września 16, 2018

Dlaczego nie wypuszczam kota na dwór - kilka refleksji na temat kociej wolności

Dlaczego nie wypuszczam kota na dwór - kilka refleksji na temat kociej wolności
Wydawać by się mogło, że ostatnie lata wiele nas nauczyły na temat konsekwencji związanych z wypuszczaniem zwierząt samopas. Wciąż stanowi to poważny problem, który bagatelizujemy i budzi mnóstwo kontrowersji i sporów wśród kociarzy opowiadających się po dwóch stronach - między zwolennikami kociej wolności, a ludźmi, którzy z jakichś powodów stawiają na bezpieczeństwo. Dziś chciałabym co nieco o tym napisać i wierzę, że uda mi się przekonać chociaż część z Was, że wypuszczanie kota samopas nie ma nic wspólnego z naturą i szczęściem, a stanowi poważny problem dla samych kotów, ludzi oraz ekosystemu.


Niebezpieczeństwo dla kota

To pierwsza i najważniejsza rzecz. Koty wychodzące są narażone na cały mnóstwo niebezpieczeństw. To tylko kilka z nich:
  • Potrącenie przez auto - i nie ma tu znaczenia czy dzieje się to w mieście czy na wsi. Wszędzie są drogi i wszędzie są auta. A kot nie zna przepisów ruchu drogowego, nie wie na jakim świetle przechodzić. Strasznie nie podoba mi się podejście właścicieli - bo kot mądry, bo wie kiedy przejść przez ulicę i tak dalej. Tak to niestety nie działa. Kot nie zna zasad jakie panują w świecie ludzi. Jego inteligencja to nie ten sam poziom rozumowania co w przypadku człowieka. Zwierze kieruje się instynktem, nie mądrością. I ten sam instynkt może zaprowadzić je pod nasze koła. Kot, który przez 10 lat nie miał wypadku, może pewnego dnia przyozdobić Wasz podjazd plamą z własnych wnętrzności.
  • Skatowanie - odcięcie łapek, czy ogona, pobicie, podtapianie, i całe mnóstwo innych okropieństw. Nie zdarza się to często, ale od czasu do czasu po internecie krążą treści przedstawiające takie znęcanie nad kotami. 
  • Kradzież - wiadomo, kto by tam kradł zwykłego dachowca (no chyba, że jest biały z heterochromią albo rudy, co nie?). Często jednak widzę, że i koty rasowe wesoło biegają z elegancką obróżką i dzwoneczkiem. Nie chciałabym, żeby to źle zabrzmiało - ale osobiście nie miałabym żadnych oporów, żeby takiego kota "zaadoptować". Kot, który biega samopas, jest dla mnie bezdomny. A tak na poważnie - nie boicie się wypuszczać 3 tysięcy cebulionów bez nadzoru? :D
  • Choroby - szczególnie w przypadku młodych kotów nieszczepionych.
  • Ciąża - w przypadku niekastrowanych kotek.

Koty, a rodzime gatunki

Koty są w Europie gatunkiem inwazyjnym. Nie pochodzą stąd - a z Afryki - i tam być może byłyby naturalną częścią przyrody. W naszym ekosystemie kot jest gatunkiem sztucznie "dodanym", a jak dobrze wiemy - eksperymenty w urozmaicanie fauny bywają tragiczne w skutkach. Tak właśnie jest w przypadku kotów domowych, których obecność i stale rosnąca liczba, poważnie zagrażają gatunkom objętym w naszym kraju ochroną. Kot niestety nie wybiera sobie tylko myszy i szczurów. Poluje na wszystko co jest względnie małe i się rusza (potrafi upolować ofiarę swojej wielkości). Doskonale wiemy jak silny jest instynkt łowczy kota. Zwierzę poluje nie tylko w celu zaspokojenia głodu. Zabija wiele zwierząt, których wcale nie zje.

Pomijając fakt polowania na gatunki objęte ochroną, koty to bardzo okrutni myśliwi. Mają w zwyczaju bawić się ofiarą wiele godzin zanim zabiją. Wiem, że na całym świecie jest mnóstwo kotów i innych drapieżników i nie uratujemy ich ofiar, bo tak działa łańcuch pokarmowy. Ale koty jako gatunki nienaturalne dla naszego ekosystemu, są poza łańcuchem pokarmowym, i nie muszą się przyczyniać ani do wymierania gatunków, ani do zadawania bezsensownego cierpienia.

TUTAJ macie fajny link z kwestią wyginięć w USA.


Stwarzanie zagrożenia na drodze

W internecie obserwuje niepokojącą tendencję do szkalowania kierowców, którzy potrącili kota. Rzadko się zdarza, że mamy do czynienia z psycholem, który celowo przejechał zwierzę. Większość wypadków jest spowodowana przez niewinnych ludzi. W pewnych sytuacjach nie da się zareagować - to kwestia sekund. Nie sposób wyhamować, gdy pod koła wskakuje nam kot. Ba, jest to niebezpieczne dla całego ruchu - agresywne hamowanie może przecież skutkować wypadkiem, i tu żarty się kończą, bo nie tylko życie kota jest zagrożone. To nie kierowca ponosi odpowiedzialność za cudze zwierze, którego ktoś nie upilnował. Rozsądnym rozwiązaniem byłaby konieczność pokrywania kosztów związanych z naprawą szkód przez właściciela kota, który doprowadził do jakiegoś wypadku - o ile możliwa byłaby identyfikacja zwierzęcia.

Rosnąca liczba kotów

Bardzo często zdarza się, że nieświadomy właściciel nie tylko wypuszcza kota samopas, ale nie dba o to, by zwierze chociaż wykastrować. Skutkuje to nieustanną kopulacją i "produkcją" kolejnych miotów, które z kolei będą miały swoje własne dzieci. Szkodzimy tym jeszcze poważniej, bo tracimy wówczas kontrolę nad ilością kotów bezdomnych, które rozmnażają się bezustannie. Obecnie, pomimo nieustannego działania wielu fundacji, schronisk i domów tymczasowych, ilość kotów bezdomnych jest niewyobrażalna. Te koty, mające szansę żyć w pewnym oddaleniu od człowieka radzą sobie z przetrwaniem (o ile można to tak nazwać) - wyobraźmy sobie jednak ile zwierząt pod ochroną ginie przez niekontrolowaną liczbę inwazyjnego gatunku. Pomijam kwestię związaną z cierpieniem takich kotów - jest ich za dużo i nie ma chętnych do ich adopcji. To całe domino rosnącej populacji jeszcze wzmacniamy wypuszczając niekastrowanego kota na dwór. Wy nie widzicie skutków jego wychodzenia - te "skutki" co sezon lądują w rowach i na śmietnikach.

Pasożyty

Pomijając kwestie, o których pisałam wyżej, już sam fakt, że zwierze ma dostęp do odchodów i zarażonych ofiar powstrzymałoby mnie przed wypuszczeniem go. Faktem jest, że pasożyty można przynieść do domu na butach - ale ryzyko wzrasta, gdy kot chodzi samopas. Kilkanaście lat temu na moim trawniku rozegrała się dramatyczna sytuacja. Osiedlowy bezdomniak, którego dokarmiałam, zwymiotował na nasz podjazd - nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie obecność wielkiego tasiemca w tych rzygowinach. Pomijam fakt, że na kot moich oczach zjadł te wymiociny i tasiemca. Zazdroszczę ludziom, którzy nie mają obaw i nie brzydzą się wpuścić do domu kota wychodzącego, który cały czas ma kontakt z pasożytami. A potem przynosi to do domu i rozdaje rodzinie. I naprawdę nie ma tu znaczenia, że robalami możemy zarazić się wszędzie - od podania ręki niewłaściwej osobie, przez kontakt z brudną pościelą, po jedzenie brudnych owoców. Po co jednak zwiększać to ryzyko? Myślę, że samo wyprowadzanie zwierzęcia na smyczy mogłoby lekko zminimalizować prawdopodobieństwo zarażenia (choć nie do końca) - kot wówczas chodzi w miejsca, które sami wybieramy i nie zjada upolowanych zwierząt (a ja przyjmuje mocno pesymistyczną wersję, że takie zwierze jest na 100% nosicielem robali).

Czy trzymanie kota w domu jest niezgodne z jego naturą?

Myślę że kocia natura bardziej cierpi na nieodpowiednim karmieniu - wśród zwolenników wypuszczania, wielu karmi koty suchą karmą albo resztkami ze stołu. Tak jak instynkt łowczy kota można sztucznie zaspokoić zabawą w polowanie, tak jego układ pokarmowy nie jest przystosowany do trawienia węglowodanów, roślin i mleka. Ktoś kto karmi właśnie tak, nie ma prawa wypowiadać się w temacie kociej natury.

Koty przyzwyczajone do wychodzenia nie są zadowolone, gdy nagle zostaje im to odebrane - nic w tym dziwnego, bo zwierze które miało do dyspozycji kilka kilometrów terenu, nagle musi się przyzwyczaić do kilku pokojów. I choć da się nauczyć zwierzaka siedzenia w domu, nic nie stoi na przeszkodzie by zainwestować w smycz i kontynuować kocie wędrówki w bardziej kontrolowany sposób. Kot, który dostaje jedzenie nie musi polować - musi jedynie zaspokajać instynkt łowczy. Nie ma znaczenia, czy ten instynkt zaspokoi żywy ptak, czy sztuczna mysz na wędce. Rozwiązanie jest proste - poświęcić zwierzęciu czas, zamiast liczyć, że sam zapewni sobie atrakcje na dworze. Pamiętajmy, że kot domowy nie jest naturalny w naszym środowisku. Dla zwierzęcia wywodzącego się z Afryki, chodzenie po europejskim mieście nie jest naturalne. Sami zgotowaliśmy im taki los na drodze udamawiania. Jedyne co możemy teraz zrobić, to zrozumieć, że je udomowiliśmy i traktować je jako zwierzęta domowe, a nie dzikie.

"Twój kot je whole prey, a twierdzisz, że polowanie jest złe" - to bardzo często jest argument popierający wypuszczanie. Myślę jednak, że różnica jest oczywista i łatwo dostrzegalna. Whole prey, to przebadana, humanitarnie zabita karmówka, czyli bardzo wartościowy posiłek kota. Nie jest tym samym, co zwierze uśmiercone przez kota. Nikt nie mówi, że kot nie powinien jeść myszy. Kot nie powinien jeść myszy, które mogą być nosicielami pasożytów i które torturował kilka godzin. Pomijam kwestię etyki, chodzi o zachowanie bezpieczeństwa i ochronę gatunków. Dieta złożona z mięsa jest dla kota naturalna. Szwendanie się po obcym ekosystemie niekoniecznie.

Co więc zrobić, by kot był zarówno szczęśliwy i bezpieczny?

  • Zamontować siatki balkonowe - dzięki temu będzie mógł obserwować co się dzieje w okolicy z bliska, a także powygrzewa się na słońcu.
  • Smycz i szelki - wbrew pozorom, każdego kota da się nauczyć poruszać w takim rynsztunku. Robimy to stopniowo - zaczynając od zakładania samych szelek po domu, przez krótkie spacery w klatce schodowej albo w ogrodzie, po dłuższe wędrówki. To działa podobnie jak z psami - z tą różnicą, że kot niekoniecznie ma ochotę chodzić przy nodze.
  • Poświęcić przynajmniej kilka godzin dziennie na zabawę w polowanie, najlepiej urozmaicając kotu tą aktywność torem przeszkód. A dla tych bardziej leniwych - czasami głupia piłeczka czy pogięta kartka rzucana kotu z fotela załatwi sprawę. Zabawę w polowanie najlepiej zakończyć posiłkiem.
  • Woliery - jeśli komuś bardzo zależy, można sobie taką zainstalować w ogrodzie.
  • Ogrodzenia - Przyznam, że nie jest to dla mnie zadowalające zabezpieczenie. Takie ogrodzenia są wysokie i zagięte na górze pod odpowiednim kątem, tak by kot nie miał możliwości przejść. Myślę jednak, że Sajgonka by sobie z takim poradziła. A poza tym, ogrodzenie nadal nie wyklucza możliwości polowania. Niemniej, jest to nadal jakaś alternatywa i warto zastanowić się także nad takim rozwiązaniem.

To wszystko ode mnie na dziś grzybki. To naprawdę bardzo istotna kwestia, na którą mamy wpływ wszyscy i która szkodzi nie tylko kotom, ale także innym gatunkom oraz stwarza zagrożenie dla ludzi. Trzymanie kota w domu albo wyprowadzanie go na smyczy absolutnie nie jest więzieniem i odbieraniem zwierzęciu wolności - jest oznaką odpowiedzialności i prawdziwej troski o futrzaka i o jego potencjalne ofiary. Poziom cierpienia jaki im stworzyliśmy poprzez takie nieodpowiedzialne wypuszczanie i brak kastracji jest w tej chwili ogromny. Osobiście nie dostrzegam szczęścia u wychudzonego, poturbowanego kota, który dostał wolność. Nie dostrzegam szczęścia u zwierzęcia, które się nie rusza, nie oddycha i nie sposób zidentyfikować gdzie była jego głowa. Nie widzę radości w zachowaniu kota, który stracił oko w walce, ani u kociąt z zaropiałymi oczami, które zdychają gdzieś na polu . Widzę jedynie biedne zwierzęta, które muszą radzić sobie samodzielnie w świecie, do którego nie są przystosowane. Widzę to do czasu, aż trzeba je zeskrobać z ulicy.

Trzymajcie się i rozsyłajcie to gdzie się da. Marzę o świecie, w którym koty nie będą dla nas tylko tanią siłą roboczą do zabijania gryzoni i zabawkami dla dziecka. Mam nadzieje, że w końcu prawo stanie w ich obronie i każdy właściciel będzie musiał ponosić odpowiedzialność za własne zwierzęta.

Inne wpisy o kotach:

Jak nie karmić kota

Jak przygotować wyprawkę dla kota

września 10, 2018

Obecna pielęgnacja włosów hennowanych

Obecna pielęgnacja włosów hennowanych
Myślę, że warto lekko zaktualizować co obecnie robię z kudłami, bo trochę się pozmieniało i przewiduje jeszcze kilka zmian wkrótce. Póki co jest dosyć minimalistycznie - nie mam czasu na większość z tych zabiegów, robię jedynie tyle ile muszę, na szczęście - tyle wystarczy i włosy się nie buntują.

hennaisenes

Jak widać, końcówki wymagają już podcięcia, ale wciąż mam rozwalone nożyce, a do fryzjera nie pójdę. Kusi mnie żeby zrobić challenge - sprawdzić ile przeżyją hennowane włosy bez ścinania. Biorąc pod uwagę, że takiej długości jeszcze nie miałam, to pomimo zniszczeń wciąż dzielnie się trzymają. Ale do rzeczy - szybki opis mojej pielęgnacji:

Maski i odżywki

Obecnie z gotowych produktów używam tylko Hairfoodów od Garniera (pisałam o nim TUTAJ) oraz maski cysteinowej z żółtkiem (post o diy maskach - TUTAJ). Maski sporadycznie trzymam na głowie jako maski - z reguły są na włosach tylko minutę lub dwie. Zdarza się jednak, że kudły wołają o dłuższe trzymanie jej na głowie i wtedy noszę ją jakieś pół godziny - tyle trzymam maski proteinowe, bo w sumie je lubimy najbardziej. Nie mam weny do buszowania w gotowych kosmetykach, ostatnimi czasy, gdy kończy mi się maska, to mija kilka dni zanim w ogóle to zauważę i ruszę tyłek do sklepu. W ogóle odkąd przestałam się nabierać na etykietki kosmetyków, kupowanie ich sprawia mi mniejszą przyjemność. Chyba trochę tęsknię za czasami, gdy na opakowaniu pisało "włosy 273597 grubsze po użyciu", a ja natychmiast pakowałam to do koszyka. Teraz tak nie ma. Ostatnio zorientowałam się że od wielu miesięcy ani razu nie przeczytałam do jest napisane na opakowaniach moich kosmetyków. Kompletnie nie czytam już tych dawniej ukochanych opisów, bo wiem że to tylko ściema na naiwne i zdesperowane dziewuchy, które nie potrafią czytać składu.

Henna/Senes

Dwa tygodnie temu nałożyłam hennę pierwszy raz od wielu tygodni na całe włosy - i póki co już nie planuję tego robić. Teraz - po sesji poprawkowej - zamierzam skupić się tylko na senesie, którego już dawno nie używałam, a henna idzie tylko na odrost. Strasznie nie chcę mi się go mielić, nie znoszę tego, ale trzeba. Chyba włamię się do kogoś kto ma Termomix z worem senesu i zmielę sobie kilogram na raz.

Wcierki

Kończę moją alkoholową (z TEGO przepisu), a wkrótce będę robić macerat olejowy z Triphali. Używam wcierek sporadycznie - kiedy mi się przypomni, bo kompletnie mi się nie chce. Jesienne wypadanie prawdopodobnie będzie lepszą motywacją.

Oleje

Dalej męczę rydzowy i shea, ale może zaproponujecie mi coś ciekawego do przetestowania? Miałam w swoich łapach większość olejów, ale od paru miesięcy używam tylko dwóch, może warto wreszcie kupić coś innego. Ale nie mogę się zdecydować :D

W każdym razem póki co dają radę, jak zawsze. Nie będę w kółko gadać tego samego na ich temat, bo pewnie już tym rzygacie.

I jeszcze taka anegdotka odnośnie oleju musztardowego, na którym usmażyłam dzisiejszy obiad. Chłop doczytał już po obiedzie, że był tylko do zewnętrznego stosowania. Ups ;V

Włosowe plany na jesień

Henna za bardzo pociemniała. Tej jesieni będę odzyskiwać żarówiaste rudości, i pewnie pojawi się kilka postów z moją walką. Kilkukrotnie będę chelatować włosy (nie jednego dnia oczywiście), czeka mnie kilka senesów, rzewień, soft płukanki ziołowe i ruda henna - a jeśli to wszystko nie wystarczy, będę używać tonera. Oprócz tego chciałabym zamówić sobie maszynkę do włosów - i zastąpić nią zwykle nożyczki, które ciągle są zbyt tępe, ale to pewnie trochę poczeka, bo mam teraz ogrom wydatków. Zamierzam wykończyć starocia i uzbroić się w nowe oleje, kosmetyki i półprodukty, żeby nie tylko przetestować coś nowego, ale także stworzyć dla Was wincyj przepisów i włosowych postów.


Dajecie wiarę? Tak ubogo, że niemal czuję się minimalistką :D


września 08, 2018

"Cisza i spokój", Natalia Sosin-Krosnowska - najszybciej przeczytana książka niefabularna w życiu

"Cisza i spokój", Natalia Sosin-Krosnowska - najszybciej przeczytana książka niefabularna w życiu
Ta książka jest czymś, czego od dawna było mi trzeba. Zjadłam ją w dwa dni, tylko dlatego że w międzyczasie korzystałam z wakacji i szwendałam się po górach. Niestety cierpię przez nią na depresję związana z brakiem kasy na kupno 50 hektarów lasu i postawieniem sobie mini warowni.

"Cisza i spokój", Natalia Sosin-Krosnowska


Autorką książki jest Natalia Sosin-Krosnowska, która ma także swój program "Z daleka od miasta" (polecam go obejrzeć, bo tam możecie zobaczyć domy opisane w książce). To swego rodzaju reportaż o ludziach, którzy z różnych przyczyn postanowili rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady. No, może nie do końca w Bieszczady, a w jakieś spokojne wiejskie tereny zewsząd otoczone naturą i pozbawione zgiełku miasta. Jedynym słowem - coś dla mnie, bo od bardzo dawna marzy mi się podobny życiowy scenariusz.

Byłam sceptycznie nastawiona po przeczytaniu opisu na okładce, gdzie w pierwszym zdaniu można zauważyć błąd ortograficzny. Z reguły nie czytam opisów książek, bo nigdy nie umiem po nich stwierdzić, czy zawartość książki mnie zainteresuje - na instagramie wrzuciłam fotkę okładki, i ktoś zapytał mnie, czy też mam z tyłu napisane "tępo" zamiast "tempo". Mając w głowie tego babola już podejrzliwie zaczynałam lekturę, ale na szczęście po kilku kartkach to uczucie minęło. Treść pochłonęła mnie całkowicie, bo strasznie jaram się po pierwsze - przeprowadzkami, po drugie - wizją odnawiania lub budowania domu, i po trzecie - życiem na odludziu.

Poszczególne rozdziały opisują historię kilkunastu osób - ich przeżycia związane z odbudową zabytkowych domów, życiem zgodnie z rytmem natury, ich zajęciami, takimi jak pszczelarstwo, serowarstwo, agroturystyka, hodowla zwierząt uprawa roślin czy zielarstwo. Trochę byłam w szoku, gdy zobaczyłam jakie cuda można wyczarować z zagrzybiałego drewna i starych obskurnych mebli. Wiedziałam że takie coś się odbywa - sama w końcu zbieram rupiecie, ale jednak mnie to zachwyciło. Ba, teraz czuje się zdecydowanie bardziej komfortowo z moich pseudo zbieractwem, nie jestem najwyraźniej sama ;v.

Żeby nie było, że znajdziecie tam jedynie romantyczną wizję spokoju i natury - autorka poruszyła tam także kwestie, o których się nie myśli kiedy marzy się o domu na odludziu. Kojarzycie słynne nagranie o domku w Karkonoszach? Jak nie, to odsyłam do Yutubka. Życie na wsi, szczególnie w górach, wiąże się z często bardzo ciężkimi warunkami pogodowymi, zasypanymi drogami, brakiem wody, i co najważniejsze - centralnego ogrzewania. Bohaterowie przestrzegają, że w swojej wymarzonej bajce wśród natury, bardzo często pracują ciężej niż w poprzednim życiu, i choć jest to praca dająca satysfakcje, to nadal praca, a nie zbieranie kwiatków i patrzenie na zachody słońca. To może dać do myślenia i zweryfikować marzenia. W książce znajdują się także ich rady dotyczące planowania, przygotowywania wydatków, prowadzenia agroturystyki, zaczynania konkretnych kursów i tym podobnych, a także zbiór przydatnych linków i książek.

Bardzo mnie wciągnęła i podoba mi się fakt, że nie ma tam jedynie mydlenia nam oczu wizją kolorowej łączki i niebieskiego nieba, ale mówi także o konsekwencjach związanych z decyzją o przeprowadzce na wieś. Bardzo bardzo polecam - a zaraz po jej skończeniu warto jeszcze obejrzeć serial, bo w książce znajduje się niewiele zdjęć poszczególnych gospodarstw.

Ostatnio recenzowałam także inna ciekawą pozycję - o naturalnej nawigacji i odczytywaniu znaków natury (KLIK). Papa!

września 05, 2018

Garnier Fructis Goji Hair Food

Garnier Fructis Goji Hair Food
Od jakiegoś czasu czaiłam się na te maski, ale dopiero ostatnio udało mi się jedną dorwać. Drogeryjne marki chyba zaczynają dostrzegać korzyści w produkowani kosmetyków z dobrym składem i stąd pomysł na maski, które są ostatnim hitem. Cieszy mnie to, i wiem że coraz więcej marek pójdzie po rozum do głowy i zacznie tworzyć produkty, które rzeczywiście będą się nadawać do ciała, a nie do pastowania butów.

Garnier Fructis Goji Hair Food


Zacznijmy od składu tej maski

Podoba mi się, choć są w nim składniki, które uznaję za zbędne. Nie ma w składzie silikonów i substancji szkodliwych. Nie lubię gliceryny do włosów (nie mam póki co potwierdzonych źródeł, ale kiedyś dokopałam się do informacji, że może uszkadzać włos, dlatego patrzę na nią póki co podejrzliwie) i to chyba jedyny składnik, którego mogłoby tutaj nie być, bo poza tymi niepotwierdzonymi informacjami, niezbyt dobrze robi moim włosom. Maska zawiera sporo emolientów, oprócz trzech olejów ma jeszcze alkohole tłuszczowe itp. Protein brak, więc to maska nawilżająco - zabezpieczająca.


Skład:
Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (emolient), Glycerin (gliceryna, humektant), Isopropyl Myristate (emolient), Staramidopropyl Dimethyloamine (detergent), Lycium Barbarum Fruit Extract (ekstrakt z owoców goji), Glycine Soja/Soybean Oil (olej sojowy), Sodium Hydroxide (regulator pH), Helianthus Annus Seed Oil/Sunflower Seed Oil (olej słonecznikowy), Coco-Caprylate/Caprate (emolient), Cocos Nucifera Oil/Coconut Oil (olej kokosowy), Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride (substancja odżywcza, kondycjonująca), Caprylyl Glycol (emolient), Citric Acid (regulator, konserwant), Lactic Acid (nawilżacz), Tartaric Acid (konserwant, regulator), Cetyl Esters (emolient), Potassium Sorbate (konserwant), Sodium Benzoate (konserwant), Salicylic Acid, Caramel (karmel jako barwnik/chyba coś odżywczego), Linalool, Citronellol (2x zapach), Benzyl Alcohol (konserwant), Benzyl Salicylate (filtr UV), Parfum (zapach).

Moje odczucia po użyciu

Na pewno nie kupiłam jej z myślą o myciu włosów - trochę to nieopłacalne. Nie kupiłam jej także dlatego, że jest opisana jako maska do włosów koloryzowanych (takie hasła niewiele znaczą, można jej używać także do włosów które nigdy nie były farbowane). Zawiera filtr UV, dlatego być może w pewnym sensie chroni kolor przed promieniowaniem.

Nakładam ją na włosy od ucha w dół zamiast kosmetyków myjących - nie ma potrzeby szorowania włosów na długości co drugi dzień, a poza tym - jak już kiedyś wspominałam, moje włosy źle reagują na odżywkowanie po myciu. Jeśli używam kosmetyków lub saponin na całą długość, myje i nakładam odżywkę, to mam jak w banku, że wyjdzie z tego sypkie dziadostwo bez objętości. Dlatego też skórę myje czymś co ma detergenty albo saponiny (w tym także odżywki), a włosy są pokrywane odżywką od razu (albo odżywka od razu, albo wcale). Ale do rzeczy - Garnier oczywiście całkiem się w tej roli sprawdził. Wiem, że gdybym użyła go w całości po myciu, wyszłaby lipa jak w przypadku wszystkich odżywek, ale nakładany od razu na długość zamiast czegoś myjącego, działa jak należy. Kudełki na drugi dzień ładnie się ułożyły i nie było sypkiego przyklapu. A poza tym, ślicznie pachnie - zapach przypomina mi odrobinę silikonowe maski Loreala, których używałam namiętnie w czasach, gdy nie znałam się na składach. Jest całkiem wydajna, nakładam tylko bardzo niewielką ilość i doskonale mi się sprawdza jako baza pod cięższe maski proteinowe - z dodatkiem cysteiny, żółtek i innych protein.

Maska Goji Hair Food to dla mnie miłe zaskoczenie i dowód na to, że da się zrobić coś nadającego się do używania. Najpierw Bielenda, teraz Garnier stworzył coś z dobrym składem, mam nadzieję, że inne marki pójdą za ich przykładem i w drogeriach będziemy mogli dostać jakieś wartościowe produkty. (A co do Bielendy, to właśnie wypuściła kolejną serię dobrych kosmetyków, które prawdopodobnie też przetestuje).

Jeśli interesują Was inne moje recenzję, zerknijcie do najnowszych wpisów:

Przeciwzmarszczkowe serum z Biolavenu

Bepanthen Sensiderm

Garnier Fructis Goji Hair Food


września 03, 2018

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego" - najgorszy serial w moim smutnym życiu

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego"  - najgorszy serial w moim smutnym życiu
Zazwyczaj dzielę się tym co dobre, co lubię, co mnie cieszy i co mogę komuś polecić. Tym razem postanowiłam wyrzucić z siebie moje odczucia związane z tym okropnym gniotem i chętnie dowiem się czy jest na tej planecie ktoś kto zupełnie szczerze go polubił (z tego co pokazują oceny filmwebu, najwyraźniej tak). Z góry wybaczcie mi ostre słowa i nie bierzcie ich do siebie - będę dziś mocno hejtować serial, a nie ludzi którzy go lubią. Mówię to na wszelki wypadek gdyby ktoś poczuł się tym postem osobiście dotknięty ;V.

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego"
Brak adekwatnego zdjęcia, bo jestem zmęczona i ni miał kto zrobić ;v

Obejrzałam go pół roku temu i zapomniałam, aż ktoś ze znajomych mi go polecił i zachwalał pod niebiosa. Uznałam że to znak i muszę się z tym skonfrontować.

Pierwsza kwestia, której nie mogę przeboleć, to główny bohater, tytułowy Dirk Gently. Nie wiadomo skąd się tu wziął i dlaczego to zrobił, ale wrzucili nam przed ekran kwikliwego irytującego brytola, który nie tylko jest straszną pokraką, ale też zupełnie niepotrzebna pokraką. Serio, sama jego obecność działa na mnie jak na dzikie pszczoły działają złodziejskie łapy wpychające się do ula.

Gdyby na chwilę o nim zapomnieć, pojawia się mnóstwo innych elementów działających mi na nerwy. Serial to niesamowity gniot fabularny - ja wiem ze groteska, ja wiem ze abstrakcja, wiem że to jakaś mierna pożal się Boże próba tworzenia fantastyki łączonej z realnym światem. Prawdopodobnie polubiłabym go, gdybym wyzbyła się tej niechęci do podobnych zabiegów. Drugi sezon da się jeszcze przełknąć, pojawia się jakiś tam mityczny świat z dziwnymi ludźmi, w którym dzieją się rzeczy, natomiast sezon numer jeden to kompletne dno. Mnóstwo grosteskowych niepasujących do siebie elementów, jakieś dziwne pseudo kasty, jakieś  zaburzenia psychiczne, jakaś banda pojebów wyskakująca z auta i rozwalająca ludziom domy bo tak. Jakieś ludzkie dusze w środku psa, dziwna brudna morderczyni i ten cholerny brytol, który w tym serialu mógłby nie istnieć, a wmawiają nam, że to główny bohater. Sama historia jest niesamowicie nudna i daje nam znaki, że coś dzieje się prawdopodobnie w jakimś ważnym dla jej przebiegu celu - a potem okazuje się, że wcale tak nie jest i służy to jedynie wpychaniu tam jak największej ilości abstrakcyjnych sytuacji i elementów.

Kolejną rzeczą są kostiumy - ja wszystko rozumiem. Albo nie mieli budżetu, albo celowo wykastrowali wizualną stronę serialu, tak by sarkastycznie pokazać nasze magiczne postacie, które przebywają w drugim świecie. Lepszy efekt uzyskaliby gimnazjaliści w szkolnym przedstawieniu. Obejrzałam wszystko, i nie nazwę tego stratą czasu - wszystko co daje mi materiał na bloga, to dobrze wykorzystany czas. W tym wypadku jednak miałam ciężki kawałek chleba do zgryzienia i cierpiałam na zbyt dużą ilość czasu przy braku dobrego serialu, leciało więc to co było a ja z każdym odcinkiem dawałam mu szansę na wkupienie się w moje laski. Niestety - nie udało się.

"Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently'ego" to najgorsza rzecz jaką widziałam w ciągu ostatnich lat - i nie będę się mylić jeśli powiem, że lepsze od tego były filmy przedstawiające tańczących pijanych Rosjan na yt, nagrywane mikrofalówkami. Jedyną rzeczą, którą dobrze odebrałam w tym serialu to imię. Wakti Wapnasi. Nie ma dla mnie znaczenia że postać, która je nosiła wyglądała jak plastelinowy ludzik z mopem na głowie, imię pozytywnie zapadło mi w pamięci.

Doskonale znam zamysły twórców i fakt że to wszystko było celowe. Ale wyszło im to tak, że osobiście nienawidzę wszystkiego co związane z tym serialem. Oglądając to miałam wrażenie, że stworzyli go tylko po to, żebym cierpiała.

Pa grzyby. Dzisiaj lecę oglądać coś przyjemnego :D

września 02, 2018

Przegląd makijażowy wiedźm i elfów

Przegląd makijażowy wiedźm i elfów
Hejo. Tu ja. Dziś mam ochotę na wpis o tym jak podkręcić swój "elfi look" za pomocą makijażu. Bardzo chciałam pokazać i może zainspirować Was niezwykłymi tendencjami w makijażu codziennym, które prawdopodobnie istnieją dłużej niż ja, ale popularne w moich środowiskach zrobiły się stosunkowo niedawno i genialnie wyglądają.

sierpnia 31, 2018

5 produktów, które zamierzam wprowadzić do diety

5 produktów, które zamierzam wprowadzić do diety

Choć bardzo interesuję się naturą i przyrodą, muszę przyznać że moja dieta bywała, i wciąż bywa tragiczna. Owszem, chętnie nazbieram mniszków i szyszków, żeby zrobić z nich eksperymentalne dania, ale w momencie kiedy na przykład jadę na uczelnie, ostatnią rzeczą o jakiej mogłabym myśleć jest pasta z utartych pączków leszczyny - i zdecydowanie stawiam na hot doga z Fresha. Dobra, nie będę Wam wciskać kitu że to kwestia braku czasu, bo tak się składa że mam wakacje i pracuje w domu - to kwestia lenistwa i żywieniowych nałogów. Nawet mój kot je lepiej...

5zdrowychproduktowktorewartojesc


Mam tak ambitne plany, by tworzyć dla Was leśne (całkowicie leśne!) foodbooki i przepisy, i wiem że wkrótce na pewno to zrobię, póki co jednak chce stopniowo zmieniać dietę. Jest już i tak o niebo lepiej - choć nie jem w pełni zdrowo i zdarza mi się zamówić metrowego kebsika, to przynajmniej nie wpierdzielam codziennie paczki chipsów (jak przez wiele lat kiedyś) i zwykle gotuję wszystko sama. Dziś opisze kilka produktów, które mam w planach wprowadzić do diety - w formie posiłków lub suplementacji. Być może sami znajdziecie wśród nich coś, co może Wam się przydać.

Dość rozsądnie podchodzę do suplementów. Nie wierzę w superfoods - to dla mnie bardzo sezonowe "gwiazdy". Nie twierdzą też, że wszystkie są do bani, ale kieruje się w tej kwestii dużą nieufnością. Jeśli wybieram jakiś suplement, to nie ze względu na to, że jest modny i wypada przetestować.


Triphala

To jedna z najbardziej znanych receptur ajurwedyjskich. Składa się z trzech owoców amli, haritaki i bibhitaki. Są zmielone na proszek i nie będę się rozpisywać na temat ich leczniczych właściwości. Ja będę ją jeść głównie po to, żeby zadbać o odporność na jesień oraz żeby zrobić dla Was test zapuszczania włosów tylko za jej pomocą. Kiedyś trafiłam na informacje, że niektórzy notowali przyrost w postaci 7 centymetrów miesięcznie. Jest to oczywiście nierealne, ale każda osoba, która jej używała z jaką rozmawiałam, widziała spory przyrost, dlatego zamierzam sprawdzić to na sobie i jakoś sensownie Wam to zmierzyć. 


Kobylak

Zamierzam go pić na przemian w wierzbownicą. Kobylak to bardzo pożyteczny chwast wspomagający leczenie chorób skórnych lub przewodu pokarmowego. Zawiera sporo cynku, nadaje się także do stosowania zewnętrznego jako tonik. Ma też działanie antynowotworowe - ale zawsze kiedy piszę, że jakaś roślina działa antynowotworowo, to czuje się jak ziębita i myślę, że kwestie roślin i nowotworów kiedyś rozszerzę (nie mówię że to ściema, bo niektóre rośliny mają udowodnione naukowo działanie antynowotworowe, ale to nie takie proste i nie chcę się bawić w lekarza). Wracając do kobylaka - smakuje paskudnie. Korzeń (czyli surowiec, który będę pić) jest gorzkawy. Nie tak okrutnie jak piołun, ale ma dość nieciekawy smak. Dlatego też zamierzam stworzyć jakąś mieszankę, by inne zioła zakamuflowały je smak.

Ashwagandha

Zawiera alkaloidy, fitosterole oraz witanolidy A-Y. Głównie zależy mi na wzmocnieniu koncentracji i poprawieniu pamięci - na szykującą się poprawkę ze statystyki będzie jak znalazł :D I oczywiście chcę sprawdzić działanie adaptogenów na stres, a czuje że trochę się go najem w najbliższym miesiącu.

Olej lniany

Kiedyś miałam już wiele podejść do picia różnych olejów, nigdy jednak nie byłam regularna. Olej lniany jest super, ale jego specyficzny smak sprawia, że wole dodawać go do jedzenia niż pić. Mam w planach opatentować kilka smacznych koktajlów albo papek, w których będzie lądował olej nie zmieniając za bardzo smaku. Moje ciało i kudły pilnie potrzebują omega 3.

Kiszonki 

Chodzi mi głównie o zadbanie o florę bakteryjną w jelitkach i prewencje robakową. Zamierzam oczywiście robić je sama, bo jaram się domowymi przetworami, szczególnie jeśli mają być zdrowe. Ukisić tak naprawdę można wszystko - nie tylko kapustę i ogóry. Ludzie kiszą nawet liście i łodygi roślin.


Myślę, że jeszcze kiedyś powstanie o nich post - bardziej szczegółowy, o efektach używania takich produktów. Póki co chcę sobie rozplanować jakieś smaczne posiłki, w których będzie można je przemycać bez narzekania. Żegnam się i lecę pochłonąć jakiegoś wielkiego tłustego placka po węgiersku na Krupówkach!

sierpnia 29, 2018

Czym myję twarz? - Kilka mieszanek do OCM

Czym myję twarz? - Kilka mieszanek do OCM
OCM to żadna nowość i pewnie większość z Was kiedyś tego próbowała - ja też próbowałam i próbuje dalej, szukając mieszanki idealnej. Przybywam dziś z trzema propozycjami na olejowe kompozycje do zmywania makijażu.

domowemieszankidoocm


Kilka dni temu pojawił się też wpis o balsamie do mycia na bazie olejów, który jest złotem wśród moich domowych wyrobów i obecnie używam własnie jego. Wpis możecie przeczytać Tutaj. Jeśli jednak jest to przepis, który Wam nie odpowiada, jest za trudny, albo nie macie składników - być może te propozycje będą bardziej przystępne.

Takie oleje rozprowadzamy na twarzy i wsmarowujemy w makijaż. Następnie przykładamy do niech zmoczoną w ciepłej wodzie szmatką lub mały ręczniczek i delikatnie dociskamy go do skóry. Powtarzamy to jeszcze raz - olej i dociskanie szmatki. Cały zabieg trwa około 5 minut.

Olej kuchenny + rycyna


To najtańsza, najbardziej podstawowa opcja. Nie urywa tyłka pod kątem odżywczym, bo oba oleje są rafinowane, ale nadal nadaje się do zmywania makijażu i zanieczyszczeń. Odżywianiem można zająć się w kolejnym kroku.

Mieszam je w proporcji 5:1 - rycyny jest mniej, bo bywa z nią różnie - mi krzywdy w każdym razie nie robiła. Jeśli się obawiacie, zmieńcie proporcje do 7:1, a nawet i 10:1.

Mieszanka delikatnie odżywcza

Składniki:

  • Olej z pestek winogron
  • Olej jojoba 
  • Olej z ogórecznika

Bazą jest olej z pestek winogron - powiedzmy ze na około pół szklanki tego oleju, resztę uzupełniam po połowie jojobą i ogórecznikiem. Zdecydowanie bardziej wartościowa mieszanka.

Wersja bogata, mocno oczyszczająca 

Składniki:

  • Olej ryżowy
  • Olej lniany
  • Rycyna
  • Olej tamanu
  • Olej z pestek malin
  • 3 krople olejku lawendowego

Bazą jest olej ryżowy. Na pół szklanki oleju ryżowego dodaję po 10ml lnianego, rycyny, tamanu, i 5ml oleju z pestek malin. A na koniec wkrapiam olejek eteryczny - pomińcie go jeśli eteryczne podrażniają wam oczy, aczkolwiek taka ilość jest bezpieczna.


Na koniec - polecam śledzić FANPAGE, żeby nie przegapić następnych wpisów!

sierpnia 27, 2018

Aktualizacja jaskini - wyrok: jestem złomiarzem!

Aktualizacja jaskini - wyrok: jestem złomiarzem!
Tak, jestem złomiarzem, macie mnie. Przestałam z tym walczyć - lubię znosić starocie, badyle i inne skarby. Lubie obwieszać ściany i zagracać sobie mieszkanie różnymi sprzętami. I bardzo mi z tym dobrze! Ostatni raz pokazywałam mieszkanie kilka miesięcy temu i najwyższy czas opisać jak to wygląda obecnie, bo od tego czasu jest tu o wiele "ciaśniej", a tym samym - przytulniej.

aranzacjeroslinne

Optymalna ilość roślin nie istnieje

Z moich obliczeń wynika, że mogę tu wepchnąć jeszcze 400 roślinek, a jakby wywalić chłopa i jego komputery, to może z 500. A tak na poważnie, aktualnie chyba nie mam już żadnych roślin na wishliście - jak zobaczę coś ładnego, czego jeszcze nie mam, to wtedy kupię. Przez pół roku nazbierała się ładna gromadka, ale widzieliście poszczególne okazy we wpisach z Artefaktami, więc nie będę już wstawiać wszystkich zdjęć.

monstera

Kiedy rośliny się nie mieszczą...

To czas kupić półki na ściany. Mam w domu jeszcze tyle wolnych ścian, że spokojnie mogę dalej znosić zielsko. W planach było 6, ostatecznie kupiłam tylko 4 ikeowe półki ze wspornikami. Zdecydowanie lepiej to będzie wyglądać, jak wszystkie pnącza podrosną i zaczną zwisać, albo porastać ścianę. Zastanawiam się czy nie poprowadzić ich na sufit.

araukariawyniosla

araukariawyniosla


Oprócz tego trochę upiększyłam ganek, młotkiem kuchennym wbiłam gwoździa na kwietnik i zainstalowałam na nim epipremnum. Świecznik nie miał gdzie się podziać, więc także wylądował tutaj.



Na koniec oczywiście zapraszam na mój INSTAGRAM, to tam najłatwiej mnie złapać, tam marnuje najwięcej czasu i tam możecie podglądać skrzata w jego naturalnym środowisku. Zapraszam!

sierpnia 24, 2018

Jak dbać o końcówki włosów?

Jak dbać o końcówki włosów?
Znacie ten ból, gdy przez wiele miesięcy zapuszczacie włosy i macie wrażenie, że stoją w miejscu? Wierzycie, że istnieje coś takiego jak "ostateczna długość włosa"? Ja niestety nie wierzę - i już wyjaśniam dlaczego.

jakdbacokoncowki


Włosy nie rosną do pewnej długości, by w końcu się zatrzymać i czekać na śmierć. Wiele osób jednak ma wrażenie, że włosy na pewnej długości przestał rosnąć. Ma na to wpływ kilka czynników:

  • Najczęściej w grę w chodzi zaniedbywanie ścinania końcówek, które stale się wykruszają i wówczas to co wyrośnie, wykruszy się z drugiej strony
  • Po pewnej długości - powiedzmy, że jest to długość za łopatki do pępka, może pojawiać się złudzenie, że kudły stoją w miejscu - mam wrażenie, że w tym miejscu ciężko znaleźć punkt odniesienia, który mógłby nam powiedzieć ile urosły od ostatniego sprawdzania. Nie ma już granicy obojczyków, cycków i tak dalej, jest cały brzuch na którym ciężko porównać długość. 
  • Gdy włosy są zbyt cienkie trudniej je humanitarnie zapuścić - większość włosów przerzedza się na końcówkach, co jest nie tylko kwestią wykruszania, ale także wypadania starszych włosów. Przerzedzone włosy też tracą trochę wizualnie z długości. 

Dlatego też odpowiednie dbanie o końcówki jest kluczowe jeśli bardzo nam zależy na zapuszczeniu włosów. Poniżej opiszę najważniejsze czynności i wspomagacze.


Zabezpieczanie

Pierwszą i prawdopodobnie jedną z najważniejszych rzeczy jest zabezpieczanie włosów za pomocą emolientów. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale włosy cały czas są podatne na niekorzystne czynniki środowiska - słońce, wiatr, niską temperaturę, pocieranie o ubrania i poszewki. Nie da się tego uniknąć, a więc pozostaje oblepić kocówki czymś, co sprawi że będą mniej podatne na te niekorzystne czynniki. Można to robić za pomocą substancji takich jak oleje i silikony. Tych drugich nie polecam - jeśli mnie czytacie to już wiecie czemu. Po prostu nie chcę ich używać. Nie są to jednak substancje, które zrobią Wam krzywdę. Są różne formy silikonów - lotne, ciężkie i tak dalej. Jeśli bardzo chcecie ich używać, musicie wiedzieć których konkretnie używacie i czy konieczne jest mocne mycie - w większości niestety jest konieczne, a co za tym idzie musicie często używać mocnych detergentów, które mogą włosy niszczyć. To kwestia indywidualna - ja jednak stawiam na oleje. Moim ulubieńcem do zabezpieczania jak masło shea, które w niewielkiej ilości, nie zostawia tłustych strąków i w zasadzie jest niezauważalne. Płynne oleje mi niestety nie odpowiadają.

Satynowe poduszki

Pozwolą trochę zminimalizować szkody, które dostarczamy kłakom w czasie snu. Zwykłe poszewki pocierają o włosy kiedy się wiercimy i przekręcamy i może to powodować mikrouszkodzenia. Sama nie mam jeszcze takiej poszewki, ale jak już kupię, to na pewno się pochwale.

Tangle teezer do śmieci

Ta szczotka była bóstwem większości z nas kilka lat temu. Czyli wtedy, gdy zrobiła się modna i jeszcze nie wiedzieliśmy, że niszczy włosy. Igiełki mogą pod wpływem czasu ulec rozdwojeniu - i szarpać włosy, który wejdzie pomiędzy nie. Czasem go jeszcze używam - w formie masażu skóry, bo do tego nadaje się świetnie. Staram się jednak nie czesać nią całych włosów, a już w szczególności nie końcówek.

Henna i inne zioła

Henna wnika do włosa, łączy się z keratyną, i po kilku warstwach zostaje we włosie dożywotnio. Włos nie tylko zyskuje kolor, ale także widocznie się pogrubia i zostaje wzmocniony. Końcówki włosów hennowanych są bardziej stabilne i trochę bardziej odporne na czynniki środowiska. Pod warunkiem, że hennujecie prawidłowo, nie wywołując przesuszenia, które co prawda jest tylko kilkudniowe, ale zawsze jest. To mit, że henna niszczy włosy. Rozpowszechniają go niewyedukowani fryzjerzy, którzy nie odróżniają prawdziwej henny od henno-podobnych produktów pokroju Venity czy Elda.

Henna wnika do włosa, łączy się z keratyną, i po kilku warstwach zostaje we włosie dożywotnio. Włos nie tylko zyskuje kolor, ale także widocznie się pogrubia i zostaje wzmocniony. Końcówki włosów hennowanych są bardziej stabilne i trochę bardziej odporne na czynniki środowiska. Pod warunkiem, że hennujecie prawidłowo, nie wywołując przesuszenia, które co prawda jest tylko kilkudniowe, ale zawsze jest. To mit, że henna niszczy włosy. Rozpowszechniają go niewyedukowani fryzjerzy, którzy nie odróżniają prawdziwej henny od henno-podobnych produktów pokroju Venity czy Elda.

Olejowanie

Włosy potrzebują emolientów nie tylko w formie zabezpieczania, ale także dłuższych zabiegów. Olejowanie jest dość ważną kwestią jeśli chodzi o stan włosów na długości i końcówek. Według mnie powinno się to robić chociaż raz w tygodniu na dłużej - jeśli to możliwe to na całą noc. Najlepiej robić to oczywiście na podkład nawilżający - wtedy przemycimy kłakom jeszcze trochę humektantów. Ja nie zawsze olejuje na podkład, powiedzmy że podkładu używam co drugie lub trzecie olejowanie. Nie ma reguły, czy trzeba to robić na mokrych czy suchych, brudnych czy czystych włosów - jeśli macie dobrany odpowiedni olej, każde olejowanie jest lepsze niż jego brak, bez względu na warunki. Trzeba samemu przetestować sobie ulubione sposoby olejowania i zobaczyć, po którym czujemy się najlepiej.

Dieta

Nie będę Wam wciskać kitu jakie suplementy musicie żreć, żeby mieć piękne i długie włosy. Odnoszę jednak wrażenie, że dieta też jest ważna i ma wpływ na stabilność struktury włosa. Ważną rolę odgrywają tutaj między innymi tłuszcze. Warto jest wprowadzić do diety jakiś olej nierafinowany (czarnuszka, lniany, wiesiołek, ogórecznik, nawet oliwa). Wiadomo, że cebulki muszą jeść też różne witaminki, potrzebują krzemu (które i tak w pierwszej kolejności są pochłaniane przez ważniejsze organy). Bardziej szczegółowo o tym kiedy indziej.

Regularne podcinanie

Wiele lat oszukiwałam się, że nie muszę podcinać włosów, bo skoro niektórzy 5 lat nie obcinają i zapuścili długie grube kudły, to ja też mogę, a co. Nie szybko się przekonałam, że niestety nie mogę. Nie te geny. Myślę, że 3-4 miesiące to taki optymalny odstęp między kolejnymi podcinaniami. Ważne jest jednak to, żeby nie uwalić 10 centymetrów, a jedynie samiutkie końce, co może jest trochę trudniejsze w przypadku włosów cieniowanych. Dlatego unikam fryzjerów - przez te mendy do których trafiałam, moje cinszko zapuszczone kłaki w ciągu kilku sekund traciły połowę długości, bo jakieś babsko nie rozumie co to znaczy uciąć centymetr. Podcinać - jak najbardziej. Końcówki. Nie całe włosy.

Odpowiednio zaostrzone nożyczki

Podcinanie nic Wam nie da, jeśli używacie tanich nożyczek, które zostawiają po ucięciu białą kuleczkę na końcu włosa. Może to wynikać nie tylko z kiepskiej ostrości, ale także z tego że włosy są bardzo suche. Jednak najpierw trzeba załatwić dobre nożyczki, a tanioszkami z drogerii to sobie można co najwyżej łoniaki ucinać ;v

Moje nożyczki były z firmy Henbor, ale nie byłam z nich do końca zadowolona - czasami zostawiały mi kuleczki na końcach, co może oznaczyć, że nie są wystarczająco ostre. Najczęściej polecane są Jaguary, ale sama ich jeszcze nie miałam.


Przyznam, że pielęgnacja końcówek to moja zmora - często mi się po prostu nie chce, a niestety moje włosy nie są z tych, które wytrzymają spanie na poduszkach z papieru ściernego, rypanie detergentami i prostowanie żelazkiem. Dlatego moje końcówki dość szybko się niszczą. Korci mnie, żeby poświęcić się w imię nauki i nie ścinać ich przed dwa lata, bez względu na to jak beznadziejny będzie ich stan. Niewykluczone że tak zrobię, bo nożyczki mi się rozwaliły i nie chce mi się kupić nowych. Tak czy inaczej mam nadzieje, że rady będą dla Was przydatne!

Dla ciekawych, moje najczęściej czytane włosowe wpisy:

sierpnia 22, 2018

Artefakty - sierpień 2018

Artefakty - sierpień 2018
Ten miesiąc był dość biedny ze względu na zbliżające się wakacje w górach i kilka większych wydatków warsztatowych, które szykują się na przyszły miesiąc. Sierpniowe skarby to przede wszystkim kilka szmatek, które wygrzebałam w jakimś lumpie. Dacie wiarę, że nie kupiłam w tym miesiącu żadnego badyla? Co więc przytargałam do domu w sierpniu?

Wypadzik do second handu

Ustaliłyśmy z moją psiapsią rasy ludzkiej, że raz w tygodniu robimy sobie Lump Tour i szukamy bardzo tanich perełek, bo jesteśmy cebulami i nam wolno. I tym sposobem trafiło do mnie sporo ładnych ubrań za grosze, a ja mogę w spokoju przewalać hajs na jedzenie i narzędzia do tworzenia biżuterii.


jakkupowacwlumpeksach

jakkupowacwsecondhandzie

jakkupowacwsecondhandzie
(bluzka była moja, na potrzeby zdjęć byłam zmuszona wyjąć ją z kosza na pranie - dlatego wygląda jak psu z dupy)

ubraniagotyckie


Naczynia

Bardzo lubię starocie, doskonale to wiecie. Udało mi się dorwać piękny talerzyk, który bez wątpienia będzie modelem wielu moich zdjęć i dwa ceramiczne garnuszki, w które już wsadziłam moje bobaski sukulenty.

ceramicznedoniczki

antyki


Monstera

Napisałam, że w tym miesiącu nie kupiłam żadnego badyla - i rzeczywiście tak było. Dostałam jednak monsterę od przyjaciółki na urodziny, i wsadziłam ją do mojej monstery tworząc z nich bliźnięta syjamskie. Czyż nie wyglądają uroczo? Teraz cały kwiat z donicą jest tak ciężki, że z trudem mogę go podnieść. Najwyraźniej dobrze im razem, bo obie wypuściły w tym miesiącu łącznie 6 liści.

przesadzaniemonstery

Dozowniki nawadniające

Czyli jak uchronić przyjaciół przed koniecznością podlewania kwiatków w czasie mojego wyjazdu. To takie zbiorniczki, które należy połączyć rurką z naczyniem wypełnionym wodą, dzięki czemu do doniczki dociera nawodnienie. Idealnie rozwiązanie na wyjazdy i zdecydowanie tańsze niż kule nawadniające, choć może nie tak estetyczne. Ale estetyka jest mi w tym przypadku zbędna, w końcu i tak mnie tu nie będzie.

dozownikinawadniajace


Czuje, że lista w kolejnym miesiącu będzie zdecydowanie bogatsza, a ja tymczasem lecę się pakować, sprzątać i robić kotu jedzenie. Miłego dnia i wpadajcie do mnie na Instagrama!


Copyright © 2016 gnome household , Blogger