. Poszukaj roślinnych inspiracji.

2. Zrób wielkie porządki. Ja zamierzam posprzątać w miejscach, które od dawna nie czuły na sobie szmaty i odkurzacza ;v Planuję też trochę "odkazić" dom, wygotować pościele i ręczniki, wyczyścić klamki.

3. Poszukaj jakiegoś ciekawego kursu przez internet, z dziedziny która Cię interesuje, albo w której chcesz się rozwijać. Nie musi to być nic super ambitnego, a choćby prosty kurs szydełkowania, robienia domowych kosmetyków, może seria jakichś ciekawych wykładów czeka gdzieś w internetach aż ją znajdziesz?

4. Zrób porządki w komputerze i telefonie. Nie chodzi mi oczywiście o dezynfekcje klawiatur (chociaż to zawsze warto robić xD), mam na myśli porządki w plikach, folderach, usuwanie nadmiaru niepotrzebnych screenów, zdjęć i aplikacji. Można do tego dodać np. czystki w znajomych na fb albo insta.

5. Nadrabiaj książki Ja zawsze mam cały stosik, na który zwykle brak nie tyle czasu, co ochoty.

6. Zrób sobie muzyczne playlisty na różne okazje - do relaksu, do ćwiczeń, na imprezę.

7. Urządź mini spa. Ja ostatnio zrobiłam sobie dzień z henną

8. Ugotuj coś całkowicie nowego.

9. Jeśli masz zwierzęta, to się nimi zajmij. Wyczesywanko, kąpiel, pazurki, albo dłuższe spacery (oczywiście gdzieś na odludziu).

10. Jeśli masz dzieci, to się nimi zajmij. Wyczesywanko, kąpiel, pazurki, albo dłuższe spacery na odludziu. Dobra, przepraszam, nie mam dzieci, ale gdybym miała, to wykorzystałabym ten czas na nauczenie ich czegoś albo zorganizowanie zabaw w domu, na które wcześniej nie było czasu.

11. Jeśli obecna sytuacja z pandemią Cię stresuje, możesz sobie ulżyć spisując to co leży Ci na sercu. Zacznij prowadzić dziennik, w TYM wpisie dałam kilka wskazówek jak to robić dobrze.

12. Poczytaj o progresywnej relaksacji mięśni Jacobsona i wypróbuj ją na sobie. To też może pomóc Ci, jeśli stresuje Cię obecna sytuacja.

13. Obejrzyj "Sex Education" na Netflixie, jeśli jeszcze tego nie znasz.

14. Zbierz rzeczy, które nie są Ci już potrzebne w jedno miejsce, a kiedy sytuacja się uspokoi sprzedaj je, wymień albo oddaj, np. na lokalnej grupie śmieciarkowej.

15. Znajdź fajny podcast, którego będziesz słuchać w tle podczas sprzątania i innych prac domowych.

16. Dołącz do lokalnej grupy "Widzialna ręka" na Facebooku. To super inicjatywna, która może pomóc Tobie albo innym w tym ciężkim okresie kwarantanny. Polega na tym, że można tam oferować albo prosić o pomoc z zakupami, wyprowadzaniem psa, albo dzielić się darmową wiedzą i usługami przez Internet.

17. Możesz też zorientować się czy w twojej okolicy nie mieszka ktoś, kto nie może sam zrobić sobie zakupów (osoby starsze, chore, whatever) i zaoferuj pomoc.

18. Zrób jakiś domowy kosmetyk z produktów, które akurat masz. To nie musi być nic skomplikowanego, wystarczy maseczka z produktów spożywczych. Po inspiracje odsyłam do kategorii DOMOWE KOSMETYKI.

19. Spróbuj pozbyć się jakiegoś szkodliwego nawyku. U mnie takim nawykiem jest picie herbat i ziół do posiłków, co może utrudniać wchłanianie składników odżywczych. Chciałabym zamiast tego pić wodę. Innymi takimi nawykami może być palenie, zbyt późne wstawanie, telewizja itp.

20. Pobierz jakąś aplikację do nauki języka obcego, którego chcesz się nauczyć i korzystaj z niej codziennie.

21. Zaplanuj sobie wyzwanie sportowe na każdy dzień kwarantanny. Nie musi to być morderczy trening, a choćby 20 minut dowolnego ruchu.

22. Jeśli nie masz czego oglądać, znajdź jakieś wartościowe kanały. Zapoznaj się z twórczością ludzi takich jak Arlena Witt, Dawid Myśliwiec, Kasia Gandor, Marcin Iwuć, Michał Szafrański. Polecam też kanały Okiem Chemika, Nauka to lubię, 7 metrów pod ziemią, Pink Candy, Imponderabilia, oraz kanał z wykładami Uniwersytetu SWPS. Telewizja naprawdę jest niepotrzebna i zjadająca czas, a w internetach jest mnóstwo ciekawych i przy okazji wartościowych treści, które sami możemy sobie wybierać.

23. Jeśli masz kota albo psa, zerknij na grupkę na fb "Barfne korepetycje". Pomyśl o wprowadzeniu barfa, albo zmianie karmy na lepszą. Możesz też zacząć od kategorii KOCIE SPRAWY.

24. Jeśli martwisz się, że nie możesz pracować, poszukaj pracy zdalnej. Jeśli to nie wychodzi, a umiesz pisać teksty, polecam stronę Goodcontent. Teraz raczej nie chce mi się tam zbyt często wchodzić, ale kiedyś dość sporo dorabiałam pisząc tam teksty na zlecenie.

25. Namów rodzinę na karty, planszówki albo inne gry jeśli nie macie w domu gotowców.

26. Jeśli szukasz też prostej rozrywki to polecam apki takie jak "Brain test" albo "Stump me". To takie gierki-łamigłówki, w których trzeba trochę pomyśleć i pokombinować, ale przy tym dobrze bawić.

27. Napisz wszystkim znajomym coś miłego.

28. Wykorzystaj sytuację, w której kupujemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, by zacząć prowadzić domowy budżet i spisywać wszystkie wydatki.

29. Poszukaj jakiegoś kanału ASMR i sprawdź czy umiesz się przy tym zrelaksować. Może to też pozwoli Ci się trochę uspokoić?

30. Zaplanuj sobie najbliższe 2 tygodnie. Możliwości jest tak dużo, że bez planu nie czułabym, że mam nad tym wszystkim kontrolę. Wolę widzieć co zrobiłam i odhaczać wykonane zadania.


A tak poza tym - nie róbcie zapasów jak na wojnę. W tłoku kolejek marketowych tymbardziej można się zarazić koronawirusem i nie tylko. Nie wychodźcie do sklepów po pierdoły, chyba że macie w pobliżu odludne miejsca gdzie można spacerować. I stosujcie się do reszty zaleceń, wtedy szybciej wrócimy do normalnego życia :>

Powodzenia i #staythefuckhome!

marca 14, 2020

Rytualne hennowanie - dzień pielęgnacji i mini spa

Rytualne hennowanie - dzień pielęgnacji i mini spa
Pisząc niedawny post o mojej kijowej pielęgnacji, sama siebie zainspirowałam przypominając sobie te wszystkie fajne rzeczy, które miałam, gdy przykładałam się do henny - zapachy, efekty, satysfakcję nie tylko z samych efektów, ale i miło spędzonego czasu, uczenia się nowych ziołowych mikstur i pracy, którą wkładałam w ich przygotowywanie. Uświadomiłam sobie, że od wielu miesięcy moje hennowanie, to zbiór pewnych automatycznych, szybkich ruchów, zupełnie pozbawionych jakiegokolwiek zainteresowania i pasji.



Wracając z uczelni, gdzieś między zmywaniem garów, a rozwieszaniem prania, w biegu robiłam mieszankę na odrost - biedną breje na samej kranówce. Bez wkładania w nią odrobiny serca i uwagi. Nie chcę żebyście wzięli mnie za jakąś wariatkę - to w końcu tylko farbowanie włosów. Mimo to kiedy przypominam sobie jak wyglądało ono u mnie jeszcze rok temu, odczuwam nostalgię. To był rytuał. To było staranne przygotowywanie ziół, robienie mieszanki, gotowanie bogatego wywaru. Następnie stopniowe łączenie wszystkiego w jedno. Potem nadchodziła przedhennowa pielęgnacja - chelatowanie, oczyszczanie włosów, olejowanie czoła, karku i uszu. Potem samo nakładanie ziół. To wszystko trwało naprawdę długo, ale miało swój urok. Dziś hennę robię w biegu. Z obrzydliwym mysim odrostem żyje 2 miesiące zanim zmotywuję się do działania. Nie przykładam się do tego. Nie mam na to czasu. I nie czerpię z tego przyjemności.

Stąd zrodził się ten pomysł. Hennowanie dawało mi pewnego rodzaju spokój. Działało na mnie jak domowe spa. Uspokajało mnie. Było aromaterapią. Stwarzało okazję do zadbania także od resztę ciała. A później przychodził czas kiedy podziwiałam efekty. Postanowiłam, że chce to odzyskać. Że postaram się znaleźć 1 dzień w miesiącu, kiedy będę mogła się temu w całości poświęcić i będzie to ważniejsze niż praca, rodzina i nauka. Bo to będzie robienie sobie dobrze, pielęgnacja i odpoczynek w jednym. A skoro tak zależy mi na oszczędzaniu czasu, to mam nadzieję że uda mi się ten rytuał połączyć także z innymi zabiegami dla ciała i umysłu.

Po niedawnym poście na grupce wiem, że sporo osób też miało podobny problem, zatem przejdźmy już do rzeczy, bo byłam tak dobra, że wszystkie kroki Wam opisałam i może też odzyskacie trochę chęci into pielęgnacja. Oczywiście nie musicie kopiować 1:1 podanych przepisów, używajcie tego co macie pod ręką.


Krok pierwszy: staranne przygotowanie mieszanki

Mindfulness jest coraz bardziej w modzie. Czasami staram się robić rzeczy uważnie, ale kiedy mam zapracowany dzień, to po prostu wymaga ode mnie niesamowitych pokładów energii. Postanowiłam zrobić bardzo bogatą i naładowaną dobrem mieszankę z wielu ziół i innych składników. Z naciskiem na uważne dotykanie, wąchanie i mieszanie! Bazę wodną do henny będę robić z wielu ziół - część z nich będę gotować, a część (te bardziej wrażliwe) zaparzę.

1) Składniki bez zaparzania/gotowania: 60 g henny Miksologia, 10 g senesu, miód, kurkuma, kozieradka, pół łyżeczki aceroli, mielona babka płesznik, neem.

2) Składniki do wywaru: torebka gotowej mieszanki ziół do włosowego wywaru, łyżka kobylaka, łyżka łopianu, łyżka tataraku.

3) Składniki do naparu: torebka rumianku, łyżka pokrzywy, łyżka bylicy bożego drzewka, łyżka brzozy, łyżeczka kozieradki, łyżka senesu.

Wywar gotowałam 15 minut po zagotowaniu, napar zalałam wrzątkiem. Potem zostawiłam oba do ostygnięcia. Kiedy wywar osiągnął temperaturę, która już nie parzy dłoni, odcedziłam wywar i napar i połączyłam je. Przygotowałam wszystkie sypkie produkty i stopniowo dolewałam po łyżce fazy wodnej. Oczywiście sporo płynu mi zostało, ale przyda się jeszcze później, do płukanki na drugi dzień. Kiedy mieszanka miała odpowiednią konsystencję, zawinęłam w woreczek i ręcznik, i odstawiłam w pobliżu włączonego kaloryfera. Postanowiłam, że będzie tam stał około 5 godzin.



Krok drugi: Międzyhennowa pielęgnacja twarzy


W międzyczasie zrobiłam sobie peeling i postanowiłam zrobić 2 maski zanim zacznę zajmować się włosami. Wymieszałam maseczkę z TEGO przepisu z olejem z dzikiej róży i tonikiem z EcoLab. Wyszło mi algowe błotko, które nosiłam jakieś 15 minut zanim zdążyło zaschnąć. Potem zmyłam je z twarzy i umyłam pianką przed nałożeniem drugiej maski. Następnie weszła maseczka z EcoLab, jej konsystencja to taki krem, który nie zasycha, a lekko się wchłania, więc nie zmywałam jej w ogóle - zrobiłam to dopiero kiedy zaczęłam ogarniać włosy.




Krok trzeci: Przedhennowa pielęgnacja włosów i oczyszczanie


Zaczęłam od olejowania. Kilka godzin przed nakładaniem henny zainstalowałam na głowie olej Sesa. Niedawno we wpisie wspominałam, że uwielbiam jego dziwaczny zapach, w końcu wykorzystałam okazję, by go użyć.

Następnie umyłam głowę rypaczem i w ramach chelatowania, a może też w nadziei, że troszkę rozjaśnię włosy, zrobiłam maseczkę z kwasem jabłkowym. Na 3 łyżki maski, dodałam 1,5 łyżeczki kwasu i trzymałam na głowie jakieś 20 minut. Ponownie umyłam rypaczem tuż przed hennowaniem.



Krok czwarty: Hennowanie przed snem


Moim zwyczajem jest, że hennę zawsze nakładam bezpośrednio przed spaniem. Nie lubię chodzić w dzień z błotem na głowie - rzadko mam takie dni, kiedy nigdzie nie wychodzę, a poza tym to strasznie niewygodne. Spod czapki wycieka błotko, spływa po szyi i to strasznie irytuje. Dlatego zabezpieczam się mocno chusteczkami pod czapką, kładę na poduszkę ręcznik i idę spać. Wtedy nie dość, że nie męczę się z henną, to jeszcze pracuje ona na moich włosach dość długo i ma szansę w nie dobrze wejść. Nałożyłam więc błotko, a z tej ilości, którą przygotowałam zostało mi trochę mieszanki. Wylądowała w zamrażarce i będzie wykorzystana na przyszły odrost. Rano zmyłam wszystko z włosów, to też idealny pretekst żeby rozbudzić się prysznicem.

Kolor na długości już mi się chyba nie zmienia, a odrost o dziwo nie wyróżnia się jakoś mocno od starszych partii. Po hennie z reguły chodzę 3-4 dni bez mycia włosów, bo kompletnie nie produkują wtedy sebum. Miło było to zrobić dobrze i nie na odwal :D

Inne włosowe wpisy:

- Sposoby na delikatne mycie włosów

- Moja hennowa historia

marca 10, 2020

Artefakty - zima 2019/2020

Artefakty - zima 2019/2020
Dawno nie było! Cóż, ciężko mi było zebrać rzeczy, które pojawiły się u mnie w czasie tych kilku miesięcy, więc uznałam, że wybiorę te najciekawsze.


Odkurzacz Ilife

Od jakiegoś czasu planowałam kupić takiego robota, bo mam już dość nieustannego odkurzania, które nigdy się nie kończy. Mam kota więc jest to czasami dramat. Odkurzać musiałam każdego dnia, syf robił się już po kilku godzinach. Zrobiłam dość duży research - robotów na rynku jest już naprawdę dużo. Byłam trochę sceptyczna nastawiona, bo kilkanaście lat temu mieliśmy w domu jakiegoś "Robocopa", który był niestety bezużyteczny. Na szczęście dzisiejsze roboty to zupełnie inna bajka. Długo szukałam swojego modelu. Mam 35 metrów mieszkania, więc zależało mi tak naprawdę tylko na tym, żeby wciągał syf i się nie rozwalił. Nie zależało mi na żadnych dodatkowych funkcjach typu mop, mapowanie terenu, wirtualna ściana, sterowanie aplikacją etc. Wybrałam najtańszą opcję z tych robotów, które jeszcze zalicza się do takich, które "ujdą". Mój model to Ilife v4 - czyli dość stara wersja bez żadnych udoskonaleń. Jest na pilota, ale ma też przyciski na sobie. Zapłaciłam za niego jakoś ponad 500 zł w polskim sklepie (a więc całkiem sporo, jak za dość stary model, który podobno czasami był na promkach za 3 stówy). Mam go już około 3 miesiące. Jestem zadowolona, ale teraz rzeczywiście widzę sens w kupnie odkurzacza, który jeździ według mapy, a nie na oślep. Mam na tyle małe mieszkanie, że radzi sobie z dokładnym odkurzaniem, ale czasem działa mi na nerwy, gdy jedzie w czyste miejsce, omijając takie, które jeszcze wymaga odkurzania. Ostatecznie gdy pojeździ  godzinkę, jest poodkurzane w miarę dokładnie, ale przy większej przestrzeni to by się raczej nie sprawdziło. Myślę, że warto wydać chociaż ten tysiąc cebulionów za odkurzacz z mapą.

Ale wracając do mojego modelu - nie obija się o ściany, zwalnia wcześniej, nie spadnie ze schodów, bo ma czujnik, ale to u mnie i tak bez znaczenia. Kiedy go kupiłam mówiłam sobie "on odkurza codziennie, a ja raz w tygodniu, żeby poprawić po nim". I się zaskoczyłam po jego pierwszym odkurzaniu, bo to raczej on poprawił by po mnie, nie na odwrót ;v. Tak zupełnie na poważnie - od 3 miesięcy odkurzałam sama tylko raz, na samych listwach. Jeśli ma odpowiednio umożliwiony dostęp do różnych zakamarków, odkurza naprawdę dokładnie, także w kątach. Mieści mi się pod biurkiem i pod ławą, niestety utyka pod kiblem i muszę go ratować.

Opróżniam pojemnik codziennie, czasami co 2 dni i zawsze mnie zaskakuje ile brudu produkuje moje mieszkanie. Gdyby kotów było więcej...



Gablotki


Dorwałam też takie dwie urocze kaszty zecerskie (tak się to chyba nazywa). Od wielu miesięcy nie mogłam ich nigdzie dostać, a jeśli już, to były strasznie drogie. A uratował mnie olx i lokalna grupa roślinna. Na olxie dorwałam tą jasną za jakieś 2 dychy, z kolei druga trafiła do mnie za jakąś dychę od uroczej pani z łódzkiej grupki roślinnej, która chciała się jej pozbyć. Ta jaśniejsza wymaga malowania, bo nie podoba mi się jej kolor. Obie będą służyć jako gablotki na kamyczki i inne pierdoły.




Rośliny

Ostatnio trafiło do mnie jak zawsze sporo roślin - choć wielu się też pozbyłam. Straciłam już rachubę co pokazywałam a czego jeszcze nie, więc nie będę się już powtarzać. A niżej między innymi moja variegata, która wypuściła nowy liść :d




Wreszcie mam duuuużą monsterę deliciosę, którą kupiłam od jednej babeczki z okolic. Niedawno się ukorzeniła i rośnie już samodzielnie. Niedługo dostanie podporę i mam nadzieje, że urośnie potwór.




Książki

Póki co czytam tylko książki naukowe okołopsychologiczne (może ze strachu, że kończę studia, a za mało wiem?;v). Trafiły do mnie następujące tytuły:


Póki co nie będę nic o nich mówić, bo jeszcze nie przeczytałam, ale może zasłużą na oddzielne wpisy kiedyś. To by było na tyle, hejoszka!


Starsze wpisy:

- Jak prowadzić dziennik?

- Co myślę o grammar nazi?

marca 05, 2020

7 zalet prowadzenia dziennika i jak to robić dobrze

7 zalet prowadzenia dziennika i jak to robić dobrze
Część z Was prawdopodobnie pisze albo próbowała pisać pamiętnik. Mnie ta nazwa zawsze jakoś odpychała. Pisanie pamiętnika kojarzyło mi się jako coś "babskiego" i głupiego. Niemniej wielokrotnie w swoim życiu podejmowałam próby pisania go i starannie się z tym kryłam. Miałam też incydent, że moje pamiętnikowe wypociny zostały przeczytane, co narobiło wielu osobom przykrości i przez kilka lat miałam potem wyrzuty sumienia, że zrobiłam coś złego. Dopiero od jakiegoś czasu wreszcie się z tego rozgrzeszyłam - wyżywanie się "w pamiętniku" pozwalało mi się wtedy pozbyć negatywnych emocji i dzięki czemu nie robiłam ludziom przykrości "w twarz". Ale do rzeczy, dziś chciałam opisać zalety i moje podpowiedzi, które pozwolą Wam to robić z sensem.


Ulga w przeżywaniu negatywnych emocji 

Ten punkt dotyczy opisywania sytuacji trudnych. W takiej właśnie roli wykorzystywałam go jako dziecko. Był moim ratunkiem w sytuacjach konfliktowych, kiedy kierowały mną bardzo silne emocje - głównie związane z udziałem innych osób. Zamiast zwyzywać kogoś w twarz, zapisywałam w pamiętniku wszystkie wulgarne epitety związane z moimi aktualnymi odczuciami wobec jakiejś osoby - najczęściej moich rodziców. Pamiętam, że emocje jakie odczuwałam kiedy decydowałam się na taką pamiętnikową praktykę, były naprawdę burzliwe - nie pisałam tam po przeżyciu jakiejś niewielkiej kłótni, musiało się stać coś naprawdę ciężkiego do zniesienia (w oczach niezadowolonego dziecka, nie doświadczyłam nigdy żadnej przemocy w rodzinie, ani tym podobnych traum).

Nie pamiętam czy po zapisaniu tych bluzgów czułam się lżej. Wydaje mi się, że zwyzywanie kogoś na kartce papieru to za mało żeby emocje opadły, a wręcz uważam, że może to jeszcze podsycić złość - ponieważ brakuje w tym autorefleksji, a cały opis skupia się na obwinianiu innych. Mało tego, odbiera nam to możliwość uczenia się na błędach i unikaniu podobnych konfliktów. Żeby opisywanie wywołujących negatywne emocje przeżyć niosło ulgę, warto je opisywać zgodnie z prawdą - tak by pełniło to role pewnego rodzaju "emocjonalnej spowiedzi przed samym sobą".

Mój sposób opisywania takich przeżyć zaczyna się przede wszystkim od dokładnego opisu sytuacji jaka się wydarzyła - unikam przy tym komunikatów oceniających, a skupiam się na suchych faktach.

Przykładowo:

Fakty: "Przyszedł 2 godziny spóźniony", "Nie zadzwoniła", "Wzięła mój szampon bez pytania".

Oceny: "Jak zawsze się spóźnił", "Jest jakaś niepoważna", "Podkrada moje kosmetyki i myśli, że tego nie widać".

Na tym etapie warto unikać słów takich jak "zawsze", "nigdy", bezpośrednich ocen i tego co podejrzewamy lub nam się wydaje. Zdania "Rozładowała na mnie swój pms", "Jestem dla niego nikim", może nie zawierają na pierwszy rzut oka oceny, a jednak opierają się na założeniach i przypuszczeniach, które niekoniecznie są zgodne z prawdą, a jedynie naszym wyobrażeniem. 

Następnie drugi ważny etap - opis naszych osobistych uczuć. Jakie emocje aktualnie odczuwamy, które konkretnie zachowanie innej osoby spowodowało, że je czujemy. Na końcu ewentualnie pozwalam sobie na moje przypuszczenia odnośnie źródeł danego zachowania.

Przykładowo:

"Jest wkurwiająca, działa mi na nerwy i truje mi dupę. Nie mam czasu na takie pierdoły, to niepoważne". - Zwróćcie uwagę, że "jest wkurwiająca" może i odnosi się do uczuć - i tego że coś lub ktoś nas wkurwia, ale to zdanie jest sformułowane jako ocena - nie zachowanie, a osoba jest opisana jako wkurwiająca. Gdybyśmy mięli odnieść to do naszych osobistych uczuć, moglibyśmy napisać "jestem na nią wkurwiony" albo "wkurwiła mnie". 

Inny przykład:

"Potraktował mnie niesprawiedliwie" - Tu z kolei miał być opisany fakt, tymczasem opis zawiera ukrytą ocenę. W realnej komunikacji takie zdanie bardzo łatwo podważyć - w końcu osoba, o której mowa może uważać, że wcale nie było to niesprawiedliwe. Zdecydowanie lepiej brzmi "Czuję się potraktowana niesprawiedliwie" - to rzeczywiste odczucie, jakie wywołała zaistniała sytuacja, którego nie da się skontrargumentować i które z reguły nawet nie wywołuje chęci kontrargumentowania. 

Warto prowadzić opisy w taki sposób. Pozwala to uniknąć obwiniania całego świata i umożliwi zobaczenie sytuacji w bardziej neutralnym świetle. Podczas ciągnących się konfliktów potrafię zapisać naprawdę kilka stron zeszytu i rozłożyć sytuację na czynniki pierwsze. Staram się także wypisywać ewentualne kroki lub rozwiązania, które warto podjąć, by rozwiązać problem. W takiej formie rzeczywiście mi to pomaga i przede wszystkim niesie ze sobą więcej korzyści w kwestii lepszego "poznania" natury konfliktu, niż bezrefleksyjne wypisywanie bluzgów i wyżywanie się na innej osobie. Dopiero kiedy mam to za sobą, pozwalam sobie na opinie i przypuszczenia.

Choć takie wyżywanie uznaje się za bezpieczniejsze niż realna konfrontacja z członkiem konfliktu, uważam, że to drugie ostatecznie ma więcej korzyści - choć może warto unikać w takiej konfrontacji chamstwa i agresji. 

Ćwiczenie takiego sposobu opisywania negatywnych przeżyć przekłada się także na lepszą komunikację w życiu - w przypadku prowadzenia kłótni zawsze warto opierać się na suchych faktach i osobistych odczuciach, przy unikaniu komunikatów oceniających i przypuszczeń, ale o tym planuję jeszcze kiedyś napisać. 


Pozwala lepiej przemyśleć trudne decyzje 

Bardzo często uciekam do dziennika, kiedy nie wiem jak zachować się w danej sytuacji - mam jakiś dylemat, nie wiem co jest lepszym i bardziej adekwatnym zachowaniem. To również dotyczy głównie sytuacji konfliktowych i niejasnych. Chaotyczne bezrefleksyjne wyżywanie się na piśmie chyba nie sprzyja tej kwestii. Natomiast szczegółowe wypisanie faktów i odczuć, które w nas siedzą stwarza dobre warunki do wyszczególnienia możliwych rozwiązań. 

Warto też używać go jeśli mamy problem z impulsywnością i agresją. Konfrontowanie konfliktów jest bardzo ważne, ale trzeba to robić w odpowiedni sposób. Agresywna i oceniająca konfrontacja działa prowokacyjnie i podsyca negatywne emocje obu stron. Wylewanie tego na papier w pierwszej kolejności może zwyczajnie pomóc nam uniknąć krzywdzenia innych ludzi nieprzemyślanymi komentarzami. 

Poza sytuacjami konfliktowymi są też inne dylematy - jakie studia wybrać, które auto kupić, jak nazwać psa ;v - one również potrafią być uporczywe i natrętne. W dzienniku możemy nie tylko opisywać nasze emocje z nimi związane, ale także tworzyć sobie listy "za i przeciw" co do konkretnych wyborów. 


Pełni rolę plannera 

Jeśli nie lubicie klasycznych kalendarzy to możecie rozpisywać sobie zadania po swojemu - ja rysuje sobie okienka do odhaczania tego co już zrobione, lubię sobie także rozpisywać cele na dany miesiąc, kwartał czy rok. Planowanie samo w sobie też mnie uspokaja i jest przyjemne. Zwykle robię to w tym samym zeszycie, który służy mi do opisywania przeżyć.


Uczy nazywania i zauważania emocji 

Dla wielu osób pamiętniki to albo worki treningowe, albo jakieś zeszyty do spisywania "złotych myśli". Dopóki nie zaczęłam w nim rzeczywiście opisywać moich przeżyć i emocji, to nie miałam motywacji do prowadzenia go regularnie. Mówienie o emocjach jest trudne, znacznie łatwiej jest się do nich przyznać tylko przed samym sobą. Jeśli nie wiecie jak się do tego zabrać, nie przywykliście do tego albo wydaje Wam się, że macie za małą wiedzę, już spieszę z wyjaśnieniem. 

Opisywanie emocji nie musi być ładne i poetyckie. Możecie je opisywać za pomocą wulgaryzmów, kolokwializmów i wcale nie musicie obawiać się, że Wasz zasób słownictwa jest zbyt ubogi. Pamiętajcie jednak, że warto opierać się na WŁASNYCH odczuciach, nie ocenach i przypuszczeniach.

"Ona jest wkurwiająca" - To jest ocena.

"Jestem na nią wkurwiona" - a to Twoje realne uczucie. Nikt Ci tego nie odbierze i nie zakwestionuje. 

Trzeba sobie uświadomić, że emocje to czasami naprawdę bardzo proste mechanizmy, które łatwo da się opisać także za pomocą prostych słów. Ćwiczenie opisywania ich rozwija świadomość - uczymy się je zauważać, rozumieć, a z czasem prawdopodobnie także łatwiej będzie nam o nich mówić i dzielić się nimi z innymi. 

Pozwala zebrać myśli

Kolejny skutek uboczny prowadzenia dziennika, to porządek w głowie. Analizowanie nurtujących problemów, szukanie rozwiązań, nazywanie emocji po prostu pozwala poukładać myśli. Emocjonalna ulga, planowanie, rozważanie za i przeciw - to wszystko pozwala te myśli układać. Ja często odczuwam to jako pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa - pisanie, szczególnie w bardziej stresujących etapach mojego życia sprawia, że jestem w stanie zapanować nad tym całym natłokiem myśli i zadań, które mnie czekają.

Motywuje do działania

Nie zawsze - ale zdarza mi się to. W szczególności kiedy spisuje swoje plany i cele. Warto też czasami połechtać swojego ego i robić ćwiczenia typu "10 rzeczy, które mi się udały w tym tygodniu". W ogóle nie zapominajcie, że dziennik to nie tylko misa żalu i rozpaczy, która ma Wam pomóc rozwiązywać problemy i odzyskać dobry humor. Piszcie tam też o dobrych rzeczach i pozytywnych emocjach. Jeśli coś Wam się udało to też dobrze jest to opisać - również z zaznaczeniem faktów i emocji. Spisywanie pozytywnych wydarzeń i naszych osiągnięć jest bardzo ważne!

Czasami też bardzo mocno refleksyjnie i motywująco działa na mnie czytanie starszych opisów - szczególnie właśnie takich pozytywnych, świadczących o tym, że jestem zaradna i dobrze sobie radzę.

Może być pomocny do ćwiczeń "terapeutycznych"

Jak już wyżej wspomniałam warto nie tylko wykonywać w nim listy "za i przeciw", ale także wypisywać swoje zalety, osiągnięcia, rzeczy nad którymi warto pracować. Ja często pracuję też z podręcznikami do takiej samodzielnej terapii - np. terapii schematów albo poznawczo behawioralnej, często pracuję sobie też na jakiś ogólnorozwojowych książkach np. z zakresu komunikacji. Takie podręczniki to bardziej "ćwiczeniówki", które wymagają aktywnego wykonywania zadań, spisywania różnych rzeczy. Dziennik jest wtedy takim brudnopisem, gdzie takie zadania rozwiązuję. Oczywiście od razu zaznaczam, że traktuje je raczej rozwojowo, a nie jako zamiennik prawdziwej psychoterapii. Niemniej uważam, że są bardzo wartościowe i z pewnością pojawi się jakiś wpis zbiorczy z takimi podręcznikami. Tymczasem mogę Wam polecić np. "Relacje na huśtawce", "Emocjonalne pułapki przeszłości", "Emocjonalne pułapki w związkach" i cudowną "Sztukę skutecznego porozumiewania się".



Pisanie dziennika a poczucie wstydu

Na początku mamy dwie obawy - pierwsza, że pisanie takich emocjonalnych pierdół jest niepoważne i dziecinne, druga, że ktoś je przeczyta i będzie wstyd. Jeśli chodzi o to drugie, na własnej skórze przeżyłam konsekwencje przeczytania moich wypocin przez osoby niebędące mną (;v), a że było to jeszcze czasach nieprzemyślanego wyrzygiwania wyzwisk skierowanych w moją rodzinę, możecie sobie wyobrazić co mogły poczuć osoby opisywane. Pomimo urazy, że moje prywatne notatki zostały zgwałcone czytaniem przez niepowołane osoby, rozumiem że zawarte tam informacje zwyczajnie kogoś bolały. Czasami nadal stresuje mnie to, że ktoś może przejrzeć moje "dzieło", myśli te są bardzo nieprzyjemne, choć przecież ostatecznie nie mam nic do ukrycia. To bardzo intymne i prywatne treści przeznaczone tylko dla mnie i ewentualnie dla osób, którym kiedyś pozwolę tam zajrzeć. Jeśli ta obawa sprawia, że się blokujecie i wstydzicie się pisać całkowicie prawdziwe uczucia, to albo znajdźcie dobrą skrytkę, albo wymyślcie sposób który jakoś zabezpieczy te notatki. Ja dodam tylko, że w 90% obawy że ktoś to przeczyta celowo to nasze irracjonalne wymysły. Schowanie tego zeszytu między nieciekawymi zeszytami ze szkoły czy studiów może pomóc w unikaniu zainteresowania. Gorszy jednak jest pierwszy problem - wstyd, że pisanie jest zwyczajnie głupie. Dla mnie było głupie, bo kojarzyło mi się z jakimiś zeszytami złotych myśli dziewczynek z podstawówki. Prawda jest taka, że wiele dorosłych osób, którzy osiągają sukcesy prowadzi takie notatki w różnej formie - nie musi to być przecież różowy zeszyt z wielkim napisem "PAMIĘTNICZEK ANDRZEJKA", piszcie tak jak Wam wygodnie - choćby i na kartkach do drukarki czy w Wordzie.

Warto jeszcze dodać, że pisanie dziennika to nie tylko opis z czego mieliśmy kanapki na śniadanie. Może Wam się wydawać, że w Waszym życiu nie dzieje się tyle ciekawych rzeczy, żeby trzeba było je opisywać. To nie prawda. W trakcie jednego dnia w Waszej głowie pojawia się tyle myśli, że można z nich napisać książkę. Opisujcie wszystko - emocje, refleksje na temat świata i ludzi, cele, plany, marzenia, śmieszne rzeczy, które chcecie zapamiętać, problemy, nawet przepis na krem z dyni jeśli uznacie, że zasłużył na rozdział w książce o Was.


Podsumowanie - moje zasady pisania dziennika


  • W przypadku opisywania trudnych sytuacji skup się w pierwszej kolejności na faktach i emocjach, a ewentualnie potem daj sobie możliwość stawiania przypuszczeń i opinii.
  • Twórz w nim listy ewentualnych rozwiązań, rób tabelki "za i przeciw".
  • Jeśli nie wiesz o czym pisać, opisz rzeczy, o których chwilę wcześniej myślałeś. Nawet jeśli myślałeś o tym, że fajnie by było jeść dupą.
  • Pamiętaj o pisaniu pozytywnych rzeczy, o swoich nawet niewielkich osiągnięciach. 
  • Pisz w nim to co rzeczywiście czujesz i myślisz, nie chowaj informacji jeśli wydaje Ci się, że są wstydliwe, albo nie wypada o nich pisać. O ile nie masz na koncie gwałtu, morderstwa i popierania teorii płaskiej Ziemii, to nie masz się czego wstydzić ;V
  • Wracaj co jakiś czas do czytania starszych wpisów i pozwól sobie na odrobinę autorefleksji. 



Na dziś to tyle, zachęcam do zajrzenia tu:

- Co myślę o grammar nazi?

- Moje sposoby na olejowanie włosów.

marca 03, 2020

Czasami robię błendy

Czasami robię błendy
Do napisania tego posta zmotywowała mnie kolejna publiczna egzekucja delikwenta, który zapomniał jak poprawnie piszemy słowo "grzejnik". Za każdym razem doskonale wiem co spotkam w sekcji komentarzy zamiast podania im tego przepisu na biszkopt czy adresu do sklepu z płytkami. Za każdym razem nasi kochani współrodacy polecają lepszy specyfik na wszelkie zło tego świata - słownik.



No cóż, gdy piszemy z człowiekiem, który nie potrafi używać interpunkcji i wali błędy w co drugim słowie, zapala nam się czerwona lampka - oho, mamy do czynienia z debilem. Ja także pozwalam sobie na jakiś tam prześmiewczy chichot w mojej głowie. Ale nie zwracam mu uwagi. Co to da? Czy wydaje Wam się, że dorosła osoba, która na przykład nie ukończyła szkoły, weźmie sobie do serca Waszą uwagę, że mówi się "będzie", a nie "bendzie?". A nawet jeśli to zrobi, nadal nie umie poprawnie zapisać 90% innych słów. Gratulacje, naprawiliście świat.

Bardzo często spotykam się z opiniami, że popełnianie błędów to brak szacunku do języka i kraju. Jeśli miałabym to określać jako brak szacunku, to chyba tylko szacunku do współrozmówcy, który jako żyjący człowiek jest dla mnie ważniejszy niż przynależność do kawałka miejsca na mapie.

Prowadzę bloga - zwracanie mi uwagi na błędy odbieram rozwojowo. Czasami rzeczywiście coś robię źle, a mogę robić lepiej. Takie uwagi są dla mnie cenne, choć nie ukrywam, że czasami irytujące - szczególnie, kiedy cały komentarz jest poświęcony tylko tej kwestii, a całkowicie ignoruje poruszany we wpisie temat. Ale nie uważam, żeby dla przeciętnego Andrzeja, który po prostu chce znaleźć tą kabinę prysznicową na facebookowej grupie, takie uwagi były w ogóle istotne. Dla niego nie jest problemem, że robi błędy, to ludzie którzy rzucają w niego słownikami mają problem. Nie zwracają mu uwagi po to, by nieść misję dobrodusznej edukacji, chcą się tylko ponabijać z jego głupoty i pokazać, że ONI WIEDZĄ.

Język ma wiele funkcji - a spora większość zawiera się po prostu w słowie K O M U N I K A C J A. Kompletnie nie zgadzam się z tym, że język trzeba szanować. Uważam, że szanować trzeba ludzi. Język jest dla mnie narzędziem umożliwiającym nam komunikowanie się, przekazywanie informacji i emocji. Jeśli chcę od niego czegoś więcej, to czytam sobie wiersz albo idę do teatru. Zwracanie uwagi obcym ludziom na błędy uważam za bezsensowną stratę czasu, która niczego nie zmienia, a już na pewno niczego nikogo nie uczy.

Cudze błędy czasami mnie śmieszą, ale zwykle po prostu je ignoruje. To nie jest mój problem, że ktoś przeczytał w życiu za mało książek i teraz w cudzysłowiu włancza światło. Dla mnie ważny jest mój własny rozwój.

I wreszcie - jeśli rzeczywiście zależy Wam na zwiększaniu świadomości innych ludzi w zakresie poprawnej polszczyzny, a nie kieruje Wami jedynie chęć ponabijania się, może warto odezwać się do takiej osoby osobiście i doradzić coś w sposób kulturalny, a nie prześmiewczy?


Podobne wpisy:

- Roszczeniowe matki i zakłócanie ciszy nocnej

- Dlaczego nie lubię składania życzeń przez internet

lutego 27, 2020

Obecna pielęgnacja włosów i mała akualizacja

Obecna pielęgnacja włosów i mała akualizacja
Odkąd zapuściłam włosy do wymarzonej długości, straciłam motywację do dbania o nie. To w sumie  dobrze, bo włosy przestały być dla mnie najważniejsza wartością życiową (xD). Poza tym, dzięki hennie, ich stan nadal jest bardzo dobry pomimo kulejącej pielęgnacji. Odechciało mi się póki co domowego mycia, z bólem serca muszę przyznać, że zdarza mi się myć włosy familijnym płynem do ciała. Moja jedyna pielęgnacja obecnie, to mycie co 2 dni, instalowanie odżywki, olejowanie jak mi się przypomni (czyli może raz w miesiącu) i hennowanie odrostu. Mam w domu 6 odżywek, które wykorzystuje w zależności od tego na jakim efekcie mi zależy - wszystko wyjaśnię poniżej.


Odżywki Anwen

Aktualnie je testuję, nie mam jeszcze wyrobionego zdania. Mam 3 wersje dla średnioporów. Póki co nie widzę w nich efektu wow jaki dają mi Tołpy, ale anwenówki nie mają sztucznych oblepiaczy. Póki co najbardziej lubię wersje proteinową, ale proteiny raczej nigdy nie działają na mnie źle, więc ciężko sobie wyrobić jakąś opinię.


Tołpa

Składy tych kosmetyków nie są idealne, ale wszystkie Tołpy zawsze mocno zwiększały mi objętość i powodowały, że włosy były ciężkie i mięsiste. Mam jedną Tołpę pod ręką i używam jej, kiedy potrzebuję efektu wow - przed jakimiś imprezami albo eventami, kiedy muszę wyglądać lepiej niż zazwyczaj. Nie wiem skąd to wynika, może jest w nich tak dużo oblepiaczy. Składy mają lepsze i mniej silikonowe niż standardowe drogeryjne odżywki, a działają nieporównywalnie lepiej niż wszystko inne. Nie miałam jeszcze Tołpy, która by tak na mnie nie działała.





Sesa

Wróciłam do niej po latach. To mój ulubiony olej do włosów, jego zapach kojarzy mi się z dawnymi latami włosomaniactwa. Jest taki nostalgiczny. Kojarzy mi się z jakimś egzotycznym płynem do mycia kibla. Mimo, że go tak uwielbiam, nie mam wystarczającej motywacji by używać go chociaż raz w tygodniu. W zasadzie aktualnie nie umiem nawet wskazać jakie efekty daje mi olejowanie. Robię je jak mi się przypomni, w biegu i trzymam olej dość krótko na głowie. Pamiętam, że kiedyś spałam mając go na głowie, albo chodziłam z nim przynajmniej kilka godzin w ciągu dnia.

Jeśli jednak zmuszę się do użycia go, to mam wrażenie, że robię sobie jakąś aromaterapię. Czuję się po prostu przyjemnie kiedy go czuje, choć wiem, że dla innych ten zapach jest dość uciążliwy i irytujący.


Capitavit

Moje włosy dawno osiągnęły wymarzoną długość. Wydawałoby się zatem, że wcierki w ogóle nie są mi już potrzebne. I rzeczywiście trochę tak jest, choć używanie ich to nie tylko zapuszczanie, ale ogólne wzmacnianie cebulek. Capitavit jest wcierką ziołową na alkoholu. Nie jestem zwolennikiem używania ich bez przerwy, również używam kiedy sobie przypomnę, a czasami leci jedynie na bejbiki wokół czoła.





Vis Plantis

Kiedyś pisałam o nich recenzję. To było dość dawno, a ja nadal męczę te same opakowania. Używam ich prawie za każdym razem, gdy myję włosy, z małymi przerwami, a one nadal uparcie nie chcą się skończyć. To bardzo tanie odżywki z przyzwoitym składem. Używam ich jako zwykłe emolienty - płyn do mycia na skalp, a jedna z tych odżywek na długość. Sprawdza się to całkiem spoko, nie traktuje ich jako jakieś super odżywcze produkty, raczej jako szybkie natłuszczaczo-nawilżacze.

Henna

Używam zgromadzonych zapasów Miksologii, hennuję tylko odrost, ale planuję za jakiś czas odświeżyć henną całe włosy. Całkowicie przestałam bawić się w chelatowanie, wymyślanie jakichś dziwnych dodatków do mieszanki. Nie mam do tego głowy. Używam henny, aceroli i wody (dawniej mieszanki lubiłam łączyć z samodzielnie zmielonym senesem, robiłam też bogate napary bazowe z wielu ziół...). Strasznie żałuje, że tak dużo teraz pracuję, pamiętam że hennowanie było dla mnie dużą frajdą, samo przygotowywanie mieszanki i siebie do aktu hennowania było jakieś takie rytualne xD. Kiedy to piszę, to aż czuje zapach tataraku i kusi mnie, żeby spróbować przywrócić stare hennowe nawyki.

Myślę, że odkąd coraz rzadziej hennuje włosy i nie przykładam uwagi do ogólnej pielęgnacji, ich stan powoli się pogarsza. Ostatnio porównywałam moje zdjęcia sprzed roku i te robione niedawno i widzę, że wyglądają dużo biedniej, choć na codzień tego nie odczuwam. I liczę, że to w końcu zmotywuje mnie do wdrożenia lepszej pielęgnacji, która łącznie działała na moje włosy jednak trochę lepiej niż całkowita olewka i henna na odwal raz na 2 miesiące.





Starsze wpisy:

1. Roślinna rutyna

2. Moje sposoby na olejowanie włosów

lutego 24, 2020

Obecna pielęgnacja twarzy - aktualizacja

Obecna pielęgnacja twarzy - aktualizacja
Hejoszka, ostatni wpis tego typu wleciał bardzo dawno temu, więc czas na małą aktualizację. Moja pielęgnacja twarzy jest teraz strasznie nieregularna - czasem grzecznie wykonuje wszystkie kroki, a innego dnia nie mam ochoty nawet umyć twarzy czymś poza wodą. Moja motywacja do codziennego powtarzania tych kroków bardzo kuleje i sama nie wiem co mogę zrobić, żeby wyrobić sobie jakieś nawyki dbania o skórę. Chyba przy moim obecnym stylu życia nie jest to możliwe. Opiszę Wam czego aktualnie używam.


Złuszczanie

Raz w tygodniu wchodzi peeling z Lavery, raczej udaje mi się zachować regularność. Nie przepadam za peelingami z cząsteczkami, bo niestety nie widzę po nich żadnego efektu złuszczania. Ten nie jest wyjątkiem. Kupiłam na próbę i wykorzystam, ale czasami muszę i tak potrzeć twarz mokrym ręcznikiem, żeby pozbyć się suchych skórek.



Mycie 

Do mycia twarzy używam Pianki Eco Lab (wersja odmładzająca) i szamponu Babydream, w zależności od tego czy jestem akurat pod prysznicem, czy myję samą twarz. Szampon trzymam pod prysznicem i używam go kiedy biorę kąpiel. Staram się myć twarz rano i wieczorem, ale w praktyce zwykle robię to tylko rano i nie codziennie, bo czasami mi się nie chce. To moje 2 ulubione produkty myjące - pianka jest genialna jeśli chodzi o konsystencje, a szampon - ma ten charakterystyczny zapach kosmetyków dla dzieci, który uwielbiam, ale przy tym dobry skład, w porównaniu z innymi markami.




Tonizowanie

Ciężko mi się do tego zmusić, nie lubię tego kroku. Używam toniku z Eco Lab, który jest trochę niewygodny przy nakładaniu, w przypadku gdy nie używam do tego wacików. A nie używam ich, bo według mnie marnują za dużo produktu i wole nakładać go samą ręką. Z tego powodu lepiej się u mnie sprawdzają mgiełki albo żele.



Nawilżanie

Zacznę od maseczek. Pierwszą z nich jest maska z Eco Lab. Tego kroku także zwykle nie pomijam, robię ją 1-2 razy w tygodniu i uwielbiam. Przede wszystkim za to, że nie zasycha na skorupę więc nie trzeba jej ciągle zwilżać. Ładnie pachnie i widocznie nawilża. Czasem trzymam ją 20 minut i zmywam, ale zdarza się, że zostawiam na twarzy i idę spać. Drugą maską jest maseczka z perełkowcem japońskim, przepis macie TU. Ostatnio straciłam ochotę na używanie jej, bo to maska na bazie alg - śmierdzi rybą i zasycha na twarzy, przez co muszę się męczyć z mgiełkami zamiast zrelaksować.

Jeśli chodzi o krem, aktualnie wróciłam do Bielendy. Nie przepadam za nim, ale szukałam czegoś na szybko. Jak skończę, to planuje kupić jakiś krem z Resibo.




Oleje

Czasami na krem, albo zamiast niego używam oleju z dzikiej róży albo mazidła z Polnego Warkocza. Olej zwykle leci na noc, mazidło czasem nakładam w dzień. Zawiera tarczycę bajkalską i moja skóra bardzo go lubi, ale niestety nie do końca odpowiada mi jego dziwny imbirowo-geraniowy zapach. Nie jest jakoś super uciążliwy i szybko zanika, ale działa mi na nerwy.




Starsze wpisy:

1. Cztery rzeczy, które poprawiają mi humor

2. Przegląd surowców ciekawych surowców kosmetycznych


sierpnia 02, 2019

Roślinna rutyna #2 - mam 800 roztoczy i 50 milionów nicieni w doniczkach :D

Roślinna rutyna #2 - mam 800 roztoczy i 50 milionów nicieni w doniczkach :D
No hej. Dzisiaj będzie bardzo ciekawie i przerażająco zarazem. Dlatego, że opowiem jak świadomie wypuściłam do swojego pokoju 800 drapieżnych roztoczy - dobroczynków, a także nicieni.

Te maluchy to mordercy roślinnych pasożytów. Postanowiłam, że czas na chwilę odstawić chemikalia i spróbować broni biologicznej. Zanim zaczną - zachęcam do zerknięcia na KANAŁ. Co jakiś czas będą się tam pojawiać roślinne filmy.

jakdbamorośliny


Roztocza

Zamówiłam 2 gatunki - dobroczynek kalifornijski (żeruje na przędziorkach) oraz dobroczynek swirski (żeruje na znienawidzonych przeze mnie wciornastkach). Kupuje się je w takich specjalnych saszetkach, zawiesza na roślinach, a one wychodzą sobie na żer gdy tylko skończy im się karmówka z środka saszetki. Od kilku tygodni rzeczywiście mam spokój z wciorami, które wcześniej non stop wracały. Mam jednak podejrzenia, że ostatnie upały zabiły dobroczynki, więc na jesień profilaktycznie zamówię je jeszcze raz. Roztocza są malutkie, ale widoczne ludzkim okiem. Są nieszkodliwe dla nas, dla zwierząt domowych i roślin. Początkowo trochę się bałam wprowadzać je do mieszkania, ale zupełnie nie ma czego. Chodzą sobie po roślinach, doniczkach i meblach, ale nie da się ich zobaczyć, jeśli się człowiek dobrze nie przyjrzy.


Nicienie

To brzmi jeszcze bardziej przerażająco. Nicienie z rodzaju steinernema feltiae (preparat nazywa się Nemycel) żerują na larwach ziemiórki. To takie małe muszki, które latają sobie nad doniczkami, w niewielkiej ilości nie są niebezpieczne, ale kiedy ich ilość się zwiększa są nie tylko upierdliwe, ale mogą też uszkadzać korzenie roślin. Miałam inwazję, którą najpierw ignorowałam - do czasu aż zobaczyłam stado larw, które zeżarły mi cebulki ceropegii, a także zjedzone korzenie mojego dużego rhipsalisa. Myślę, że larwa nie jest w stanie zaszkodzić korzeniom dużych drzewiastych roślin, jednak mniejsze gatunki, albo takie z płytką bryłą korzeniową mogą być zagrożone. Zaczęłam więc walkę za pomocą żółtych lepów. Pozwoliło to zmniejszyć ich ilość o jakieś 80%, rośliny jednak nadal był uszkadzane. Chciałam uniknąć podlewania chemikaliami, bo bym zbankrutowała z taką ilością doniczek, dlatego zdecydowałam się na nicienie. Myślę, że są o wiele bardziej skuteczne. Nicienie trzeba zalać wodą i takim roztworem podlać każdą doniczkę. Po kilku dniach rozpoczynają inwazję na larwach ziemiórki (które zanim staną się muszką, żyją w ziemi). Dorosłe muszki żyją kilkanaście dni, dlatego jeśli ich larwy zostaną zjedzone zanim dorosną, starsze muchy w końcu padną. Ja dodatkowo zostawiłam jeszcze kilka lepów, żeby wyłapać niedobitki szybciej, by jeszcze bardziej ograniczyć ich rozmnażanie. Tym sposobem pozbyłam się problemu całkowicie. Nie widzę ani jednej muszki, a wcześniej zdarzało mi się je znajdować np w herbacie, non stop latały nad roślinami. Nicienie nie są szkodliwe dla roślin i kręgowców, umierają sobie kiedy nie będą miały warunków do życia. Podobno żywią się także larwami wciornastka - ale ten składa jaja na liściach, a tam nicień nie ma dostępu.



Kwietniki 

Trafiły do mnie także 3 stare, zardzewiałe kwietniki - dostałam je i przemalowałam na czarno. Trochę niechlujnie mi to wyszło, ale na ścianie nie widać :D




Inne nowości

Jakiś czas temu znalazłam na olx szklaną gablotkę za 3 dyszki, niestety w efekcie ostatniej imprezy pękła jedna szyba - zostały więc tylko 2 poziomy. Będę więc szukać jej domu, a sama kupie sobie jakiś drewniany regał, bo inaczej nie zmieszczę roślin. Trochę zaczynała mnie irytować, więc nie żałuję - ciężko coś takiego utrzymać w czystości.





W międzyczasie próbowałam też utrzymać przy życiu 2 wymarzone żółte scheflery z biedry. Niestety standardowa historia - umarły. Nie wiem czemu tak się dzieje, moje scheflery śmietnikowe żyją i pięknie rosną.



Nowości przybyło mi sporo - duże łosie rogi, monstera variegata, hoya linearis, rhipsalis baccifera, nolina, dawalia, planuję jednak nagrać jakiś film i je dokładniej zaprezentować.




monsteravariegata




czerwca 27, 2019

Domowa mrożona "lemoniada" pomarańczowa

Domowa mrożona "lemoniada" pomarańczowa
Hejoszka. W końcu mam chwilę oddechu i mogę na spokojnie popisać. Jest tak gorąco, że gdybym nie wpadła na pomysł, żeby napić się czegoś takiego, to moje dni byłyby bardzo smutne. To bardzo prosty przepis na orzeźwiający napój, który udaje lemoniadę. Nie dodaje do niego cukru i pijemy prawie codziennie. Czasami robię inne kombinacje - to zależy jakie owoce mam akurat w domu. Ostatnio nie mogę nigdzie dostać mięty, dlatego musimy sobie radzić bez, ale z miętą jest o wiele lepszy. No to zaczynamy!




Składniki:
  • 1 cytryna
  • 1 pomarańcza
  • Kilkanaście listków mięty
  • Kilka mrożonych truskawek
  • Woda gazowana
  • Lód

Przygotowanie:

Zaczynamy od cytrusów. Dokładnie myję owoce, i wykrajam z nich po 2 cienkie plasterki - będą "do dekoracji". Od razu wrzucam je do dzbanka. Resztę owoców dokładnie wyciskam i cały sok także ląduje w dzbanku. Następnie myję mięte, rozrywam i hop do dzbana. Warto ją trochę "pougniatać" w środku. Następnie wrzucam kilka zamrożonych truskawek, sporo kostek lodu (im więcej tym lepiej, ja wrzucam ich gdzieś 1/3 dzbanka, albo i więcej. Na koniec wszystko zalewam gazowaną wodą. Może być oczywiście zwykła, my też przeniesiemy się na zwykłą, bo boli mnie ilość kupowanego plastiku. Wodę przed dodaniem trzymam co najmniej 20 minut w zamrażarce, żeby też była dobrze schłodzona. I zrobione. Soku owocowego jest niewiele, ale naprawdę jest mocno wyczuwalny i nie potrzeba dodawać więcej. W trakcie konsumpcji uzupełniam dzbanek wodą jeszcze raz - a smak owoców nadal mocno wyczuwalny, więc bez obaw. 


Macie własne przepisy na takie zimne napoje? :D

Copyright © 2016 gnome household , Blogger