lipca 22, 2018

Krótka historia o tym jak zazieleniłam sobie włosy - czyli jak nie używać senesu i cassi

Krótka historia o tym jak zazieleniłam sobie włosy - czyli jak nie używać senesu i cassi
Teraz prawdopodobnie uważacie mnie za Hennowego Maga, Arcykapłana Senesu i Władcę Ziołowej Cytadeli w Centrum Ziołowego Zielarstwa i nieskromnie powiem, że macie w tym trochę racji, aczkolwiek nic nie przychodzi od razu - i nawet ja popełniałam błędy z niewiedzy i lenistwa. Dzisiaj chcę Wam opisać krótką historię jak skończyłam z glonem na łbie, bo moja przygoda z senesem zaczęła się niestety od dupy strony i miała nieciekawe skutki.

Naczytałam się wpisów o senesie i o tym jak cudownie pogrubia włosy. Naczytałam się też, że można sobie kupić taczkę liści za grosze i samemu zmielić zamiast wydawać 2 dychy za nędzne 100 gramów mielonej cassii, która swoją drogą nie powaliła efektami na kolana (może dlatego, że też była źle używana). Przejdźmy zatem do obserwacji jełopa w jego naturalnym środowisku:



Co zrobiła Klaudia? Natychmiast zamówiła pół kilo senesu. Pełna entuzjazmu podwinęła kuper i usadziła go na grzędzie ze ściółki, uprzednio przyszykowawszy sobie malutki kamienny moździerz. 

To było jeszcze w czasach kiedy nie wiedziała o istnieniu blenderów i młynków do kawy.

Czekała tak dopóki nie usłyszała dzwonka do drzwi. Obwąchała starannie kuriera, naskrobała szybki podpis i w zębach zaniosła paczkę prosto do wnętrza pieczary. A potem na swoje nieszczęście, zabrała się za przyrządzanie ziół, uważając się oczywiście za Druida Pierwszego Rzędu.

Siedziała więc sierota 4 godziny i ucierała to toporne zielsko w miniaturowym moździerzu, klnąc w jakimś starodawnym języku na obolałe ręce, a potem przesiewała senes przez sitko po to żeby i tak uzyskać słabo rozdrobniony proszek. Tak było.

Najgorsze jednak miało wydarzyć się potem - kiedy senes był już gotowy do zainstalowania na głowie, Klaudia zrobiła wszystko, by zignorować absolutnie każdą istotną informację jak to zrobić dobrze. Zakwasiła sobie ziółko cytryną, a potem nałożyła je na głowę. Tak po prostu. Nie bardzo interesowała ją kwestia chelatowania, bo przecież w środku pradawnej puszczy nie ma mowy o twardej wodzie. Zadowolona ze swojej zaradności i skilla w zielarstwie zabrała się za planowanie kolejnych mikstur. 

Gdy przyszedł czas, by wreszcie zmyć błotko z włosów i cieszyć się dwa razy grubszą sierścią, zagotowała kilka wiader wody i wylała je do swojej żelaznej balii zagrabionej z cudzego drakkara (a tak naprawdę to była chyba jakaś galera, wikingowie się przecie nie myją w balii na środku morza). Dorzuciła do wody trochę płatków kwiatowych i suszonej lawendy, coby się przez chwile poczuć jak te wiccańskie kobity z Instagrama i zabrała się za kąpiel. Była jeszcze nieświadoma tego co ma na głowie. 

I wtedy zmyła włosy. Płukała i płukała, a kiedy w lustrze dostrzegła całkiem zielonkawe kudły, wlazła do wanny jeszcze raz i moczyła głowę prawie godzinę. Przy okazji nie mogła pozbyć się fusów senesu. Moczenie okazało się mało skuteczne, postanowiła jednak że zieleń na pewno zniknie po zmyciu szamponem. Umyła nim włosy dwa razy, niestety zielono żółta poświata nadal się trzymała. Co było dalej? Czy próbowała robić maski chelatujące? Absolutnie, lepiej chodzić z glonem na głowie tydzień i liczyć, że odparuje.

Co poszło nie tak?

To o czym piszę wyżej przytrafia się wielu osobom i winą obarczają same zioła. W rzeczywistości same zioła nie dają koloru zielonego. Dają go nadbudowane na włosach minerały z twardej wody, które zabarwiają się na zielono. Dlatego tak ważne są maski lub płukanki chelatujące przed, ich zadaniem jest rozpuścić te minerały i je usunąć. Podałam dwa przepisy na takie maski Tutaj. Jeśli jednak przytrafi Wam się senesowy glon, umyjcie włosy i chelatujcie, powinno pomóc.

Zieleń można uzyskać także po indygo - jeśli nałożycie je na rozjaśniane włosy, lub rozjaśnicie włosy z indygo. Sama henna (bez dodatku indygo) nie daje zielonego, to mit, który ciągnie się za nami od dawna.

Na dziś koniec - uczcie się na cudzych błędach robaki <3

lipca 20, 2018

Donice z betonu - DIY

Donice z betonu - DIY
Jestem strasznie podekscytowana tym postem, bo miałam niesamowitą frajdę robiąc donice - i w planach mam już miliony kształtów i materiałów, z którymi będę się wkrótce bawić. Pomysł na donice z taniej masy murarskiej zrodził się z desperacji - ilość roślin w moim domu powiększa się w zatrważającym tempie, a mój portfel protestuje na każdych zakupach doniczkowych w sklepach budowlanych. Doniczki może nie są wybitnie drogie, pod warunkiem że kupuje się jedną czy dwie, a nie piętnaście.




Początkowo pomyślałam o glinie - i tego sobie nie odpuszczę, bo glina daje znacznie więcej możliwości niż beton. Nie mam jednak pieca do jej wypalenia i nie wiem jak to ogarnąć. Dlatego zdecydowałam się na zaprawę cementową. Efekt jest według mnie genialny, szczególnie do minimalistycznych wnętrz albo do ogrodów.

Czego potrzebujemy?

  • Cement
  • Kartony
  • Taśma, najlepiej jakaś mocniejsza 
  • Woda
  • Ewentualnie jakieś donice plastikowe lub butelki, jeśli chcecie kombinować z kształtem form
  • Trochę oleju/tłuszczu (opcjonalnie)
  • Papier ścierny

A więc zaczynajmy - najpierw trzeba przygotować formy. Można zrobić je samemu z kartonów, albo wykorzystać do tego pojemniki i naczynia różnej wielkości. Te pierwsze oznaczają nierówną, nieregularną fakturę donic, te drugie wyją gładko.

Formy tekturowe trzeba dokładnie obkleić taśmą. Możliwe, że konieczne będzie jeszcze obklejenie form po zalaniu, bo ciężar betonu może odkształcać formy. Moje akurat trzymały się same.

Kiedy formy są gotowe, rozrabiamy beton zgodnie z instrukcją i zalewamy pierwszą formę gdzieś do połowy - potem w to błoto wpychamy drugą formę lub naczynie. Jeśli to jakiś pojemnik lub butelka, warto wysmarować ją olejem, wtedy powinna się łatwiej wyjmować. Jeśli cementu jest za mało, można go już miejscowo dodać.

Po mniej więcej dwóch dniach delikatnie zdejmuję formy. Beton nie jest jeszcze dobrze utwardzony, choć tak nam się może wydawać - będzie dojrzewał nawet cały miesiąc. To opcja dla niecierpliwych. Jeśli jednak chcecie uzyskać lepsze efekty, to dobrze jest wsadzić nasze formy do foliowych worków, żeby ograniczyć dopływ powietrza i spowolnić utwardzanie - bo im wolniej się utwardza, tym trwalszy będzie. Po wyjęciu moich donic zraszam je też wodą ze spryskiwacza, to też pomaga w utwardzaniu.












Następnie donice warto trochę przetrzeć papierem ściernym, żeby pozbyć się ostrych krawędzi. Ja nie robiłam tego dokładnie, bo podoba mi się surowy beton.

Można je też malować - szczególnie fajnie wygląda przecieranie białym akrylem za pomocą suchego pędzla. Ja chciałam żeby moja donica wyglądała surowo więc nie malowałam.

Ciekawa jestem jak efekt wyglądałby po pokryciu ich kilkoma warstwami wikolu i pomalowaniu - chyba będę tak ozdabiać kolejną partię.

Pozostaje tylko wsadzić do nich badyle albo zioła.

Zapraszam na mój INSTAGRAM a poniżej reszta zdjęć ;D




     



lipca 18, 2018

Brandon Sanderson - dlaczego każdy fan fantastyki powinien poznać jego twórczość?

Brandon Sanderson - dlaczego każdy fan fantastyki powinien poznać jego twórczość?
Chwila oddechu od postów ziołowych - dzisiaj chcę Was zarazić twórczością Sandersona, bo to dobry chłopak jest i produkuje kolejne książki z prędkością zbliżoną do tej, w której się poruszam, gdy zobaczę jakiegoś ładnego badyla w biedronkowej gazetce. A co najlepsze - wszystkie są genialne i wcale nie widać w jakości, że autor nie śpi i nie je, tylko rodzi kolejne powieści. Gdyby Martin pisał książki z taką prędkością, to "Wichry Zimy" czytalibyście już 4 lata temu.


Na Sandersona robi się już całkiem niezły hajp (chlip, jak zwykle mogę powiedzieć, że czytałam coś zanim stało się modne), ale w tym wypadku bardzo mnie to cieszy, bo gość naprawdę zasługuje na składanie mu ofiar. W duchu modlę się żeby ktoś wreszcie zekranizował którąś z jego książek. 


Jeśli nie znacie żadnej książki, a kojarzycie nazwisko, być może czytaliście "Koło czasu" - Sanderson kończył pisać ten cykl po śmierci Roberta Jordana.

Skupię się w szczególności na kilku jego najlepszych dziełach, które stawiam chyba nawet na równi z Tolkienem (tak wiem, to praktycznie niemożliwe, istnieje szansa, że rzygam już Śródziemiem i dlatego tak mówię ;v).

Wiecie co jest najbardziej intrygujące w jego pracy? Stworzył wiele światów fantasy, z czego każdy z nich jest zupełnie indywidualny, a jednak łączą je pewne cechy wspólne - wszystkie znajdują się w jednym uniwersum - Cosmere, które powstało po jakimś wybuchu (o ile pamiętam Endolisium), w wyniku którego Ostrza Odprysku rozsypały się po różnych światach i na nich opierają się zasady magii konkretnych powieści. To taki sandersonowy Wszechświat, akcje różnych jego powieści mają miejsce na różnych jego planetach. Na przestrzeni następnych kilku lat może się okazać, że jego dzieła mają znacznie więcej wspólnych elementów, bo generalnie Cosmere jest uzależnione od pewnych ważnych zasad związanych z Odpryskami, a na każdej planecie ich moc przejawia się trochę inaczej.

Ciekawostką jest, że pewna z pozoru całkiem nie istotna postać pojawia się chyba we wszystkich jego nie związanych ze sobą fabularnie utworach - a jest nią podróżujący po światach Hoid, który często pojawia się jako żebrak, podróżnik i tak dalej. Nie będę jednak zdradzać jego bardziej istotnego wcielenia w "Archiwum", nie odbiorę Wam tej przyjemności!

Cykl "Z mgły Zrodzony"

Widziałam jakieś jej stare wydanie kilkanaście lat temu w bibliotece miejskiej - i w tym przypadku chamsko oceniłam ją po niezbyt atrakcyjnej okładce. Przeczytałam dopiero kilka lat temu, kiedy ukazało się nowe wydanie od MAGA i mnie zainteresowało. Zorientowałam się o tym po tytule drugiej części - "Studni Wstąpienia", I jakoś skojarzyłam nazwę z tamtą sytuacją. Nie to jest jednak istotne, a jej treść - chyba nie muszę tłumaczyć jak zajebista jest? Dobra, i tak wytłumaczę. Sanderson ma to do siebie, że potrafi wymyślić funkcjonowanie świata, pogodę, zasady magii na danej planecie w taki sposób, że są one zupełnie "nowe" dla czytelników. Nie ma u niego pierdów z różdżkami, zaklęciami, magicznymi księgami i inną teleportacją, magia funkcjonuje inaczej, naturalniej i ma swoje ograniczenia i zasady. W tym przypadku zupełną normalnością są złowieszcze mgły pojawiające się nocami oraz popiół nieustannie sypiący się z nieba, magią natomiast jest między innymi allomancja - czyli umiejętność czerpania mocy z różnego rodzaju metali nadających konkretne umiejętności. Życie bohaterów jest uzależnione od zasad jakie stworzył im Sanderson - normalne są parasolki chroniące ubrania przed popiołem, specjalny system uprawiania ziemi, zabobony, strach przed mgłami i tym podobne. Struktura społeczeństwa dzieli się na najniższą grupę - skaa, czyli ludzi pozbawionych wszelkich praw, niemal niewolników, arystokrację, która zarządza skaa oraz na obligatorów - pewnego rodzaju kapłanów i urzędników Stalowego Zakonu, na czele którego władzę pełni Ostatni Imperator. Jest tyranem uznawanym za boga i nie da się go zabić - a jego panowanie trwa już podobno tysiąc lat. Nasi bohaterowie mieszkają sobie w Luthadelu, mieście pełnym rynsztoków zasypanych popiołem i wielkich willi szlachty w zadbanych dzielnicach, a wywodzą się między innymi ze skaa (z arystokracji trochę też!), ale nie będę pisała o ich osiągnięciach, bo musicie je poznać sami. Zachwyca mnie to, jak świat Sandersona różni się od naszego - nie ma w nim niebieskiego nieba i zielonych roślin, z drugiej jednak strony nie ma jakiegoś wymyślonego na siłę nienaturalnego dziadostwa, które tak mnie irytuje <UWAGA, ZARAZ POLECĄ KAMIENIE> u Lema (Nie bijcie!).

Polecam ten cykl do przeczytania jako pierwszy - choć nie umiem powiedzieć które z jego dzieł są najlepsze, to ten jest grubszy od "Elantris" i skończony, w przeciwieństwie do "Archiwum", którego Sanderson urodzi jeszcze kilka części.

Wyszły też kolejne trzy książki będące kontynuacją serii ("Wax i Wayne") - ten sam świat, te same zasady i zjawiska panujące na nim, ale inni bohaterowie, bo akcja toczy się dużo dużo później, kiedy postacie z pierwszej trylogii są wręcz czczeni. Czytało się ją bardzo przyjemnie, ale zmiany cywilizacyjne jakie zaszły na świecie sprawiają, że powstał z tego taki kryminalny western z elementami magii - co osobiście trochę mnie boli (bo miecze zostały wymienione na rewolwery), ale z drugiej strony zachwyca jak Sanderson to sobie zaplanował i poprowadził. Warto przeczytać, tylko litości, nie zaczynajcie przygody z serią "Waxa i Wayne'a" (tak, znam jednego delikwenta, który dostał je w prezencie i odebrał sobie szansę na zrozumienie większości "smaczków" i symboli jakie się tu pojawiają, bo nie znał pierwszych trzech części). Znajomość początkowych części jest konieczna, pomimo że fabuła i cele bohaterów są tu już zupełnie inne.

Archiwum Burzowego Światła

Tak jak mówiłam, każde uniwersum jakie tworzy Sanderson, jest czymś bardzo indywidualnym, niespotykanym i pozbawionym bezsensownych magicznych zapychaczy, z jakich słynie większość utworów fantasy. Może ja trochę przesadzam, bo wymagam od fantastyki czegoś więcej niż latający dywan, krasnolud i abra kadabra, ale cóż - musicie sami sprawdzić, bo nie sposób opisać to dokładnie. Tym razem akcja toczy się na Rosharze - kontynencie słynącym z Arcyburz, od których znowu uzależnione jest wszystko inne - sposób upraw, podróży, handel i życie w ocałości. Arcyburza to taki całkiem normalny atmosferyczny rozpierdol, który przychodzi raz na jakiś czas, ale nie tylko niszczy - również nawadnia, daje życie i niezwykle ważne burzowe światło. Światło to jest potem używane zarówno do oświetlania pomieszczeń, ale także jako...waluta - no może nie do końca światło, a szklane kule, które wystawia się w czasie burzy, by napełniła je światłem. Przyroda Rosharu jest bardzo specyficzna - charakteryzuje się tym, że większość roślin i zwierząt ma jakieś cechy przypominające skorupiaki - chitynowe pancerze, szczypce, skorupy. Bydłem rosharu na przykład są chulle, wielkie powolne stworzenia przypominające kraby. Są też przepastne bestie - wielkie niebezpieczne kurwie żerujące z Rozpadlinach, wyglądające jak jakaś monstrualna langusta, których zabicie zwykle przynosi komuś sławę. Genialne co? Rośliny przypominają lądowe ukwiały i pąkle, chowają się w skorupkach w niewygodnych warunkach atmosferycznych albo przez dotyk. Są jeszcze spreny - to zarówno oczywisty element przyrody, ale mają w sobie także jakąś pierwotną magię. To różne, jak ja to nazywam, kolorowe mini duszki, które pojawiają się w konkretnych sytuacjach - na przykład życiospreny, deszczospreny, spreny związane z odczuwaniem przed ludzki konkretnych emocji - wściekłospreny i inne wkurwospreny. Niektóre spreny ewoluowały do istot posiadających świadomość i rozum, i towarzyszą niektórym bohaterom - Kaladin ma swoją Syl, a Shallan towarzyszy Wzór.

W społeczeństwie istotną rolę odgrywałby kolor Twoich oczu - jeśli tęczówka jest jasna, czuj się jak uprzywilejowana szlachta. Jeśli jednak urodziłeś się z ciemnymi, brązowymi oczyma -  jesteś nikim i możesz co najwyżej orać pole albo gotować żarcie jasookiemu. Są też Parshendi i parshmeni - jedni i drudzy mają cętkowaną skórę, Ci pierwsi jednak są ludem prowadzącym z ludźmi wojnę, Ci drudzy natomiast są wywodzącymi się od nich, pozbawionymi wolnej woli niewolnikami ludności Rosharu.

A co z magią? Znowu - bardzo nietypowa i specyficzna. Pomijam całą historię Świetlistych, bo wciąż wiemy o nich za mało, mamy natomiast fabriale - inaczej duszniki, czyli dziwne urządzenia mogące zmieniać materię, mamy Pancerze oraz Ostrza Odprysku, czyli niezwykle cenny i zabójczy rynsztunek, który jest pozostałością po starożytnych, pewnego rodzaju, bogach. I mamy bohaterów z różnych grup społecznych - zarówno lordów, niewolnika, skrytobójcę, jak i młodą nieśmiałą uczennicę. W początkowych częściach trafiamy między innymi na wojnę na Strzaskanych Równinach, które są miejscem tak specyficznym, że ponownie, uzależniają w sposób bardzo okrutny funkcjonowanie bohaterów - konieczne jest na przykład werbowanie drużyn "mostowych", sklejonych głównie z niewolników i ciemnookich, którzy odpowiedzialni są za przenoszenie i ustawianie między rozpadlinami ciężkich mostów, po których przechodzi wojsko. Widzieliście kiedyś coś takiego? Ja też nie, Sandersonie, jesteś geniuszem.

Ukazały się póki co trzy wielkie części "Archiwum Burzowego Światła", ma ich być podobno dziesięć. Oznacza to, że zanim Martin wyda kolejną część "Pieśni Lodu i Ognia", my będziemy mieć już na półkach mur z dziesięciu cegieł "Archiwum". Jeśli szukacie czegoś opasłego na dłużej, to pozycja obowiązkowa.

Elantris

Tu z kolei mamy pojedynczą powieść (niestety), która jest zdecydowanie za krótka, ale dzięki temu pozbawiona nudnych zapchaj-dziur. Po opisie na okładce miałam zupełnie inne wyobrażenie co do jej fabuły, wydawało się to totalnie nie ciekawe i proste. Spokojnie, będziecie miło zaskoczeni, bo Sanderson zaplanował to sobie zupełnie inaczej. Czy ja wspominałam już dzisiaj o indywidualności każdego świata jaki sobie wymyśla? Elantris to brudne, zgrzybiałe miasto okryte, tak jak jego przeklęci mieszkańcy, mocą Shaodu. Shaod, który kiedyś dawał ludziom boską moc chyba trochę się zepsuł, bo nagle zaczął tworzyć z ludzi trędowate kreatury, które wiecznie odczuwają ból i nie mogą umrzeć. Gdy człowiek został potraktowany mocą Shaodu, był kasowany ze społeczeństwa i wrzucany do Elantris. Problem pojawia się jednak, gdy zdarza się to głównemu bohaterowi, księciu Arelonu - Raodenowi. Przypał, co nie? Świat nie przypomina innych jego planet, może poza jednym elementem - mamy tutaj też coś na wzór świadomych sprenów, jeden z nich towarzyszy i pilnuje księżniczki Serene.

Jedyny minus jest taki, że chyba nie zrozumiałam zakończenia - miałam wrażenie, że nic go nie wyjaśnia i jest poprowadzone zbyt prosto, ale może przegapiłam jakiś ważny element.

Skupiłam się na trzech ukochanych utworach, jest ich jednak więcej. Powstały nawet komiksy i pojedyncze opowiadania z różnych, póki co mało poznanych światów. Polecam jeszcze koniecznie przeczytać między innymi:

  • "Rozjemca" - dwie części
  • "Biały piasek" - komiks
  • "Bezkres magii"


Obecnie nie znam autora, który w takim tempie pisze stosy tak dobrych książek. Jeśli jeszcze go nie znacie, koniecznie zmieńcie tą postać rzeczy ;D

I standardowo, zapraszam na mój Fanpage oraz Instagram.

lipca 16, 2018

BARF - jak samemu zrobić kotu jedzenie?

BARF - jak samemu zrobić kotu jedzenie?

Dzisiaj nareszcie przyszedł czas na wpis o tym jak samemu zrobić kotu odpowiednie jedzonko, które będzie zdrowszą alternatywą dla gotowych karm. Zanim jednak przejdziemy do rzeczy, coś sobie wyjaśnijmy.

"Ja mojemu kotu/psu sam gotuję zdrowe jedzonko. Trochę ryżyku, gotowane mięsko, marcheweczka i makaronik."

Pewnie nie raz to słyszeliście i myśleliście sobie - "Wow, ale on musi kochać tego sierściucha". I nie wątpię, że tak jest, niestety należy tych ludzi wyprowadzać z błędu. Wydawać by się mogło, że taki pokarm jest zdrowy - bo pozbawiony konserwantów, polepszaczy smaku i soli. Może i jest zdrowy, ale na pewno nie dla kota czy psa i zaraz postaram się to wyjaśnić.



Włos mi się jeży na głowie, gdy słyszę o takich potrawach dla pupila, tym bardziej że właściciel jest nieświadomy, jak w dobrej wierze szkodzi swojemu zwierzakowi. Gotowane posiłki i dodatek zbóż w postaci makaronów i ryżyków nie są ani trochę zdrowsze od kiepskiej jakości karm sklepowych - ustawiłabym je na równi, z tą różnicą, że te pierwsze są gotowane z, powiedzmy, dobrej jakości składników, a te drugie z odpadów. To jedyna przewaga gotowanego w domu jedzenia. Psy i koty zostały stworzone do jedzenia mięsa - i o ile jeszcze w przypadku psów dodatek warzyw czy owoców (nie zbóż!) jest dopuszczalny, tak kot jest ścisłym mięsożercą i surojadem i rośliny są mu w diecie całkowicie zbędne, a zboża szkodliwe. Poza tym, gotowane jedzenie w różnej postaci jest pozbawione suplementacji - a jest ona konieczna i mają ją z reguły nawet kiepskie karmy. Suplementacja jest bardzo istotna, bo musi "naśladować" naturalny pokarm kota - ofiary w całości zawierające żelazo z krwi, wapń z kości i inne ważne składniki oraz niezbędną do życia taurynę, której nie ma w domowej brei z ryżu.

Są oczywiście dobrej jakości karmy z odpowiednią suplementacją, istnieje jednak jeszcze zdrowszy model karmienia - BARF (Biologically Appropriate Raw Food, nie mylić z Rzygiem). W zależności od gatunku zwierzęcia, BARF wygląda inaczej - dla kota będzie oparty na surowym mięsie, dla konia na surowej trawie czy innym zielsku. Skupmy się jednak na kotach i tym w jaki sposób odpowiednio bilansować jedzenie. Na koniec podam Wam tez kilka ważnych linków, które będą bardzo pomocne w nauce - bo niestety w przeciwieństwie do innych moich wpisów, ten nie da Wam gotowego przepisu i nie sprawi, że od razu będziecie gotowi zrobić pierwszą mieszankę.

Jak to działa?

Barfa dla kota przygotowuje się na zapas - mieszanki robi się na kilka dni, tygodni, na miesiąc lub ewentualnie dwa. Spokojnie, nie musicie codziennie grzebać się z żarciem dla kota. To by było z resztą nie możliwe - bo wtedy trzeba by było dodawać mikroskopijne ciężkie do zważenia ilości suplementów. W skrócie polega to na stworzeniu mieszanki, która jest połączeniem surowych mięs, podrobów i suplementów, które następnie się porcjuje i mrozi. W pewnych sytuacjach zamiast mięsa surowego dodaje się gotowane - na przykład gdy kot jest chory na trzustkę - nie jestem jednak dietetykiem ani lekarzem i skupiam się na pokarmie dla zdrowego kota. Mieszankę oblicza się w specjalnym kalkulatorze do barfa, o którym napiszę niżej.

Dlaczego barf jest lepszy niż karmy?

Jest to zdecydowanie bardziej treściwy i sycący posiłek - mięso jest kaloryczne, syci kota na długo. Jest też bardziej wartościowy - bo mięso bez obróbki termicznej nie traci tyle składników co gotowane mokre karmy lub wypalone na wiór chrupki. Koty na odpowiednio zbilansowanym barfie dochodzą do idealnej wagi i są zdrowsze - szczególnie jeśli chodzi o ich delikatny układ moczowy (który cierpi na karmach suchych na przykład), który otrzymuje odpowiednią ilość wody - a przypominam, że koty jako zwierzęta pustynne, większość wody pobierają z pokarmu. Jest jeszcze jeden argument za tym modelem karmienia - zapach w kuwecie. Odkąd Sajgonka przeszła na barfa skończyły się czasy cuchnących odpadów radioaktywnych i luźnych kup. Od tego czasu jej kupy są totalnie bez zapachu i nie mamy żadnych problemów z biegunkami - a robi je co 3-4 dni, a nie codziennie lub dwa razy dziennie jak było kiedyś. Dzieje się tak ze względu na to, że ten rodzaj pokarmu trawi się niemal w całości - nie ma tu zbędnych zapychaczy pokroju zbóż, które przechodzą przez kota na wylot. Na większość osób działa ten argument - koty które zostawiały w kuwecie cuchnące bomby apokalipsy zaczadzające całą chałupę w mgnieniu oka, nagle załatwiają się tak, że zorientujemy się o tym dopiero gdy spojrzymy na kuwetę. Życie bez codziennych odruchów wymiotnych podczas sprzątania po kocie jest naprawdę bardzo przyjemne. Pozostaje jeszcze kwestia ceny - choć barf na początku wydaje się kosztowny ze względu na konieczność zainwestowania we wszystkie potrzebne suplementy i sprzęty, tak potem kosztuje zdecydowanie mniej niż karmienie gotowymi karmami. Suplementy wystarczają na wiele miesięcy, niektóre nawet lat - jedyne co pozostaje uzupełniać to różne rodzaje mięsa. U mnie przygotowanie mieszanki dla 3 kilowego kota około na 25-35 dni kosztuje zwykle w granicach 40-60 zł, w zależności od tego jakie mięsa uda mi się kupić - na karmy wydawałam ponad stówę, a niektórzy grubo ponad dwie stówy. Warto jeszcze dodać, że kot zjada zdecydowanie mniej barfa niż gotowej karmy, że względu na to że jest bardziej sycący - u nas kot jedzący dziennie 200 g karmy, je około teraz 120 g mięsa dziennie. Jest to więc fajna opcja np. gdy trzeba wykarmić sporą ilość kotów - cieszy mnie że niektóre fundacje powoli przekonują się do barfa.

Czy to bezpieczne?

Oczywiście. Miejcie na uwadze, że kot to surojad. Jego układ pokarmowy jest stworzony do trawienia surowego mięsa. Zgadza się, że kot domowy w stanie dzikim zjada małe gryzonie czy ptaki, a nie kawał świni - ale do gotowej karmy nikt nie wrzuca szczura i wróbla, tylko właśnie jakieś części lub resztki większych zwierząt, a po to jest suplementacja, by były bardziej wartościowe niż samo mięso i by przypominały ofiarę kota w naturze. Koci żołądek radzi sobie z bakteriami doskonale. Jeśli natomiast chodzi o możliwe pasożyty, mięso sklepowe - z produktami dla ludzi jest przebadane i nie ma możliwości żeby trafiło za ladę jeśli jest zarażone. Należy jedynie unikać mięsa dzika oraz dla bezpieczeństwa wieprzowych podrobów ze względu na możliwość zarażenia wirusem Aujeszkiego. Mięso wieprzowe jest bezpieczne od kilku lat, ale dla pewności unika się samych podrobów, bo w razie czego, to właśnie tam będzie skupiony wirus.

Czy barf ma jakieś wady?

Ma - nie ukrywajmy, jest trudny. To niestety nie jest książka kucharska z gotowymi przepisami. Każdy przepis tworzy się samodzielnie - a jeśli z jakiegoś powodu nie dacie rady tego pojąć, albo nie chce wam się tego nauczyć, można to zlecić odpłatnie dietetykowi, który na podstawie informacji o Waszym kocie ułoży kilka przepisów. Dlaczego nie można korzystać z gotowych przepisów? Bo mieszankę liczy się pod własnego kota/koty - w oparciu o jego wagę, wiek, możliwe choroby. To niestety nie wygląda tak, że usiądziecie przed specjalnym kalkulatorem do barfa i na pstryknięcie palcem ułożycie mieszankę - to wymaga ćwiczeń i kombinowania w ilości dodatków, tak by wszystkie normy zostały zachowane. Pocieszę Was jednak - jeśli taki gamoń jak ja się tego nauczył, to każdy się nauczy :D

Czego potrzebujemy?

Zanim zrobicie pierwszą mieszankę, będzie trzeba się wyposażyć w różne gadżety. Należą do nich między innymi:


  • Kalkulator do barfa - Bez niego nic nie zrobicie. Można go zdobyć na forum Barfny Świat, niżej macie link. Trzeba się zalogować i napisać wiadomość do adminki Hebe - wyśle Wam kalkulator, gdy wpłacicie przynajmniej 5 zł na fundację. Mieszanek absolutnie nie wolno robić na oko, wszystko musi być wyliczone w kalku.
  • Waga kuchenna - Do ważenia mięs i większych ilości supli.
  • Waga jubilerska - Do ważenia malutkich ilości supli.
  • Pojemniki lub woreczki strunowe - można oczywiście pakować w zwykłe małe reklamówki, ale to niewygodne poza tym to masa śmieci. Najlepiej kupić pudełeczka wielokrotnego użytku, jeśli natomiast macie za małą zamrażarkę, woreczki strunowe, które można potem rozpłaszczyć i zmieścić ich sporo, a nawet użyć ponownie.
  • Opcjonalnie maszynkę do mielenia mięsa - przy większej ilości kotów jest to konieczne (w sumie to nie jest konieczne, ale powodzenia w pokrojeniu 30 kilo mięsa na raz).
  • Suplementy - tak jak mówiłam, są obowiązkowe. Samo mięso mięśniowe jest pozbawione składników, które kot w naturze przyjmowałby z wnętrznościami, krwią, kośćmi, mózgami swoich ofiar. Naturalne suplementy mają sprawić, że mieszanka będzie możliwie jak najbardziej przypominała prawdziwą zdobycz. Niektórych nie trzeba kupować - można zrobić. Kości czy skorupki jaj można samodzielnie zmielić, zamiast hemoglobiny możecie zdobyć z dobrego źródła czystą krew itp.

Suplementy 

Jest ich sporo i nie wszystkie są konieczne, ale niektóre są podstawowe - tauryna, hemoglobina/krew, mączka ze skorupek jaj (którą można zrobić samemu), mączka kostna, drożdże browarnicze, mączka z alg, witamina E, jakiś olej rybny - u mnie z dzikiego łososia, sól himalajska (sód). Są jeszcze inne suple, oleje omega, olej z kryla i tak dalej. Musicie stworzyć listę potrzebnych supli i je zamówić. Nie polecam zamawiać "gotowych" mieszanek, które niby mają już w sobie to co powinny, bo w rzeczywistości nie do końca tak jest i mieszanka będzie wybrakowana.

Jak tworzyć mieszankę na kalkulatorze?

Tu zaczynają się schody, bo jest wiele zasad, których trzeba przestrzegać. Trzeba przeliczać białko na wagę kota i ilość dni, powinno być jak najbardziej zbliżone 5.0. Trzeba przestrzegać stosunków wapń/forsfor - ma wyjść 1,15, oraz potas/sód - ma wyjść 1,35. Tłuszcz może być do 40%. Jest jeszcze sporo innych wytycznych, które poznacie ze źródeł jakie Wam podam. Kalkulator nie jest idealnym narzędziem i jeśli wyniki nie palą się na czerwono, nie oznacza że mieszanka jest ułożona dobrze - trzeba się niestety bardziej wysilić. Na początku dużo ćwiczcie "na sucho" - wymyślajcie sobie jakie mięsa teoretycznie możecie wykorzystać, wybierajcie je w kalku i starajcie się do tego dopasować suple - zmieniajcie ilości tak, by stosunki się zgadzały. Mi zajęło kilka dni zanim to pojęłam.

Jak przygotować mieszankę?

To już najprostsza kwestia. Załóżmy że już macie gotowy przepis i kupione wszystkie składniki. Najpierw trzeba zważyć odpowiednie ilości mięsa i je pokroić albo zmielić. To samo z podrobami - tylko je najlepiej pokroić bardzo drobno, żeby równomiernie wymieszały się z mięsem. Następnie odsypujemy suplementy - jak lubię je odmierzać do wspólnej miseczki i potem rozrabiać z wodą. Hemoglobina lubi się grudkować. Następnie łączymy je z mięsem, wrzucamy surowe żółtka, ewentualnie jakieś inne dodatki z przepisu (np. smalec) i wodę. Woda nie jest konieczna od razu, można wlewać ją po nałożeniu porcji barfa do miseczki. Jeśli macie w mieszance dużo wody to otrzymacie taką zupę, którą ciężko będzie nałożyć do pojemników. Jak wybieram opcje po środku - odmierzam sobie do miski potrzebna ilość wody, wkładam mieszankę do pojemników, a potem dolewam do nich wody. I koniec - porcjujemy i mrozimy - kalkulator orientacyjnie pokazuje Wam na ile dni wystarczy mieszanka i ile mniej więcej dziennie ma zjeść kot. Każdego wieczora wyciągacie jedno opakowanie do lodówki, żeby tam powoli się rozmrażało. Na drugi dzień jest gotowe do podawania ( nie na raz, tak samo jak karmę w kilku posiłkach w ciągu dnia). Jeśli na przykład dużo pracujecie i nie dacie rady karmić kota 4 razy dziennie albo boicie się że, mięso przez leżenie cały dzień w misce zgnije, można wrzucić do michy zamrożonego na kość barfa - będzie się rozmrażał powoli, a kot będzie zjadał to co już się rozmrozi.

Ważne linki:

1. Grupa - barf dla kota
2. Grupa - barf dla psa
3. Forum Barfny Świat


Inne moje wpisy o karmieni kotów:

lipca 14, 2018

Spis najczęstszych hennowych i senesowych problemów

Spis najczęstszych hennowych i senesowych problemów
Na początku przygody z ziołami zazwyczaj spotykamy się z całą masą pytań i problemów, od nieodpowiedniej konsystencji pasty, po problemy ze zmywaniem, swędzeniem i całym mnóstwem innych niedogodności. Postaram się dziś rozwiać wasze wątpliwości co do większej części z nich. Będę ten post aktualizowała co jakiś czas, bo prawdopodobnie coś przegapiłam. Jeśli po przeczytaniu tego posta nadal nie znajdujecie rozwiązania swojego problemu, pytajcie w komentarzach - postaram się pomóc na ile to możliwe.

Jako że skupiam się tylko na hennie, cassi i senesie, post dotyczy głównie tych ziół - nie wszystkie rady będą odpowiednie w kwestii zabaw np. z indygo albo katamem - o nich napiszę dopiero, gdy sama zdobędę większą wiedzę na ich temat.

Zanim zaczniesz czytać ten post, zajrzyj jeszcze TUTAJ - opisałam tu informacje podstawowe dotyczące tego czym w ogóle są te zioła i na czym polega ich działanie.

Błotko wyszło zbyt rzadkie

Przy robieniu mieszanki trzeba wyczuć ile płynu nalać by miała odpowiednią konsystencję - a odpowiednia konsystencja przypomina śmietanę. Mi na 60-80g ziół schodzi zwykle cała szklanka, ale trzeba lać powoli i stopniowo, żeby nie przesadzić. Jeśli jednak mieszanka wyszła Wam zbyt płynna i obawiacie się, że spłynie Wam z włosów, można ją bez problemu zagęścić takimi dodatkami jak - mąka ziemniaczana (żadna inna oprócz tej, może ewentualnie tapioka ale nie jestem pewna), mielona kozieradka, neem, brahmi, bringraj, można także po prostu dosypać odrobinę suchej henny czy senesu.

Jak się pozbyć grudek?

W przypadku grudek można próbować zgniatać je łyżką o ścianki naczynia - ale to dość upierdliwe i żmudne. Jeśli bardzo Wam przeszkadzają, to użyjcie blendera albo miksera, ale prawda jest taka, że to nie zawsze konieczne - grudki zwykle same się rozpuszczają, gdy postoją kilka godzin. Możecie więc odstawić mieszankę z grudkami i co kilka godzin kontrolować jej stan - jeśli grudki pozostaną, wtedy ewentualnie ratujcie się blenderem.

Błotko nie wydzieliło barwnika

Najprawdopodobniej przyczyną jest zbyt krótkie odstanie, zwietrzałe, stare zioła, brak dodatków zakwaszających (lub zbyt mała ilość - tylko nie mówimy o indygo, w jego przypadku nie kwasimy) lub zbyt niska temperatura.

Na ile odstawiać zioła?

Cassia/senes/senna - najlepiej co najmniej 10 godzin, do 24 godzin (osobiście wybieram granicę 15-20 godzin, patrz na punkt o pleśnieniu)

Henna - zwykle szybciej, od 2-3 godzin, do, powiedzmy 8-10 godzin. Więcej nie powinno jej zaszkodzić (tak do 20-24h), ale myślę że trzymanie tak długo jest zbędne.

Czy można pogrzać zioła w piekarniku żeby szybciej "doszły"?

Oczywiście - wstawiamy piekarnik na temperaturę około 40-50 stopni i wkładamy do niego zakwaszone zioła. Piekarnika najlepiej nie zamykać do końca. Cassia/senes/senna powinny dojść w ciągu 4-6h, henna po godzinie, dwóch. Metoda dla osób, które się śpieszą.

Czy zioła bez zakwaszania złapią?

Niektórzy przygotowują zioła bez zakwaszania, ale według mnie to marnotrawstwo. Bardzo często na opakowaniach nawet dobrej jakości ziół, w instrukcji nie ma żadnej wzmianki o konieczności zakwaszania - i zwykle nieświadoma osoba postąpi zgodnie z tą instrukcją. Może to kwestia niewiedzy producentów, a może specjalny zabieg, który ma na celu zmuszenie klientów do częstszego farbowania (bo kolor może się szybciej wypłukiwać i trzeba częściej powtarzać). Kolor hennowy najczęściej złapie - ale może być mniej trwały i wymaga większej ilości hennowań. Z kolei cassia i senes według mnie nie łapią bez kwasu, choć nie wiem jaki efekt byłby na całkiem białych albo mocno rozjaśnianych włosach. Brak kwasu, to mniej barwnika, a mniej barwnika to mniej pogrubienia i kondycji. Jeśli ktoś ma dostęp do dużej ilości ziół to może sobie wykorzystywać je na różne sposoby i mieć z tego dobre efekty. Ja nie chce marnować ich potencjału.

Nakładanie na suche czy mokre włosy?

Można i tak i tak - z tym że ja zdecydowanie bardziej polecam na mokro, szczególnie jeśli macie długie albo bardzo gęste czy kręcone włosy. Dlaczego? Po pierwsze, schodzi wtedy mniej mieszanki - suche włosy będą piły wilgoć z błotka na potęgę i będzie trzeba nałożyć więcej ziół. Po drugie, na mokro łatwiej się nakłada - włosy nie stają się taką toporną twardą masą i można łatwiej dotrzeć do skalpu. Po trzecie, przed ziołami konieczne jest umycie i ewentualnie chelatowanie włosów - opcja na mokro nie wymaga więc suszenia kudłów i oszczędzacie czas. A jednak są ludzie, którym wygodniej nakładać na sucho - najczęściej za pomocą pędzelka. Musicie sami to wyczuć, ale myślę że większość zdecydowanie woli na mokro.

Problemy z nakładaniem

Trzeba wypracować sobie własną technikę nakładania, a tych jest kilka. Jeśli decydujecie się na nakładanie na sucho, to najrozsądniej będzie to robić za pomocą pędzla do farbowania - wtedy musicie być dość precyzyjni i pracować pasmo po paśmie. Dla mnie to zabawa kompletnie bez sensu, bo mam za długie włosy, żeby sobie samodzielnie nakładać błoto pędzlem po całej długości. Myślę więc, że to się nadaje albo dla krótkowłosych, albo gdy macie kogoś kto Wam nałoży zioła. Nakładanie na mokro z kolei jest według mnie prostsze - możecie zaszaleć i nakładać błotko dużymi porcjami zaczynając od skalpu i nie pilnując za bardzo czy każdy włos jest odpowiednio pokryty (ale wówczas błotko powinno być trochę rzadsze, za gęste ciężko rozprowadzić w ten sposób, poza tym, to może być mało delikatne i może przyczynić się do wypadania - najlepiej to robić przy cieńszych włosach). Drugą opcją, jest nakładanie błotka pasmo po paśmie od skalpu w dół - tak robię ja. Zaczynam od czoła, wydzielam sobie pasma i palcami pokrywam je błotem dokładnie i trochę ugniatam, żeby dotarło wszędzie. Pasma już pohennowane przerzucam sobie na twarz, tak żeby nie mieszały się z resztą. To jest zdecydowanie dokładniejsze i bardziej precyzyjne.

A co z miejscem nakładania? Jak to robić humanitarnie i nie tworzyć syfu w całej łazience? Wszystko zależy od jakości zmielenia ziół - z henną jest tu łatwiej, można ją nałożyć na stojąco nie robiąc bajora w całej łazience. Gorzej jest z senesem, szczególnie takim samodzielnie zmielonym - bo z reguły jest zmielony kiepsko i sypie się z włosów wszędzie. Dlatego ja, jako że używam mieszanki takiego senesu z henną, widzę tylko jeden sposób nakładania ziół - siedząc szczelnie zamknięta w prysznicu albo w wannie nago. Miejsce to potem wygląda jak przewrócony i postawiony z powrotem toj toj na Openerze.

Jeśli się nudzicie i chcecie mieć zajęcie w postaci mycia łazienki na wszystkich jej płaszczyznach, polecam nakładać średnio zmielony senes na stojąco przy umywalce. Niezapomniane wrażenia!

Nadmierne wypadanie po ziołach

Przyczyn może być wiele i warto sobie przeanalizować i wykluczyć różne możliwości.

Przyczynami wypadania włosów po ziołach mogą być:

  • Zbyt mocne szarpanie i ciągnięcie kudłów przy nakładaniu - to dość częsty powód wypadania. Przy zbyt mocnym inwazyjnym szarpaniu podczas aplikowania ziół możemy sobie sporo włosów powyrywać, dlatego ważne jest to żeby włosy rozczesać o ile to możliwe przed nakładaniem i robić to w miarę delikatnie.
  • Zbyt mocne zakwaszenie/ za silny kwas/podrażnienie - Nie przesadzajcie z ilością kwasu. Jeśli w proporcjach podano pół łyżeczki dodatku zakwaszającego na daną ilość ziół, nie sypcie dwóch łyżeczek. Unikajcie też cytryny czy octów - według mnie to są dość mocno podrażniające kwasiaki.
  • Podejrzane produkty hennopodobne - Używajcie sprawdzonych produktów. Bardzo często wypadanie pojawiało się po Fitokosmetik, Eldzie, Venicie, Banjaras i tym podobnych produktach, które zawierają podejrzane dodatki i udają "hennę" i inne zioła.
  • Zbyt długie trzymanie/odparzenia/przegrzanie - To też może być przyczyna wypadania. Jeśli wszystko inne wykluczyliście, spróbujcie potrzymać zioła krócej niż dotychczas. Ja po całej nocy z ziołami na głowie nie widzę negatywnych skutków, ale są one możliwe, szczególnie w czasie upałów, kiedy można sobie odparzyć skalp pod folią.

Jest jeszcze teoria, że słabe cebulki po hennie wypadają po to by wyrosnąć od nowa jako silniejsze - ale jakoś mi ona nie pasuje. Teoretycznie powinny w ten sposób wypaść wszystkie włosy, bo wszystkie były przed hennowaniem słabsze niż po hennie - a tu rozchodzi się przecież o cebulki. Nie sądzę, żeby "zbawienne" substancje henny działały w ten sposób - myślę że wzmacniają po prostu słabą cebulkę, o ile w ogóle są w stanie ją wzmocnić jakoś konkretnie.

Pleśnienie

Dzieje się to najczęściej w przypadku cassi i senesu - czyli ziół, które potrzebują dość dużo czasu na wydzielanie barwnika. Z mojego doświadczenia i obserwacji przypadków innych osób wynika, że najczęściej pleśniał senes, który stał około 20 godzin wzwyż. Mieszanka, która spleśniała jest już niestety w całości do wyrzucenia, ale wcale jeszcze nie musicie wywalać całego produktu - proponuje najpierw odstawić go na krócej (np 10-15h) i sprawdzić jak się wówczas zachowuje. Nie każdy senes oczywiście pleśnieje po 20 godzinach, ciężko w ogóle powiedzieć czy odpowiada za to jego skład czy warunki odstawienia. W praktyce zdarza się to rzadko - najczęstsze przypadki to pleśnienie ziół, które był odstawione aż na dwa, trzy dni - to zdecydowanie za długo i pleśń  w takim wypadku ma święte prawo zabrać sobie Wasze błotko lenie! I jeszcze jedna ważna rzecz - czasem zdarza się, że zioła stoją już kilkanaście godzin, a Wam coś wypadnie i muszą postać kolejne kilka - można je wtedy włożyć do lodówki, żeby tam dokończyły oczekiwanie aż znajdziecie dla nich czas.


Zioła nie chcą się zmyć/we włosach zostają fusy

Kolejnym problemem jest niedokładne zmywanie ziółek, czego skutkiem może być swędzenie, puch, siano i włosy pozbawione blasku, a także fusy spadające z głowy. Po pierwsze, jeśli macie wannę, najlepiej się w niej uwalić i zanurzyć głowę w wodzie tak, żeby zielsko sobie wypływało - większości to pomaga (tylko nie dolewajcie do wody płynów czy mydła). Jeśli natomiast mamy do czynienia z niedokładnie zmielonym senesem, samo płukanie i leżenie w wannie nic nie da - polecam wtedy robić to moim sposobem. Najpierw włosy płuczę aż poczuję, że domyłam większość. Chwilę suszę je pod ręcznikiem, a potem nad prysznicem otrzepuję je głową w dół. Wylatuje wtedy mnóstwo senesowych fusów, których nie ma szans domyć strumieniem wody. Potem jeszcze raz spłukuje włosy i dla pewności jeszcze raz osypuje. Gdybym tego nie robiła, to zostawiałabym po domu ziołową ścieżkę.

Skóra po hennowaniu lub senesowaniu swędzi

Patrz wyżej - może się tak dziać ze względu na niedokładne zmywanie. Zdarzało mi się nie domyć dobrze ziół (prawda jest taka, że tak czy inaczej ciężko je domyć w 100% samą wodą, więc zawsze coś tam może zostać) i kiedy przejeżdżałam paznokciem po skalpie gdy się drapałam, pod paznokciem zostawał zielony syf z henny. Swędzenie znikało dopiero po zmyciu włosów detergentem na drugi dzień. Leżenie w wannie z głową w wodzie może pomóc, ja wanny nie mam, więc niestety muszę sobie jakoś radzić. Źle dobrane dodatki zakwaszające lub zbyt duża ich ilość też mogą powodować swędzenie. Ostatnio też były jakieś doniesienia, że skalp swędzi po Satvvie - u mnie żadnego swędzenia nie było (a po innych jest xD), natomiast moja mama drapie się po niej cały dzień. Warto dodawać gluta czy inne nawilżacze w takim wypadku, żeby to trochę złagodzić.

Błotko cieknie po szyi i czole

Tak wiem, to turbo upierdliwe i ciężko tego uniknąć, szczególnie jeśli tak jak ja, wolicie nakładać na mokre włosy. Ale można się ratować, ja wypycham sobie luki czapki chusteczkami, ale widziałam że niektórzy używają w tym celu...podpasek XD. A jeśli śpicie z ziołami na głowie to obowiązkowo zainstalujcie ręcznik na poduszce.

Skóra na czole i na uszach się zafarbowała + zapobieganie

Żeby uniknąć zafarbowania skóry, przed nakładaniem ziół zabezpieczajcie ją czymś tłustym - np olejem. Ja najlepiej lubię do tego celu masła, mam przetopione masło shea z olejem konopnym i jojobą, dzięki czemu nie jest takie twarde jak samo shea. Smaruję nim uszy, czoło i kark. Olej odizoluje barwniki od skóry. Ręce zabezpieczajcie rękawiczkami. Jeśli jednak nie umiecie pracować w rękawiczkach tak jak ja (niewygodnie mi, rękawiczka upośledza czucie w palcach i nie radzę sobie z rozprowadzaniem ziół) to od razu po nakładaniu umyjcie łapy kilka razy wodą z mydłem. Ja lubię je też trochę wymoczyć i wysmarować czymś tłustym (choć to jako tako działa, to henna i tak powłazi między paznokcie i skórki i będziecie wyglądać jakbyście się przed chwilą bawiły w ręczny rozrzutnik gnoju ;V).

Przesuszenie po ziołach

I znowu, najczęściej jest efektem niedokładnego zmycia lub zbyt silnych dodatków zakwaszających. Widzicie ile problemów można rozwiązać jak się zadba o te dwie sprawy? Jeśli pomimo tego nadal macie przesusz, polecam dodawać do henny nawilżacze - gluta lnianego, miód, napary nawilżające (np. rumianek, lipa, nagietek), skrobia ziemniaczana itp.

Jeśli jednak już macie przesusz, możecie albo włosy jeszcze raz przepłukać wodą, albo zrobić płukankę nawilżającą - przelać je wodą z glutem lub jakimś naparem nawilżającym. Powinno pomóc.

Odparzenia głowy po zbyt długim noszeniu ziół, upały

Unikam raczej hennowania w trakcie upałów - szczególnie w dzień i na długo. Były przypadki odparzeń skóry albo uszu, pod workiem i czapką można się poważnie ugotować. Więc jeśli jednak się na taki krok decydujecie to kontrolujcie sytuację pod czapką co jakiś czas, żeby potem nie było niespodzianki. Odparzenie może być powodem późniejszego wypadania.

Włosy się nie błyszczą i nie widać efektów

Tu zależy co dla kogo jest efektem i czego oczekujecie. Cassia czy henna nie są nabłyszczaczami - i włosy nie musza się po nich błyszczeć, choć w praktyce najczęściej to robią. Zioła mają zmieniać kolor, pogrubiać i kondycjonować. Ale co jeśli tego nie robią? Wytłumaczeń może być wiele i zależy to od tego jak były użyte - czy odpowiednio długo odstały, czy wydzieliły barwnik, czy były dobrej jakości, czy odpowiednio długo były trzymane na włosach i zmyte, czy dobrze oczyszczono włosy z minerałów przed i tak dalej. Warto też dać sobie czas dnia czy dwóch na obserwacje włosów po ziołach - barwniki wciąż się utleniają, wciąż pracują, włosy wcale nie muszę w tych dniach wyglądać dobrze. Często efekty widzimy dopiero po umyciu włosów ponownie po kilkudziesięciu godzinach. Jeśli nadal nie widzimy efektów, nie czujemy pogrubienia, kolor włosów nie zmienił się zupełnie, to warto się zastanowić czy na pewno wszystko zrobiliśmy prawidłowo. Nie można tez od ziół oczekiwać cudownego działania na zawołanie - jeśli ktoś spodziewa się, że po użyciu cassii będzie miał dwa razy więcej włosów, to niestety mocno się zawiedzie.

Niektórzy nie widzą efektu pogrubienia - myślę że trzeba patrzeć trzeźwo i nie oczekiwać cudów. Nie można spodziewać się dwukrotnie większej ilości włosów, bo to po prostu nie jest możliwe. Trzeba wziąć też pod uwagę jak zniszczone były włosy przed henną. I co najważniejsze, patrzcie z przymrużeniem oka na fotki pojedynczych włosów przed i po hennie czy senesie - włosy na głowie są różnej grubości niezależnie od tego czy były hennowane czy nie, wobec tego takie porównanie jest mało wiarygodne. Poza tym, włos ciemniejszy po hennie wydaje nam się dużo grubszy niż przed henną, a to kwestia głównie tego, że jest bardziej widoczny.

Ile wody, naparów lub gluta dodawać?

Tyle żeby konsystencja była odpowiednia - na 60g ziół wychodzi mi zwykle około szklanka naparu/glutka lnianego. Trzeba mieć na uwadze, że błotko może trochę zgęstnieć po odstaniu, bo zioła wchłoną sporo wody i możliwe że konieczne będzie dolanie trochę płynu przed użyciem. Ale wyczujecie w końcu ile wasze błotko wymaga wody. Pisze woda - a mam na myśli jakikolwiek płyn. Jeśli robicie na naparze albo na glucie, to wody już nie dodajecie. Dodam jeszcze, że napary muszą trochę przestygnąć - nie lejcie do błotka wrzątku.

Odrost ma inny kolor niż reszta włosów

To jest chyba temat na oddzielny post, bo można na tu wiele powiedzieć. Jeśli jasne włosy były hennowane wielokrotnie, to odrost z reguły będzie jaśniejszy, bo ma mniej warstw ziół. Opcja jest taka, że albo nakładamy na odrost kilka warstw w krótkim odstępie czasu (np 3 dni pod rząd), albo dodajemy przyciemniające dodatki (np jabłko, amla, kalpi tone), ale trzeba się liczyć z tym, że to dodatki, które mogą "brązowieć", a więc trzeba uważać przy jasnych rudościach. Można oczywiście iść o krok dalej i zainteresować się indygo albo katamem (ale też pod warunkiem jeśli celujecie w brązy, albo macie już bardzo dużo warstw henny). Bardziej przesrane jednak mają osoby, które muszą rozjaśniać odrost, żeby na przykład z ciemnych włosów utrzymać hennowe rudości. Rozwinę to kiedy indziej!

Protip niektórych ludków: wygodne do robienia odrostu są takie śmieszne butelki zakończone "grzebieniem" z Aliexpres (znalazłam coś takiego na Alie - klik).

Włosy wyszły zielone - co robić 

Najlepiej od razu je umyć ze dwa razy jakimś mocnym detergentem i zrobić maskę chelatującą - z kwasku i witaminy C. To powinno pomóc - jeśli nie pomoże, to worek na łeb i nie wychodźcie z domu. A tak na poważnie, maskę można jeszcze powtórzyć. Oczywiście mówimy tu o zieleni, która wyszła po senesie albo cassii przez minerały na włosach. Jeśli macie zieleń po indygo na rozjaśnianych włosach, to pozostaje je albo ściąć, albo walić henny ile wlezie, żeby to jakoś zakryć (ale nie będę zbyt pomocna z indygo póki co, bo nie umiem w indygo).

Co się stanie, gdy umyję włosy zanim minie czas utleniania barwnika?

Kolor może być mniej trwały, kolor może przestać się utleniać (a więc jeśli coś Wam się nie podoba w uzyskanym kolorze, warto umyć włosy żeby trochę zahamować proces utleniania i ciemnienia koloru). Efekt po prostu może być słabszy. Ale generalnie jeśli koniecznie musicie to zrobić, to głowa Wam nie odpadnie. Najlepiej jednak odczekać chociaż 10 godzin (choć optymalny czas to 48h).

Dlaczego nie mogę dodać oleju albo odżywki?

Bo zależy Ci na możliwie jak najlepszych efektach, a olej lub odżywka wszystko zepsują, blokując ziołom możliwość wnikania do włosów lub utleniania się koloru. Nie chodzi tylko o dodawanie ich do błotka, ale również o używanie ich w czasie pierwszych 20-50 godzin po zmyciu ziół. Myślę że da się przeżyć dwa dni bez serum czy oleju na końcówkach.


Senes nie chce się dokładnie zmielić

Obawiam się że żadne młynki i blendery nie zmielą go idealnie. Może jakieś droższe młynki dałyby radę, z tego co mówią ludzie, Termomix robi idealny proch, ale to już spora inwestycja. Najlepiej znaleźć kogoś kto go ma, i zmielić naraz większą ilość na zapas. Jeśli nie macie możliwości - pozostaje jeszcze mielenie i przesiewanie przez drobne sito albo bledowanie na sucho, a potem na mokro (już z zakwaszaczem i innymi dodatkami). To bardzo ciężka praca, a i tak czasami traficie na jakieś większe odpadki. Myślę, że innego wyjścia po prostu nie ma. Można mieć tani senes albo dobrze zmielony senes.

Kolor bardzo szybko się wypłukuje

Jeśli mówimy o hennie - zwykle to wina kiepskiej jakości ziół, nieodpowiedniego ich przygotowania albo zbyt małej ilości warstw. Dobra henna i kilkukrotne, prawidłowe hennowanie gwarantuje w zasadzie dożywotni kolor, który po tygodniach czy miesiącach może jedynie lekko zblednąć czy zmienić odcień, ale nie ma szans żeby całkiem się wypłukał. Jeśli chodzi o cassie czy senes, trzeba się pogodzić z tym, że są znacznie mniej trwałe i trzeba naprawdę wielu wielu warstw, żeby sensownie się nadbudowały (o ile to w ogóle możliwe). Najlepiej więc co jakiś czas powtarzać cassiowanie/senesowanie.


I na koniec podaje jeszcze LINK do sklepu, gdzie możecie kupić hennę i nie tylko. Jeśli poprzez ten link coś od nich zamówicie, dajecie mi szansę zarobić parę groszy z programu partnerskiego. Będzie mi bardzo miło jeśli wspomożecie moją pracę! Tylko nie kupujcie ziół z Fitokosmetik, nie są bezpieczne.

Tak jak napisałam, lista będzie aktualizowana, gdy tylko uznam że jakiś problem powtarza się na tyle często, że warto o nim wspomnieć.



lipca 10, 2018

Najlepsza sałatka świata - szpinak, ser pleśniowy i pieczona gruszka

Najlepsza sałatka świata - szpinak, ser pleśniowy i pieczona gruszka
Hejo, chętni dostali już ten przepis na Insta Story, ale napisałam go jeszcze tutaj, żeby nie zniknął. Poznałam go u Oli, która pewnie właśnie to czyta, tylko trochę zmieniłam. To totalnie najlepsza sałatka jaką jadłam w życiu. Od paru tygodni robię co kilka dni porcję na cały dzień i potrafię wtedy nie jeść nic innego. Smakuje jeszcze lepiej niż wygląda, jest prosta i szybka. Polecam nawet wszystkim antyfanom serów pleśniowych i szpinaku.



Składniki:
- Pół piersi kurczaka (ok. 200-300g)
- Przyprawa do złocistego kurczaka
- Paczka szpinaku
- Gruszka, najlepiej miękka (albo dwie)
- Ser pleśniowy Blue (polecam ten "Delikate" z Biedronki, ale nie w kartoniku, tylko w plastiku z figą na zdjęciu)
- Łyżka miodu
- Łyżka octu jabłkowego
- Łyżka musztardy
- Łyżka oleju

Opcjonalnie:
- Prażone pestki słonecznika, dyni, orzechów lub migdałów - mi znacznie bardziej smakuje bez nich

Jeśli nie możecie znaleźć szpinaku, to polecam jej NIE robić z sałatą lodową, bo wtedy trzeba ją zjeść od razu. Sałatka ze szpinakiem przetrwa do następnego dnia, z lodowej po kilku godzinach jest niejadalna i zamienia się w ciecz. Poza tym, sałata lodowa smakuje zupełnie inaczej z tymi dodatkami. 


Przygotowanie:

Najpierw kroję gruszkę w paski i smażę na suchej patelni. Można oczywiście nie być leniwą ciotą i po ludzku ją upiec, ale smakuje identycznie w obu przypadkach. Im miększa gruszka tym lepiej - tym więcej słodkiego soczku, który tak świetnie łączy się z resztą sosu. Smażymy ją delikatnie, ma się zrobić miękka i glutowata, a nie spalona - w praktyce wychodzi około 5-8 minut.

Gruszkę przekładam do ostygnięcia i na tej samej patelni (tylko z olejem) smażę kurczaka pokrojonego w kostkę i utaplanego mocno w przyprawie. Kiedy będzie stygł, zabieram się za resztę sałatki.

Nie bawię się w miseczki na sosiki, dresing rozrabiam już bezpośrednio w dużej misce na sałatkę. Mniej garów do mycia. Dodaje miód, musztardę, olej i ocet i mieszam.

Potem szpinak myję i kroje. Wrzucam do michy i mieszam z sosem, a potem dorzucam ser, gruszkę i kurczaka (jak są już zimne). Mieszam wszystko i tyle. Nie ma potrzeby już doprawiać. Smacznego!

Jak interesuje Was więcej pokarmów skrzatów, to zerknijcie na bardzo jadalny chlebek paleo lub pyszną gorącą czekoladę.

lipca 07, 2018

Krótkie recenzje seriali historycznych z ostatnich lat - mój ranking

Krótkie recenzje seriali historycznych z ostatnich lat - mój ranking

Większość seriali i filmów jakie oglądam to utwory fantasy albo historyczne. Dobry serial dla mnie to taki, który składa się z jakiegoś krasnoluda, żelastwa, kiecki z gorsetem i braku toalet, ewentualnie jakieś post apo, chociaż musi być naprawdę wyjątkowe, żeby mnie urzec. 


Dzisiaj zajmę się tylko serialami historycznymi - istnieje ryzyko, że o jakimś po prostu zapomniałam, ale najwyżej zrobi się część drugą (raczej na pewno, bo jeszcze wielu nie widziałam). Niektóre z tych seriali mają jakieś niewielkie elementy fantasy, ale jako że wydarzenia mają miejsce na Ziemii, darowałam sobie taką klasyfikację. Przybywam z mini rankingiem, kiedyś zrobię jeszcze spis seriali fantasy i lecimy z filmami, zapraszam!

(Jeśli chcesz wiedzieć, które są moimi ulubionymi, a boisz się że zaśniesz czytając te wypociny, zacznij od końca! Jechałam od najgorszego do najlepszego).



Rodzina Tudorów

Twarz głównego bohatera tak bardzo mnie odpycha, że nie jestem w stanie tego oglądać. A tak na serio, to dziwi mnie czemu nie potrafię skończyć tego serialu. Klimat jest dla mnie w sam raz, a jednak mimo wielu podejść, nadal go nie obejrzałam. Czy ktoś potrafi mi to wytłumaczyć? Fabularnie jest według mnie dość ubogi i nie mogę się w niego wciągnąć. Nie będę więc rozpisywać się więcej na jego temat - w końcu nie wiem nawet o czym ;v

Filary Ziemi

Tak jak Rodzina Borgiów podobała mi się cholernie, tak to tyłka nie urwało, a czytałam też książkę (która też nie urwała ;). Obejrzałam całość, nie odpadłam, były ciekawsze momenty, ale to zdecydowanie nie to co lubię. Poza tym nie przepadam za opowieściami, które trwała kilkadziesiąt lat, a wszyscy bohaterowie się starzeją. W książce budowa kościoła trwała, o ile pamiętam, 40 lat, więc wszyscy się zestarzeli. Nie wiem czy tylko mnie to razi, ale zdecydowanie wolę jak bohater jest od początku do końca w tym samym wieku.

Troja: Upadek miasta

Niska ocena tego serialu jest wywołana na Filmwebie głównie z powodu czarnoskórego Achillesa i Zeusa, i pomimo że nie przepadam za wciskaniem poprawności politycznej wszędzie tam, gdzie tylko się da, to uważam, że taki obrót spraw jest mimo wszystko całkiem wiarygodny. Historycy też tak twierdzą - jako odbiorcy patrzymy tu przez pryzmat współczesnego świata i człowieka. A niestety mało prawdopodobne jest żeby w tamtym okresie rzeczywisty Achilles był lśniącym Bradem Pittem z farbowanym blondem. Ludy śródziemnomorskie miały w rzeczywistości znacznie ciemniejszą karnację. Dlaczego więc oburzamy się na widok czarnoskórego Boga, a nie widzimy nic złego w innych mało pasujących elementach? Kolejną kwestią jest to, że w tamtym okresie Europa nie była sklejona tylko z białych ludzi - nawet w mitach niejednokrotnie można spotkać Etiopczyków. Mi serial jednak niezbyt przypadł do gustu ze względu na fabułę, choć miał ładną "oprawę". Znacznie bardziej podobał mi się film z 2004 roku (swoją drogą też kiepsko oceniany z tego co pamiętam) - być może dlatego, że był po prostu krótszy.

Wikingowie (spojlery!)

Wszyscy raczej znamy. Choć Ragnary zalały już wszystkie zjazdy reko, tak ja nie specjalnie lubię ten serial. Wow, co nie? Ale jako, że teoretycznie obracam się w takich klimatach, dostał trochę dłuższą rozkminę. Sama otoczka i muzyka są okej (Wy już wiecie że jestem psychofanką Wardruny). Natomiast fabuła z sezonu na sezon podupada. Pojawiają się jakieś magiczne niewyjaśnione pierdoły i wątki pozbawione logiki i sensu. Serial pełen jest bezsensowych i nie istotnych wydarzeń. A szkoda, bo obecnie to najbardziej popularna produkcja o wikingach. Mają dużą siłę przebicia i tworzą nudną fabułę w ładnym opakowaniu. Poza tym, mam wrażenie że wszyscy są tam...źli. Przez wszystkie te sezony nie poznałam chyba postaci, która nie była by taka sama jak cała reszta - dwulicowa, zdradliwa i okrutna (nie licząc Athelstana, którego nam zabrali - był jedyną szczerą postacią, a zmieniał strony nie ze względu na swoją zdradliwą naturę, a przywiązanie i oddanie wobec "obu" grup). Może ktoś widzi w tym zaletę, ja nie, bo mam wrażenie że bohaterowie mają te same, przewidywalne cechy. Ciężko sobie znaleźć jakiegoś ulubieńca w tym serialu. I nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo lubię czarne charaktery - pod warunkiem, że mają szansę się wyróżnić. Tu wszyscy są identyczni - zabijanie i zdradzanie swoich przychodzi im równie łatwo co zalewanie sobie herbaty i mam wrażenie, że jest całkowicie pozbawione emocji. Strasznie mnie to razi, bo nie wiadomo po czyjej stronie stawać, komu kibicować - wszyscy są, kolokwialnie mówiąc, chuja warci.

(SPOJLER: Do dziś nie jestem w stanie pojąć, dlaczego nikt, nawet sam Bjorn, nie przejął się bezsensowną śmiercią swojej córki w jakimś rowie, a cała ta sytuacja była równie istotna co moje dzisiejsze wyjście do sklepu po bułki i masło. Mam wrażenie że scenarzyści zapomnieli, że właśnie kogoś uśmiercili, a fabuła toczy się dalej jakby nigdy nic. W rowie leży jedyne i martwe dziecko jednej z ważniejszych postaci serialu, ale tak jakby wszyscy mają to w dupie. Równie idiotyczna była śmierć Yidu - przecież mogła umrzeć dużo wcześniej albo w ogóle nie istnieć, i tak nie robiła nic pożytecznego poza dostarczaniem towaru ćpunowi. Może to ja tu czegoś nie rozumiem, może coś przegapiłam? v;).

Plus, tak jak w "Filarach Ziemi", strasznie nie lubię dużego przeskoku w wieku bohaterów.

Piraci

To coś zupełnie innego i zdecydowanie muszę obejrzeć od nowa i dokładnie. Kiedy oglądałam go pierwszy raz byłam chora i połowę serialu spałam, a połowę siedziałam na telefonie. Leciał gdzieś w tle i mnie nudził, bo traciłam rachubę i nie wiedziałam co się dzieje. Ale po samej kreacji świata, kostiumach i klimacie prawie na pewno wiem, że będzie całkiem przyjemny. I gra tam ten fajny aktor, który był królem Azgedy w "the 100"!

Reign

Serial jest w porządku, choć znowu - mocno irytowały mnie zachowania głównej bohaterki, która nie wiedziała za bardzo komu ma udostępnić swoje wejście USB (if u know what i mean ;V). Oglądałam go tak dawno temu, że pamiętam chyba tylko ten szczegół. Ale pamiętam też, że oglądałam kilka odcinków za jednym zamachem, a to musi coś znaczyć.

Marco Polo

Zupełnie nie wiem co o nim myśleć - nie przywykłam do takich Azjatyckich klimatów, normalnie z własnej woli bym go nie obejrzała, ale miałam okres, gdzie nie było do wyboru nic lepszego. Miejscami mnie ciekawił, miejscami bardzo nudził i irytował. Fanom takich klimatów spodoba się na pewno, bo według mnie otoczka jest przepiękna, ale dla kogoś kto zwykle wybiera klimaty nordyckie, to zbyt duża przepaść i prawdopodobnie nie umiem go docenić. Mimo to obejrzę kolejny sezon gdy się pojawi! (I duży props za postać księcia Jingima, który swoją drogą strasznie przypomina mi z wyglądu Mulan!)

Muszkieterowie

Serial przedstawiający historię czterech cieciów w kapeluszach i skórzanych wdziankach. Bardzo go lubię, oglądałam dwa razy, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądał zachęcająco. Mocno wciąga i lekko zahacza o kryminał, bo sporo tam zagadek i tajemnic. I zdarza się też sporo śmieszków.

Upadek królestwa 

Tu z kolei mamy historię Uthreda, który może jest fajną dupą, ale niemiłosiernie mnie irytuje swoim zachowaniem. Chyba przypomina mi to Wikingów i ich zdradliwe dwulicowe mordy. Obejrzałam tylko jeden sezon tego serialu, bo Netflix uparcie nie chce udostępnić nam drugiego - ale znalazłam go już gdzieś w necie po angielsku i planuję niedługo łyknąć. Sama fabuła jest znacznie lepsza niż w Wikingach, a poza tym Eivor nagrała im kilka cudnych soudracków. Jeśli miałabym polecić dobry serial o Normanach, to byłby właśnie ten, o ile potraficie znieść wybryki tego kmiota, głównego bohatera.

Outlander 

W zasadzie ten serial łączy elementy fantasy, ale ogólnie jest serialem historycznym. Jest oparty na powieści Diany Gabaldon ("Obca" jest pierwszą z kilku części), którą miałam okazję czytać. W skrócie, przedstawia historię Claire Randall, która przypadkiem przeniosła się w czasie do Szkocji 200 lat wstecz i okazało się, że podoba jej się tam bardziej niż w dwudziestym wieku. Tylko trafiła na trochę kiepski dla Szkocji okres. Pomimo że klimat jest genialny od samego początku, jakoś nie mogłam się wkręcić przez kilka pierwszych odcinków. A potem nie mogłam znieść, że muszę czekać na czwarty sezon. To takie trochę romansidło, i z reguły takie rzeczy mnie nie kręcą, ale biorąc pod uwagę podróże w czasie i wojnę w pakiecie, daje 11/10. Aha, jeśli tak jak ja pół sezonu zastanawiacie się skąd kojarzycie twarz Randalla, to uwolnię Was od tego cierpienia - widzieliście go w "Grze o tron" jako brata Catelyn, Edmure'a.

Rodzina Borgiów

Obejrzałam go trzy razy i chyba było to na tyle dawno temu, że mogę obejrzeć ponownie. Nie przepadam za filmami o kościele, więc sama się dziwie, że podoba mi się takie combo o papieżu. Może to przez wzgląd na to, że serial obnaża sporo kościelnych tajemnic. I to nareszcie coś dobrego fabularnie, cokolwiek by się tam nie działo, mnie ciekawi. I nareszcie dostrzegam logikę działania i jakieś wewnętrzne dobre cechy w bohaterach, którzy mają sporo za uszami. Nie mogę się doczekać kontynuacji. Polecam motzno!

Spartacus 

Mój zwycięzca. To serial mocny fabularnie - bo efektami specjalnymi dupy nie urywa. W zasadzie można się mocno zniechęcić oglądając kilka pierwszych odcinków - w serialu wykorzystują między innymi zabieg wciskania przerywników, w których leje się komputerowa krew. Wygląda to trochę kiczowato i nie serialowo. Dopiero gdy porwała mnie fabuła, przestało mnie to rozpraszać. Serial ma cztery sezony - po pierwszym zrobili sequel i opowiedzieli historię Gannicusa, ponieważ zmarł główny aktor pierwszego sezonu. Zastąpił go nowy Spartacus w trzecim i czwartym sezonie - ciężko się było przyzwyczaić, ale są nadal zajebiste. Wystarczająco zajebiste, żebym miesiąc po skończeniu ostatniego sezonu nadal nie mogła odnaleźć sensu życia po tym jak się zakończył. I tak, znam historię, wiem że nie mógł zakończyć się dobrze, ale to takie przykre ;_;. Bardzo mocno Wam polecam zacisnąć zęby i przebrnąć przez kilka pierwszych odcinków, bo czeka Was mnóstwo zagadek, tajemnic, knucia, pornosów, płaczu i depresja na koniec.


Tak wiem, profesjonalnym recenzentem nigdy nie będę :D

Za kilka dni wrzucę więc recenzję serum z Biolavenu, żeby ćwiczyć dalej :D (jeśli kogokolwiek to interesuje ;v). Żegnam się, papa :D

Przypominam o starych wpisach:

Najlepsze zespoły folkowe

Ulubione albumy muzyczne



lipca 03, 2018

Jak kąpią się elfy - czyli kilka przepisów na leśne kosmetyki kąpielowe DIY

Jak kąpią się elfy - czyli kilka przepisów na leśne kosmetyki kąpielowe DIY
Tym razem stworzyłam kosmetyki do kąpieli, choć niestety nie będę mogła się nimi w całości nacieszyć - bo nie mam wanny. Normalnie kąpie się w leśnym bajorze, ale w Betonowych Rubieżach ciężko o bajoro, w którym nie zaplątam się w jakąś foliówkę. Mam nadzieje, że przepisy przysłużą chociaż Wam. Nie ma co się też wyszukiwać w większości z tych kosmetyków specjalnego działania odmładzającego - co najwyższej natłuszczające (choć kąpiele w soli są dość korzystne, peelingi potrzebne, a tarczyca bajkalska może wskazywać na działanie anty-aging), gdyż są to produkty, które przede wszystkim mają dawać frajdę i porządnie relaksować. Skupiam się tu na olejkach eterycznych - zgodnie z tematyką posta u mnie dominują olejki z drzew iglastych i trochę ukochanej lawendy, ale wcale nie musicie iść tą ścieżką zapachową - to Wam ma się podobać zapach i to bez znaczenia jakich olejków użyjecie. Ważne jest jedynie to, by były to prawdziwe i bezpieczne olejki eteryczne, których można używać do ciała, a nie olejki do kominków czy odkurzacza. Przepisy są bardzo proste i nie mają w sobie trudnych do zdobycia składników. A więc do rzeczy!


kulemusujacediy

Kule musujące

To bez wątpienia najlepsza rzecz jaką przygotowałam. Wcale nie wiąże się to z używaniem ciężkich chemikaliów, wystarczy dobrze znana nam soda oczyszczona i kwasek cytrynowy. Moje kule oczywiście pachną lasem, ale róbcie to po swojemu i też będzie dobrze!

Składniki:
  • Szklanka sody
  • Pół szklanki kwasku cytrynowego
  • Pół szklanki mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej
  • Pół łyżki spiruliny (lub cokolwiek zielonego w proszku, np zielona glinka, neem itp.)
  • 4 łyżki jakiegoś zielonego maceratu (u mnie świerkowy) lub dowolnego tłuszczu
  • Łyżka kwiatów kocanki (lub innych, ja mam akurat te pod ręką)
  • Pół łyżki olejku świerkowego
  • Pół łyżki olejku lawendowego
  • Woda w spryskiwaczu

Najpierw łączymy suche składniki - sodę, kwasek, mąkę, algi i kwiaty dokładnie mieszamy i upewniamy się, że nigdzie nie ma żadnych grudek. Następnie w oddzielnym naczynku łączymy wszystkie płynne dodatki, oprócz wody - a więc oleje, maceraty i olejki eteryczne. Jeśli używacie tłuszczu w formie stałej, trzeba go wcześniej rozpuścić i połączyć z resztą. Potem wlewamy powoli składniki płynne do składników suchych i jednocześnie ugniatamy całość ręką. Następnie powoli psikamy masę wodą ze spryskiwacza i ciągle ugniatamy. To ważny moment, nie wolno przesadzić z ilością wody. Masa jest odpowiednia kiedy składniki zaczną się do siebie kleić i łączyć. Wody na oko będzie potrzeba około 2 łyżek, może ciut więcej. Jeśli składniki są za sypkie i przypominają wilgotny piasek, trzeba dodać jeszcze trochę wody. Teraz pozostaje tylko ulepić z nich pożądane kształty - masę można włożyć do kulistych form, ale jest niewielkie prawdopodobieństwo, że je macie. Spokojnie, ja też ich nie mam. Dlatego wykorzystuję zwykłe formy do lodu - mam akurat takie śmieszne rybki. Jeśli nie macie nawet takich, to nic, możecie ulepić kule samemu - jak śnieżki. Kiedy kule są już ulepione lub zainstalowane w formach, można je z wierzchu popsikać wodą, ale nie jest to konieczne. I tyle - teraz odstawiamy je do wyschnięcia na jakąś dobę, i można używać ;D


Sole kąpielowe

Stworzyłam dwa warianty, bo nie mogłam się zdecydować jakie kompozycję ułożyć - mam tu więc trudniejszą wersję leśną oraz wersję ziołową.

Sól leśna

Ta sól ma być wilgotna - utaplana w cudownym świerkowym maceracie, który zrobicie wcześniej. Pachnie niesamowicie i intensywnie. Do kąpieli powinno wystarczyć około 5-7 łyżek. 

Składniki:

  • Dwie szklanki gruboziarnistej soli morskiej
  •  Macerat świerkowy 
  • 10 kropli olejku sosnowego

Zacznijmy więc od maceratu świerkowego. Możecie co prawda robić go przez 3 tygodnie na zimno, ale w tym przypadku nie chciało mi się tyle czekać, więc machnęłam podwójny macerat świerkowy na ciepło - zajmuje to tylko jeden dzień. Umyte, osuszone i pokruszone igiełki i gałązki świerków (około pół szklanki) zalewam olejem - będziemy miksturę podgrzewać, więc wybieram rafinowany. Oleju ma być tylko tyle, by przykryć w całości gałązki (u mnie maksymalnie 1 cm warstwy nad gałązkami). Całość podgrzewam na średnim ogniu, tak by nie zagotować oleju i trzymam to tak około 20 minut. Następnie studzę oraz przecedzam, gałązki można wyrzucić (lub wrzucić do woreczka i do wanny żeby go jeszcze dokładniej wykorzystać), a następnie biorę świeże gałązki i zalewam tym samym olejem, na którym macerowała się poprzednia warstwa. Czynność powtarzam - średni ogień, 20 minut, studzę, odcedzam. Dzięki temu do naszego oleju "wpychamy" składniki świerków podwójnie, mamy więc silniejszy i bardziej skoncentrowany macerat. Jeśli decydujecie się na macerat na zimno, przeczytajcie TEN POST i róbcie to zgodnie z moimi wskazówkami.

Teraz przechodzimy do tworzenia soli. Sól wsypujemy do miseczki, zalewamy maceratem i olejkiem eterycznym oraz dokładnie mieszamy. Konsystencja ma być nadal sypka i grudkowata, nie chcemy tworzyć z tego płynnego produktu, tylko taki który można nabierać paluchami.


Sól ziołowa

Ta sól będzie trochę inna, sypka i zarazem bardziej upierdliwa i bardziej łąkowa niż leśna - w poprzedniej wersji użyłam składników "rozpuszczalnych", w tym przypadku zależy mi na tym, żeby trochę się pobrudzić i zapchać kilka odpływów (w razie czego możecie poporcjować tą sól do woreczków, dzięki czemu zioła nie uciekną i nie uświnią wanny. 

Składniki:
  • Dwie szklanki soli morskiej
  • Łyżka skrzypu polnego
  • 15 kropli oleju lawendowego
  • Suszone kwiaty kocanki
  • Dziurawiec 
  • Rozmaryn
  • Bylica piołun albo wrotycz

Prawie wszystkie składniki są suche, a te kilka kropli olejku nie będą zauważalne. Wystarczy je połączyć i wymieszać, a potem przesypać do pojemnika.


Peelingi

Przygotowałam aż trzy warianty, bo jak zwykle nie mogłam się zdecydować jakich dodatków użyć. Dwa peelingi będą już gotowe do użytku - ostatni natomiast jest produktem suchym i wymaga połączenia z olejem tuż przed użyciem.

Peeling solny z ziołami


Składniki:

  • Sól drobnoziarnista, u mnie himalajska (ale lepiej użyć kłodawskiej), pół szklanki
  • Olej, w moim przypadku jojoba - kilka łyżek
  • Macerat z piołunu
  • 2-4 krople olejku lawendowego

Maceruję również na ciepło, żeby było szybciej. Suszony piołun zalałam olejem i podwójnie macerowałam jak wyżej. Potem zalewam nim sól i dodaję trochę oleju z jojoby. 

Peeling cukrowy 


Składniki:
  • Cukier, pół szklanki
  • Olej z awokado
  • 2-4 krople olejku świerkowego
  • Łyżka neem (może być bhringraj lub brahmi)

Jak, wyżej, zalewamy olejem składniki suche i do pojemnika!


Peeling suchy


Ten przepis jest nieco inny i ma dłuższa datę ważności, gdyż składniki nie są połączone olejem i robimy to dopiero przed użyciem. Dla mnie jest to znacznie mniej wygodne, ale pomyślałam, że niektórzy wolą często zmieniać dodatki bazowe i wówczas ten produkt pozostawia większe pole do popisu. Przepis jest banalnie prosty. Peeling nadaje się przede wszystkim do skalpu (brak cukru i kofeina przyspieszająca krążenie, co może przyspieszać porost), ale ma także działanie ujędrniające. Od jakiegoś czasu interesuje się bajkaliną, która ma duży potencjał w spowalnianiu starzenia skóry, zwykle robię z niej serum (macerat), ale postanowiłam dosypać jej trochę do peelingu. Ostatnio dodaje ją nawet do henny. Wcześniej używałam tarczycy w formie korzenia w całości, ale zdecydowanie lepiej jest go rozdrobnić, albo kupić mielony.

Składniki:

  • kawa mielona, pół szklanki
  • otręby żytnie, trzy łyżki
  • łyżka kurkumy
  • dwie łyżki białej glinki
  • łyżka tarczycy bajkalskiej
I znowu - wszystko mieszamy w miseczce i przesypujemy do pojemnika.

Olejek do kąpieli

Olejem bazowym może być tak naprawdę wszystko - w mojej wersji będzie nim olej ryżowy. Ten kosmetyk powstał z resztek surowców - a że nie mam wanny, będzie prezentem dla kogoś kto ją ma (jak wszystko z resztą, poza peelingiem ;D). Najlepiej nie przesadzać z jego ilością i nie wlewać połowy butelki, bo nawet po mniejszej ilości cała wanna i Wy pokryjecie się tłustą warstwą. Najlepiej trzymać się ilości 3-5 łyżek na kąpiel.

Składniki:

  • olej ryżowy
  • olej konopny
  • 10 kropli olejku sosnowego
  • 10 kropli olejku lawendowego

Wszystkie składniki wlewamy do buteleczki lub pojemniczka i wstrząsamy. Połączą się razem dokładnie. I olejek gotowy do użycia!

Tak jak pisałam wyżej - produkty są banalne do wykonania i nie kosztują wiele. Używajcie własnych kompozycji zapachowych, ale polecam zrobić chociaż jeden kosmetyk z olejkami z iglaków (chyba że znacie te zapachy i wiecie, że ich nie polubicie) bo istnieje ryzyko, że się od nich uzależnicie.

Polecam też przeczytać moje posty o DOMOWYM SZAMPONIEPROSTEJ BAZIE DO MASECZEK. Miłego dnia!

czerwca 29, 2018

Encyklopedia domowych masek do włosów - 32 przepisy!

Encyklopedia domowych masek do włosów - 32 przepisy!

Dobrze wiecie, że jestem fanką kosmetyków "na zapas" - nie przepadam za babraniem się non stop z niewielką ilością kosmetyku, wolę zrobić większą ilość, która wystarczy mi na kilka tygodni. Postanowiłam jednak stworzyć spis domowych i prostych masek do włosów, bo mam sporą praktykę w testowaniu ich, a wiem że większość z Was woli takie przepisy niż tworzenie trudnego kosmetyku na emulgatorze.

I standardowo, mam dla Was kilka przydatnych informacji związanych z tematem. Mam nadzieję, że coś przypadnie Wam do gustu. Jeśli chcecie, mogę w przyszłości stworzyć podobny post o maskach do twarzy.




Efekty masek i odżywek 

To chyba najważniejszy punkt tego wpisu. Maski, pomimo że bywają potrzebne, nie są magiczną bronią przeciwko wszystkim włosowym problemom. Kiedy wchodzę na pierwszą lepszą grupę włosową widzę od razu pytania początkujących: "A jaka maska jest najlepsza?", "A jaka maska najlepiej nawilża?", "A poleci ktoś maskę na zniszczone końcówki?", "Najlepsza maska do suchych włosów to?". Moi drodzy - nie ma czegoś takiego jak najlepsza maska na suche, mokre, ciemne, słabe, zniszczone, czy inne włosy, nie ma czegoś takiego jak najlepsza maska w ogóle, bo zależnie od indywidualnych problemów i typu włosów, maska może mieć różne efekty u różnych osób. Musicie się nauczyć, że są TYPY masek, wykorzystywane przy konkretnych problemach skórnych czy włosowych i w zależności od tego co chcemy osiągnąć, powinniśmy wybierać właśnie typ maski, a nie markę maski. Zamiast pytać jaka jest najlepsza maska świata, spytaj na przykład o typy masek humektantowych (nawilżających), albo proteinowych. Maska to niestety nie jest coś, co rozwiązuje wszystkie problemy z włosami - jeśli Twoja pielęgnacja leży, nie stosujesz zasad równowagi PEH, codziennie rypiesz włosy detergentami i wysoką temperaturą, żadna pojedyncza maska nie jest w stanie Cię uratować. Trzeba tez mieć na uwadze, że większość gotowych produktów - odżywek i masek ma w składzie silikony i inne substancje oblepiające. Odpowiadają one za ładny wygląd włosa - a nie jego rzeczywisty stan. Włos nadal jest zniszczony, ale oblepiacze to maskują. I to powoduje, że bardzo często wpadacie w pułapkę, gdy ktoś Wam coś poleci - maska ma wizualnie super działanie, a w rzeczywistości nie wiecie jak działa i czy w ogóle działa, bo nie czytacie składów i nie umiecie wyróżnić w niej poszczególnych typów produktów. I przede wszystkim - możecie kupić tanią maskę, która nie urywa dupy składem, ale ma ma np. silikonów i filmformerów i samodzielnie wzbogacać ją o składniki nawilżające, proteinowe i tak dalej.


Błędy popełniane w tworzeniu i używaniu masek

Najbardziej znany nam przepis na domową maseczkę składa się z żółtka, oleju rycynowego, kilku kropli witaminy E oraz nafty. Taką maskę robiły nasze babcie i mamy, i naprawdę bardzo ciężko nie znać tego przepisu. I wszystko byłoby super, gdyby nie jeden składnik, który w ogóle nie powinien się w niej znaleźć! Nafta jest substancją podobną do parafiny, wazeliny i innych substancji będących pochodnymi ropy naftowej. Dawniej była w kosmetyce absolutną koniecznością, bo ludzie nie zdawali sobie sprawy, że to dodatek zupełnie zbędny i szkodliwy. Nafta to filmformer. Nie ma w sobie NIC co mogłoby służyć skórze albo włosom. Po użyciu jej zazwyczaj ludzie czują jednak, że włosy są aksamitne i wyglądają zdrowo. W czym więc tkwi jej sekret? Ano właśnie - włosy wyglądają zdrowiej. Nie są jednak zdrowsze, a oblepione do następnego mycia (choć teoretycznie rypacz ją domyje to jednak mam wątpliwości czy dokładnie, niestety kilka lat temu używałam jej namiętnie). Podobnie działa parafina. Wizualnie poprawiają wygląd włosów, ale w żaden sposób ich nie naprawiają ani nie odżywiają. Mało tego,  mogą blokować wchłanianie innych składników, bo tworzą warstwę oblepiającą - nie ma więc sensu marnować żółtka i witamin - włosy i skalp i tak niewiele tego zjedzą, bo nafta prawdopodobnie zamknie drogę do włosa i zablokuje pory skóry. Co prawda oleje i tłuszcze także mogą blokować wchłanianie innych substancji (między innymi dlatego nie są polecane do henny, senesu czy cassi), ale przynajmniej mają w sobie związki cenne dla skalpów i kwasy tłuszczowe cenne dla włosów, no i łatwiej je zmyć.

Kolejnym błędem jest nieumiejętne dobieranie składników do włosów - pisałam o tym wyżej. Dobrze jest mieć świadomość co dokładnie ma robić maska. Nakładanie różnego rodzaju ekstraktów czy witamin na włos (nie skalp) trochę mija się z celem, bo włos jest martwy, tak czy inaczej ich nie wykorzysta.


Jak długo trzymamy maski na włosach?

Ciężko mi się ustosunkować do tego, że trzymanie maski dłużej niż 20 minut powoduje rozpulchnienie włosa. Tak naprawdę samo zmoczenie włosa już go rozmiękcza. Ale głównie robią to silne zasady lub silne kwasy (a więc zabiegi typu trwała, rozjaśnianie itp). Zbyt długie trzymanie odżywek lub masek (kilka godzin) w przypadku części osób kończyło się rozpulchnieniem - włos stawał się miękki i przypominał gumę. Osobiście nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam, nie mam też sprzętu laboratoryjnego żeby to sprawdzić, ale próbuję to sobie rozsądnie analizować. Skoro sam olej włosa raczej nie rozpulchni (bo po nocy z olejem na głowie nikt takich skutków nie ma a większość olejów nie wnika) to wyjaśniam to sobie albo winą humektantów, samej wody, lub nieodpowiedniego ph produktu. Szkoda, że nie mamy dokładnych testów konkretnych produktów, które wywołały taki efekt. Miejmy też na uwadze fakt, że niektóre produkty trzymamy na włosach bardzo długo i również rozpulchnienie się nie pojawia - mówię tu o ziołach koloryzujących, których barwniki potrzebują kilku godzin, żeby przejść do włosa i ulokować się między keratyną. Myślę więc, że bezwzględne trzymanie się tych 20 minut z zegarkiem w ręku to lekka przesada, aczkolwiek sama nie przepadam za trzymaniem masek na głowie przez kilka godzin. Na ta chwilę niestety nie umiem powiedzieć, czy zbyt długie ich trzymanie jest w stanie na dłuższą metę niszczyć włosy przez rozpulchnienie. Decyzja należy do Was w co wierzycie, ja osobiście trzymam maski około 20-40 minut. Jeśli natomiast chodzi o maski do skalpu - można je trzymać znacznie dłużej pod warunkiem, że nie odczuwacie nieprzyjemnych dolegliwości (pieczenie, ból, zaczerwienienie, szczypanie) - jeśli je odczuwacie bezpieczniej będzie je zmyć. Oczywiście wcześniej róbcie testy skórne. Maski peelingujące nie muszą być długo trzymane, chyba że mają też składniki na porost - ważny jednak jest w ich przypadku masaż skalpu.


Rodzaje masek:

  • Proteinowe - wypełniające, w pewnym sensie odbudowujące.
  • Emolientowe - "oblepiające", zabezpieczające.
  • Humektantowe - nawilżające.
  • Mieszane - czyli takie, które mają zarówno składniki masek powyżej. Rzadko bywa, że maska jest tylko i wyłącznie nawilżająca, proteinowa czy emolientowa.
  • Peelingujące - do skalpów, a nie włosów. Protip: nie polecam robić ich z cukru do skalpów, to świetna pożywka do grzybów i bakterii. Zaproszenie dla łupieżu i innych ciekawostek. 
  • Na porost - Jak wyżej.
  • Chelatujące - Służy do oczyszczania włosów z nadbudowanych minerałów pochodzących ze zbyt twardej wody. Maski używa się głównie przed farbowaniem włosów henną, senesem, cassią czy innymi ziołami - ma to nie tylko zapobiegać osadzaniu się barwnika na minerałach (co skutkuje w przypadku cassi czy senesu zielonym poblaskiem) ale także ma ułatwiać ziołom przenikanie do włosów. Można jej jednak używać co jakiś czas nawet jeśli nie używacie wspomnianych ziół - bo zbyt duża warstwa osadzonych minerałów skutkuje tym, że włosy robią się matowe i smutne. 
  • Gloss - To maska, która powstaje przy połączeniu ziół koloryzujących z dodatkami takimi jak odżywki, oleje i inne pierdoły. Gloss może podbijać kolor, ale sam w sobie bywa nieprzewidywalny. No i trochę szkoda marnować potencjał ziół, które solo i zakwaszeniem mają większą moc barwiącą i kondycjonującą. Ale jak komuś bardzo zależy, to czemu nie.
  • Koloryzacyjne - Tu już biorą udział same zioła koloryzujące i dodatki muszą być odpowiednio przemyślane, zależy to między innymi od efektu który chcemy osiągnąć. Pisałam o tym TUTAJ. Zwykle nie nazywa się tego maską, ale powiedzmy, że można ją tu zaklasyfikować jako forma maski. Barwniki tych ziół są w stanie realnie pogrubić włosy.

Wskazówki - WAŻNE

Nie będę przy każdym przepisie rozpisywać jak dokładnie zrobić maskę. Po prostu mieszacie je razem i tyle. Ale przeczytajcie te podpunkty, żeby wiedzieć jak traktować poszczególne produkty podczas tworzenia masek.

  • Woda/napar - dodajemy tyle, żeby konsystencja była dla nas odpowiednia, nie bawię się w dokładne podawanie ilości, bo dla każdego ta ilość może być inna - maska nie powinna być zbyt gęsta, ciężej wtedy nałożyć. Z drugiej strony, gdy będzie zbyt wodnista to spłynie Wam z głowy.
  • Maski na porost raczej nie powinny być nakładane na włosy na długości i końcówki, ze względu na to, że zawierają dość drażniące składniki i mogą (choć nie muszą) przesuszać. To samo tyczy się masek peelingujących - włosy ich nie potrzebują.
  • Maski chelatujące natomiast, nakładamy tylko na włosy, bo tam osadzają się minerały.
  • Żelatyna/agar - rozpuszczamy je w wodzie przed dodaniem do maski
  • Wszystkie produkty suche typu mąki, glinki, algi też najlepiej wcześniej rozpuścić w niewielkiej ilości wody, żeby potem nie powstawały grudki.
  • Glut lniany do maski najlepiej gotować płynny (więcej wody, mniej ziaren), zbyt gęsty ciężko ładnie wymieszać z resztą składników - ale jeśli wyszedł wam gęsty, możecie go zblendować.

Przepisy 

#1 Maska proteinowa
- Żółtko
- 3 kapsułki witaminy E
- Mocny napar z pokrzywy
- 4 łyżki mąki owsianej

#2 Maska odbudowująca/proteinowa (domowy Olaplex)
- Pół łyżeczki cysteiny
- Pół łyżeczki wody (do rozpuszczenia cysteiny, choć nie jest to konieczne)
- 2 łyżki odżywki bez silikonów

#3 Maska proteinowa
- Łyżka żelatyny
- Ciepła woda (do rozpuszczenia żelatyny)
- 2-3 łyżki śmietany

#4 Maska proteinowa (Wegańska)
- Łyżka agaru
- Ciepła woda (do rozpuszczenia agaru)
- Łyżka mąki owsianej
- Mleko kokosowe

#5 Maska proteinowa
- Łyżka spiruliny (mogą być inne algi, np. laminaria albo fucus)
- Woda
- 4 łyżki jogurtu naturalnego

#6 Maska proteinowa
- Łyżka ziemi okrzemkowej
- Żółtko
- Woda
- 2 łyżki odżywki bez silikonów

#7 Maska proteinowa
- Łyżka hydrolizowanej keratyny
- 3 łyżki mąki owsianej
- Woda
- Łyżka gęstej śmietany lub jogurtu

#8 Maska proteinowa
- Trzy łyżki mąki ryżowej
- Żółtko
- Mleko (może być roślinne)
- Szczypta cysteiny

#9 Maska na porost
- Mocny napar z łyżki łopianu, łyżki pokrzywy, łyżki bylicy bożego drzewka i łyżki tataraku
- Dwie kapsułki witaminy A+E
- Łyżka oleju rycynowego lub dowolnego maceratu na POROST.
- Łyżka brahmi

 #10 Maska na porost
- Dwie łyżki soku z czarnej rzepy
- Dwie łyżki naparu z pokrzyw
- Skrobia ziemniaczana (łyżeczka)
- Dowolny olej
- Szczypta cynamonu

#11 Maska na porost 
- Po łyżce soku z czarnej rzepy, imbiru i chrzanu
- Łyżka wody
- Łyżka neem
- Łyżka miodu
- Szczypta imbiru

#12 Maska na porost
- Dwie łyżki maceratu na porost lub oleju
- Pół łyżeczki cynamonu
- Szczypta ostrej papryki
- Łyżka miodu

#13 Maska na porost
- Kilka kropli wyciągu ginko biloba
- Dwie łyżki maceratu na porost
- Dwie krople olejku lawendowego
- Pół łyżeczki suszonego imbiru

#14 Maska na porost (śmierdząca)
- Trzy łyżki soku z rzepy
- Trzy łyżki soku z cebuli

#15 Maska na porost
- Kilka kropli witaminy A+E
- Kilka kropli witaminy D
- Kilka kropli witaminy C
- 2-3 łyżki maceratu na porost lub dowolnego oleju

#16 Maska na porost
- Trzy łyżki zaparzonej kawy (nie rozpuszczalnej)
- Woda
- Miód
- Łyżka oleju
- Szczypta imbiru

#17 Maska emolientowa (tu droga jest prosta, dodanie oleju do maski już czyni ją maską emolientową)
- Trzy łyżki oleju
- Kilka kropli witaminy E
- Woda
- Dwie łyżki maski bez silikonów
- Kilka kropli biofermentu z bambusa

#18 Maska emolientowa
- 3 łyżki roztopionego masła shea
- Hydrolat
- Łyżka neem
- Łyżka miodu
- Dwie łyżki maski bez silikonów

#19 Maska nawilżająca
- Łyżka skrobi ziemniaczanej
- Woda
- Kilka kropli panthenolu
- Miód

#20 Maska nawilżająca
- Łyżka miodu
- Kilka łyżek niezbyt gęstego gluta lnianego
- Duża łyżka neem

#21 Maska nawilżająca
- Łyżeczka kwasu hialuronowego
- Łyżka skrobi ziemniaczanej
- Woda
- Łyżka odżywki bez silikonów

#22 Maska nawilżająca
- Mocny napar z nagietka, rumianku i lipy
- Cztery łyżki neem
- Kilka kropli panthenolu
- Łyżka odżywki bez silikonów

#23 Maska peelingująca
- Łyżka zielonej glinki
- Woda
- Łyżka oleju
- Kilka kropli olejku lawendowego

#24 Maska peelingująca
- Dwie łyżki fusów z kawy
- Dwie łyżki śmietany
- Łyżka oleju
- Kilka kropli witaminy A

#25 Maska peelingująca
- Łyżka białej glinki
- Łyżeczka soku z cytryny
- Woda
- Dwie łyżki oleju

#26 Maska peelingująca
- Łyżka drobnej soli
- Olej

#27 Maska chelatująca (m.in. przed używaniem henny, cassi lub senesu)
- Pół łyżeczki kwasku cytrynowego
- Tabletka witaminy C
- 2-3 łyżki odżywki bez silikonów i innych filmformerów

#28 Maska chelatująca ( -//-)
- Pół łyżeczki kwasku cytrynowego
- Pół łyżeczki aceroli
- 2-3 łyżki odżywki bez silikonów i innych filmformerów

#29 Maska typu gloss/henna
- Łyżka henny
- Łyżka odżywki bez silikonów
- Skrobia ziemniaczana
- Woda

#30 Maska typu gloss/senes/cassia
- Łyżka senesu lub cassi
- Łyżka odżywki bez silikonów
- Woda

#31 Maska mieszana (całe PEH)
- 3 łyżki śmietany
- Łyżka oleju
- Kilka kropli panthenolu
- Mocny napar z nagietka
- Szczypta cysteiny

#32 Maska mieszana (całe PEH)
- Łyżka oleju
- Kilka kropli kwasu hialuronowego
- Napar rumiankowy
- Łyżka neem
- Łyżka głożyny
- Łyżeczka spiruliny
- Kilka kropli keratyny hydrolizowanej


I tak jak napisałam wyżej - to jedynie moje propozycje, które mają ułatwić Wam zadanie. Ale uprzedzając pytania - takie, a nie inne składniki masek absolutnie nie muszą iść ze sobą w takich połączeniach. Możecie je łączyć jak chcecie.


Copyright © 2016 gnome household , Blogger